Ostatnio z dziewczyną zastanawialiśmy się nad serialami, które są dłuższe niż trzy sezony i zachowały wysoki poziom do samego końca. Zgodnie stwierdziliśmy, że... nie ma ich zbyt wiele. I „The Boys” nie dołączyło do tego grona.
Pierwszy sezon był niesamowity. Kilkukrotnie wspominałem, że nie przepadam za superbohaterami (mimo sympatii do niektórych animacji oglądanych w dzieciństwie), ale „The Boys” sprawiło, że ich polubiłem. Głównie dlatego, że supkowie okazali się tymi złymi. Pokazanie ich w niekorzystnym świetle było świetnym pomysłem, a Homelander, który jest ala Supermanem, tylko że krwawym, to jeden z lepszych antagonistów. Nawet przedwczoraj, przed finałowym odcinkiem, obejrzałem sobie kompilację jego najbardziej chorych akcji, żeby jeszcze raz poczuć ten „dreszczyk”.
Szkoda tylko, że wysoki poziom utrzymuje się do końca trzeciego sezonu. Czwarty... tak naprawdę mógłby się nie wydarzyć. Ani trochę mi się nie podobał, ale obejrzałem z chęci sprawdzenia, jak zakończy się ta historia. No i żeby zobaczyć, jak Homelandorowi coraz bardziej odpierdala.
Początek piątego sezonu był bardzo obiecujący. Naprawdę, po dwóch obejrzanych odcinkach pomyślałem, że okej, może jakoś twórcy wynagrodzą beznadziejny poprzedni. Niestety, wciąż jest źle oprócz nielicznych momentów.
Tak uwielbiany przeze mnie niewybredny humor stał się jeszcze gorszy. Pełno żartów o penisach, ssaniu penisów, ruchaniu, pornografii i et cetera. Cieszę się, że chociaż podczas jednej bardzo poważnej sceny scenarzysta powstrzymał się od wtrącenia jakiegoś „śmiesznego” tekstu, za to nie oszczędził tego przy kolejnej. Za dużo tego.
Pojawiło się też wiele niepotrzebnych scen, sztucznie przedłużających serial. Cholera, pojawił się nawet cały niepotrzebny odcinek. Szósty zakończył się fenomenalnie, już myślałem, że to świetny wstęp do finału... po czym nastąpił siódmy.
W ogóle zakończenie całej historii to śmiech na sali i ani trochę mi się nie podobało. Homelander zostaje zabity - to było oczywiste i nie powinno stanowić dla nikogo zaskoczenia. Szkoda tylko, że pokonanie go było z d⁎⁎y. Chłopakom tyle czasu zajęło stworzenie wirusa zdolnego zabić nawet Homelandera, a potem ścigali się z nim w znalezieniu dawki V1, tylko po to, żeby okazało się, że Homelander stał się nieśmiertelny. I moment, w którym się to stało, był fenomenalny! Tylko że twórcy w ogóle z tego nie skorzystali.
Ogółem Homelander to ciekawy przypadek osoby, która pomimo bycia najpotężniejszą na świecie przejmuje się tym, że... ludzie go nie lubią. Gdybym każdego, kogo nie lubię, mógł bezkarnie potraktować laserem, to tym bardziej nie zależałoby mi na czyjejkolwiek sympatii. No ale najwidoczniej nikt w Vought nie pomyślał o tym, żeby zainwestować trochę pieniędzy w psychoterapię Homelandera, którego problemy zaczęły się już w dzieciństwie.
Wracając do sposobu pokonania antagonisty: jasne, mieli po swojej stronie geniuszkę, ale serio, stworzenie z Kimiko kogoś równie potężnego co Soldier Boy? I to w praktycznie jeden odcinek? xD
Pomijam to, że Homelander miał wiele okazji, by powstrzymać Chłopców, ale oczywiście chroniła ich fabularna zbroja. Może to kwestia coraz gorszej psychiki, może kwestia tego, że scenarzysta nie wiedział, jak zakończyć serial. Trudno powiedzieć.
Sama walka to też śmiech na sali. Pewnie mało który supek sprzyjał Homelandorowi szczególnie po tym, jak udowodnił, że potrafi zabić kogoś ot tak, z kaprysu, więc rozumiem, że nikt nie ruszył mu na ratunek, ale ponownie, najpotężniejszy supek na świecie walczył z Butcherem jak równy z równym??? Kimiko, którą nagle nawiedził martwy Frenchie??? xD Ryan, który najpierw został zmasakrowany przez ojca, a potem również walczył z nim prawie jak równy z równym???
To akurat nie wada, ale szkoda, że Butcher nie pozostawił pozbawionego mocy Homelandera na pastwę ludzi, których przez tyle lat trzymał w strachu. Uważam, że to byłaby dla niego lepsza kara, gdyby musiał bać się jak ci, których mordował. No ale to tylko preferencje.
No nic, szkoda, że tak dobrze zapowiadający się serial został tak zepsuty w dwóch ostatnich sezonach.
to weź sobie gówniane GenV zapodaj - spinoff polegający na wyciągnięciu kontrowersji i brzydkich wyrazów i zrobienia razy tysionc. to nawet nie jest słabe, to jest przykre i smutne...
Najnowsza ekranizacja jedynej powieści Emily Brontë, chociaż właściwszym byłoby tu określenie reinterpretacja.
Przełom XVIII i XIX wieku. Zubożały szlachcic sprowadza do domu cygańskiego przybłędę, Heathcilffa, którym zamierza się zaopiekować. Z czasem, między nim a jego córką Katy, rodzi się uczucie, niemożliwe do spełnienia z powodu konwenansów, sprowadzając na nich przekleństwo.
Film zrobił na mnie złe wrażenie. Cała powieść została okrutnie okrojona i spłycona. Zabrakło kilku postaci, a sam główny wątek został w zasadzie urwany w połowie. Strona wizualna, poza pięknymi plenerami, także w mojej opinii jest nietrafiona. Sztuczność, wręcz teatralność głównych lokacji odziera film z gotyckiego uroku powieści. W konsekwencji początkowe wrażenia są tak złe, że za pierwszym podejściem zakończyłem oglądanie po jakichś trzech kwadransach.
Film ratują trochę aktorzy odtwarzający pierwszoplanowe postacie, których gra jest na tyle dobra, że widać niemal autentyczną chemię między bohaterami. Z drugiej strony, ich relacja w pewnym momencie zostaje okrutnie spłycona tylko do zwierzęcego pożądania, odzierając ją z większej głębi.
Moja ocena to "ujdzie", ale odejmując po punkcie za sztuczną scenografię i netflixowy zwyczaj wciskania wszędzie "różnorodności", daję ostatecznie 2.
@michal-g-1 OP w komentarzu wyżej ma rację, mnie irytuje tekst typu "to adaptacja, nie musieli się trzymać powieści". Skoro tak, to czemu wgl podpinali się pod powieść Emily Brontë? Mogli to nazwać "Mroczne pożądanie", "Namiętność na wrzosowisku" czy coś w ten deseń i nadać postaciom inne imiona. No ale wtedy nie można byłoby się polansować na kontrowersjach i nie przyciągnęłoby się fanek Wichrowych Wzgórz do kin.
@bori już po trailerze było widać, że z książką ten film będzie miał wspólne jedynie tytuł i imiona postaci i że ogólnie wyjdzie porno dla niedorżniętych mamusiek. Oczekiwania zostały w 100% spełnione, wyszło gunwo, którego, jak zauważyłam w necie, bronią przeważnie najwyraźniej niedopchane grażyny
Oparta na faktach historia niemieckiego małżeństwa Wittmerów, które idąc śladami lekarza i myśliciela Friedricha Rittera, przeprowadziło się na początku lat 30. na wyspę Floreanę w archipelagu Galapagos. Od początku napięte stosunki między rodziną Wittmerów a Ritterem pogorszyło pojawienie się podającej się za baronową Eloise Bosquet de Wagner i jej dwóch kochanków, którzy wybrali Floreanę jako miejsce budowy ekskluzywnego kurortu wypoczynkowego.
Dobry film, dobrze zrealizowany i zagrany i nie rozumiem czemu, mimo gwiazdorskiej obsady, przeszedł praktycznie bez echa (i w konsekwencji poniósł klapę). Na pewno stanowi on powiew świeżości w zalewie kolejnych nieudanych rebootów i sequeli.
Trzeba przyznać, że Sydney Sweeney nie waha się wybierać wymagających ról, które nacisk kładą na grę aktorską, a nie epatowanie atrakcyjnym ciałem. Taką postawę można jedynie pochwalić, przynajmniej dziewczyna nie rozpłynie się w niebycie, gdy wbije 35 lvl i stanie się za stara na obiekt spermienia.
Biografia Howarda Hughesa, amerykańskiego przedsiębiorcy, producenta filmowego i lotnika.
Film chaotyczny, miejscami niepotrzebnie rozwleczony, miejscami prowadzony po łebkach. Scorsese chciał, zdaje się, nakręcić pełen biopic Hughesa, ale tak bogaty życiorys to materiał na cały serial, a nie jeden film, więc wyszło średnio. Bardziej, niż fabuła, to dzieło ciągną aktorzy.
Klimat tamtych czasów bardzo dobrze pokazany, podobnie jak główna rola bardzo dobrze zagrana, takie mam wrażenie. To do czego mam uwagi to fakt, że nie pokazano wielu ważnych momentów z życia Chopina, a niektóre z tych, które pokazano nieco zmieniono. Generalnie film godny polecenia, ale jeśli się wgłębić w biografię Fryderyka Chopina, to widać dużo ubytków.
Nie polecam tego filmu dość wrażliwym ludziom. Film jest przygnębiający, przeraźliwie smutny, z dość bezsilnym przekazem - już mi się robi smutno gdy o tym piszę.
To film o traumie - głębokiej, najgłębszej wręcz, która tyka niczym bomba w ciele człowieka, w którym mało już zostało tego człowieka co kiedyś.
Film nie pokazuje nam wszystkiego, bo trafiamy w środek egzystencji powojennej Róży, i jej męża Juliusza. Możemy tylko domyślać się, z pozostawionych tropów, że Róża spodziewała się po wojnie, że jej mąż nie żyje i szukała już bliskości z pewnym profesorem. Ale Juliusz wrócił, ocaleniec z obozu koncentracyjnego. Tyle, że to nie jest ten sam Juliusz co kiedyś. To praktycznie wrak człowieka, niewiele zostało z tego wspaniałego ukochanego przecież.
Róża więc trwa przy swoim mężu, chociaż przypomina on bardziej niepełnosprawne dziecko niż prawdziwego dorosłego, nie chcąc go jeszcze bardziej skrzywić, chociaż profesor zaczyna nalegać by kobieta wybrała pomiędzy nim a mężem. Róża jednak ma sporo empatii dla Juliusza i nie umie podjąć decyzji.
Dużym wsparciem dla Julka jest ich gosposia, która w sumie mówi do niego jak do dziecka. Julek potrafi całkiem sporo, może pójść do sklepu, uśmiecha się, czasem wydaje się, że tli tam się iskra nadziei na powrót dawnego mężczyzny. Ale to ułuda. On jest już tak zniszczony, że byle wspomnienie może znów zamienić go w obłąkańca.
Juliusz (tego też domyślamy się ze scen, nie jest powiedziane nigdzie wprost) był ofiarą ssmanów, którzy lubili "zabawiać się" znęcaniem nad więźniami - na przykład kazali im tańczyć w kółko aż padnie ostatni - i tym ostatnim, który walczył o życie był właśnie Juliusz. I cóż, może uratował życie, ale tylko fizyczne. W środku siedzi już tylko roztrzaskana na kawałki dusza o ranach, których nie da rady opatrzyć.
Bardzo, bardzo smutny film... Jeszcze nie widziałam tak mocnego przekazu o traumie powojennej.
Co prawda czasy Wielkiej Rewolucji Francuskiej to nie moja bajka i nie rozumiałam do końca powiązań, spraw, i ogólnie historycznych i politycznych powiązań w tym filmie, ale nie przeszkadzało mi to oglądać obrazu z zachwytem.
Wielu zachwyca się rolą Depardieu w tytułowej roli, ale dla mnie sztos-aktorem tego tytułu był Wojciech Pszoniak jako Robespierre. Zresztą same rozmowy Dantona z Robespierre to bezsprzecznie najlepsze fragmenty filmu.
Nie ma tam dużo akcji, za to dużo gadania, kombinowania jak pozbyć się Dantona i jego kolesiostwa (fun fact: Robespierre'a i jego stronników grają Polacy, zaś "dantonistów" - Francuzi).
Nie ma tam miejsca na nic innego, oprócz politycznych rozgrywek. Żadnych miłostek, pobocznych wątków.
Sprawa toczy się o kształt demokracji, a jednak mamy na koniec wrażenie, już po zgilotynowaniu Dantona, że to puste hasła, a równość to tylko demagogia, za którą kryją się polityczne i brutalne szachy, nie ma w tym żadnej chwały - jeden z dantonistów, mimo że ma żonę i świeżo urodzone dziecko i boi się śmierci, to jednak mimo, że ma wybór - może uratować skórę - postanawia zginąć razem z kolegami, chociaż każdy mówi - ratuj się ty chociaż.
Tylko potem Robespierre choruje fizycznie złożony w łóżku na wyrzuty sumienia.
Oprócz potyczek słownych dwóch szefów rewolucji i scen w sądzie, jedną z najbardziej wstrząsających scen jest śmierć Dantona. Koniec końców symbolem wielkiej rewolucji stała się także przecież gilotyna.
Polecam, nawet jeśli mało się zna historyczne podstawy - jak ja - to film ogląda się z szeroko otwartymi oczami. Aktorzy są poprowadzeni mistrzowsko, ogląda się wybornie, ale w końcu to dzieło pana reżysera Wajdy, więc co się dziwić.
@Opornik elon musk się rzucał że Helena, według legend "najpiękniejsza kobieta na ziemi" jest w filmie czarna i że nikt by jej nie uznał za najpiękniejszą (tu racji) i że Nolan obsadził ją tylko po to żeby dostać nagrody typu Oscar
Helena Trojańska według Nolana - Lupita Nyong’o
Choć bardzo pasuje mi tu komentarz pod zdjęciem - Helen od Detroit 🥸
#filmy #odyseja #nolan #notorasizm
@WujekAlien przeciętny Amerykanin to łyknie i będzie potem powtarzał głupoty że starożytni Grecy byli czarni. Tak samo potem będą chodzić i gadać że w średniowieczu pół Europy było czarne, pół Azji było czarne bo przecież każdy bohater z ich filmu był czarny. Zupełnie nie będzie im przeszkadzać taki szczegół że filmy na netflix to jedyne źródło ich wiedzy o świecie. I wiecie, człowiekowi z jakimś tam minimalnym intelektem takie ruchy jak zakłamywanie historii pod publikę wydają się głupie. Ale to się finansowo opłaca, inaczej by tego nie robili. Tak to działa. A dzięki takim zabiegom ludzie będą coraz glupsi ...