Nie wiem dokładnie ile km ale coś pomiędzy 68 a 70 km, bo źle sprawdziłam stan kompiuterka i bateria siadła 15 km przed metą. Ogólnie to przekombinowałam, bo miało być klasycznie i lekko ale dodałam sobie 10 km dodatkowe, których nie sprawdziłam i okazały się 15 km, i nie w tym problem, ale w tym, że dzięki temu poszło około 35 proc trasy w gęstym piachu (welcome to the susza time), na szczęście traska już znana więc wiedziałam gdzie dam radę a gdzie wolno mi postawić nogę i podprowadzić trochę rower, bo piach zbyt gęsty.
Mocno wyczerpująca przez to trasa, ale byłam gotowa - bułka posmarowana masłem orzechowym i z bananem, dała radę, boost taki, że ledwie kilka żelek musiałam dołożyć, a mogłoby się i bez nich obejść.
Już na końcowych km w lesie nagle przestraszyłam myszołowa - wyleciał mi chyba z 3 metry przed twarzą, zanim zdołał załopotać skrzydłami mocniej to sama byłam przestraszona, że się zderzymy. Za⁎⁎⁎⁎sty moment na trasie.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
@dzangyl mi jeden z drapieżnych wyleciał tak, jak akurat jechałem autem. Musiałem przyhamować, bo chyba bym w niego wjechał. Bardzo powoli startują takie ptaszory, skrzydła miał o rozpiętości jak przednia szyba.
Na dojazdówce asfaltowej do Ustki masa rowerzystów, ale jak już minęliśmy obleganą trasę to może jeden rowerzysta gdzieś mignął, tak w lasach brak cywilizacji, zielono, dziko, pięknie
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Ładniejsza pogoda to udało się więcej pokręcić. Mimo godzin popołudniowych-wracających-z-pracy drogi pustawe, mało aut na mojej trasce - asfalcik tylko dla mnie.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Nie polecam tego filmu dość wrażliwym ludziom. Film jest przygnębiający, przeraźliwie smutny, z dość bezsilnym przekazem - już mi się robi smutno gdy o tym piszę.
To film o traumie - głębokiej, najgłębszej wręcz, która tyka niczym bomba w ciele człowieka, w którym mało już zostało tego człowieka co kiedyś.
Film nie pokazuje nam wszystkiego, bo trafiamy w środek egzystencji powojennej Róży, i jej męża Juliusza. Możemy tylko domyślać się, z pozostawionych tropów, że Róża spodziewała się po wojnie, że jej mąż nie żyje i szukała już bliskości z pewnym profesorem. Ale Juliusz wrócił, ocaleniec z obozu koncentracyjnego. Tyle, że to nie jest ten sam Juliusz co kiedyś. To praktycznie wrak człowieka, niewiele zostało z tego wspaniałego ukochanego przecież.
Róża więc trwa przy swoim mężu, chociaż przypomina on bardziej niepełnosprawne dziecko niż prawdziwego dorosłego, nie chcąc go jeszcze bardziej skrzywić, chociaż profesor zaczyna nalegać by kobieta wybrała pomiędzy nim a mężem. Róża jednak ma sporo empatii dla Juliusza i nie umie podjąć decyzji.
Dużym wsparciem dla Julka jest ich gosposia, która w sumie mówi do niego jak do dziecka. Julek potrafi całkiem sporo, może pójść do sklepu, uśmiecha się, czasem wydaje się, że tli tam się iskra nadziei na powrót dawnego mężczyzny. Ale to ułuda. On jest już tak zniszczony, że byle wspomnienie może znów zamienić go w obłąkańca.
Juliusz (tego też domyślamy się ze scen, nie jest powiedziane nigdzie wprost) był ofiarą ssmanów, którzy lubili "zabawiać się" znęcaniem nad więźniami - na przykład kazali im tańczyć w kółko aż padnie ostatni - i tym ostatnim, który walczył o życie był właśnie Juliusz. I cóż, może uratował życie, ale tylko fizyczne. W środku siedzi już tylko roztrzaskana na kawałki dusza o ranach, których nie da rady opatrzyć.
Bardzo, bardzo smutny film... Jeszcze nie widziałam tak mocnego przekazu o traumie powojennej.
Co prawda czasy Wielkiej Rewolucji Francuskiej to nie moja bajka i nie rozumiałam do końca powiązań, spraw, i ogólnie historycznych i politycznych powiązań w tym filmie, ale nie przeszkadzało mi to oglądać obrazu z zachwytem.
Wielu zachwyca się rolą Depardieu w tytułowej roli, ale dla mnie sztos-aktorem tego tytułu był Wojciech Pszoniak jako Robespierre. Zresztą same rozmowy Dantona z Robespierre to bezsprzecznie najlepsze fragmenty filmu.
Nie ma tam dużo akcji, za to dużo gadania, kombinowania jak pozbyć się Dantona i jego kolesiostwa (fun fact: Robespierre'a i jego stronników grają Polacy, zaś "dantonistów" - Francuzi).
Nie ma tam miejsca na nic innego, oprócz politycznych rozgrywek. Żadnych miłostek, pobocznych wątków.
Sprawa toczy się o kształt demokracji, a jednak mamy na koniec wrażenie, już po zgilotynowaniu Dantona, że to puste hasła, a równość to tylko demagogia, za którą kryją się polityczne i brutalne szachy, nie ma w tym żadnej chwały - jeden z dantonistów, mimo że ma żonę i świeżo urodzone dziecko i boi się śmierci, to jednak mimo, że ma wybór - może uratować skórę - postanawia zginąć razem z kolegami, chociaż każdy mówi - ratuj się ty chociaż.
Tylko potem Robespierre choruje fizycznie złożony w łóżku na wyrzuty sumienia.
Oprócz potyczek słownych dwóch szefów rewolucji i scen w sądzie, jedną z najbardziej wstrząsających scen jest śmierć Dantona. Koniec końców symbolem wielkiej rewolucji stała się także przecież gilotyna.
Polecam, nawet jeśli mało się zna historyczne podstawy - jak ja - to film ogląda się z szeroko otwartymi oczami. Aktorzy są poprowadzeni mistrzowsko, ogląda się wybornie, ale w końcu to dzieło pana reżysera Wajdy, więc co się dziwić.
To chyba jeden z najbardziej piekielnych horrorów ever - dosłownie. Bowiem opowiada o ucieczce z piekła i tego, co z tego wynika.
Frank to zły człowiek pod przykrywką hedonisty. Uwielbia korzystać z uciech życia, ale i to dla niego za mało. Zdobywa tajemniczą kostkę, która ma otworzyć przed nim drzwi do nowych, kompletnie niepoznanych doznań. To są drzwi do piekła tak naprawdę, ale strażnicy kostki, czyli Cenobici nawet gdy odrywają kolejne kawałki ciała z ofiary tajemniczej kostki, dalej zachwalają swoją działalność - bo czyż ból nie jest przez niektórych pożądanym doznaniem? A w wymierzaniu bólu kto może być lepszy niż mieszkańcy piekieł?
Tak się składa, że dom, w którym bawił Frank, przejmuje jego brat wraz z żoną i swoją córką, Kirsty (która jednak bywa tam tylko gościem, nie przepadają ze sobą z Julie, i młoda woli mieszkać sama). Larry nie wie, że lata temu, jeszcze przed ich ślubem, Julia wpadła w romans z przystojnym i pewnym siebie Frankiem. Wtedy też przeżyła ruchańsko życia, i stary dom przywołuje te wspomnienia.
Przypadkowo przelana krew Larry'ego na strychu (rani się wystającym gwoździem) przywraca części Franka z piekieł. Ale wciąż jest niepełny i słaby, więc prosi Julie by mu pomogła - w końcu lata temu powiedziała mu, że zrobi dla niego WSZYSTKO. Tak też Julie wyrusza na łowy, przyprowadza randomowych facetów na strych, Frank ich pożera i zbiera więcej ciała i sił.
Jednak ich sekret odrywa pasierbica Julie - młoda Kirsty, która na pewno urody i sprytu nie odziedziczyła po swoim ojcu. Niby młoda dziewczyna, ale udaje jej się uciec z łap Franka. Mając w rękach kostkę, postanawia poszukać w niej tropu, który wyjaśni jej czego doświadczyła w domu ojca. Przywołani Cenobici za nic jednak mają jej tłumaczenia, ale sprytna Kirsty układa się z nimi, że w zamian za siebie wystawi im uciekiniera z piekieł.
Dalej już nie opowiadam, bo to i tak prawie połowa filmu. Filmu mocnego, krwawego, pełnego ludzkich niegodziwości (vide Frank i Julie), piekła od środka, do którego zaglądamy dzięki kostce, wypełnionego zdeformowanymi poczwarami i strażnikami kostki, którzy "świadczą" usługi pleasure+pain.
Na pewno był to i w pewnym sensie wciąż jest nietypowy horror - chyba niewiele rzeczy potrafi tak przerazić jak przekonująco pokazane piekło od wewnątrz, rzadko wygląda krindżowo (poza poczwarką goniącą Kirsty, ale można to zrzucić na bakier efektów z tamtych czasów). Sami Cenobici wyglądają silnie niepokojąco, a flaki i krew to rzeczywistość piekła i ludzi, którzy z nim igrają.
Na mnie ten film wpłynął bardzo mocno - widziałam go za dzieciaka, i potem kilka razy także i za każdym razem zaskakuje mnie, jak świetny to horror, który daje widzowi oberwać obrzydliwościami, gore i narastającą grozą, za którą w sumie stoi nadal ludzka psychika.
PS I: W tłumaczeniu (oglądaliśmy w odnowionej kopii ale z lektorem vhsowskim - czytał Marek Gajewski) ostatnia legendarna już fraza "Jesus wept" została przetłumaczona jako... "Chrystusa nie było".
PS. Za tydzień mamy seans drugiej części Hellraisera, którą już tu opisywałam, więc nie wiem jeszcze czy będzie sens dodawać kolejny opis w ciągu pół roku - ale umówmy się, że jeśli odkryję coś nowego lub współdzielony seans przyniesie nowe doznania - to opiszę to tutaj
Podobno Wajda nie uznawał tego filmu za swój najlepszy, ba, raczej trafił w jego pamiętniku do kategorii z tych mniej udanych. Być może wpłynęły na ową ocenę problemy realizacyjne, być może Wajda był zbyt ambitny i potem efekt go rozczarował.
Ale mi akurat "Smuga cienia" podpasowała. Czułam ten klimat beznadziejnego, klaustrofobicznego położenia bohaterów.
UWAGA SPOILERY
Młody oficer ma dość, chce wrócić po wielu latach służby do rodzinnych stron, do Polski (film jest oparty na opowiadaniu Josepha Conrada). Ale za namową starszego kolegi kapitana postanawia przejąć dowództwo statku płynącego z Bangkoku do Singapuru.
Jego pierwszy "kapitanat" od samego początku nie przebiega dobrze. Nad statkiem wisi widmo byłego zmarłego kapitana. Załoga nie jest zbyt zdyscyplinowana. Młody Conrad może znaleźć wsparcie w osobie pierwszego oficera Burnsa, ale ten już na początku zapada na cholerę.
Epidemia choroby rozchodzi się praktycznie po całej załodze. Radę daje tylko kucharz Ransome, który mimo postury choruje na serce, a jednak cholera go się nie ima , i w pewnym momencie tylko na niego może liczyć młody kapitan (w tej roli młody Marek Kondrat).
Do tego dochodzi paskudna pogoda, jak dla żeglarzy, czyli cisza na morzu. Statek stoi praktycznie w miejscu, nie ma żadnego powiewu wiatru, a nawet gdyby był, to brakuje obsługi do statku, by to wykorzystać. Młody Joseph Conrad błąka się między kajutą Burnsa (który mimo choroby zapada na kolejną "pasję" - uważa, że obecny stan to zemsta poprzedniego kapitana zza grobu) a zmarnowanymi resztkami załogi na statku.
Jednakże w końcu los uśmiecha się do załogi i porywisty wiatr zaprowadza statek w stronę lądu. Wszyscy członkowie załogi przeżywają, z czego młody kapitan jest bardzo dumny. Natychmiast porzuca swoje poprzednie pragnienie powrotu w rodzinne strony, jest gotowy by dalej służyć jako kapitan.
Z fabularnych rzeczy, to skojarzył mi się ten film trochę z "Ja, kapitan" z 2023, gdzie młody chłopak ucieka z Senegalu by dotrzeć do Europy po lepsze życie i los tak sprawia, że to on zostaje kapitanem jachtu przepełnionego nielegalnymi imigrantami, i jego wysiłki mimo przeszkód sprawiają, że wszyscy docierają do Europy żywi, co czyni go mega dumnym.
Z innych ciekawostek - film był współprodukowany z Wielką Brytanią, i oprócz gadki z offu głównego bohatera nie uraczymy tam języka polskiego. Niesamowite jak młody Kondrat sprawnie operował angielskim i jak naturalnie władał nim w filmie, nie urągało to nic jego talentowi.
Film bywa nudnawy, jak brak wiatru na żaglowcu, ha!, bywa też niepokojący, ten duch choroby, która gnębi załogę i sprawia, że oficer Burns prawie popada w obłędu i ogromny stres młodego marynarza, który przez całą swoją karierę nie miał takiego natłoku problemów, a tutaj wszystko jest przecież na jego barkach.
I właśnie to, że ostatecznie, mimo beznadziejnej sytuacji, kapitan nie poddaje się, daje mu wystarczająco dużo pewności, by jednak nie porzucać marynarskiego życia, bo w ogólnej ocenie - było po prostu warto.
Oceny są takie średnie widzę, ale ja bawiłam się wyśmienicie na tym filmie, ostatni raz taki fun miałam na... "Drag me to hell". Mi po prostu pasuje to obrzydliwe gore, krew-flaki, czarny humor, czyli to w co Raimi umie najlepiej.
Największym zaskokiem byłą rola Rachel McAdams, jak piękny warsztat aktorski zaprezentowała. Gra tutaj szarą myszkę, która ciężką pracą i konsekwencją czeka na upragniony awans w pracy. Tam nie ma za łatwo, niewielu korpoludków ją lubi, a stanowisko szefa obejmuje syn zmarłego właściciela firmy, który na stanowisko wiceprezesa woli mianować swojego "ziomala", który w filmie pracuje ledwie pół roku i jeszcze chamsko przypisuje sobie zasługi naszej biednej, szarej Lindy.
Oskarek-szef jest wielkim bucem, i ma w d⁎⁎ie jakąś tam Lindę-srindę. Dla niego to obrzydliwa baba, stara się być ofkors miły, ale wiadomo co o niej sądzi. Jednak obecność Lindy na delegacji jest must-be, bo tylko ona ogarnia problemy firmy.
Traf sprawia, że samolot, którym leci ze współpracownikami i Oskarkiem - szefem rozbija się. Przeżywają tylko szefunio i Linda na bezludnej wyspie. Tak się trafia, że hobby Lindy jest survival, więc dziewczyna szybko wczuwa się w nową sytuację i wykorzystuje sytuację by przejąć rolę szefa, chociaż pańcio Oskarkowy nie jest z tego zbyt zadowolony i stawia opór, ale każde jego odejście w ramach buntu kończy się tragicznie i wraca zawsze z podkulonym ogonem do pani specjalistki od przetrwania w nieludzkich warunkach. Jednakże konfrontacja tych dwojga mu w końcu stać się faktem.
Ogólnie sporo raimowskiego poczucia humoru + gore. Ukochane połączenie sprawiło, że wybuchałam śmiechem co chwilę. Uwielbiam takie filmy "just for fun".
Trochę mi przypominał mi ten film w zamyśle "W trójkącie", gdzie rozbija się luksusowy jacht, tyle że tam zamiana miejsc wygląda tak, że szefową na bezludnej wyspie zostaje najniższa rangą jakaś Meksykanka sprzątaczka i ona teraz może znęcać się nad narcystycznymi bogaczami.
Ja wiem, że w "Pomocy" oskarkowy szefuńcio miał sporo racji w tym, że Linda jest cringe i ma swoje za skórą, ale jednak dziką satysfakcję sprawiały mi sceny gdy sprawiała mu łomot, lub gdy tylko ona była jego nadzieję na przeżycie.
Dream scenario dla każdego, kto choć raz w życiu miał ujowego szefa.
W sobotę fajnymi szutrami (jak to pisze mój kolega na stravie - "szutry premium" ), na lekko, ale przyjemna bardzo jazda w duecie.
W niedzielę kolarką, dobrze się jechało, praktycznie bez przygód. Najlepszy dzień na jeżdżenie asfaltem w sumie - samochodów tyle co kot napłakał. Dopiero na 40 km natrafiłam w wiosce na masę aut, ale zaraz się kapnęłam, że pora kościółkowa pewnie.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Russellowski biopic Mahlera, czyli nie może być normalnie.
Mahler rozpamiętuje fragmenty swojego życia, jadąc pociągiem ze swoją żoną. Przypomina sobie swoje najlepsze momenty twórczości przy boku żony nad pięknym jeziorem. Ale cofa się też dalej w przeszłość, gdy był dzieckiem i później, gdy był podporą swojego rodzeństwa. Nad każdym wspomnieniem wisi cień śmierci, Mahler jest przekonany o swoim przedwczesnym końcu, chociaż stara się odsunąć śmierć jak najdalej, nie godząc się na nią w rozmowach z innymi ludźmi. Zaprzecza śmierci, przywołując w jej miejsce miłość. To, czy mu uwierzymy, to wyłącznie nasza sprawa lub osobista interpretacja jego utworów.
Każdy etap wspomnienia jest nasycony muzyką słynnego kompozytora.
I tylko jeden fragment filmu przybiera groteskową wręcz formę - gdy Mahler postawia dla dobra własnej kariery przetransformować się z żyda w katolika. W niesamowicie rozegranej scenie Mahler ugina się pod wolą Cosimy Wagner, ubranej w sadomasostrój, z batem, hełmem na głowie i swastyką na tyłku, i przy dźwiękach Walkirii Wagnera przechodzi "chrzest" ognia i schodzi z krzyża już jako katolik, w niemym wręcz przedstawieniu, by ostatecznie przejść w lekki, krótki musical.
Z jednej strony trochę rozumiem dlaczego anulowali po pierwszym sezonie, a z drugiej strony trochę się już wkręciłam i szkoda, że nie wiem jak to się skończy.
Ogólnie wyczerpanie tematyki westernowej mi się majaczy po głowie jako powód skasowania.
Dwa rody rządzone przez wielkie matrony - rodzina Van Ness, bogata, chcąca jeszcze więcej i rodzina patchworkowa złożona z "matki" i jej adoptowanych przeróżnych dzieci, która chce sobie żyć i korzystać z własnej ziemi, którą zagarnąć chce ta druga rodzina.
Jako naturalni wrogowie nie są sobie zbyt przymilni, ciągle jakieś pułapki, ciągle jakieś problemy, ale największym problem nie okaże się walka o ziemię, lecz zaginiony z dnia na dzień syn pani Van Ness (w tej roli Gillian Anderson). Tylko ta druga rodzina, pod wodzą swojej szefowej (Lena Headey) wie, co stało się z rozpieszczonym synalkiem.
Akcja się zagęszcza i takie tam, trochę tam romansów, w tym ten główny romeojuliowski. Intrygi co odcinek, i sporo akcji oraz potyczek słownych wielkich matron.
Jeśli ktoś nie lubi gdy serial urywa się (co stało się potem dowiesz się w drugim sezonie, prawda?), to odradzam. Serial został anulowany i raczej nigdy nie dowiemy się, co się stało dalej.
Ale jeśli ktoś szuka takiej westernowej, sprawnej papki i nie przeszkadza mu, że to nie jest skończona rzecz - czemu nie, polecam.
Nie jest to poziom serialu "Angielka" (jeden sezon, skończony), ale wypełni pustkę po lepsiejszych westernach.
Nie tak to zapamiętałam, że H+C = pukanie się all day long. Zapamiętałam to jako miłość tragiczną, bezwolne wręcz uzależnienie od drugiej osoby, z którą łączą cię lata dojrzewania, która cię rozumie jak mało kto.
I w sumie ta ekranizacja to też przedstawia, ale sposób w jaki to robi, odbiega od brudnego melodramatycznego wydźwięku powieści Emily Bronte. Wicher wieje nieco sztucznie, Margot Robbie gra wiktoriańską Barbie, i tylko Jacob Elordi wydaje się jakoś tam pływać, w tym niezbyt konwencjonalnym tonie.
Sznyt współczesności, pod młode pokolenia, moim zdaniem pozbawia całego uroku tej opowieści. Seksualne pożądanie zżera uczucia i nasze odczucia, jako widzów. Przez film prowadzi nas chaos relacji, a nie jej perypetie. Może tak miało być, może o to chodziło, a jednak sam fakt, że ta wersja próbuje nadal opowiedzieć znaną rzecz o wielkiej nieszczęśliwej miłości, nie poprawia notowań.
Bardzo fajny film, jestem nim pozytywnie zaskoczony.
Zbiera średnie recenzje, lecz właśnie brakuje nam kina które nie jest grzeczne, jest odważne i ciekawe. Od pierwszych scen to jazda bez trzymanki i to bardzo szanuję.
Mam wrażenie że średnie oceny przyznają osoby spodziewające się walentynkowej papki
Mam wrażenie że średnie oceny przyznają osoby spodziewające się walentynkowej papki
W moim przypadku wielkie wrażenie zrobiła na mnie widziana w kinie adaptacja wg Andrei Arnold i sama książka, więc jestem tu takiego typu "klasycystką", same "Wichrowe Wzgórza" nigdy nie były walentynkową papką - to dość brudna powieść.
Doceniam pomysł w nowej adaptacji, ale widocznie zbyt jestem przesycona tematyką i nawet wizualne odbieganie razi mnie w oczy - co dziwne, bo zazwyczaj jestem pierwsza do obrony innych ekranizacji.
I na dobicie majówki 51 km tradycyjną niedzielną trasą. Na spokojnie, bez szaleństw, relaxxxxx.
Prawie przejechałam zaskrońca, ech, malutki był, ale zatrzymał się tuż przed kołem. Dosłownie minutę później drogę przebiegły mi dwie sarny, poczekałam jeszcze, postój zrobiłam, bo często cała rodzinka tak skacze, ale już trzeciej nie było i takiego Pawła nie było też i pojechałam dalej.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Pierwsza setka w tym sezonie (oby nie ostatnia). W planach miałam max 80 km, ale po przerwie na małego lecha free i żarełko poczułam, że mam zapas i zaatakuję setkę już teraz.
Miałam lekkie dwie zawiechy w drodze powrotnej, ale wystarczyła przerwa na 2 minuty i można było dalej zapindalać.
Pierwsze 30 km praktycznie bez ludzi, droga gładka asfaltowa, mało aut, dopiero za jedną wiochą stan drogi dramatycznie się rozjechał i nagle nie wiadomo skąd wiele samochodów, ale to tylko 4 km, więc bez tragedii - chociaż od razu mi przed oczami stanął pewien lubiany poseł...
Przez resztę trasy wzdłuż wybrzeża już masa rowerzystów, no ale 2 maja, nic dziwnego. do tego to R10.
Warto było budować formę, chociaż organizm tak godzinę później pokazał jak jest wycieńczony :D ale dziś czuję się normalnie, nie będę jednak szaleć - tradycyjna traska po lesie na dobicie majówki mnie czeka i tyle :)
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Pierwsze 20 km asfaltem, a potem już tylko lasy. Na pierwszej części leśnej sporo ludzi, głównie rowerzystów, ot majówka. Drugim lasem już nikogo nie było.
Z bliska widziałam myszołowa, który odleciał dopiero gdy przejechałam obok, w lesie przebiegł mi drogę lis. Na jakieś wiosce spotkałam pielgrzymkę do Koszalina. Bardzo miło się jechało, lubię tę trasę, zawsze sprawia mi satysfakcję.
Na zdjęciach rzeka Wieprza oraz miasteczko Sławno.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin