Lubię ostre jedzenie. Nie tak ostre, że czuć wyłącznie ogień, ale takie, po których łza w oku się zakręci, a i z nosa coś popłynie. Jakiś czas temu wpadłem na pomysł zamawiania z netu kolejno różnych sosów, w różnej skali ostrości.
W miarę możliwości postaram sobie je tu wrzucać i opisywać. Chyba niepotrzebne są dodatkowe tagi, bo po #ostrejedzenie i #ostresosy chyba każdy da sobie radę odfiltrować, a ja nie piję tego przecież butelkami, żeby moja tu produkcja miała poskutkować jakimś tam floodem.
Razor Fearless
Nazwa kojarzy mi się z faktem, że grupy ochroniarskie nazywają się w stylu "Masakrator", a jedynym w patrolu bez grupy inwalidzkiej jest pies.
Nie jest to nic wyjątkowo ostrego (uwaga, ocena subiektywna, nie biorę odpowiedzialności za zakupy, sklep daje mu ostrość 5 w dziesięciostopniowej skali, gdzie np. Tabasco ma 2), chociaż pozostawia przyjemne uczucie w ustach. Również nie jest to sos w stylu "jakiś smak + ostre". Mieszanka jest ciekawa i naprawdę dobrze smakuje. W składzie znajdziemy imbir, cebulę, czosnek (w tym fermentowany) i odrobinę octu, co doceni na pewno Bojówka Kieleckiego.
Sos jest wydajny, bo jeść go w celu ognia w ustach za bardzo nie ma jak, za to rozsmarować cienką warstwą, żeby trochę połaskotało i dodało smaku - już jak najbardziej. A, no i opakowanko z tą zalakowaną nakrętką jest bardzo fajnie pomyślane.
Moja ocena: 5/5.


























