I znów nie wiem co napisać, to było mocne przeżycie, bardzo emocjonalne, dużo łez, dużo przeżywania, mimo że przecież znam trylogię - widziałam już kilka razy.
A jednak zawsze robi wrażenie. Ten emocjonalny stan Frodo, który jest niczym najgłębsza studnia depresji i mroków wewnątrz, ale obok stoi jak skała wspaniały przyjaciel Sam. Ich relacja jest filarem powodzenia misji.
Tymczasem Sauron musi jednak swoje oko zwrócić w stronę toczącej się wojny odkąd stracił swojego czarodzieja-namiestnika. Bitwa pod murami Minas Tirith robi OGROMNE wrażenie (jestem przekonana na 99 proc., że te sceny służyły wiele razy za inspirację przy tworzeniu serialu GOT).
Powrót króla pasuje idealnie w sensie jednego z głównych wątków tej części - Aragorn w końcu akceptuje swoją rolę, musi by pomóc Frodo. W tle szaleństwo namiestnika, który prawie zabija swojego syna, Gandalf szaleje w scenach bitewnych, gdy odbiera przywództwo, a Merry i Pippin mają swoje role do wypełnienia.
Jest to po prostu SPEKTAKULARNY film i mam łzy w oczach gdy piszę o tym, tak mocno jeszcze mnie trzyma po seansie.
Ech, do zobaczenia za kilka lat kochana trylogio...
Mamy rok 1920 i wybucha drugie powstanie śląskie. Siedmiu braci dołącza do oddziału Erwina, w tym najmłodszy Gabriel i to z jego perspektywy oglądamy wydarzenia.
Nawet w pewnej chwili kradnie niemiecki mundur i obserwujemy jego poczynania w obozie wroga.
Nie będę się rozpisywać o śląskiej tożsamości i historii, bo to nie moja bajka, ale ogólnie film jest sprawny realizacyjnie: ładnie kamera jeździ, czuć odór kopalniany i widać brud walki na twarzach.
Niektóre sceny robią mocarne wrażenie, jak właśnie przygody Gabriela po stronie wroga, ale największe jednak pozostają sceny walk, które ocierają się trochę o krindż aż! ale może tak było, te przedarcia i cofki żołnierskie. Scena z kurą to majstersztyk.
A jednak zabrakło mi trochę emocjonalnego mięsa. Aktorzy robią swoją robotę, ale w sensie walk i rozterek takowych, czasem tylko Gabriel pokazuje taką "czystą" twarz nastolatka, który rozgląda się za piękną panną.
Dla neutralnego widza więc ten film może wydawać się wybrakowany, jest raczej bardzo wojenny - powstańcze walki to sól tego obrazu.
@Mahjong też bardzo fajna i mimo trudnego tematu z elementami humoru i jakiegoś takiego ciepła.
Dodatkowo można jeszcze sobie zapodać dużo późniejszą "Śmierć jak kromka chleba" o strajku w "Wujku". Na mnie ten film zrobił ogromne wrażenie, gdy go widziałem pierwszy raz. Swoją drogą muszę do niego kiedyś wrócić.
Obsada: Edward Woodward, Christopher Lee, Britt Ekland
Reżyseria: Robin Hardy
Czas trwania: 1h 28min
Ocena: 5/10
Policjant trafia na odizolowaną od świata wyspę, gdzie przeprowadza śledztwo w sprawie zaginięcia dziewczynki. Wkrótce odkrywa, że tamtejsi mieszkańcy kultywują pogańskie wierzenia
Ostatnie 20 min całkiem dobre. Reszta mocno przeciętna.
Po H1 (ocena 9/10) i H2 (10/10) nastał czas na mocny zjazd w dół.
Niespełniona reporterka trafia na trop Pinheada i kostki. Pan Gwoździe W Głowie jest uwięziony w zastygłej "rzeźbie". Tylko krew może go ożywić i tak się dzieje. Cenobit jest rozbity w tym sensie, że po śmierci w drugiej części jego ludzka część odseparowała się od tej piekielnej, więc zostało w nim samo zło.
Co zresztą widać w filmie - w poprzednich częściach Pinhead wywoływał głęboki niepokój, był spokojny lecz przerażający. Emanował potęgą piekielnego miejsca, nawet gdy krzyczał czy podnosił głos - człowiek przystawał z przerażeniem. Tutaj jednak Cenobit cały czas jest głośny i ekspresyjny, przez co znika cały lęk.
Sama fabuła jest nudna i nie wprowadza żadnego nowego elementu. Aktorstwo jest na poziomie niskośrednim, budżet na efekty jakiś poszatkowany, a zamiast piekła mamy popisy scenarzysty w dialogowym szaleństwie postaci - no proszę was, w poprzednich Hellraiserach leciały one-linery, takie jak "Come to daddy" czy "Go back to hell!", tu brzmią nijako w zalewie słowotoku.
Akcja się dusi, widz nerwowo odlicza minuty do końca.
Superagent CIA zostaje oskarżony o bycie zdrajcą po tym, jak podczas nieudanej akcji ginie niemal cały jego team. Zdradzony przez swoich, postanawia wykraść tajne dane z bazy CIA i sprzedać je na czarnym rynku.
Klasyka kina akcji, oraz, z uwagi na późniejsze liczne nawiązania do tego filmu w innych dziełach popkultury, absolutny must watch, jeśli chodzi o kino lat 90.
Vincent Price zawsze zasługuje na piorun! Z podobnego okresu polecam "House on Haunted Hill". Może i niezbyt straszy, za to atmosfera tajemnicy w pełni wynagradza.
Wkraczamy w trochę mroczniejszą część opowieści. Piękne, zielone Shire blaknie w naszych wspomnieniach, gdy wraz z Frodo zbliżamy się do Mordoru.
Sauron jest opętany chcicą na pierścień, więc to jego sługa - Saruman - zajmuje się toczeniem wojny na razie. Biały czarodziej w szale tworzenia wielkiej armii sam napotka problemy. Ale największym będzie inny biały czarodziej, który tym razem dorasta poziomem, a nawet przewyższa zdrajcę na rzecz zła.
Ogólnie ta część opowiada właśnie o upadku pewnego swojej mocy Sarumana.
Ale nie to robi największe wrażenie, a podróż Froda, który postanawia zabrać ze sobą tylko Sama. W trakcie doczepia się do nich przewodnik - Gollum, pragnący odzyskać pierścień, ale też czujący nieodpartą mięte do Frodo - może zaczyna wyczuwać w nim samego siebie sprzed lat?
Sam Frodo także feedbakuje empatią do stwora. Widzi w nim siebie i zaczyna naprawdę rozumieć władzę pierścienia, ale zarazem staje się coraz bardziej bezwolny w starciu z siłą magicznego przedmiotu. Tu już mamy powolny rozkład psychiki, nad którą pieczę próbuje mieć wierny przyjaciel. Musi tego wystarczyć tyle, by zniszczyć pierścień.
Ciekawe jest to, że Frodo prosi Sama by przestał wyzywać Golluma. I co się okazuje? Miał w pewnym sensie rację, bo Gollum szybko oddaje uwagi w stronę wrogo nastawionego hobbita, tym razem słownie obrażanego jako "głupiego i tłustego".
Jednym z moich ulubionych scen, takim swoistym przebłyskiem nadziei w „Dwóch wieżach”, jest moment przybycia elfów do Helmowego Jaru tuż przed bitwą. Nagle całe to zmęczenie, strach i przygnębiające przeczucie przegranej na chwilę ustępują.
W ogóle ta część emanuje wieloma emocjami, bardzo różnymi, od skrajnej manipulacji po pustkę i beznadzieję, przez zauroczenie po odzyskanie sensu. Mamy tam właśnie ważną scenę gdy Arwena nagle odnajduje coś, dla czego warto jest jednak zostać z ukochanym śmiertelnikiem.
Dwie Wieże niekoniecznie opowiadają o dwóch wieżach, a o dwóch podejściach: tam gdzie panuje chęć władzy i destrukcji, tam też niebawem może nastąpić koniec takich "dóbr". A tam, gdzie zbliżamy się by pokonać zło, zło coraz bardzie bywa bliżej, wnikające i przejmujące władzę.
Punkcik niżej zaledwie i to też w sumie za drobnostkę: bo fazy śmiechowe wplecione w bitwę (chodzi o Gilmiego i Legolasa) nie rozluźniały mi atmosfery, a raczej nadawały lekko krindżowy ton. Ale jak pisałam, to zaledwie drobnostka w tej drugiej części legendarnej trylogii.
Przeżywający kryzys wiary młody diakon zostaje wysłany do Rzymu, gdzie ma pomóc radykalnemu duchownemu w przeprowadzaniu egzorcyzmów.
Potrzebowałem odmóżdżacza na wieczór i odmóżdżacz dostałem, choć był ambitniejszy, niż się spodziewałem. Bardzo dużo czasu poświęcono na wprowadzenie głównego bohatera, jego przeszłości i rozterek. Wyglądało to wręcz na jakąś próbę rozkręcenia serii filmów, jakby myślano już o sequelach, miało to też trochę przygodowy vibe. W dalszej części obrazu wydarzenia, w których uczestniczy młody diakon, są przez niego racjonalizowane i poddawane w wątpliwość, co było całkiem fajnym zabiegiem, wprowadzającym brak jednoznaczności. To co mi nie pasowało, to aktor grający główną postać - był zbyt nijaki i bylejaki, a cała struktura historii opierała się na nim, więc szkoda, że nie wybrano kogoś z większą ikrą. Mogło być też straszniej, bo jak na horror, to w żadnym momencie nie czułem napięcia. Było też trochę za długo, półtorej godziny zupełnie by wystarczyło. Polecam tym, którzy lubią się bać, ale tylko troszeczkę.
Kolega chojny z tym 6/10 ja to widzialem dekade temu i dalej sie zastanawiam kto i jak wciagnol anthoniego w tego gniota scenariusz bym napisal lepszy w 30 min na telefonie.
@ErwinoRommelo Nie wiem, wydawało mi się, że miał potencjał na jakiś lekki film przygodowy z egzorcyzmami i innymi diabłami w tle, no ale nie z tym leadem. A Hopkins raczej nie płakał jak dostał wypłatę xD
Bezimienny i tajemniczy kierowca wplątuje się w sytuację, która w krótkim czasie bardzo skomplikuje jego dotychczasowe życie.
Film zestarzał się gorzej, niż przypuszczałem, ale i tak można oglądnąć go z przyjemnością. To, co w dalszym ciągu robi największe wrażenie, to sceny akcji, a przede wszystkim ujęcia przemocy - reżyser wprawnie buduje przed nimi napięcie i rozwiązuje go w eksplozji nagłej i dosadnej brutalności. Synthwave'owy soundtrack dobrze współgra z ładnie skomponowanymi i oświetlonymi kadrami. Przechodząc do tego co nie działa, to niestety jest to poprowadzenie Goslinga. Celowo piszę o poprowadzeniu, bo uważam, że Refn kilkakrotnie przekroczył granicę fajności i wkroczył na terytorium cringu ze stworzoną przez siebie postacią silnego, stoickiego bohatera. Cała historia to trochę fantazje miękiszona na temat tego co wydaje mu się męskie: jest milczący kierowca, który co prawda działa wbrew prawu, ale ma twarde zasady, jest szara myszka, jest i motyw zemsty. Wiem mniej więcej do kogo to trafia, bo widziałem w prawdziwym życiu dwóch gości ubranych jak główny bohater (jeden miał nawet rękawiczki do jazdy, choć jeździł autobusem xD) i jeśli chodzi o prezencję to bliżej im było do reżysera filmu niż do Ryana Goslinga. Tak czy siak, jeśli jakoś przełknie się te nieco zbyt przerysowane elementy oraz przeciągnięte pauzy w dialogach, to można oglądnąć ten obraz z przyjemnością. Mi najbardziej podobał się Albert Brooks w roli lokalnego gangstera. Polecam jako ciekawy miks powolnego kina z elementami Tarantinowskiej przemocy.
Fun fact: Postać kierowcy i Irene, którą gra Carey Mulligan, praktycznie ze sobą nie rozmawiają w trakcie trwania filmu. Był to celowy zabieg, który miał na celu skupienie się bardziej na nastroju ich wspólnych scen.
Btw, jestem prawie pewien, że scena w windzie była poniekąd inspiracją dla twórców serialu GOT przy pracy nad walką Góry z Oberynem Martellem, i gdzieś czytałem, że konsultowali się w sprawie realistycznego efektu eksplodującej głowy, ale nigdzie nie jestem w stanie znaleźć na to potwierdzenia.
@kubex_to_ja Ten gatunek "akcja" to mocno na wyrost Z tego co kojarzę, to marketingowo był sprzedawany jako coś w stylu Fast and Furious, więc ludzie szli na niego ze złym nastawieniem, nic dziwnego, że się sporo osób rozczarowało. A to taki romans dla beciaka
Film o tym jak jedna informacja może zmienić myślenie o innym człowieku, można się po seansie zastanawiać kto był "najgorszym". a kto "najlepszym". Ja oczywiście obejrzałem film bo grał w nim Robert Pattinson, a bardzo go lubię i lubię obserwować jego dojrzewanie aktorskie po serii Zmierch, więc zawyżam może ocene jak to ja w filmach z nim. Generalnie godny polecenia film, ale spodziewałem się więcej tytułowej dramy.
Pokażcie mi braci, którzy nigdy się ze sobą nie tłukli. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Warrior
Rok produkcji: 2011
Reżyseria: Gavin O'Connor
Kategoria: #dramat #filmsportowy
Czas trwania: 140 min
Moja ocena: 6/10
Dwóch braci, których poróżniła trudna przeszłość, startuje w tym samym turnieju mieszanych sztuk walki i obydwoje są zdeterminowani, by zdobyć główną nagrodę.
Ten film jest dobrym przykładem, czemu tak ważne jest, by coś pokazać, a nie tylko o tym mówić. Praktycznie każdy detal dotyczący przeszłości bohaterów i różnych związanych z nimi powiązań otrzymujemy z dialogów w formie średnio subtelnej ekspozycji. Wydaje mi się, że głównym mankamentem jest tutaj zbyt duża ilość dramatycznych elementów, które próbowano upchnąć w jeden scenariusz: nie wystarczy, że bracia mieli ciężkie dzieciństwo z ojcem alkoholikiem, dla każdego przewidzianych jest jeszcze kilka dodatkowych ciężarów, które trzeba włożyć na ich barki, aż robi się to coraz bardziej przekombinowane. Sam nie wiem, oglądało mi się to trochę jak telenowelę. Hardy z jednej strony fajnie gra nabuzowanego i wściekłego młodszego brata, ale z drugiej strony za każdym razem, gdy wchodzi do klatki, zaczyna wyglądać komicznie robiąc groźne miny, mające chyba wzbudzić niepokój. Na duży plus Nick Nolte grający ojca alkoholika, który w końcu się stara i próbuje, tylko że jest już zwyczajnie za późno. Jeśli chodzi o przedstawienie samego sportu, to pozwolę się wypowiedzieć eksporterom; według mnie mogło być gorzej, choć czasem chce się parsknąć śmiechem. Polecam twardzielom.
Fun fact: Rola ojca braci, Paddiego, została napisana właśnie z myślą o Nicku Nolte, z którym scenarzyści (Gavin O'Connor i Anthony Tambakis) sąsiadowali w Malibu. Studio filmowe początkowo było przeciwne obsadzaniu tego aktora, ale scenarzyści się uparli i dobrze, bo pasował jak ulał.
W postapokaliptycznym świecie, gdzie władzę sprawują ci, którzy mają dostęp do wody i paliwa, drogi gnębionego demonami przeszłości Maxa przecinają się ze zbuntowaną podwładną lokalnego watażki.
Trochę mi zajęło zanim załapałem klimat tego filmu, ale ostatecznie oglądałem go z umiarkowanym zainteresowaniem, bo o wsiąknięciu raczej nie było mowy - zwyczajnie nie moja bajka. Zarówno fabuła jak i warstwa wizualna oraz zbudowany świat są celowo przesadzone i wyolbrzymione, ale w jakiś wariacki sposób trzymają się kupy i są w miarę spójne. Scenom pościgu nie można odmówić rozmachu, są zwyczajnie nakręcone z jajem. To, co mnie trochę uwierało, to postać samego Maxa, który w żaden szczególny sposób nie zapadł w pamięć i został wręcz zepchnięty na drugi plan względem Furiosy; Hardy w tej roli się zbyt nie spisał, brak mu wystarczającej charyzmy, żeby z praktycznie milczącego bohatera zrobić kogoś kultowego. Za to Charlize Theron w roli wspomnianej Furiosy była bardzo fajna - zagrała twardą, zdeterminowaną babkę, która jest kowalem własnego losu. Polecam jako film akcji na sobotnie popołudnie.
Fun fact: Według oficjalnie dostępnych informacji ponad 80% efektów w filmie zostało wykonanych praktycznie, natomiast CGI użyte zostało głównie do rozszerzenia scenografii, usunięcia olinowania kaskaderów, czy też ramienia Charlize Theron, której postać nie ma lewej ręki.
Piękne siostry Catherine Deneuve i Françoise Dorléac jako utalentowane muzycznie bliźniaczki poszukujące sławy i miłości.
Przepiękne zdjęcia, piosenki, od których nóżka sama zaczyna podrygiwać i utalentowana obsada. Zabrakło jednak fabuły - historia przedstawiona w filmie jest czysto pretekstowa, Panienki z Rochefort to właściwie wydłużony do ponad 2h teledysk. Ja jednak wolę musicale z konkretną fabułą, które obroniłyby się nawet jako dzieła pozbawione pląsów i śpiewu, jak Parasolki z Cherbourga tego samego reżysera.
Światowy klimat ulega rozregulowaniu. Powodzie, trzęsienia ziemi i przede wszystkim oceany zalewające lądy. Największy kataklizm dosięga Nowego Jorku.
Reszta fabuły skupia się na grupie ocalałych (m.in. na głównym bohaterze, Martinie), którzy próbują odnaleźć się w nowej, postapokaliptycznej rzeczywistości.
Efekty specjalne średnie nie jest to poziom kartonów Mostowiakówny ale daleko im do poziomu Metropolis. reszta w porządku. Link w komentarzu