
W centrum Poznania amstaff zagryzł maltańczyka. Nie ma przeszkód, by zagryzł ponownie
poznan.wyborcza.plRzucił się na naszego psa bez ostrzeżenia. Desperacko walczyliśmy, by go uratować - twierdzą właściciele Teddy'ego, który zginął na oczach przechodniów w centrum Poznania. Agresywny amstaff wrócił z właścicielką do domu.
Frank mieszka z żoną w Niemczech. W Poznaniu byli na wakacjach. W środę 20 sierpnia spacerowali po parku przy Starym Browarze, w ścisłym centrum miasta. Na smyczy szedł z nimi Teddy, maltańczyk.
Gdy wychodzili z parku na ul. Ogrodową, zobaczyli kobietę z amstaffem, również na smyczy. Szła w ich kierunku, ale według Franka nie panowała nad psem, tak jakby to pies wyszedł z nią na spacer, a nie ona z nim.
Dramatyczne sceny przy Starym Browarze
Frank twierdzi, że amstaff rzucił się na jego maltańczyka bez ostrzeżenia, nie wysyłając wcześniej żadnych sygnałów, że chce lub może zaatakować.
– Wbił zęby w Teddy’ego, a właścicielka nie miała nad nim żadnej kontroli. Na chwilę udało się ich rozdzielić, ale potem znów zaatakował. Wszystko zdarzyło się w dwie-trzy minuty – relacjonuje Frank.
Wysyła nam drastyczne zdjęcia zakrwawionego maltańczyka z dziurą w głowie – rana była głęboka, widok straszny. Teddy zmarł w agonii jeszcze przed przyjazdem policji. Nie było szans na ratunek.
Frank twierdzi, że kobieta próbowała uciec z amstaffem, ale zatrzymał ją razem ze świadkami.
Policja: Amstaff rzucił się na maltańczyka
Andrzej Borowiak z wielkopolskiej policji potwierdza, że funkcjonariusze interweniowali na miejscu, spisali relacje uczestników, potem w komisariacie przesłuchali Franka i jednego ze świadków. Choć w pobliżu są kamery monitoringu, żadna nie nagrała ataku.
Borowiak przedstawia nam dotychczasowe ustalenia: – Psy przechodziły obok siebie z właścicielami. Amstaff był na dość długiej smyczy i – jak przekazali świadkowie – rzucił się na mniejszego maltańczyka.
Maltańczyk, jak dowiadujemy się nieoficjalnie, również nie szedł przy nogach właścicieli. Był na tzw. smyczy flex – automatycznej, z regulowaną długością.
Pytamy Franka, czy mogło być tak, że to Teddy podbiegł do amstaffa, narażając się na niebezpieczeństwo. Frank się oburza. Potwierdza, że taką wersję próbowali przedstawiać właścicielka amstaffa i mężczyzna, który później do niej dołączył.
– Mówią, że nasz Teddy zaatakował... To śmieszne. To tak, jakby moja córka zaatakowała Mike'a Tysona, mistrza świata w boksie – przekonuje Frank.
– Teddy nie był agresywny – podkreśla. – Problem w tym, że to ta kobieta nie potrafiła kontrolować swojego dużego, silniejszego psa.
Frank zauważa, że w parku przy Starym Browarze bawiły się dzieci – je również mógł zaatakować amstaff. Pyta, czy w Polsce pies może zabić legalnie innego psa, na przykład, jeśli ten drugi szczekał. I czy jest normalne, że właściciel nie ma nad zwierzęciem kontroli.
– Na naszych oczach nasz ukochany pies został brutalnie zabity. To obraz, którego nigdy nie zapomnimy – podkreśla.
Twierdzi, że właścicielka amstaffa proponowała im odszkodowanie. Wycofała się, gdy zażądali od niej 3 tys. euro.
Hanna Mamzer: Pies w rękach człowieka to odbezpieczony granat
Frank wysyła nam zdjęcia zrobione już po śmierci Teddy'ego – widać na nich właścicielkę amstaffa i mężczyznę, który do niej dołączył. Trzymają amstaffa na smyczy.
Zdjęcia pokazujemy prof. Hannie Mamzer, socjolożce, biegłej sądowej z zakresu dobrostanu zwierząt. Jej zdaniem fotografie potwierdzają, że kobieta i mężczyzna mają problem z utrzymaniem amstaffa w miejscu i zapanowaniem nad nim.
– Pies to drapieżnik, a w rękach człowieka odbezpieczony granat – podkreśla Mamzer. – Bez odpowiedniej wiedzy na temat zachowań i potrzeb psa nie da się nad nim zapanować. Dlatego przy takich sprawach zawsze apeluję, by opieki nad psami podejmować się świadomie.
– Chcemy podkreślić: nie obwiniamy psa. Działał instynktownie, tak jak został wychowany – podkreśla Frank.
Jego zdaniem winę ponosi właścicielka amstaffa i powinna zostać ukarana.
Tyle że kara – jeśli sąd ją wymierzy – nie będzie dotkliwa. Policja prowadzi postępowanie w sprawie złamania art. 77 Kodeksu wykroczeń. Zgodnie z tym przepisem osobie, która przy trzymaniu zwierzęcia nie zachowuje zwykłych lub nakazanych środków ostrożności, grozi tysiąc złotych grzywny.
Andrzej Borowiak z wielkopolskiej policji przyznaje, że przepis mówiący o niezachowaniu ostrożności jest dość ogólny, ale jego interpretacja nie budzi wątpliwości: – Nie wystarczy, że pies jest na smyczy. Trzeba prowadzić go w taki sposób, by nikomu nie zagrażał. W tym przypadku tak nie było, skoro drugi pies nie żyje.
Amstaff poza wykazem, można go mieć bez zezwolenia
Bardziej szczegółowy jest regulamin utrzymania czystości i porządku na terenie Poznania – to dokument prawa miejscowego, uchwalany przez radę miasta, za jego złamanie też grozi grzywna.
W regulaminie radni zapisali, że właściciele i opiekunowie psów mają obowiązek chronić osoby trzecie przed niechcianym bezpośrednim kontaktem ze zwierzęciem na terenach przeznaczonych do wspólnego użytku. W takich miejscach psy można wyprowadzać tylko na smyczy.
Co ważne – osoba, która wychodzi z psem, musi być w stanie sprawować nad nim odpowiedni nadzór, adekwatny do rozmiaru i indywidualnych cech zwierzęcia.
Obowiązek wyprowadzania psów w kagańcu dotyczy tylko ras uznanych za agresywne przez ministra spraw wewnętrznych i administracji. W wykazie – nieaktualizowanym zresztą od lat – znajduje się 11 ras psów.
Amstaff – oficjalnie to amerykański staffordshire terier – nie znalazł się w wykazie. Gdyby w nim był, właścicielka musiałaby uzyskać w urzędzie miasta zezwolenie na jego posiadanie. Takie zezwolenie można potem cofnąć, jeśli urzędnicy stwierdzą, że właściciel utrzymuje psa w sposób stanowiący zagrożenie dla ludzi lub innych zwierząt.
Hanna Mamzer dostrzega niedoskonałość tego systemu. Zauważa, że agresywny może być w zasadzie każdy pies, a wszystko zależy od tego, jak jest wychowany, prowadzony i skąd pochodzi.
Problem widzi też w konstrukcji ministerialnego wykazu: – W Polsce mamy nadmiar psów-mieszańców, niewiadomego pochodzenia, które nie są rasowe, rozmnażają je np. pseudohodowle. Takie psy wpadają w lukę prawną, bo rozporządzenie dotyczy wyłącznie psów rasowych. Wystarczy mieć psa w typie rasy agresywnej, nie trzeba wtedy starać się o żadne zezwolenia.
Agresywny pies zostaje z właścicielką
Zdaniem biegłej problemem są też właściciele psów. Jeśli są świadomi, dbają o bezpieczeństwo nie tylko swojego psa, ale także otoczenia.
– Takie sytuacje jak ta z Poznania domagają się wprowadzenia nowych regulacji prawnych – przekonuje.
Za przykład podaje rozwiązania obowiązujące w Niemczech. Nakazują ukończenie podstawowych szkoleń przed nabyciem psa: – To daje ludziom przynajmniej podstawową wiedzę na temat tego, jak psy mogą się zachować. W tym przypadku tej wiedzy ewidentnie zabrakło.
Właścicielkę amstaffa policja planuje przesłuchać dopiero po skompletowaniu dowodów, przed wysłaniem do sądu wniosku o jej ukaranie. Sąd może ją ukarać, ale na tym sprawa się zakończy – amstaff, który zagryzł na oczach przechodniów maltańczyka, pozostanie w jej rękach i może zaatakować ponownie.
Andrzej Borowiak z wielkopolskiej policji podkreśla, że funkcjonariusze nie mieli podstaw, by odebrać właścicielce amstaffa, choćby czasowo, do momentu wydania odpowiedniej decyzji przez urząd miasta.
Prawo pozwala odebrać zwierzę tylko, jeżeli dalsze pozostawanie u dotychczasowego właściciela lub opiekuna zagraża zdrowiu lub życiu zwierzęcia.
Adwokatka: Pozostaje wiara w zdrowy rozsądek
Związane ręce będzie miał także sąd. Prawo przewiduje co prawda środek karny polegający na przepadku zwierzęcia na rzecz skarbu państwa, ale tylko w sytuacjach, gdy właśnie to zwierzę padło ofiarą przestępstwa, np. właściciel się nad nim znęcał.
W przypadku art. 77 Kodeksu wykroczeń, który dotyczy niezachowania ostrożności przez właściciela, sąd nie może orzec przepadku psa. Potwierdza to Katarzyna Topczewska, adwokatka specjalizująca się w ochronie zwierząt.
– Nie jestem przekonana, czy odebranie psa w takiej sytuacji nie byłoby zresztą zbyt drastyczne – mówi Topczewska.
Zauważa, że lepszym rozwiązaniem byłoby zobowiązanie właścicielki amstaffa do podjęcia z nim terapii behawioralnej. – Nie ma jednak przepisów, które pozwalałyby sądowi nałożyć takie zobowiązanie. Potrzebne byłyby nowe regulacje – podkreśla.
Zdaniem adwokatki przy obecnych przepisach pozostaje wiara w zdrowy rozsądek właścicielki amstaffa. – Powinna zaniepokoić się tym, co się wydarzyło, i działać jak najszybciej – uważa.
Adwokatka dodaje, że właścicielom zagryzionego maltańczyka pozostaje jeszcze droga cywilna – mogą wystąpić z pozwem o odszkodowanie.
Pies niebezpieczny także dla właścicieli
Izabela Kadłucka, psycholożka i autorka raportu na temat pogryzień przez psy, ocenia zdarzenie z Poznania jednoznacznie: – Właściciel powinien zabezpieczyć psa w taki sposób, by podczas spaceru nie zrobił nikomu krzywdy. I to niezależnie od tego, czy przepisy go do tego zobowiązują, czy nie.
Z badań Kadłuckiej wynika, że każdej doby w Polsce dochodzi średnio do kilkudziesięciu pogryzień ludzi przez psy. Dane zbierała m.in. ze stacji sanepidu. Tylko w 2024 roku odnotowano 26,5 tys. takich przypadków. Pogryzień psów przez inne psy nikt nie zlicza.
Kadłucka uważa, że wielu tragedii można by uniknąć, gdyby właściciele potrafili odczytywać reakcje swoich psów. Bo psy sygnalizują, że zaraz zaatakują, ale ludzie ignorują znaki ostrzegawcze albo ich nie dostrzegają.
Czy amstaff, który zagryzł w centrum Poznania maltańczyka, może zaatakować kolejnego psa? Zdaniem ekspertki takie ryzyko istnieje, bo upolowanie ofiary – w tym wypadku maltańczyka – pobudza w mózgu układ nagrody.
Polowanie na inne psy może przybrać formę uzależnienia – ostrzega.
Kadłucka uważa, że amstaff z Poznania wymaga natychmiastowej interwencji po to, by właścicielka mogła nad nim zapanować, i by nie narastała w nim agresja: – Taki pies może stać się zagrożeniem także dla swoich właścicieli, skierować na nich agresję, jeśli spróbują uniemożliwić mu zapolowanie na innego, zazwyczaj mniejszego psa.
#wiadomoscipolska #poznan #psy #durniwlasciciele
