Kolarką. W sumie trochę skróciłam trasę, bo byłam ciekawa jednego fragmentu - ostatecznie okazał się skrótem, na szczęście fajnym i komfortowym, będę korzystać jeśli nie włączy mi się akurat "chytra baba na kilometry".
Dziś brak zwyczajowej rzeszy rowerzystów, głównie spotykałam takich "pedalarzy" jak ja, czyli barankowych.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Mam sentyment do takiego nieudolnego kina, więc ocena trochę na wyrost. Myślałam, że to będzie coś pokroju "Becky" - ale nie, to nawet nie stało obok, brakuje nie jednego sznytu, ale kilku. To po prostu dzieło wybrakowane.
Mildred Moyer ma strasznie długo nos, przez co jest obiektem drwin w pracy i nie tylko. Będąc zaledwie biedną stażystką poniżaną przez współpracowników, postanawia udać się do "podziemia", bo tylko tam koleś, popijając alko cały czas, może za tanioszkę zrobić jej operację plastyczną.
Jednak to nie stan upojenia doprowadzi do tragedii ale wtargnięcie gangusów, którzy chcą odzyskać hajs od naszego undergoundowego doktorka. Mildred budzi się więc na stole bez nosa.
Nie pozostaje jej nic innego, zakłada maskę i rusza na rzeź - zemścić się krwawo na wszystkich, który kiedykolwiek jej dokuczali.
To jest lowbudget ostro i mimo, że lecą tam czasem śmieszne one-linery to nie są śmieszne, albo są śmieszne rzadko - zdjęcia i aktorstwo rujnuje jakiekolwiek pozytywne rzeczy. To film z kategorii złych, ale nie tak złych, że aż dobrych - ale dość blisko.
Dla takich masochistów jak ja.
Dostępne na Prime, druga część też jest. Też obejrzę.
@Spleen no ja jestem mocno tolerancyjna w ostatnich latach, chyba żadnemu filmowi nie wystawiłam 1/10 a 2/10 to rzadkość też.
Tutaj 4/10 bo sama się wdepnęłam w to gunwo, i widziałam jak będzie, ale parę razy prychnęłam śmiechem lekko no i było sporo krwi i pasował mi drzemiący pod powierzchnią absurd owej historii. Tylko nie zgrało się to realizacyjnie, chociaż są tacy, co lubią takie niskobudżetowe amatorszczyzny.
Psychiatra próbuje pomóc młodemu mężczyźnie, który chce popełnić samobójstwo. Z czasem okaże się, że historia jest bardziej pogmatwana i sam nasz główny bohater nie wie co jest rzeczywistością, a co nie.
I dzięki temu oglądamy zapatrzeni co tu się odjaniepawla, śledząc tropy, szukając symboli, wiążąc te fakty, które można powiązać,
I chyba dopiero końcówka mi rozwaliła to wszystko - podejrzewałam, że tak się skończy od samego początku, ale miałam nadzieję, że może to wszystko jest właśnie dla widza, ale nie - to było płytkie zagranie.
Jak dobrze pamiętam to ostatnia moja ocena tego filmu to 10/10, więc trochę spadło.
Wciąż jednak jest to jeden z moich ulubionych filmów ever - to bez zmian.
Przygody Sary Connor i Kyle'a z przyszłości to zarazem piękna choć krótka relacja, której skutkiem będzie nowy lider wielkiej rewolucji w przyszłości. Tymczasem z przyszłości przybywa też potężna maszyna T-800, która ma za cel zabicie Sary.
Bardzo ciekawa jest konstrukcja filmu, która po krótkim wprowadzeniu pokazuje nam rzeczywistość dotychczasowego świata Sary - kijowa praca, znajomi, ot zwykłe życie młodych ludzi bez większych perspektyw. Jak się domyślamy życie dziewczyny zmieni się za chwilę diametralnie i nagle wpadniemy w nową rzeczywistość - wielkiego strachu i ucieczki przez śmiertelnym zagrożeniem.
Niesamowite jak dobry to wciąż film i choćby nakręcili tysiąc terminatorów to już żadna część nie odda tego niepowtarzalnego klimatu z pierwszej części.
Po paździerzowej części trzeci to nawet była miła odmiana, Czwarta część przygód Cenobitów w piekle i na ziemskim padole, wróć! Tym razem Cenobici trafiają do kosmosu.
Ogólnie ta część serii to tak naprawdę trzy opowieści: o pierwotnym zabawkarzu L'Merchancie, który konstruuje specjalną kotkę na zamówienie, która staje się portalem do piekła. Od tego momentu ród zabawkarza na zawsze zostanie związany z piekłem i Cenobitami.
Druga opowiastka to już lata 90. Potomek rodu mierzy się ze strażnikami kostki oraz z demonem, ukrytym w ciele ponętnej kobiety.
A trzeba opowieść to już przyszłość - ostatni z rodu postanawia przygotować ze swojego statku kosmicznego pułapkę, która raz na zawsze zamknie portal do piekieł.
W sumie nawet brzmi klawo, jest ciekawie, fajne historyjki, jakby wszystko grało, a jednak czegoś brakowało, czegoś co by trzymało widza za ryj, kazało mu czekać z niecierpliwością na kolejne losy bohaterów. Ale duch ledwo wisi nad tym dziełem, i mimo ciekawych pomysłów - bardzo łatwo zapomnieć o tym tytule już na drugi dzień.
Dokument o Łukasz Podolskim - dumie niemieckiej Kolonii.
Charyzma Podolskiego zaprowadza nas w różne rejony jego życia - jak się żyło i dorastało w Niemczech, jak wyglądały początki jego kariery, wszystko to przeplatane motywami z dzisiejszych czasów - gdy Łukasz mieszka już w Polsce i gra w Górniku Zabrze.
Nad wciąć mocno aktywnym 40-latkiem wisi widmo emerytury, ale widać, że nie jest mu spieszno opuścić boisko. I zapewne nie stanie się to jeszcze, skoro Górnik wygrał teraz Puchar Polski, a sam Poldi przejął klub.
Dużą zasługą oglądalności tego dokumentu jest humor i charyzma Podolskiego. To prosty koleś, z mocnym nastawieniem na rodzinę, ale jeszcze mocniejszym na piłkę nożną. Widać, że to jego życie i nie przeszkadza mu, że nie zrobił aż takiej wielkiej kariery jak Ronaldo czy Messi.
Jego prawdziwym domem zostanie zapewne do końca Kolonia - tam jednak dorastał i tam rozpoczęła się jego wielka kariera, do dziś jest tam traktowany niczym bóg. Ale miło, że Poldi postanowił na koniec osiedlić się na Śląsku i postawić klub na nogi.
Miło się oglądało, nawet nie trzeba być fanem futbolu, po prostu ciekawie zobaczyć jak wygląda życie polskiego imigranta w Niemczech, jak te dwie różne tożsamości złożyły się na całość jako człowieka.
W Boże Ciało planowałam 80-90 km, ale tak jakoś wyszło, że wpadła stóweczka, już druga w tym sezonie - bardzo się cieszę! Coraz lepiej mi wychodzą dłuższe dystanse.
Stufka asfalcikiem wyłącznie, może z kilka km szutru - widziałam z bliska zająca, wyskoczył mi pod koło - ale to są potwory! Zawsze kojarzą się z puchatymi kulkami, a to całkiem porządnie duże zwierzaki.
Ogólnie jechałam drogami, niektóre po remontach, niektóre w trakcie - ruch samochodowy nikły, a przez to, że jeden odcinek remontowany - ruch zerowy, tylko ja i swój rower!
Ruch wokół wiosek spory - kościółkowcy zapchali autami całą jedną wiochę, a w innej musiałam się przedzierać przez procesję - ale na spokojnie się udało przejść z rowerem bokiem. Gdy już zjechałam z dróg i doturlałam się do R10 to muszę przyznać - wysyp rowerzystów imponujący.
W niedzielę luzacka przejażdżka z kumplem. Chill outowo.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
@Mahjong też się parę lat temu przez procesję rowerem przedzierałem. Ale, że mój rower MTB robi głośne cyk, cyk cyk, cyk jak nie kręcę pedałami to wszyscy ludzie patrzyli się na mnie zamiast na księdza xD
Pojeżdżone! Tym razem spięłam pupę i skończyłam pracę o czasie i miło sobie kilometry kręciłam. Tak kręciłam zuchwale, że po jeździe wpadła jeszcze kolacja, by nadrobić stracone kalorie.
Wy też jesteście tak szalenie głodni jak zrobicie za jednym razem 50+km?
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Nie. Ja po skończonej jeździe, nawet 100-150km jestem dobrze najedzony. Czego się w życiu kolarskim nauczyłem to tego że jedzenie w trakcie jazdy jest NAJWAŻNIEJSZE :)
@dzangyl mi się często odpala lej po bombie, nim dłuższą była jazda, tym z reguły większy. Mogę jeść prawidłowo kręcąc, ale po unormowaniu tętna i ostygnięciu mięśni, przychodzi moment w którym żołądek zaczyna domagać się pełnoprawnego posiłku.
@Furto tak, tego nie neguję. To co jem w trakcie jazdy to tylko kalorie i paliwo. Po jeździe też mam dobry apetyt i ochotę na prawdziwe jedzenie, ale nie odczuwam głodu. Dziwne uczucie :)
No i to się oglądało! Tym razem historia filmowa obleczona prawdziwym mięsem fabularnym.
Akcja filmu dzieje się kilkanaście lat później po powstaniu śląsku (wtedy toczyła się akcja "Sól ziemi czarnej").
Mamy tu Jasia, młodego górnika, na którego po skończonej szychcie czekają jego synkowie, którzy zabierają od niego rzeczy i ruszają razem z nim do domu. W domu czeka piękna, młoda i kochająca żona, która umyje Jasiowi z synkami nogi, poda mu ciepły obiad. Brzmi mocno patriarchalnie, ale takie czasy wtedy były, zresztą Jasio kocha mocno swoją rodzinę, a na dzielni jest traktowany jak król.
Wszystko się zmienia, gdy nadchodzi wiadomość, że kopania ma zostać zalana, a wszyscy górnicy zostaną zwolnieni. Chopy postanawiają nie wracać więc z szychty i zaczynają strajk.
Jasio z jednej strony chce popierać kolegów i swoją pracę, a z drugiej strony boi się, że nie zobaczy już swojej rodziny - losy tego wszystkiego uderzają w niego i mężczyzna żyje w pewnego rodzaju wewnętrznym dysonansie co nie przeszkadza nam oglądać z jego perspektywy losy tegoż strajku.
Bardzo dobrze się oglądało, sporo humoru, wyrazistych postaci i naprawdę wspaniałych zdjęć Stanisława Lotha.
@Telezajaczek raczej matriarchalnie - za staryj piyrwy wszytko boło na gowie baby, dom, dziecka. Chop robioł na grubie, przynosił geltag, ale to baba rzondziła w doma
Późno robotę skończyłam no i jeszcze końcówkę awansu Mai Chwalińskiej trzeba było obejrzeć, więc zredukowałam trasę do 30 km, taki trening bardziej niż "trasa".
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Wiało, ale już nie wytrzymałam i wsiadłam na kolarkę. I nie było tak źle , ale jednak trasy kolarkowe 50+ o wiele przyjemniej robi się w pełnym słoneczku.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Nie do końca wiedziałam o czym będzie film - wiedziałam tylko, że na 25. rocznicę ślubu swoich rodziców typo przyprowadzi nową swoją laskę - radykalistkę, co zderzy się z poglądami reszty rodziny. Myślałam, że film będzie opierał się na tej jednej rocznicy, a jednak w trakcie filmu skaczemy co rok w czasie, by przekonać się jak wygląda "nowy, wspaniały świat".
Ellen to doświadczona i uznana wykładowczyni, wykazująca mocne wsparcie dla celów demokratycznych, jej mąż Paul to właściciel ekskluzywnej restauracji. Mają do tego czwórkę dzieci: trzy córki, każda inna od kolejnej i syna, i to on właśnie na 25. rocznicę przyprowadzi Liz. Ogólnie, bogata klasa średnia, spełniona i szczęśliwa.
Liz była studentką u Ellen i nasza matrona dość dobrze kojarzy niepokorną dziewczynę, która już na studiach zastanawiała się nad wywróceniem systemu politycznego w USA, co obrończynię wartości demokratycznych mocno zaniepokoiło. Jak się dowiadujemy Liz nie zaprzestała swoich marzeń o autorytatywnym, jednopartyjnym systemie, wręcz przeciwnie - napisała książkę, którą sponsoruje wielka korporacja, i niebawem zacznie sponsorować wdrożenie systemu młodej kobiety.
Tak z niepokojącej rocznicy zaczynamy przeskakiwać w latach (mniej więcej co roku rodzina znów spotyka się przy różnego rodzaju okazjach), aż całą rodzinkę ogarnie owa dystopia z książki Liz.
Niezwykle niepokojąca wizja, gdzie wielkimi populistycznymi hasłami antydemokraci zyskują władzę i przejmują pełną kontrolę nad państwem. Jedna z córek głównej pary jest np. na co dzień standuperką, dość znaną. W czasie dystopii będzie ścigana za swoje "dowcipy" z obecnego systemu politycznego w USA.
To tylko jeden z przykładów jak rodzinę Taylorów zniszczy coś, co zaczyna się zaledwie lekką polaryzacją na rodzinnej imprezie.
Destrukcja rodziny to zarazem destrukcja demokracji, niestety wg akcji w filmie, można dojść do wniosku, że taka destrukcja wcale nie jest trudna i długotrwała. Parę lat i cyk, godziny policyjne, zatrzymania, cenzura, pełna kontrola państwa nad życiem społeczeństwa.
Welcome to the faszyzm 21. wieku.
Film Komasy można brać jako dobitne ostrzeżenie, bo film nie pozostawia wątpliwości - reagujmy teraz, bo za parę lat może być za późno.
Przerażająca wizja na swój sposób, choć na sam koniec miałam trochę wrażenie, że to wszystko to po prostu wyrafinowana zemsta i chęć pokazania "a zobacz, że potrafię!".
Przejażdżka mieszana asfatowo-lasowa z cumplem. Sprawdziliśmy taką jedną leśną ścieżkę, wiedzieliśmy, że jest "ślepa" i będzie trzeba zawrócić, ale chcieliśmy sprawdzić - okazało się, że bardzo fajna droga nieodkryta, zawsze to milutkie kilka kilometrów w lesie jak za darmo.
Z powrotem gdy wracaliśmy ścieżką, machaliśmy do mijanych wojskowych ciężarówek, kierowcy odtrąbywali, mega to było, stary chuop i stara baba cieszyli się jak dzieci, bo pan żołnierz zrobił TRĄB TRĄB XD
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Dzisiaj wracaliśmy z kumplem z trasy rowerowej i w stronę poligonu jechały wojskowe pojazdy. Kumpel zaczął do nich machać, więc ja też. I co chwilę kierowcy wojskowych ciężarówek trąbili do nas w feedkacku. Aż mi łezka się w oku zakręciła, poczułam się jakbym znów była dzieckiem
Przypominajka sprzed lat, jakoś zblakł mi ten obraz w pamięci, a słusznie majaczyło mi po łbie, że był to seans za⁎⁎⁎⁎sty.
Cała opowieść dzieje się w pociągu, lub tuż obok niego, który jedzie nad morze. Mamy szereg różnych postaci, jak to bywa w zatłoczonych pociągach, ale na główny plan wysuwają się dwie postaci: Jerzego i Martę.
Oboje, w związku z okolicznościami, zmuszeni są dzielić przedział sypialny. Oboje mają swoje rozterki w głowie, i niby pragną spokoju i samotności, ale ostatecznie znajdują z sobą wspólny język. Wokół nich, w pociągu, toczy się życie przypadkowych jednorazowych pasażerów. Nad samym pociągiem unosi się historia o zabójcy-uciekinierze.
Cudowne zrywanie warstw opowieści pociągowej, która ciągnie się niczym film akcji, co minuta fabuła posuwa nas dalej i przylepia naszą ciekawość - przynajmniej ja tak miałam.
I znów nie wiem co napisać, to było mocne przeżycie, bardzo emocjonalne, dużo łez, dużo przeżywania, mimo że przecież znam trylogię - widziałam już kilka razy.
A jednak zawsze robi wrażenie. Ten emocjonalny stan Frodo, który jest niczym najgłębsza studnia depresji i mroków wewnątrz, ale obok stoi jak skała wspaniały przyjaciel Sam. Ich relacja jest filarem powodzenia misji.
Tymczasem Sauron musi jednak swoje oko zwrócić w stronę toczącej się wojny odkąd stracił swojego czarodzieja-namiestnika. Bitwa pod murami Minas Tirith robi OGROMNE wrażenie (jestem przekonana na 99 proc., że te sceny służyły wiele razy za inspirację przy tworzeniu serialu GOT).
Powrót króla pasuje idealnie w sensie jednego z głównych wątków tej części - Aragorn w końcu akceptuje swoją rolę, musi by pomóc Frodo. W tle szaleństwo namiestnika, który prawie zabija swojego syna, Gandalf szaleje w scenach bitewnych, gdy odbiera przywództwo, a Merry i Pippin mają swoje role do wypełnienia.
Jest to po prostu SPEKTAKULARNY film i mam łzy w oczach gdy piszę o tym, tak mocno jeszcze mnie trzyma po seansie.
Ech, do zobaczenia za kilka lat kochana trylogio...
Mamy rok 1920 i wybucha drugie powstanie śląskie. Siedmiu braci dołącza do oddziału Erwina, w tym najmłodszy Gabriel i to z jego perspektywy oglądamy wydarzenia.
Nawet w pewnej chwili kradnie niemiecki mundur i obserwujemy jego poczynania w obozie wroga.
Nie będę się rozpisywać o śląskiej tożsamości i historii, bo to nie moja bajka, ale ogólnie film jest sprawny realizacyjnie: ładnie kamera jeździ, czuć odór kopalniany i widać brud walki na twarzach.
Niektóre sceny robią mocarne wrażenie, jak właśnie przygody Gabriela po stronie wroga, ale największe jednak pozostają sceny walk, które ocierają się trochę o krindż aż! ale może tak było, te przedarcia i cofki żołnierskie. Scena z kurą to majstersztyk.
A jednak zabrakło mi trochę emocjonalnego mięsa. Aktorzy robią swoją robotę, ale w sensie walk i rozterek takowych, czasem tylko Gabriel pokazuje taką "czystą" twarz nastolatka, który rozgląda się za piękną panną.
Dla neutralnego widza więc ten film może wydawać się wybrakowany, jest raczej bardzo wojenny - powstańcze walki to sól tego obrazu.
@Mahjong też bardzo fajna i mimo trudnego tematu z elementami humoru i jakiegoś takiego ciepła.
Dodatkowo można jeszcze sobie zapodać dużo późniejszą "Śmierć jak kromka chleba" o strajku w "Wujku". Na mnie ten film zrobił ogromne wrażenie, gdy go widziałem pierwszy raz. Swoją drogą muszę do niego kiedyś wrócić.
Po H1 (ocena 9/10) i H2 (10/10) nastał czas na mocny zjazd w dół.
Niespełniona reporterka trafia na trop Pinheada i kostki. Pan Gwoździe W Głowie jest uwięziony w zastygłej "rzeźbie". Tylko krew może go ożywić i tak się dzieje. Cenobit jest rozbity w tym sensie, że po śmierci w drugiej części jego ludzka część odseparowała się od tej piekielnej, więc zostało w nim samo zło.
Co zresztą widać w filmie - w poprzednich częściach Pinhead wywoływał głęboki niepokój, był spokojny lecz przerażający. Emanował potęgą piekielnego miejsca, nawet gdy krzyczał czy podnosił głos - człowiek przystawał z przerażeniem. Tutaj jednak Cenobit cały czas jest głośny i ekspresyjny, przez co znika cały lęk.
Sama fabuła jest nudna i nie wprowadza żadnego nowego elementu. Aktorstwo jest na poziomie niskośrednim, budżet na efekty jakiś poszatkowany, a zamiast piekła mamy popisy scenarzysty w dialogowym szaleństwie postaci - no proszę was, w poprzednich Hellraiserach leciały one-linery, takie jak "Come to daddy" czy "Go back to hell!", tu brzmią nijako w zalewie słowotoku.
Akcja się dusi, widz nerwowo odlicza minuty do końca.
Rosie mieszka w zamkniętej społeczności chrześcijańskiej - w sekcie w Wielkiej Brytanii. Ma męża i córkę. Dopóki jednak nie pozna zbiegłego więźnia Sama, nie traktuje swojego życia jakoś podejrzanie, chociaż obecność obcego zaczyna powoli wpływać na światopogląd młodej kobiety.
Gdy tylko na wierzch wychodzą nieścisłości małżeńskie, Rosie szuka w przystojnym Samie, tego czego nie otrzymała od swojej społeczności. Z czasem też na jaw zacznie wychodzić hipokryzja i zamknięcie seksty. Rosie zacznie się wahać między ucieczką a pozostaniem w sekcie. Tymczasem Sam postanawia wykorzystać sektę jako kryjówkę.
W sumie mamy tu trochę wywróconą typową fabułę sekciarską - bo zło nie wypływa z sekty (znaczy, tak, wypływa też), ale zło wpływa do niej pod postacią ściemniacza, którzy wykorzystuje naiwność dziewczyny. To na pewno jest dość ciekawe - bo od razu wiadomo, że serialowa sekta święta nie jest, pod wierzchnią warstwą kryje się sporo brudu: ostry szowinizm, hipokryzja rządzących, kłamstwa i wykluczenie najbliższych.
Tymczasem to wszystko może wyglądać słabo przy powolnym przenikaniu zła w postaci obcego, który wydaje się dość długo świeżym oddechem życia dla Rosie, a z czasem staje się śmiertelnym niebezpieczeństwem.
I w tym względzie - tego wywrócenia trochę sekciarskiej tematyki - broni się tym serial, oprócz sprawności realizacyjnej, która też stoi na solidnym poziomie.
Wkraczamy w trochę mroczniejszą część opowieści. Piękne, zielone Shire blaknie w naszych wspomnieniach, gdy wraz z Frodo zbliżamy się do Mordoru.
Sauron jest opętany chcicą na pierścień, więc to jego sługa - Saruman - zajmuje się toczeniem wojny na razie. Biały czarodziej w szale tworzenia wielkiej armii sam napotka problemy. Ale największym będzie inny biały czarodziej, który tym razem dorasta poziomem, a nawet przewyższa zdrajcę na rzecz zła.
Ogólnie ta część opowiada właśnie o upadku pewnego swojej mocy Sarumana.
Ale nie to robi największe wrażenie, a podróż Froda, który postanawia zabrać ze sobą tylko Sama. W trakcie doczepia się do nich przewodnik - Gollum, pragnący odzyskać pierścień, ale też czujący nieodpartą mięte do Frodo - może zaczyna wyczuwać w nim samego siebie sprzed lat?
Sam Frodo także feedbakuje empatią do stwora. Widzi w nim siebie i zaczyna naprawdę rozumieć władzę pierścienia, ale zarazem staje się coraz bardziej bezwolny w starciu z siłą magicznego przedmiotu. Tu już mamy powolny rozkład psychiki, nad którą pieczę próbuje mieć wierny przyjaciel. Musi tego wystarczyć tyle, by zniszczyć pierścień.
Ciekawe jest to, że Frodo prosi Sama by przestał wyzywać Golluma. I co się okazuje? Miał w pewnym sensie rację, bo Gollum szybko oddaje uwagi w stronę wrogo nastawionego hobbita, tym razem słownie obrażanego jako "głupiego i tłustego".
Jednym z moich ulubionych scen, takim swoistym przebłyskiem nadziei w „Dwóch wieżach”, jest moment przybycia elfów do Helmowego Jaru tuż przed bitwą. Nagle całe to zmęczenie, strach i przygnębiające przeczucie przegranej na chwilę ustępują.
W ogóle ta część emanuje wieloma emocjami, bardzo różnymi, od skrajnej manipulacji po pustkę i beznadzieję, przez zauroczenie po odzyskanie sensu. Mamy tam właśnie ważną scenę gdy Arwena nagle odnajduje coś, dla czego warto jest jednak zostać z ukochanym śmiertelnikiem.
Dwie Wieże niekoniecznie opowiadają o dwóch wieżach, a o dwóch podejściach: tam gdzie panuje chęć władzy i destrukcji, tam też niebawem może nastąpić koniec takich "dóbr". A tam, gdzie zbliżamy się by pokonać zło, zło coraz bardzie bywa bliżej, wnikające i przejmujące władzę.
Punkcik niżej zaledwie i to też w sumie za drobnostkę: bo fazy śmiechowe wplecione w bitwę (chodzi o Gilmiego i Legolasa) nie rozluźniały mi atmosfery, a raczej nadawały lekko krindżowy ton. Ale jak pisałam, to zaledwie drobnostka w tej drugiej części legendarnej trylogii.