Dzisiaj lajtowa niedziela w robocie, a skoro nic się nie dzieje, to cała na biało wjeżdża najlepsza gra do roboty i generalnie najlepsza gra wszech czasów.
Zwykle gram Zamkiem czy Bastionem lecz dziś nietypowo, a i bohater z równie nietypowym hobby.
Udanych oblężeń :> Ja gram zawsze Necropolis, bo to zamek dla noobow. W pierwszym tygodniu byle ulepszyc wampira, a potem to juz hordami szkieletow plądruje mapę xd
@Capo_di_Sicilia Ulepszone wampiry to udany przepis na zwycięstwo i zamienienie wszystkiego co dycha na mapie w szkielety. A z setem artefaktów to już w ogóle...
Oto On, po 10.000 lat wakacji w polu statycznym powraca pełen werwy, Roboute Guilliman, znany jako...
Strateg. Bohater. Mściwy Syn.
Roboute Guilliman to Prymarcha Ultramarines, Władca Ultramaru i niezrównany wódz ludzi. Wskrzeszony przez Adeptus Mechanicus i enigmatycznych Ynnari, dąży do zjednoczenia sił Imperium, by odeprzeć sługi Mrocznych Bogów.
Przewyższający wzrostem nawet bohaterskich braci bitewnych swojego Zakonu, Guilliman rusza do walki z grzmiącym gniewem wypisanym na twarzy. W dłoni dzierży płonący miecz samego Imperatora, a na ręce nosi Rękę Dominium — artefakt, dzięki któremu rozrywa czołgi i miażdży wrogów z przerażającą łatwością.
Jednak to nie jego broń, lecz geniusz strategiczny Prymarchy stanowi najpotężniejszy oręż — potrafi skazać przeciwnika na klęskę, zanim jeszcze padnie pierwszy strzał.
Przybył kolejny Krwawy anioł. Tym razem pozwolę sobie wkleić przetłumaczone dossier.
Wojownik i artysta wielkiej sławy,Dominion Zephonmiał na swoim koncie wzorową służbę, która została nagle przerwana, gdy podczas Wielkiej Krucjaty został okaleczony przez ostrze xenosów. Nie mogąc już dłużej walczyć, Zephon z powagą przyjął wątpliwy zaszczyt reprezentowania Legionu Krwawych Aniołów jako członek Gospodarzy Krucjaty na Terrze. Gdy wybuchła Herezja Horusa, Zephon został zwerbowany przez Legio Custodes do walki w Wojnie o Pajęczy trakt, gdzie zdobył przyjaźń słynnego technoarcheologa Arkhana Landa. Gdy jego zniszczone ciało zostało w końcu odbudowane, Zephon — znany teraz jakoTen, Który Przynosi Żal— z zapałem powrócił w szeregi swojego Legionu, gdy ci powrócili na Terrę.
Dziś wracamy z powrotem do naszego pięknego, choć nie tak ciepłego, kraju.
Zanim to się jednak stanie napiszę pokrótce o dniu wczorajszym i przedwczorajszym. Ten ostatni będzie znacznie ciekawszy.
Ciekawszy, bo udaliśmy się na wycieczkę łódką na Wyspę żółwi oraz do grot Keri, zaliczając przy okazji krótki rejs oraz możliwość obserwacji żółwia w wodzie
Pierwszą atrakcją, którą zobaczyliśmy jeszcze przed wypłynięciem była tzw. Wyspa ślubów. Nazwana tak ze względu na popularność tejże w tym aspekcie. Można do niej dotrzeć przechodząc po pomoście. Opłata za przejście to 5 euro także no... tyle to nie, zadowoliłem się widokiem z łódki
Tuż przy porcie można było zaobserwować żółwia - był tam tylko jeden, więc podejrzewam że jest oswojony, ale może to tylko moja teoria. Udało się go całkiem nieźle uchwycić, zatem później będą zdjęcia.
Groty z kolei zrobiły na nas pewne wrażenie, kamieniste dno, a więc i duża przejrzystość wody, odbijającej się od białych wapiennych skał. No pięknie, piękne.
Ostatnim punktem w planie wycieczki była wspomniana już Wyspa żółwi. Nazwana tak ze względu na jej kształt (faktycznie wygląda jak żółw) oraz na fakt, że w okresie lęgowym składają tam jaja. Znajduje się na niej też fajna piaszczysta plaża, na której można sobie pochillować, wypić drinka czy cuś. Jakby ktoś zapytał skąd tam drinki, to już wyjaśniam. Do wyspy dopływają pływające drink bary. Sprytnie Grecy, całkiem sprytnie...
Po powrocie resztę dnia spędziliśmy na plażowaniu, drinkowaniu (z umiarem) i odpoczynku.
A wczoraj, generalnie podobnie. Ot plaża, morze, jedzenie, drinkowanie, zakupy pamiątek i pakowanie się. Co zrobić, niestety.
Aaa... i przetestowałem ostatecznie wodoszczelne etui na telefon - działa. Chociaż jest problem z robieniem zdjęć pod wodą, ale i to dało radę ogarnąć (samowyzwalacz).
Na zdjęciach poniżej ogólne widoczki podczas rejsu plus Wyspa ślubów (ta z mostkiem).
I bonus. Dwa zdjęcia wykonane smartfonem opakowanym w wodoszczelne etui.
Gdyby ktoś zbierał magnesy, to zakupiłem dwa więcej, więc myślę że zrobię małe losowanie wśród osób piorunujących ten komentarz. Powiedzmy, że zabiorę się za to jutro wieczorem, o!
Poranek wyglądał dość klasyczne jak na ten wyjazd. Pobudka, śniadanie (codziennie od 7:00 do 10:00), a potem myk na plażę. Morze było bardzo spokojne, że aż było mi smutno że zostawiłem supa w hotelu. W zamian miałem zestaw: maska, rurka, płetwy - także chociaż tyle. Testowałem też wodoszczelne etui na telefon - póki co jeszcze bez niego. Wyniki są obiecujące, jest szansa że cyknę coś pod wodą.
Jednak nie plaża wygrała wczorajszy dzień. Zwycięzcą okazała się wycieczka do największego miasta na Zakynthos, czyli Zakynthos (bardzo intuicyjna nazwa). Mieszkańcy z kolei nazywają miasto Zante, ot ciekawostka.
Kościół zrobił na mnie pewne wrażenie, mimo że jestem średnio "kościelny".
Z pewnością zapamiętam zapach kadzidła, który unosił się w środku oraz świeczki, które można było zapalić w jakieś intencji (też zapaliłem, a co).
Nie robiłem zdjęcia w środku, jakoś głupio mi było - wyjątek to świeczki (ale one były blisko wejścia).
Następnie poszliśmy zjeść coś greckiego, minęliśmy plac Dionizosa Solomosa (autor greckiego hymnu), plac Świętego Marka i udaliśmy się do wcześniej wybranej knajpki.
Jeśli chodzi o knajpę, to wybór padł na Tawernę Ammos, gdzie zjedlismy musakę oraz souvlaki, a jako przystawkę sardynki z dodatkami. Do popicia białe domowe wino i lokalna ipka. Wszystko bardzo dobre, a ceny ludzkie. Na rozchodniaczka dostaliśmy deser (nie wiem co to było, wiem że było dobre) wraz z miksen białego wina i miodu.
Miasteczko jest przyjazne dla turystów (nie dziwota), barów, knajp czy sklepików jest pod dostatkiem i można na spokojnie wybrać coś dla siebie. Ceny wydają się być ludzkie, przynajmniej w kategorii tego typu miejscowość. Kilka barów już sprawdziliśmy i według nas warto odwiedzić ponownie