Czwarta setunia w sezonie. Jak sobie przypomnę gdy kilka lat temu zrobiłam pierwszy raz setkę i myślałam, że zejdę - ostatnie 20 km na oparach, a dziś? Wolny dzień, umiarkowana pogoda i się jedzie, i tyle.
Nie chciało mi się nigdzie na żadne żarcie zatrzymywać, więc ledwie 2-minutowe przerwy na batony i żelki. Gładko szło, choć początek był najcięższy bo pod wiatr, ale potem już elegancko - z wiatrem to noga sama chodzi :D
Niestety, teraz dni z deszczem a potem wyjeżdżam na festiwal - ta setka musi mi więc starczyć na jakiś czas ;)
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Dopiero wczoraj skończyłam, jebitnie długi ten musical. Ale bardzo dobry. Jak nie lubię musicali to tutaj obczajka była dobra - piękne głosy, fajne piosenki, idzie przeżyć.
Świetna charakteryzacja, super aktorki - to mój drugi seans (bo zobaczyłam, że jest już druga część, więc sobie chciałam odświeżyć). Wciąż mnie zachwyca rola Ariany Grande i to jak ma wspaniały talent komediowy.
Wiem, że to zapewne czysta kalka z broadwayowskiego musicalu, ale ja tylko filmy, więc...
Będą spoilery!
Historia zaczyna się niby tam gdzie kończy się "Czarnoksiężnik z krainy Oz" - czyli Dorotka z kumplami załatwiają Złą Czarownicę z Zachodu. Przybywa Dobra Czarodziejka Glinda by oznajmić o śmierci Złej Czarownicy, ale wraz z tym przybywają wspomnienia, które cofają nas do czasów, gdy Glinda była dopiero studentką Uniwersytetu Shiz, gdzie zostaje niespodziewanie współlokatorką wyśmiewanej za zielony kolor skóry Elfaby.
Gaaa-linda jest w szkole tzw. popular girl, ale mimo wrodzonej myśli o wyższości samej siebie nad innymi, ostatecznie zaprzyjaźnia się z Elfi i pomaga jej wyjść z roli gnębionej do kolejnej uwielbianej w szkole dziewczyny.
Elfi ma dar od dzieciństwa - nie wiadomo w sumie kto jest jej prawdziwym ojcem, odpowiedzialnym za zielony kolor skóry - więc i w swojej rodziny była całe życie pogardzana. Dopiero w szkole główna wykładowczyni odkrywa jak wielkie moce czarodziejskie ma Elfi i postanawia wysłać ją do stoicy Oz, by spotkała się z czarnoksiężnikiem.
Elfi na początku szkoły nawet by tego chciała - by czarnoksiężnik zlikwidował jej zielony kolor, ale w trakcie nauki stanowi się dość mocna zmiana w całej krainie - zwierzęta, które dotychczas żyły pośród ludzi jak równe, nagle zaczynają tracić głos i zostają odsuwane z "ludzkich" stanowisk, więc Elfi chce by Czarnoksiężnik to naprawił.
Oczywiście naiwne chęci dziewczyny w stolicy zostają szybko strzaskane o ziemię. Czarnoksiężnik wraz z jej mentorką mają inne plany - chcą mieć pełną kontrolę nad krainą a moce dziewczyny mają im w tym pomóc. Proponują jej deal - będzie prawą ręką czarnoksiężnika, wysoka pozycja i takie tam, ale Elfi odmawia, wkurzona na maksa, że chciano ją wykorzystać.
Musi uciekać, bo Czarnoksiężnik w ramach jej odmowy obwołuję ją w całej krainie jako wroga narodu. Glinda niby chce uciekać z przyjaciółką, ale z drugiej strony kusi ją pozycja, którą proponują starsi i ostatecznie zostaje.
I tu kończy się część pierwsza.
Znakomita, kolorowa (hołd ku technokolorowej rewolucji filmu z 1939 roku), z fajnymi piosenkami i świetną choreografią (jeśli ktoś przewija piosenki na musicalach - to dla samych tańców warto zostawić) i wspaniałym duetem aktorek (Cynthia Erivo w roli Elfi i wspomniana Grande jako Glinda).
Można się wzruszać, można się śmiać - wspaniała to bajka, chyba raczej dla dzieci, ale ja, stara baba (i miłośniczka fantasy wszelakego, ha! to wiele tłumaczy, prawda?) również!
Mam nadzieję, że uda mi się ogarnąć drugą i ostatnią część Wicked zanim porwie mnie wrocławski festiwal.
@Opornik założę się że pewnie jest już jakiś pornol z takim tytułem nawiązującym do fabuły tego filmu. Pewnie znajdą się jacyś zboczeńcy chcący zobaczyć jak się sprawuje zielona babka w zadaniach specjalnych xd
Jeśli spodziewacie się logiki to nie tutaj, gdzie egipskie rytuały są odpowiedzialne za rodzinny horror.
8-latka znika w Egipcie, gdzie tymczasowo mieszka telewizyjny reporter z rodziną. Dziewczynka nigdy nie zostaje odnaleziona. Osiem lat później, gdy rodzina żyje już w Meksyku przychodzi wstrząsająca wiadomość - dziewczyna została odnaleziona (co prawda zawinięta w jakieś pasy jak mumia w sarkofagu mającym 3000 lat, ale jednak).
Dziewczę nie przypomina w niczym ich dziecka, ledwo człowieka przypomina, jest zdeformowana i w głębokiej katatonii. My, jako widzowie, szybko łączymy kropki i wiemy, że to starożytny demon w ciele porwanej dziewczynki, ale rodzina dość długo majaczy w jakimś koszmarnym postanowieniu, że to ich dziecko w ekstremalnej traumie i trzeba jej pomóc.
Film zdecydowanie za długi, żeby jeszcze te dodatkowe sceny umilały nam czas grozą i krwią, ale niestety nie zawsze tak jest.
Ten film to takie połączenie Evil Dead + Egzorcysta + Dziedzictwo. Ostatecznie wieje wtórnością, zamiast solidną inspiracją. A jednak ogląda się.
Całkiem zgrabny slasher. W jakieś letniej posiadłości rodzinki ma odbyć się impreza z okazji rocznicy ślubu bajecznie bogatych rodziców. Czwórka rodzeństwa zjeżdża ze swoimi partnerami. Jednak nie będzie im dane "poświętować" bo posiadł oblegają tajemnicze zbiry w maskach, próbując zabić każdego.
Oczywiście wszyscy wpadają w panikę, oprócz jednej dziewczyny - niepozornej byłej studentki swojego partnera. Cóż, może naczytała się dużo literatury i coś tam wie - skoro studiuje literaturę? W sumie szybko można się domyśleć, że panna taki ekstremalny survival ma we krwi z powodu swojej przeszłości i nagle akcja zbirów zaczyna się sypać.
Bardzo fajny horrorek, można się pośmiać, można przeżywać, jucha leje się aż miło. Do tego dodać kłótnie rodzinne i mały plotwist na koniec filmu. Czy nawet dwa
Polecam, super rozrywka, aż sama jestem w szoku, że przegapiłam przez tyle lat ten horror, szczególnie, że reżyser też nie z pierwszej łapanki (to ten od "The Guest" z 2014 i dwóch franczyz z Godzillą).
Wczoraj mi się chciało kręcić. Po powrocie biały pasek po zegarku, czyli znów się łopaliłam na rowerze :D
W lesie spotkałam innego kolarza, myślałam, że tylko ja tam wpierniczam się kolarką, ale może to był gravelarz? Nie zwróciłam uwagi, bo kolega powiedział "cześć", a gravelarze jakoś rzadko spotykam takich co machną czy coś, zazwyczaj udają, że cię nie widzą ;)
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Nie wiem jak w lesie ale na szosie gravelarze mi machają. Za to ludki na treningach, MTB i innych wynalazkach to nigdy. Zero wychowania i znajomości zwyczajów. Już dawno przestałem im pierwszy machać...
@dzangyl nie macham nikomu bo jak jeździłem na flatbarze to nikt nie machał, te same trasy na baranku i nagle wielka kultura wstąpiła w machaczy. Śmiech na sali a nie kultura.
@wonsz no widzisz, a ja machałem flatbarowcom, tym na trekkingach i na MTB a oni mi nie, więc przestałem. Z resztą to moje obecne machanie trudno nazwać machaniem. Ja tylko lekko podnoszę dłoń nie odrywając jej od kierownicy ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Wczoraj w końcu zrobiłam "day off", więc dziś nie było co - trzeba było strzelić traskę kolarką.
Przez to, że wczoraj siłą się zmuszałam do odpoczynkowego dnia, tak dziś znowu nie chciało mi się iść na rower - ale jak już wyjechałam za miasto to nie żałowałam - miło się kręciło.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Próg wejścia tego filmu bardzo mi się podobał, bo na początku poznajemy genezę pobytu naszych bohaterów w jakieś mieścinie na końcu świata w południowoamerykańskim kraju. W gruncie rzeczy, gdyby ktoś oglądał ten film bez poznania opisu mógłby pomyśleć, że to film o jakieś intrydze, bo wiele różnych rzeczy wyciąga ten wstęp - atak terrorystyczny, upadek wielkiej firmy, nieudany napad na bank.
Ostatecznie wszystko sprowadza się do tej jednej misji - nasi śmiałkowie mają przewieźć ładunek nitrogliceryny, by powstrzymać pożar szybu naftowego.
Wyruszają w czwórkę dwoma ciężarówkami z bardzo delikatnym ładunkiem w niebezpieczną drogę. Stres, który wywołuje misja maluje się nie raz na twarzach samych bohaterów, którzy co chwilę napotykają problemy - no nie jest to droga ekspresowa piękna asfaltowa, więc "przygód" co nie miara.
Sam klimat filmu to przeboska realizacja - jest południowoamerykański kraj więc jest i ten wilgotny klimat. Nasi bohaterowie są cały czas spoceni, brudni (bo są po prostu biedakami tu po ucieczkach ze swoich krajów), scena na moście po prostu zrywa człowiekowi nerwy - ściskałam się wprost obolale oglądając to, bardzo mocne doświadczenie.
Nie widziałam pierwszej wersji "Ceny strachu" więc nie wiem czy tam też to tak wygląda, ale "Sorcecer" czasami przypominał mi "Sirat" - już wiem Laxe brał inspiracje do scen z ciężarówkami.
Bardzo mi się podobał ten film, realizm niektórych scen (w sensie przedstawienia jak bardzo jest to przerażające) wbija w fotel.
I na koniec ten wzrok głównego bohatera, który tak naprawdę został gdzieś tam daleko w dżungli, razem ze swoimi kompanami, a przed nami siedzi tylko pusta skorupa, albo resztki człowieka, którego poznaliśmy na początku.
Mega polecam.
PS. już widzę po filmwebie, że zaraz mogą się pojawić wpisy, że francuska wersja lepsza, ale ja nie widziałam tej starszej "Ceny strachu", więc pozbawiona jestem porównania.
moj ojciec ma liste filmow, o ktorych w kolko gada i to jest jeden z nich (pewnie widzial w kinie za prlu, to sie wrylo w banie), wiec jak ogladalem ostatnio z rozowa, to wiedzialem o czym bedzie, ale ja wkrecilem, ze wioza to nitro do szpitala leczyc sercowcow xD skumala ze cos nie gra tak w 3/4 filmu xP
@xepo Grałem. Fizyka jest tak beznadziejna, że na Steamie pierwszy raz zażądałem zwrotu pieniędzy. Dosłownie stoisz w miejscu na moście i ciężarówka powoli przesuwa się w bok, ignorując jakąkolwiek logikę i przyczepność opon.
Cesarz chce zabić cesarzową, cesarzowa chce by jej syn zajął tron męża. Intrygi, romanse i walki. Z czego niestety te ostatnie wychodzą najsłabiej.
Wygląda na to jakby "Cesarzowa" miała celować w potężne dzieło, niczym Gra o tron, ale ostatecznie rozbija się o własne brzegi.
Może charakteryzacje i wnętrza są przepysznie przygotowane - wprost pławimy się w dostatku cesarskiego pałacu., ale całą reszta odstaje poziomem - głównie aktorstwo, bardzo toporne w niektórych przypadkach oraz sceny walk. Niby jest tam jakiś element wu xia, ale nie zachwyca, niby są starcia wojsk, ale też wypadają blado, mimo czasami ciekawych pomysłów.
Pod koniec łapałam się na tym, że chciało mi się po prostu spać, mimo że krew lała się gęsto.
Film, który odpowiada na filozoficzne pytania tym, że nie ma na to odpowiedzi. Niestety, pozostajemy w sferze domysłów. Taki nasz los.
Major Motoko to agentka Sekcji 9. Sekcja otrzymuje zadanie specjalne - schwytanie hakera Władcy Marionetek.
Oczywiście fabuła jest o wiele bardziej skomplikowana niż to co powyżej, na początku mamy politykę świata przyszłości, ale najważniejsze jest jedno - ludzie, którzy przeszli cybernetyczne modyfikacje, muszą wykonywać misje, inaczej czeka ich ponury los. Nie będą serwisowani.
Motoko szuka przede wszystkim życia. Czuje, że nie jest już człowiekiem, wątpi w jakikolwiek ludzki czynnik, chociaż przecież powinna mieć jeszcze mózg jako jedyny organ. Ale czy na pewno? Poszukiwania człowieczeństwa okazują się jednak bezowocne, przynajmniej tak to przyjmuje Motoko.
Jak można zastanawiać się nad człowieczeństwem, skoro sama definicja życia została wywrócona? Duch w skorupie może zostać z łatwością zhakowany i nagle wspomnienia okazują się złudą.
Może dlatego Motoko zgadza się na deal z Władcą Marionetek, bo przecież jeden wuj? A zyskać w zamian można wiele.
To opowieść o poszukiwaniu człowieczeństwa, które ostateczne doprowadzają do porzucenia takowego.
Sam film to bajka, w sensie, nie że animowany, ale bajka w sensie akcji i realizacji. Wspaniała muzyka Kawai, świetne pokazane miasto, futuryzm wylewa się niczym z Blade Runnera.
Scena walki z czołgiem to po prostu czyste 10/10 - niesamowite ujęcia, widać skąd Wachowskie rodzeństwo czerpało inspirację (Matrix powstał w 1999 roku).
Pamiętam, że swego czasu oglądałam ten film bardzo często, snując domysły, analizując wypowiedzi, szukając sensu - rozpisując w notatkach filozoficzne dywagacje.
Tym razem podeszłam nieco okiem kinomana - szukając perełek realizacyjnych. I tego to anime mi dostarczyło w stu procentach. Sztos.
Emeryckim tempem, bo miałam dość intensywny tydzień i w zamyśle niedziela miała być dniem regeneracji, ale zastosowałam No Day Off, to chociaż powoli i spokojnie laskiem.
W jedną stronę: samochodziarze po lesie 15 km/h po dziurach, po kiego? nie wiem..., quady i motocorssiarze (plaga!!!!!). Ale w drugą już bez motoryzacyjnych pojebów wjeżdżających do lasu, paru rowerzystów i koniary. Cisza i spokój, fajnie.
Widziałam wiewiórkę i dzięcioła z bliska :)
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
To wspaniałe dzieło filmowe dla mózgowców. Oh wait, raczej nie.
Ogromny, bestialski mózg, hipnotyzuje ludzi przez program telewizyjny. W szranki staje niezbyt ogarnięty, napompowany hormonami nastoletni oskarek lat 80. Jim Majelewski.
Urgh, dla miłośników horroru wszelakiego oraz fanów ery VHS. Reszta może sobie darować.
Zwyczajowa jazda popołudniowa. Chciałam wincyj, ale jak zjeżdżałam na Ustkę przypomniałam sobie, że jutro robimy 80 km i postanowiłam oszczędzać siły :D
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Książka była infantylna, ale ciekawa i film jest jeszcze bardziej infantylny, ale nieco mniej ciekawy.
Ogólnie to raczej bardzo bezpieczne SF o sile przyjaźni, mamy tu też survival w kosmosie oraz genezę podróży przez odzyskiwane wspomnienia bohatera. Te trzy wątki razem splątane dają nawet niezły wynik, a jednak ostatecznie oprócz ładnych obrazków nie ma tam nic więcej.
Sprawnie skonstruowane dobre kino, dające zabawę i emocje. Można wyjść kontent z kina.
Ale w moim przypadku, tam gdzie kończy się "dam +1 bo to SF", zaczynają się wymagania i Hail Mary połechtała moje uwielbienie do gatunku i pozostawiło dalej głodną. Co niby nie jest złe, ale z drugiej strony czy to popchnie produkcję kina SF do przodu?
To dalej gatunek niszowy, kompletnie zjedzony przez kino wysokobudżetowe. W tym przypadku i tak z książki więcej by się nie wyciągnęło, bo to zaledwie prosta historia o wielkiej przyjaźni, tyle że w kosmosie.
No ale i takie kino rozrywkowe SF jest potrzebne, żeby popatrzeć na dobrze zrobiony film i miłe kosmiczne obrazki.
@Mahjong u mnie to takie połączenie Interstellara, Marsjanina oraz kina familijnego. Przyjemnie się oglądało. Nic bardzo wybitnego, ale przyjemnego. Za to dzięki niemu poznałem tę nutę i się w niej zakochałem.
@Mahjong odkąd przeczytałam "Artemis" Andy Weir jest moim wrogiem, zagrożeniem egzystencjalnym dla gatunku sci-fi. Zabranie gatunkowi wszystkiego co kocham, zrobienie pustej fabuły w której się rzeczy dzieją. Z drugiej strony Ryan Gosling kurdeee
Nie czytałam książki, ale film mi się bardzo podobał. Nie jest to wybitne kino, ale film, który zwyczajnie dobrze się ogląda. Ciekawa idea przedstawiona bez sztucznego patetyzmu.
Myślę, że to jeden z nielicznych współczesnych filmów, do których będzie się z przyjemnością wracać tak jak wracamy do klasyków z przełomu wieków
Pojechaliśmy pociągiem z rowerami godzinę od naszego miejsca docelowego. Powrót głównie lasami, minęliśmy parę jezior takich jak Łętowskie czy Zbyszewo, ale hitem było jezioro Przyjezierze - czyste i piękne.
W lesie koło innego jeziora spotkaliśmy kilka dzieciaków rozkładających namioty i hamaki, mieli masę stuffu, stanęliśmy się dowiedzieć co to za obóz survivalowy dla młodzieży, a to młodzi harcerze z Krakowa na obóz przyjechali.
Po 40 km naprawdę wyczerpującej jazdy, po piachach, podjazdy, pod wiatr, zmęczeni dotarliśmy do Kępic gdzie udaliśmy się na uzupełnienie paliwa. Byliśmy tak podle głodni, że zamiast rozsądku zwyciężyły wołania żołądka i zamówiliśmy pizzę. Po obżarciu się ruszyliśmy się jak kule kaloryczne w dalszą trasę, zdumiewając się, że mimo naszej rowerowej wiedzy zapchaliśmy się pizzą i kondycja padła uśpiona.
Dopiero gdzieś po godzince, gdy już jechaliśmy znów po lesie, trochę z nas zeszło.
Niestety, mieliśmy też bardzo przykrą przygodę... W jednej wiosce dosłownie nagle pojawiły się obok nas trzy psy, z czego jeden taki większy. Zanim zdążyliśmy jakkolwiek zareagować jeden z kundli ujebał mojego kolegę w kostkę. Zaczęliśmy krzyczeć by zabrali te agresywne psy, ale zaraz dwa z nich ruszyły za mną. Motorek w d⁎⁎ę i dopiero za wioską odpuściły. Strasznie się bałam, że też mnie pogryzą, szczególnie, że jeden z nich był taki większy i naprawdę szybko biegł, słyszałam go tuż za mną.
Już z daleka obserwowałam sytuację, bo psy tam dalej krążyły, bałam się o kolegę, bo jeszcze wyskoczył równie agresywny właściciel. Chcieliśmy po wszystkim dzwonić po gliny, ale to daleko od miasta, weekend, byśmy pewnie musieli czekać z 2h na patrol. Odpuściliśmy i cali w nerwach ruszyliśmy w stronę domu. Na szczęście, pies nie wgryzł się mocno, tylko zaorał skórę, ale strach był mocny.
Sama trasa super, fajne jeziorka, czasem tylko wmordęwiatr zabierał sporo sił, ale tak to fajowo. Szkoda, że przez nieodpowiedzialnych właścicieli pchlarzy taka fajna traska zarysowała się niefajną przygodą.
Ostateczni zmęczeni i fizycznie i emocjonalnie dotarliśmy do miasta.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Przed miastem chmara wyrostków na motokrosach, jakaś j⁎⁎⁎na plaga ostatnio - oczywiście slalomy po ulicy i jazda na jednym kole i te ogłuszające pierdzenie.. Masakra.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Ależ się pięknie bawiłam. Cudowne teksty, jeszcze w tłumaczeniu mądrym, sprytnym, VHSowym.
Cudowna parodia filmów o Robin Hoodzie. Takich komedii już nie ma, chlip chlip.
PS. Ciężko btw mi idzie z filmami przez to lato bo a to praca, a to rower, a to Mundial, a to Wimbledom, ale pod koniec lipca oczywiście festiwal i wrócę z ponad 40 tytułami!