@Veesper doskonale Cię rozumiem, już tłumaczę dlaczego.
Po pierwszym dziecku przyszedł czas na drugie, niestety ciążę utraciliśmy. Żona bardzo to przeżyła, zamknęła się dość mocno i na domiar tego też siedziała w domu. Oczywiście próbowaliśmy dalej, czego efektem jest wspaniała córka, jednak kolejna ciąża i okres macierzyńskiego dał jej się we znaki. Z jednej strony nie nalegałem by poszła do pracy (skoro nie czuła się na siłach), z drugiej po cichu na to liczyłem. Też nie mamy za wielu znajomych (tych co mieliśmy to czas zweryfikował jakimi są znajomymi) więc staram się mimo wszystko zapewniać nam jakieś atrakcje. A to wyjazdy z dziećmi (jakieś aquaparki, morze, góry czy hotele typowo pod dzieci - tak, jest coś takiego, mogę dać namiar na taki super na Mazurach), czasem dłuższe, czasem nawet jednodniowe... Staramy się też wychodzić bez dzieci, nawet na glupie śniadanie czy kawę w ciągu dnia. Ponadto sporadycznie chodzimy do teatru czy na koncerty. Wiem jak bardzo jest to potrzebne dlatego się staram coś tam jej zapewniać. Nie mam też problemów by zostać z dziećmi aby ona gdzieś wyskoczyła bez nas - z koleżankami z pracy czy z bliższymi znajomymi. Może Twój też powinien coś zacząć działać? Może sama coś wymysl?
Kiedyś pewni byli już znajomi powiedzieli, że oni nigdzie nie jeżdżą bo z dzieckiem się nie da wyjeżdżać. Młodego pierwsza wyprawa w góry była jak ledwo co nauczył się chodzić. Młoda miała pół roku jak wjeżdżaliśmy z wózkiem na MOko. Da się. Fakt, że droga, która pokonywaliśmy samochodem 5 godzin na strzała trwała 8 z kilkoma przerwami, ale czego się nie robi dla dzieci. Zresztą sami też mieliśmy wiele zabawy przy tym. Jak pewnego dnia wybraliśmy się do aquaparku na cały dzień to taki zrypany wracałem...ale jak widziałem jak wszyscy chrapią w samochodzie to było mi jakoś tak...miło.
Jak byliśmy jeszcze bez dzieci to faktycznie mało wyjeżdżaliśmy...ale nie bo nie chcieliśmy tylko zwyczajnie szkoda było kasy, wszak lecieliśmy z budową domu. Zresztą oboje mówiliśmy, że nic więcej prócz tarasu i własnego ogrodu nam nie potrzeba... Guzik prawda, to było kłamstwo, pudrowanie noska. Potrzebne były wyjazdy tylko nie było nas na nie stać.
Młody skończył zerówkę, idzie do pierwszej klasy. Zakumplowal się z kilkoma osobami i aż sam wywalam żonę z domu by się umówiła z mamusiami na placu zabaw ażeby sobie pogadać. Dwie pieczenie na jednym ogniu - młody się wyszaleje a ona spędzi popołudnie z innymi mamusiami. Wiem, że to nie to samo co chlanie po klubach ale dobre i to. Zresztą jak ostatnio mieliśmy iść w tango jak nas szwagier zaprosił to jakoś nie specjalnie chciała, ciągle się obrażała na wszystko o wszystkich. No cóż, trudny ma charakter.
Fajnie tak sobie podoradzać no nie? To teraz powiem Ci czego mi faktycznie w moim związku brakuje: intymności, zbliżenia, erotyki. Choćbyś miała najzajebistrzego faceta, choćbyś była najwspanialszą matką (i pewnie taką jesteś), najlepszą kurą domową, najlepszym kumplem dla swojego mena...bez tego pikantnego bodźca będzie chujnia. Jak zobaczysz, że coś z nim nie tak, chodzi nadołowany, podkurzony, rozdrażniony...weź go przytul, jak myje zęby weź go znajdź od tyłu i przytul, jak jedziecie samochodem połóż mu rękę na udzie albo pomasuj mu kark. Rób to nawet bez okazji, bez powodu. Mow mu, że cieszysz się że jest z wami, że doceniasz jak wiele robi. Na miłość boską, złap go czasami za krocze i spójrz na niego zalotnie! Ubierz sukienkę bez majtek, luźną koszulkę bez stanika. Facet potrzebuje takiego wsparcia od żony, on czuje wtedy, że ma żonę. My rzadko okazujemy uczucia, przeważnie dusimy je w sobie. Taka jest natura mężczyzn. Tak jesteśmy wychowani...