[Los] tylko dla tych jest ciężki, których nagle przygniata: łatwo go dźwiga, kto go wciąż przewiduje. Przecież i najazd wrogów tylko tych powala, których zaskoczy znienacka. Ale ci, którzy się przygotowali do przyszłej wojny przed wybuchem wojny, ci uformowani w szeregi łatwo wytrzymują pierwsze uderzenie, wywołujące największą panikę.
Pierwszą rzeczą, z której słynie Cerne Abbas, jest oczywiście kredowy gigant na zboczu wzgórza. Ma około 55 metrów wysokości i jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych figur tego typu w Wielkiej Brytanii. Przez wiele lat uważano, że pochodzi z czasów celtyckich lub rzymskich, ale współczesne badania wskazują, że najprawdopodobniej powstał między VIII a XI wiekiem. Mimo wielu badań nadal nie wiadomo, kogo przedstawia. Jedni historycy uważają, że jest to Herkules, inni sądzą, że była to lokalna postać związana z okresem anglosaskim. Z gigantem związana jest również stara legenda mówiąca, że przynosi szczęście i płodność parom starającym się o dzieci.
Sama miejscowość Cerne Abbas jest znacznie starsza, niż mogłoby się wydawać. Jej rozwój rozpoczął się pod koniec X wieku, kiedy w 987 roku założono Cerne Abbey, klasztor benedyktynów.
W średniowieczu klasztory pełniły znacznie większą rolę niż tylko religijną. Były centrami edukacji, rolnictwa, medycyny i administracji. To właśnie dzięki opactwu Cerne Abbas stało się zamożną i ważną osadą.Przez ponad pięćset lat klasztor rozwijał okolicę, aż do czasów króla Henryka VIII. W 1539 roku, podczas likwidacji klasztorów w Anglii, opactwo zostało zamknięte. Większość budynków rozebrano, a kamień wykorzystano do budowy domów w okolicy. Do dziś zachowała się między innymi brama opata oraz kilka budynków należących kiedyś do klasztoru.
Spacerując po wiosce, można zauważyć, że większość zabudowy pochodzi z XVII i XVIII wieku. Wynika to z tego, że w XIX wieku linię kolejową poprowadzono z dala od Cerne Abbas. Miejscowość ominął rozwój przemysłowy, ale dzięki temu zachowała swój historyczny wygląd.W XVIII wieku Cerne Abbas było znane z warzenia piwa. Działało tutaj podobno aż czternaście pubów, co jak na tak niewielką miejscowość było imponującą liczbą. Piwo produkowane w Cerne Abbas trafiało nie tylko do Londynu, ale było również eksportowane.W centrum wioski znajduje się średniowieczny St Mary’s Church, który przez wieki był związany z opactwem. W pobliżu znajduje się także źródło nazywane Studnią św. Augustyna, z którym wiąże się lokalna tradycja, choć nie ma dowodów, że sam św. Augustyn rzeczywiście odwiedził to miejsce.To właśnie połączenie tajemniczego giganta, tysiącletniej historii opactwa i dobrze zachowanej historycznej zabudowy sprawia, że Cerne Abbas jest jedną z najciekawszych i najbardziej autentycznych historycznych wiosek w hrabstwie Dorset.
Zawsze mnie to zastanawia - jak oni byli w stanie namalować tak wielkiego i proporcjonalnego giganta? Przecież nie mieli drona do nawigacji, a wyszedł super. Co więcej - po co? Przecież i tak nie byli w stanie zobaczyć tego dzieła w całości...
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Nie każdy, kto mówi Mi: „Panie, Panie!”, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: „Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?" Wtedy oświadczę im: "Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości". Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki". Gdy Jezus dokończył tych mów, tłumy zdumiewały się Jego nauką. Uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie tak jak ich uczeni w Piśmie.
Matthew 7:21-29
At that time: Jesus said to his disciples, ‘Not everyone who says to me, “Lord, Lord”, will enter the kingdom of heaven, but the one who does the will of my Father who is in heaven. On that day many will say to me, “Lord, Lord, did we not prophesy in your name, and cast out demons in your name, and do many mighty works in your name?” And then will I declare to them, “I never knew you; depart from me, you workers of lawlessness.” ‘Everyone then who hears these words of mine and does them will be like a wise man who built his house on the rock. And the rain fell, and the floods came, and the winds blew and beat on that house, but it did not fall, because it had been founded on the rock. And everyone who hears these words of mine and does not do them will be like a foolish man who built his house on the sand. And the rain fell, and the floods came, and the winds blew and beat against that house, and it fell, and great was the fall of it.’ And when Jesus finished these sayings, the crowds were astonished at his teaching, for he was teaching them as one who had authority, and not as their scribes.
Wszystko się dzieje w oznaczonym czasie: wszystko powinno zrodzić się, wyrosnąć i zginąć. Cokolwiek widzisz toczącego się nad nami, jak również to, wśród czego znajdujemy się i przebywamy jako pośród najtrwalszych rzeczy, zniszczeje i byt swój zakończy. Każda rzecz ma swoją starość: choć w nierównych odstępach czasu, natura każe wszystkiemu iść w to samo miejsce. Cokolwiek jeno istnieje, istnieć przestanie; nie zginie, ale będzie rozproszone.
Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: „Nie, lecz ma otrzymać imię Jan”. Odrzekli jej: „Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię”. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: „Jan będzie mu na imię”. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się. zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: „Kimże będzie to dziecię?” Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem; a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.
Luke 1:57-66, 80
The time came for Elizabeth to give birth, and she bore a son. And her neighbours and relatives heard that the Lord had shown great mercy to her, and they rejoiced with her. And on the eighth day they came to circumcise the child. And they would have called him Zechariah after his father, but his mother answered, ‘No; he shall be called John.’ And they said to her, ‘None of your relatives is called by this name.’ And they made signs to his father, enquiring what he wanted him to be called. And he asked for a writing tablet and wrote, ‘His name is John.’ And they all wondered. And immediately his mouth was opened and his tongue loosed, and he spoke, blessing God. And fear came on all their neighbours. And all these things were talked about through all the hill country of Judea, and all who heard them laid them up in their hearts, saying, ‘What then will this child be?’ For the hand of the Lord was with him. And the child grew and became strong in spirit, and he was in the wilderness until the day of his public appearance to Israel.
Kurde, zawsze chciałem zobaczyć na żywo plantacje konopii i dziś udało mi się to zrealizować. 😁
Wjechałem tam bez większego rozeznania czy trzeba rezerwować czy można od ręki przyjechać, ale na miejscu przywitała mnie właścicielka całego przybytku - Bam, która akurat kończyła oprowadzać parę Azjatów w wieku emerytalnym. Główny tour ze wszystkimi atrakcjami jest zaplanowany na jakąś godzinę rano, ale Bam często zostaje na farmie i oprowadza takie zbłąkane dusze, jak ja i jeden belg który przyjechał moment przede mną.
Na początku zostaliśmy przywitani giftem w postaci blanta z liścia palmowego, filterka z kukurydzy i Super Lemon Haze, krótkim wstępem z opisem dlaczego farma jest organiczna i ogólnym opisem wszystkiego, czym się zajmują. Ten gift bynajmniej nie był na wynos, bo zostaliśmy zaraz zaproszeni do spróbowania wyrobu. W międzyczasie Bam przyjęła dwie Brazylijki które dojechały chwilę później i które do nas dołączyły.
Po konsumpcji zostaliśmy oprowadzeni po wszystkich pomieszczeniach związanych z hodowlą rośliny, zaczynając od suszarni połączonej z magazynem w której trzymany jest finalny produkt, przez pomieszczenie w którym jest sprzęt do curingu, aż po namioty z roślinami (w każdej fazie wzrostu). Każdy proces został nam wytłumaczony tak dosadnie, że mam pewność, że na wzrost rośliny niema się wpływu faza księżyca (pytanie jednej z koleżanek z Brazylii XD), wraz z klonowaniem, trymowaniem, fazami rozwoju, no wszystko od A do Z.
W pełnym pakiecie są jeszcze warsztaty, więc można samemu zrobić swojego klona z dostępnych krzaków i odkupić go, czy bodajże zobaczyć proces tworzenia haszu czy resin.
Na koniec wróciliśmy do tego samego pokoju w którym zostaliśmy przywitani i można było sobie kupić coś na pamiątkę, jak chociażby 10g za 700 bahtów (ok. 18-20€), co zrobił kolega z Belgii. Bam na pożegnanie wyciągnęła jeszcze taki pojemniczek z „resztkami”, kazała każdemu skręcić sobie po blanciorze na rozchodne.
Jest w pytę. Mega polecam każdemu, kto będzie w Tajlandii odwiedzić to miejsce, bo to klimat jedyny w swoim rodzaju. Jedyną wadą był fakt, że w aktualnym, deszczowym klimacie, rośliny które zakwitły, są spisane na straty w 90%, bo nie dowożą jakości i z racji turystyki, są tylko na pokaz.
Jest wczoraj, a właściwie dzisiaj, bo właśnie minęła północ. Lekko ponad dwanaście godzin po rozmowie rekrutacyjnej. Poszedłbym spać, ale łapie mnie jakaś refleksja, tylko jeszcze nie wiem jaka. Zmęczenie czasem przyzywa różne takie przemyślenia, bo przestaję uparcie kontrolować siebie.
Kurdebele, mam!
Na samą rozmowę poszedłem z założeniem, że nie bardzo chcę tam pracować. Daleko (20 km), nie tak do końca co chciałbym robić, widełek w ogłoszeniu brak, jedynie hybryda trochę ratowała sytuację.
Przypomniałem sobie, jak wyglądała sama rozmowa, ich pytania, moje odpowiedzi, ale też odwrotnie. Przypomniałem sobie, że… nie czułem strachu. Tak, pojawiał się, ale momentami, w mikrodawce, z moją wiedzą o nim i to w trybie „teraz”.
Byłem, rozmawiałem, nawet śmieszki byli (już wiem, że kierownik umie w 2137 ). Ba, nie widziałem ich jako lepszych ode mnie, byliśmy po prostu równi. Rozmawialiśmy 1,5 godziny, a mnie ten czas nie tylko minął szybko, ale również nie bardzo chciałem wychodzić.
Czy mnie przyjmą – nie wiem, mam dowiedzieć się w przyszłym tygodniu. Jeśli się uda, będzie bardzo fajnie. Wiem jednak, że ta jedna rozmowa już dała mi dużo, bo widzę swoją zmianę (zacząłem siódmy tydzień L4, do tego 13 miesiąc terapii). Wychodzę z ogólnego trybu przetrwania i zgnojenia.