Zgadzam się z panem Andrzejem Sapkowskim, więc staram się oddzielać ekranizacje od pierwowzorów. W przypadku „Wielkiego marszu” jest to o tyle łatwiejsze, że książki... jeszcze nie przeczytałem.
I jest to dobry film. Nie zgodzę się, że nudny - dialogi bohaterów zostały tak dobrze napisane, że nie zdziwię się, że przeniesiono je żywcem z powieści. Uwielbiam talent Kinga do pisania dialogów i tym bardziej go doceniam, że tego typu historia musiała się opierać na dialogach właśnie, żeby nie przesadzić z „akcją”. Czyli śmierciami kolejnych postaci, mniej lub bardziej ważnych.
Jednocześnie przeszkadzało mi parę rzeczy.
Przede wszystkim sam dystans i brak sensownego przygotowania niektórych postaci. Pójście w trampkach na taki marsz to zdecydowanie bardzo głupi pomysł. Szkoda, że nie została wyjaśniona kwestia, jak bardzo biedni są ludzie, którzy decydują się na wzięcie udziału w marszu z dwuprocentową szansą na wygranie. No ale jak powiedział jeden z głównych bohaterów, nie zna nikogo, kto by się nie zgłosił - tym bardziej więc powinni się przygotowywać. Ale i tak dystans, który przeszli, wydaje się nieprawdopodobny.
No i nie ma co ukrywać, że historia jest przewidywalna. Od początku wiadomo, kto zostanie na samym końcu. Brakuje więc tego elementu zaskoczenia i trwogi, czy przypadkiem ci bardziej sympatyczni bohaterowie nie odpadną jako jedni z pierwszych.
Przeszkadzało mi samo zachowanie uczestników marszu. Wszyscy byli rywalami, skąd więc empatyczne podejście i pomaganie innym? Gdy słuchałem relacji z gett żydowskich, to jednocześnie dziwiło i nie dziwiło mnie, że zamknięci tam Żydzi potrafili skazywać na śmierć „mniej potrzebnych” albo po prostu biednych mieszkańców, żeby tylko odsunąć od siebie widmo śmierci. Dlaczego więc chłopaki nie zachowywały się inaczej? Po co pomagać komuś, kto mógłby wygrać i tym samym doprowadzić do twojej śmierci? To tym bardziej niezrozumiałe, że mieli jasne motywacje: nie tylko przeżyć, ale zdobyć także górę pieniędzy i spełnić jedno życzenie.
Jedynym wytłumaczeniem może być to, że sama historia jest alegorią wysyłania młodych mężczyzn na często bezsensowną wojnę. I w tym poczuciu braku sensu oraz śmierci, która może nadejść w każdej chwili, szukają pocieszenia w towarzyszach dzielących ten sam los.
Pierwotnie chciałem wystawić ocenę osiem na dziesięć, ale jak zacząłem myśleć o tych przeszkadzających mi wątkach, obniżyłem ocenę do siedmiu. To dobry film, z potencjałem na coś więcej, ale niestety, tak się nie stało.
Nie rozumiem zarzutów, że ten film nie oddaje piękna muzyki Chopina oraz wykrzywia go jako człowieka. To jakby rozumieć fabułę "Amadeusza" dosłownie i mieć tylko taki obraz Mozarta w głowie. Ten film to fikcja, kolejne fakty obleczone wymyślonym mięsem, a tym mięsem jest młody topowy artysta Paryża, który jedyne co pragnie to grać i żyć pełnią życia, a obie te rzeczy są nieco poza jego zasięgiem gdy straszliwa choroba przybiera na sile.
Tak też mamy dwóch Chopinów - tego zdrowego, który korzysta z lepszych dni w pełni, grając, ucząc, prowadząc bujne życie towarzyskie, - i tego chorego, który ledwo chodzi, blady, kaszlący, zmęczony, czasem zmuszający się na siłę by jeszcze "działać" jako ten pierwszy lepszy Chopin.
Cień gruźlicy unosi się nad Chopinem także w jego otoczeniu - na "suchoty" umiera jego przyjaciel i najlepszy uczeń.
Eryk Kulm sprostał roli obu Chopinów - jako ten pierwszy lepszy Chopin jest młody, pełen werwy, wesoły, towarzyski, chętny do miłości i do pracy, jako ten drugi po prostu wygląda jak trzaśnięty śmiertelną chorobą człowiek, która z czasem postępuje.
Bardzo ładne kostiumy i scenografia, gra aktorska oraz zdjęcia. Wiadomo, fabuła nie trzyma się dokładnie faktów z życia Chopina, jedynie je wykorzystuje by zobrazować Chopina jako żarliwego wesołka, zarażonego muzyką już na stałe - będzie już tworzył do ostatnich chwil swojego życia.
Jedyne co mi zgrzytało to ten z rzadka pojawiający się patriotyzm Chopina, jakby wklejony na siłę, a z drugiej strony widocznie twórcom zależało by ową faktyczną cechę artysty zaznaczyć w filmie.
Ogólnie seans uważam za bardzo udany - właśnie z punktu zagrania dwubiegunowym Chopinem oraz oddania życia rozchwytywanego artysty w Paryżu. Na serio to zapewne można przyczepić się do wielu rzeczy, że jednak ten film nie oddaje nawet w kilku procentach prawdziwego Szopena, że wiele rzeczy tam wyglądało całkiem inaczej niż w jego życiorysie, ale gdyby właśnie spojrzeć na ten aspekt podwójnego "chopina" w tytule i zarys ostatnich lat życia muzyka to myślę, że widz może być spełniony tym co otrzymał.
Wątpię by "Chopin Chopin!" oddawał klimat "sfilmowanych lektur szkolnych", to dość dynamicznie zrealizowana opowieść, wręcz uwspółcześniona - sam Fryderyk jak i jego otoczenie mówią normalnie, zrozumiale, bez staroświeckości tamtych czasów -ot, młody facet pragnący korzystać z życia, które wiążę się głównie z muzyką.
@Mahjong pisałem na hejto o tym filmie tuż po seansie. Dla mnie jednak za mało muzyki a za dużo umierania Jednak rozumiem, że twórcy musieli postawić na jakiś wątek, bo całej biografii Chopina nie sposób ukazać w jednym obrazie. Jednak im więcej czasu mija od obejrzenia, tym bardziej mi się podoba
Niestety, pierwszy i jedyny seans pierwotnego Toxic Avengera zaliczyłam wiele lat temu, więc ciężko mi bawić się w porównania, ale był to seans współtowarzyszący więc z relacji towarzyszy filmowej niedoli wiem, że wykorzystano wiele scen z pierwszego filmu.
Fabuła? Znana i lubiana - przynajmniej dla miłośników produktów Tromy. Pogardzany woźny, wychowujący syna swojej zmarłej partnerki ulega wypadkowi w swojej firmie - zamienia się w straszliwego Toxiego. Mściciel z zabójczym mopem w ręku postanawia wymierzyć sprawiedliwość swoim oprawcom i ochronić swojego syna.
W roli Toxiego Peter Dinklagem którego niskorosłość podkreśla tylko fizyczne braki pierwotnego woźnego.
Sam film? Czysta zabawa, dużo śmiesznych tekstów, jucha i flaki są, starano się też zachować ten sznyt Tromy.
Dla mnie udany seans, dawno się tak nie uśmiałam. Fun TOP!
Rodzina Potterów, ich syn uważa czarnoskórego nauczyciela za podejrzanego. James znęca się nad czarnoskórym uczniem, a Lily nie była zainteresowana związkiem z czarnoskórym (jej obecny chłopak go prześladuje).
Ale gdzie problem, po uj remakowac jak casitng ma byc taki sam, aha zeby dojic kase na nostalgi, ale to bialaskom nie przeszkadza, ale bron boze czarny aktor xd
@Ragnarokk ja to bym sie wlasnie przypierdolil ze nowy harry wygalda dokladnie jak stary harry, 7 ksiazek rozciagna na 10 sezonow I pewnie hogwart legacy 2 w miedzyczasie
@kopytakonia Hermiona jest multiracial i ja bym wolał kogoś jak Emma Watson, ale nikt specjalnie nie krzyczy o niej, większość podśmiechujek i tego co ja napisałem we wpisie to właśnie wytknięcie tego, że czarny Snape robi taki pokraczny zgrzyt w całej historii i zupełnie niepotrzebnie.
Do Hermiony w sumie to odrobinę będzie pasowało, bo ona walczy z niewolnictwem wśród skrzatów. dx
Imho czarna McGonagall, nawet Dumblebore by mogli być bez problemu i by nie burzyli tak jak Snape.
@Deykun W ogole too.... nie widzie sensu robienia jeszcze raz tego samego, skoro oryginał był.. bardzo dobry?
Tak trochę, jakby książek do zekranizowania już nie było. A są.
Ale ludzie przestali czytać. Dlatego, jak ktoś na hejto napisał - fenomen nie do powtórzenia. No chyba, że ktoś nakręci film o skibidi toilet albo italian brainrot.
Wyprawa do El Dorado pod przywództwem buntownika Lope de Aguirre. Peru, wiek XVI. Aguirre wraz z grupką buntowników postanawia samemu odnaleźć i zdobyć mityczną krainę złotem płynącą. Podróż do jądra ciemności peruwiańską rzeką odsłoni stopniowo szaleństwo hiszpańskiego konkwistadora.
Film był kręcony w bardzo trudnych warunkach, bowiem Herzog uparł się kręcić film w peruwiańskiej dżungli - analogia do tytułowego bohatera narzuca się sama.
Z drugiej strony gdyby nie to ten film nie miałby tej atmosfery - faktycznego obcego lądu z całym wachlarzem niebezpieczeństw, z czego największym jest sam bohater, który nazywa siebie Gniewem Bożym. Jest przekonany o swojej boskości, chociaż dookoła niego ludzie padają jak muchy przez choroby i ataki Indian.
Aguirre o twarzy Klausa Kinskiego hipnotyzuje, on nawet nie jest pełen wiary w to, że może sam zmienić historię, on to po prostu chce zrobić, chociaż w filmie jego droga to powolna męczarnia przez trupy swoich towarzyszy. Jednak zbuntowany konkwistador nie widzi tego.
Dla mnie ten film to właśnie takie conradowskie "Jądro ciemności", tylko zamiast podróżować rzeką do szaleństwa, podróżujemy rzeką z szaleństwem (prawdziwy Aguirre, na losach którego oparto fabułę filmu miał resztą przydomek "Szalony").
Wystarczyła mi informacja, że Vince Gilligan napisał serial dla Rhei Seehorn, żeby wiedzieć, że będę miał do czynienia z czymś niesamowitym.
Vince jest świetnym scenarzystą, którego „Better Call Saul” uważam za jeszcze lepszy serial niż „Breaking Bad”. Głównie dzięki rewelacyjnie napisanej i zagranej Kim Wexler. Vince tą postacią pokazał, że kobiety mogą być silne na swój sposób, że nie trzeba tworzyć karykatur mężczyzn, żeby żeńska bohaterka była „badassem”. Trudno jest mi znaleźć lepiej wykreowaną kobiecą postać.
No i nie myliłem się. „Pluribus” już po pierwszym sezonie w moim prywatnym rankingu wyprzedził „Better Call Saul”.
Po pierwsze, mamy do czynienia z przystępnym science fiction, które może się spodobać osobom nieprzywykłym do tego gatunku. Ziemia została opanowana przez wirus, łączący ludzi w rój o wspólnej świadomości. Jednakże znalazła się garstka odporna genetycznie, która zachowała swoją tożsamość. Wśród nich jest Carol Sturka, grana przez świetną Rheę Seehorn. Tak, uwielbiam tę aktorkę i ani trochę się tego nie wstydzę.
Po drugie, Vince igra z widzem. Odcinek kończy się wstrząsającym odkryciem, o którym dowiadujemy się dopiero w kolejnym? Podany oczywisty powód do nienawidzenia kosmitów, którzy jedzą ludzkie mięso, bardzo szybko zostaje wytłumaczony jako mało szkodliwy. Ludzie i tak umierają, więc szkoda, żeby cokolwiek się zmarnowało. ; )
No i nie dziwię się, dlaczego kolejne odcinki były wypuszczane co tydzień. W sumie to żałuję, że nie zrobiliśmy tak z dziewczyną - myślę, że w oczekiwaniu przeprowadzilibyśmy wiele rozmów na temat różnych teorii, a tak to moglibyśmy po prostu włączyć następny epizod.
Po trzecie, uwielbiam czarny humor i humor sytuacyjny, a tu jest tego sporo. W dodatku jest nienachalny, niewymuszony, jak chociażby scena z dronem wykorzystywanym w logistyce ostatniej mili. Wielokrotnie śmiałem się na głos.
Po czwarte, jest to niespieszny serial. Ujęcia często są długie, nie czułem się zmęczony ani przytłoczony, tylko wręcz odpoczywałem podczas oglądania. No i Vince nie traktuje widzów jak głupków, którym trzeba wszystko tłumaczyć. Często dostajemy urywki wiadomości, często coś dzieje się w tle, na drugim planie, bohaterka nie mówi do samej siebie, żeby widz przypadkiem się nie pogubił w fabule. Szkoda, że zrobiła to w finale sezonu, ponieważ już wcześniej były różnego rodzaju wskazówki, które dążyły do tej konkluzji, no ale to postać sobie to uświadomiła.
Po piąte, serial skłania do przemyśleń, a to uwielbiam w różnej twórczości.
Czy tego rodzaju „inwazja obcych” i złączenie wszystkich w jedną świadomość to naprawdę coś złego? Według nich wszyscy są szczęśliwi: spadło przestępstwo, nie ma już biednych ani bogatych, nikt nie jest wykorzystywany et cetera. Brzmi jak utopia, prawda? I to tylko kosztem indywidualności? Moim zdaniem to mała cena. Choć sam nie wiem, czy chciałbym do nich dołączyć. X)
Atrakcyjniejszy wydaje się scenariusz z odpornością na wirusa, dzięki czemu mamy do dyspozycji ogromną piaskownicę z rojem służących, chcących zadowolić nas za wszelką cenę. Do tego stopnia, że spełniają każdą, nawet najgłupszą zachciankę. Wyobrażałem sobie podróże po całym świecie bez konieczności znoszenia obecności innych turystów, strzelanie z różnej broni (chociażby RPG czy minigun), próbowanie potraw przygotowanych przez najlepszych kucharzy na świecie, ba, mógłbym nawet zorganizować mecz NBA z takimi koszykarzami, jakich bym sobie tylko zażyczył. Nie dziwię się, że jeden z „ocaleńców” postanowił korzystać z życia i nie dość, że odtwarzał sobie scenki z filmów, to miał swój prywatny harem i tak dalej. Normalnie raj na Ziemi.
Na koniec chciałbym się odnieść do wątku homoseksualnej relacji głównej bohaterki z jej wieloletnią partnerką, a potem z Zosią. Czy był na siłę? Oczywiście, że nie - pasował do całości. Czy można stworzyć normalny obraz takiej relacji? Oczywiście, że tak - Vince to udowodnił. Oby więcej takich.
Czy tego rodzaju „inwazja obcych” i złączenie wszystkich w jedną świadomość to naprawdę coś złego? Według nich wszyscy są szczęśliwi: spadło przestępstwo, nie ma już biednych ani bogatych, nikt nie jest wykorzystywany et cetera. Brzmi jak utopia, prawda? I to tylko kosztem indywidualności?
Też o tym rozmyślałam, jednak z każdym odcinkiem przekonywałam się, że to po prostu ugrzeczniony Borg, ale dalej Borg, który chce podbić cały Wszechświat. Jedyne co jest kulą u nogi to owe zasady, których MUSZĄ się trzymać, startrekowy Borg po prostu asymilował, nie musiał nic robić naokoło.
Więc nie do końca sądzę, że ludzki "rój" jest czymś ok, szczególnie, że asymilując skazują w pewien sposób ludzkość na wyginięcie a równocześnie chcą nieść "wirus" po kosmosie, by przejmował kolejne świadomości.
Świetny serial, fajna recka - zgadzam się też co do aktorki.
Myślę, że właśnie dlatego tak to zostało przedstawione.
Borg wlatuje z „RESISTANCE IS FUTILE” i od razu włącza się tryb buntownika. Jak o tym myślę, to w sumie nie chciałbym zostać jednym z dronów. X)
W „Pluribus” zostało to przedstawione jako osiągnięcie Nirvany i tym podobne - znacznie przyjemniejsze obraz.
Ograniczenia „roju” są dziwne. Z jednej strony nie mogą wbrew Carol zrobić niczego z jej ciałem, ale nie przeszkadziło im to w „zarażeniu” całej ludzkości bez zaoferowania im możliwości wyboru.
Film opowiada historię Daisy Clover, nastoletniej, ekscentrycznej dziewczyny, która zostaje odkryta przez łowcę talentów w Hollywood lat 30. XX wieku. Szybko zyskuje ogromną popularność, stając się wielką gwiazdą, jednak jednocześnie doświadcza niszczycielskiego wpływu sławy.