Hej, zapraszam na stragan, bo trochę bieda, a zbieram na Bortka.
Jako ciekawostkę wklejam swoją straganową ilustrację sprzed niemal dokładnie 3 lat (づ•﹏•)づ
#perfumy #stragan


Wj 30,34-38
Hej, zapraszam na stragan, bo trochę bieda, a zbieram na Bortka.
Jako ciekawostkę wklejam swoją straganową ilustrację sprzed niemal dokładnie 3 lat (づ•﹏•)づ
#perfumy #stragan

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Dorobił się chłop w końcu kilku dekantów Bortnikoffa. Nie wiem jeszcze czy się dorobi flakonów, bo tanio nie jest, choć nie da się ukryć, że pachnie też drogo i dwie pozycje siadły mocno. Mój wcześniejszy kontakt z marką ograniczał się do Tabac Dore, Santa Sangria i Oud Monarch, z których najlepsze wrażenie wówczas zrobił ten pierwszy. Do rzeczy, popsikał, ponosił razy kilka, czas coś powiedzieć.
Lao Oud
Od początku dominują dwa składniki: oud i kakao. Kakao jest ciemne, ale posłodzone. Natomiast oud taki grzeczny to nie jest, bo ma intensywnie stajenny charakter. Tak jest, nie obora, a stajnia, ewidentnie zalatuje końskim łajnem. Elegancko się chłop wyperfumował Xd Na szczęście z czasem łajno ulatuje, a profil zmienia się na wytrawny i drzewny, trochę żywiczny, a trochę ziemisty. Dałbym głowę, że czuję mroczną, piwniczną paczulę choć w składzie jej nie ma. Gdzieś w tle pojawia się gorzka kawa i mimo, że lekki koń jeszcze jest, to jest on czysty i można wyrywać koniary. W każdym razie robi się noszalnie, a nawet ciekawie i przyjemnie.
Musk Khabib
Przedziwny zapach. Początek jest pylisty i przyprawowy, z wyraźnym akcentem gorzkiej gałki muszkatołowej. Szybko jednak wysładza się specyficznym kremowym motywem, który jest trochę kwiatowy, a trochę spożywczy, waniliowy, niemal jadalny. Nie jest to w żadnym wypadku prymitywny gourmand, a raczej coś w rodzaju półwytrawnego domowego wypieku. Nastawiłem się na zwierzaka bydlaka, a tu tak milusio. Z naturalnymi piżmami mam małe doświadczenie i prawdę mówiąc nie jestem w stanie tego tytułowego piżma wyodrębnić, gdyż blend jest spójny, jednolity, kremowy i ambrowo słodkawy. Zupełnie nie moje klimaty i jak dla mnie, to najsłabsza pozycja w tym zestawieniu. Może na kobiecej skórze mógłby lepiej zagrać.
Mysterious Oud
Ciepły drzewny przyprawowiec z wątkiem kwiatowym. Cynamon, goździki, labdanum i róża na miękkiej sandałowo-agarowej bazie. Ta baza jest zmienna, przechodzi przez różne etapy, zarówno wytrawnie-drzewne, jak i słodkawo-animalne, natomiast nie wkracza w obszary mocno smrodliwe. To nie jest zapach typu oud i prawie nic więcej, wręcz przeciwnie - jest bardzo bogaty, dużo w nim się dzieję, więcej niż jestem w stanie opisać. Natomiast należy zaznaczyć, że obywa się bez większych kontrowersji, chyba że ktoś jest miękka pała i mu przeszkadza odrobina bobrowego dupska. Ba, są dni kiedy labdanum dominuje nad oudem, co w zestawieniu z różą i cynamonem przywodzi skojarzenia z arcyciekawym Dev 2 czy jego uboższym krewnym La couche du diable. Oba diabelskie zapachy wbrew nazwie odbieram jako ciepłe i przytulne, jak zimowy wieczór przy kominku, i podobne wrażenia zapewnia Mysterious Oud tylko z naturalnym i bardziej rozbudowanym tematem oudowym. Taka stylistyka do mnie trafia, nawet bardzo. Podoba mi się, piękny zapach.
Oud Maximus
Groźna nazwa, spodziewałem się maximus obornikus, ale nic z tych rzeczy, nawet jest trochę przewrotnie. Otwarcie jest bardzo kwiatowe, z kategorii tych bogatszych. Początkowo jaśminowe, ale jaśmin szybko zostaje przyćmiony przez różę, czyli głównego bohatera tych perfum. Róża w tym przypadku wybrzmiewa bardzo klasycznie, można rzec staroświecko, choć nie bez elementów marmolady. Nie jestem miłośnikiem tej postaci róży, ale znam kogoś, komu powinien idealnie trafić w gust. Wbrew nazwie oud stanowi raczej drugi plan, jest grzeczny, wytrawnie drzewny. Kompozycji dopełnia element piżmowy/cywecikowy i to nawet bez kontrowersyjnych tonów, który to z czasem się wysładza w może nieco fizjologiczny ale jednak przyjemny sposób. Szczerze mówiąc, to średnio mi ten zapach siadł, chyba jest zbyt bezpośrednio różany na mój gust. W podobnej tonacji znacznie przyjemniej nosi mi się Triad.
Oud Monarch
Monarcha otwiera się mixem kwiatowo-przyprawowym. Już któryś raz u Bortka wyczuwam magnolię, a kojarzę ten kwiat tylko dlatego, że w niewielkim ogródku mojej ulubionej lodziarni wiosną kwitną magnolie (pic rel). Żeby nie było banalnie pod spodem mieszka zwierz, nie żaden dzik, a wytarzany w cynamonie sympatyczny futrzak z cygarem w pysku. Sam nie wiem, mam wrażenie, że za każdą aplikacją ten zapach pachnie nieco inaczej, jedne nuty się skrywają głębiej, inne wychodzą na wierzch. Drydown początkowo wydawał mi się drzewny, ale z czasem przekonałem się, że to wcale nie jest takie jednoznaczne. Perfumy dużo zyskują w ciepłe. Ostatnio w ciepłe wrześniowe popołudnie monarcha zapachniał mi czekoladą, może nawet kawą, taką kolumbijską supremo o mocnym czekoladowym profilu. Bardzo ciekawa rzecz dla tych, którzy lubią odkrywać drobne smaczki i detale.
Sayat Nova
Rdzawobrązowy, lepki płyn trzeba ostrożnie aplikować, bo barwi zarówno ubrania jak i skórę. W pierwszych sekundach odniosłem wrażenie zapachu korka od białego wina, ale już po chwili zapachniało morelową nalewką: słodką, syropową, o alkoholowym zabarwieniu. Znacznie dalej pod spodem skrył się oud o profilu suchego drewna, które z jakiegoś powodu skojarzyło mi się z wysuszonym pniem pokrytym skomplikowanym wzorem stworzonym przez korniki. Bardzo oryginalne złożenie, morela jest w perfumach rzadkim tematem. Perfumy są słodkie, ale nie jest to tania słodycz etylomaltolu, a owocowo-alkoholowa i sprawia wrażenie wręcz luksusowe. Jeśli ktoś oglądał Firefly, to te perfumy pasowałyby do wyjścia na bal z Inarą. Doceniam, ale to nie moja bajka.
Triad
Otwarcie zagrało mi ciepło i alkoholowo, jak świeżo otwarty dojrzały koniak, który jeszcze nie zdążył pooddychać. A potem wow. Oud z różą, temat oklepany do bólu w Triad wniesiony został na zupełnie nowy nieznany mi wcześniej poziom. Niezwykle piękny i złożony profil, nieco mroczny, ale jednocześnie bardzo przystępny, kremowy, pozbawiony trudnych frakcji. Z biegiem czasu róża cofa się na dalszy plan, a profil przybiera bardziej typową, wytrawnie drzewną postać z minimalnym akcentem zwierzęcym. To jest tak dobre, że trudno oderwać nos.
Mimo, że nie wszystkie zapachy są łatwe, to jest klasa.
Moi faworyci: Mysterious Oud, Triad
Ilustracja: magnolie spod lodziarni, zdjęcie własne
Pisałem słuchając: Vladimir Hirsch Selected Piano Works
#perfumy #recenzjeperfum #perfumyniszowe #smrodysaradonina

@saradonin_redux Wyciągnąłeś z nich tak wiele spostrzeżeń... Ja na te zapachy raczej nie byłem gotowy - ich nagła, grupowa obecność w domu skojarzyla mi się trochę z okresem wejścia na polski rynek importowanych Imperial Stoutów. Wiele się tam działo, ale ja z początku czułem przytłaczającą gęstość palonych słodów, kawę, czekoladę... Odbiłem wtedy od nich i wróciłem po dość długim czasie. Wtedy już było inaczej.
Ja bardzo polubiłem Lao Oud, Triad i Musk Khabib. Nie wiem czemu, ale chyba wszystkie te zapachy (lub większość) dosyć szybko traciłem z radaru.
Po tej serii Bortków wziąłem się od razu za ALD Musk Collection. I tutaj to już w zasadzie jestem kupiony. Może po prostu taki styl. Ale fakt, że przy ALD jakoś lepiej mi się myśli.
@saradonin_redux wnikliwie opisane, sporo udało Ci się tam wyłapać.
A jak oceniasz jakość składników na tle np. niszy? Zajęło mi trochę czasu zanim w 100% przekonałem się do marki i czy warto aż tyle wydawać na perfumy, jednak to właśnie jakość składników przesądziła, że Bortnikoff stał się moją ulubioną marką i ukształtował obecny gust. Aczkolwiek przyznam, że ostatnio delikatnie spadł w moim rankingu, bo jednak bardziej cenię sobie zapachy spod ręki Russian Adama i Ensara.
Moje ulubione kreacje od Dimy to: Sayat Nova, Oud Maximus, Oud Monarch, Tabac Dore, Oud Sinharaja i Moss Cologne - trochę jest, ale z tego grona już miałbym ciężko wybrać, aby się czegoś pozbyć
Co ciekawe nie poznałem jeszcze żadnego zapachu w attarze, jakoś tak odwlekam to już ze 2 lata. Przede mną jeszcze testy tych trzech najnowszych oudów, w których pokładam duże nadzieje.
@pedro_migo nie wyczułem ani grama chemii jeśli o to chodzi. Natomiast w kwestii jakości tak oudu jak i piżma to nie mam zbyt wiele odniesień, choć zacząłem doceniać cywecik, tylko że teraz jest o 20 lat za późno. Cenię sobie może nie tyle 100% naturalność składników, co ich naturalne niewymuszone wrażenie, jeśli syntetyk pachnie dobrze i wystarczająco adekwatnie to ok. Nie spinam się na perfekcyjną jakość również jesli zastosowanie syntetyków ma uzasadnienie kompozycyjne i ogólne wrażenie to wynagradza np. cenię sobie Sorcinelliego mimo typowej zakurzonej molekularnosci wielu jego dzieł. Brzydzi mnie tylko nachalna tania chemia, z której zamiast dodatku robi się głównego aktora jak to ma miejsce w Montale czy Terenzi, a co jest coraz częściej spotykanym w 'niszy' zjawiskiem.
@saradonin_redux sam nie jestem ortodoksem jeśli chodzi o naturalne składniki; nawet Russian Adam otwarcie przyznaje, że w małym stopniu korzysta z syntetyki w swoich zapachach. Pamiętam, że w recenzji Amira Pierwszego napisałeś kiedyś o słabej jakości piżma - wtedy nie mogłem się z tym zgodzić - ale przyznam, że jednak z czasem też to dostrzegłem
Piżmo od Bortnikova akurat nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia (poza tym w Maximusie), mistrzem w tym temacie jest moim zdaniem Ensar i u niego szukałbym piżma w najlepszym możliwym wydaniu; z tych znanych przeze mnie polecam: Homeros, Iris Ghalia, Tonkin Musk, Tibetan Musk, Mongolian Musk.
Natomiast oud jest fajnie "wypośrodkowany" między serwującym mocne doznania Areej Le Dore, a przyjemniakami od Ensara.
Bardzo fajnie opisane. Większość przedstawionych przez Ciebie odczuć i skojarzeń majaczylo się rowniez w mojejgłowie podczas testów;) Monarch bardzo zmienny przez co czasem się nim zachwycam a innym mam ochotę pogonić jak wyłazi za dużo słodkiego kako;) Sayat - suche, ekskluzywne drewienko polane gęstym syropem morelowym, choć czasem mam wrażenie ze jest tam jakis dymny element… Lao najtrudniejszy, kompozycyjnie bardziej kojarzy mi się z ALD niż Dimą. Jednak po kłopotliwym początku ukazuje swoje piękno.
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
A w ogóle to minęło południe, w kościele biły dzwony, a @Cris80 jeszcze nie zapytał #conaklaciewariacie
U mnie dziś pachnie jak w palarni kawy, bo sięgnąłem na górną półkę (dosłownie, gdyż tam zwyczajowo ustawiam te nieco trudniejsze zapachy) po Extra Virgo Animal Cafe.
A Wy czym dziś pachniecie?
#perfumy #sotd

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Jeden kolega zaczął dziś w niecodzienny, trochę przewrotny marketing, ale niestety edytował. Spróbujmy jeszcze raz.
Kup se perfumke jeśli...
100bon Eau de Thé & Gingembre - 45?/50ml - 40zł
...jesteś dzieckiem lat 90 i tęsknisz za zapachem oranżady w proszku, którą zajadałeś się na sucho brudnymi paluchami.
Goldfield & Banks Bohemian Lime - 50?/100ml - 220zł
...masz duszę sebiksa, ale masz też mniej owczy charakter od kolegów i zamiast wymiętego dresiwa najki nosisz sportowy fit dolcze gabana, więc nie wypada się oblać dylanem czy inwiktusem.
Goldfield & Banks Ingenious Ginger - 75?/100ml - 330zł
...nie możesz się do końca zdecydować do której pójść toalety, oraz czy chcesz pachnieć świeżo czy jednak słodko, więc szukasz kompromisu.
Le Couvent Sperone - 88?/100ml - 200zł
...chciałbyś mieć ganymede, ale jest za drogi i zbyt dziwny, a ponadto tęsknisz do czasów, gdy dorabiałeś w gastronomii, bo zawsze lubiłeś zapach przypraw do gyrosa.
...lubisz mieć pierdolnik w szafce z perfumami, to polecam też dekanty.
#perfumy

Zaloguj się aby komentować
Cisza na tagu, to leci porcja randomowych notatek.
Heeley Zeste de Gingembre
Ech to moje szczęście do letniaczków. Zapach jest naprawdę ładny, pachnie przede wszystkim soczystą limonką ze świeżym imbirem na drugim planie. Z czasem się nieco ociepla za sprawą kardamonu. I to tyle. Heeley po raz kolejny stawia na minimalizm i naturalność aromatów. Świetny zapach, bardzo optymistyczny i realistyczny, który niestety projekcję ma niezłą tylko przez pierwsze pół godziny, po czym staje się bliskoskórny, a po dwóch-trzech godzinach nie ma po nim śladu.
Jazeel Heyam
Heyam to perfumy skórzane, w których skóra podana została w towarzystwie przypraw i irysa, sprawiając wrażenie słodko-pudrowe. Tylko ten irys nie jest maślany, a przybiera formę posypki dla niemowląt. Niestety w tle jest jakaś fujka, coś zjełczałego, nie potrafię wyjaśnić, ale mi przeszkadza, obrzydza wręcz. Dobra wiadomość jest taka, że w ciągu półtorej godziny zanika zarówno fujka jak i posypka, a zostaje fajna, gładka skórka “typu pustynnego” ze szczyptą tytoniu. Miłośnikom skór pustynnych polecanko.
L'Artisan Parfumeur Timbuktu
Patent na bazę perfum znany i lubiany: paczulę zmieszać z wetywerią, dołożyć nieco kadzidła i zmiękczyć benzoesem. Sprawdził się choćby u Meo w Rites de passage, którego bardzo lubię nosić w deszczową pogodę. Złożenie tej bazy z przyprawami może nie jest zaskakujące, ale pozostaje harmonijne i spójne stylistycznie. Natomiast nudy nie ma, ponieważ Bertrand Duchaufour po raz kolejny udowodnił swój kunszt i zaproponował ciekawy twist w postaci elementu owocowego, a dokładniej mango, które dodaje świeżości i przestrzeni kompozycji. Świetny zapach, tylko o niewielkiej mocy, więc trzeba konkretnie się wypsikać.
Tauer Lonestar Memories
Mocne otwarcie brudną skórą, dymem i ziołami. Na pewno jest labdanum, lubię ten aromat, kojarzy mi się z gorzkim ziołowym naparem. Z czasem dochodzą jakieś delikatne kwiatki, mirra i nieco kremowej słodyczy; skórka się wygładza, a zapach robi się znacznie łatwiejszy. Pustynie Tauera zrobiły na mnie średnie wrażenie, ale Lonestar Memories jest znacznie bliżej moich upodobań. Dobre jakościowe perfumy.
Yas Almas
W pierwszych sekundach mam wrażenie kandyzowanej skórki pomarańczy, znaczy taki cytrus, ale jakby ciepły zamiast rześki podany nie wprost. Po chwili okazuje się, że to jednak bergamotka, która choć często bywa jaskrawa, to jednak w Almas została wpleciona na gładko w subtelny motyw kwiatowy. Nie mogę się oprzeć wrażeniu czegoś kwiatowo-mydlanego, ale to na pewno nie jest neroli, bo neroli zwykle mi przeszkadza, a to jest ładne. Baza jest grzecznie skórzasta, nieco słodka, ale nie ulepna, stawiam na ambrę, jakieś żywice (może benzoes?) oraz miękką zamszową skórkę, ale znając arabów to może być nawet łagodna forma oudu w stylu ASQ Safari Extreme. Na pewno przyjemne, nietuzinkowe, ale i nie kontrowersyjne, a bezpieczne perfumy. Nawet komplement wpadł (uuuuu), co rzadko mi się zdarza; i to po zaledwie 4 strzałach, więc projekcja jest konkretna. Sam nie wiem, wydają mi się zbyt ładne i gładkie, chyba jednak bardziej kobiece, a ja jednak wolę jak trochę śmierdzi.
Ilustracja: zajumana z sensedubai
#perfumy #recenzjeperfum #perfumyniszowe #smrodysaradonina

Mi tam się Amlas bardzo podoba. Na początku naszej znakomici podejrzewałem go o dalekie powinowactwo z African Leather od Memo. Z czasem gdy się lepiej poznaliśmy to mi minęło, ale czasem jak coś palnie to mam wrażenie ze to chyba jednak stryjka cioteczny brat od strony matki odwiedził to samo biuro podróży co on. Ja zadowalam się 1 psikiem, góra 2 i na cały dzień jestem w aurze z delikatnej skóry, kwiecia i jakiejś żywicy.
Zaloguj się aby komentować
Hello there! Generał Kenobi zaprasza po mililitry śmiesznie pachnącego alkoholu.
Flakony:
Le Couvent Sperone - 88/100ml - 200zł (produkt z pudełkiem)
Gotowe dekanty:
Amouage Opus V - Woods Symphony - 3,5ml - 22zł
Etat Libre d'Orange The Ghost In The Shell - 9,5ml - 40zł
Liquides Imaginaires Bete Humaine - 3,5ml - 21zł
Nishane Safran Colognise - 4,5ml - 17zł
Penhaligon's Endymion Concentré - 5ml minus 2 strzały - 23zł
Roja Apex - 7ml - 45zł
Mililitry:
szkło 3zł 5/10/20ml
(w nawiasie ile maksymalnie mogę odlać)
100bon Eau de Thé & Gingembre - 0,9 zł/ml (można z flakonem)
100bon Myrrhe & Encens Mystérieux - 0,9 zł/ml (30ml)
Bdk Rouge Smoking - 6,2 zł/ml (20ml)
Comme des Garçons Series 1: Leaves - Lily - 7,5 zł/ml (15ml)
D.S. & Durga Bowmakers - 5 zł/ml (35ml)
Etro Messe de Minuit - 3,5 zł/ml
Goldfield & Banks Bohemian Lime - 4,4 zł/ml (10ml)
Goldfield & Banks Ingenious Ginger - 4,4 zł/ml (30ml)
Guerlain Aqua Allegoria Mandarine Basilic - 2,2 zł/ml (15 ml)
Heeley Zeste de Gingembre - 5,5 zł/ml (10ml)
JMP Artisan Perfumes Fir of the Light - 8 zł/ml (20ml)
Le Couvent Sperone - 2,5 zł/ml (można z flakonem)
Meo Fusciuni Little Song - 6,9 zł/ml (5ml)
The House of Oud Crop 2016 - 7,5 zł/ml (10ml)
Wysyłka: Paczkomat lub DPD.
#perfumy

Zaloguj się aby komentować
O marce Meleg Perfumes niewiele wiadomo. Część wpisów o niej zostało usuniętych, gdyż jak się okazuje, jej założyciel, Matthew Meleg to postać kontrowersyjna, artysta niepokorny, ignorujący zalecenia IFRA i persona non grata na basenotes.
Civet Cat Chypre
Do poetycko-stolcowej recenzji autorstwa @dziadekmarian nie mam podjazdu. W znacznej mierze się zgadzam. Pierwsze, co mnie uderzyło zaraz po aplikacji, to moc kwiatów, w szczególności jaśminu, to jest taki kaliber jak w damskich jaśminowych dusicielach, których szczerze nie cierpię. Tuż za nim do nosa docierają nuty fekalne i przez chwilę jest naprawdę mocno. No kupa jak nic. Na szczęście ten stolec zanika w ciągu może półtorej minuty, odsłaniając znacznie wdzięczniejsze cielesne oblicze cywetu. I to jest woń niezwykle zmysłowa, kto wąchał naturalny cywet, ten wie o co chodzi. Dopiero wtedy byłem w stanie dostrzec akordy paczulowe i drzewne. Najpierw dostaje się w ryj butem, którym ktoś wdepnął w papierzaka i trzeba oprzytomnieć. Wówczas robi się fajnie i bogato, bo docierają też i róże, i żywice, i nieco słodyczy, i zapach nabiera orientalnego charakteru. Nie wierzę, że to piszę, ale rewelacyjne pachnidło, tylko trzeba przetrwać pierwsze minuty.
Datura the Moon Flower
Początkowo dominuje ylang-ylang w kremowej postaci, kosmetycznej, jak krem do opalania. Towarzyszą mu cierpkie cytrusy, zapewne bergamota. Po chwili dociera szczypta pikantnych przypraw, a następnie wytrawny drzewny oud i smużka dymnego kadzidła. Jeszcze jest tam odrobina czegoś przypominającego owocowe cukierki nimm2. O ile za tym żółtym kwiatkiem nie przepadam, to jestem pod wrażeniem kunsztu kompozycji, bo udało się stworzyć świetną harmonię pozornie sprzecznych elementów. Niestety szybko zanika do postaci bliskoskórnej i bardzo delikatnej.
Honey Deer Musk
Przez dosłownie sekundę może dwie miga jakiś cytrus i przechodzimy w główny punkt otwarcia: słodko-kwiatowy, pudrowy, w taki charakterystyczny babciny sposób cechujący heliotrop. Ten zaś zawsze kojarzył mi się z damskimi vintage perfumami. To wrażenie potęguje kryjący się pod spodem cywecikowo-piżmowy zwierzak, który znów pachnie prawdziwie, zmysłowo i wielowymiarowo. Na pewno nie jest to żaden mydełkowy syntetyk. Ponownie czuć bogactwo kompozycji, przewija się przez nią wiele kwiatów i przypraw, na pewno jest goździk i ylang-ylang, które jeszcze bardziej podbijają retro vibe. Miodu jako takiego nie czuję, a słodycz wydaje mi się być kwiatowa i nektarowa. Baza dosłodzona została żywicą benzoesową nadającą nieco waniliowego charakteru. Olfaktorycznie zachwycające dzieło! Perfumy są bardzo retro, naturalne, bogate, a nawet w specyficzny zwierzęcy sposób dekadenckie i seksowne. Tak mogłaby pachnieć tajemnicza dama w długiej sukni z epoki fin de siecle lub początków sanacji.
Impressions of Kannauj
Intensywnie przyprawowy początek płynnie przechodzi w kwiatowe serce z maślanym irysem. Baza niestety jest bardzo delikatna i trudno mi z niej wyłuskać coś więcej ponad gładkiego sandałowca i odrobiny zwierzęcego brudu.
Meaningful Work
Nawet świeże cytrusowe otwarcie z bergamotką w roli głównej nie jest tak oczywiste, gdyż zawiera w sobie pierwiastek zwierzęcy. W przeciągu godziny perfumy skręcają w kierunku kwiatowo-drzewnym. Ogólne wrażenie jest świeże i zwiewne, ale nie powiedziałbym, że czyste, bo cały czas podszyte lekkim zwierzem.
Morning Petals
Otwarcie jest niemal identyczne jak w Miller et Bertaux A Quiet Morning tylko bez ryżu. Krystalicznie czysty szafran doprawiony świeżo-pikantnym akcentem imbiropodobnym. Dodatkowo uzupełnione prawdopodobnie słodką pomarańczą. Bardzo mi się to zestawienie podoba, wybrzmiewa naturalnie i jest znakomicie wyważone w przestrzeni świeży-słodki-pikantny. Gdzieś w tle pojawia się motyw kwiatowy, lekko słodkawy, znów niebanalny, głowy nie dam, ale strzelam, że gdzieś tam jest plumeria, może magnolia. I te kwiaty dość płynnie przybierają na sile zastępując szafranowe otwarcie i wówczas perfumy nabierają bardziej kobiecego charakteru. Baza jest delikatna, piżmowa i ledwie wyczuwalna. Niezmiernie przyjemne pachnidło, optymistyczne.
Mushin Kyoto Incense
Ten zapach mnie zaskoczył, w głowie miałem CdG Kyoto, a tu zmyłka. Pachnie subtelnie, pudrowo-kwiatowo, na pewno coś z irysa, ale nie tylko. Kokosowy miąższ nadaje egzotyki. W tle nieco kremowego oudu. Ten kokos coraz bardziej słabnie, a profil zmienia się w drzewny. Szału nie ma, ale całkiem ładne, bezpieczne parfumki na lato, raczej damskie.
Scent is a Language
Ultra słodka guma balonowa o smaku marakui. Po chwili dołączają jakieś kwiatki, żółte i równie infantylne, podane na słodko. Z czasem wyłaniają się też pudrowe cukierki owocowe i w tą stronę coraz bardziej skręca kompozycja. Drażniąco syntetyczne. Pachnie to dziecinnie i tanio, plastikowo.
Temple of Horus
To co saradoniny lubią najbardziej, czyli kadzidlak. Uwagę zwraca przede wszystkim bardzo naturalnie pachnąca mirra, bardzo lubię ten składnik. Kompozycję uzupełnia orientalne kadzidło o nieco kwaśnym cytrusowym zabarwieniu oraz żywice drzew iglastych. Zapach nie ewoluuje jakoś zbytnio tylko cały czas oscyluje w klimatach żywicznych, ale wcale mi to nie przeszkadza. Niebywale przyjemne perfumy o wysokich walorach jakościowych, lecz niestety o niewybaczalnie słabych parametrach użytkowych.
Vienna 1900
Vienna otwiera się miętą, bardzo ‘in your face’, która pachnie całkiem naturalnie, ale jest na tyle mocna, że można mieć wrażenie gumy miętowej. Jak już ta mięta nieco łagodnieje to wówczas wyłania się paczula, trochę ziemista ale i liściasta zarazem, wydaje mi się że wyczuwam też pokrzywy. W każdym razie bardzo zielony, liściasto-ziemisty zapach, czułem się w nim jakbym wpadł w zielone chaszcze. Z czasem perfumy skręcają w kierunku paczuli polanej Amolem. Ładne.
Poziom artystyczny perfum Meleg Perfumes oceniam na zróżnicowany. Z parametrami też jest różnie, więc nie bardzo byłem w stanie i mówiąc szczerze to nie chciało mi się wnikliwie analizować zapachów, które były ledwie wyczuwalne po pół godzinie, co widać po bardzo skróconym opisie. Muszę za to przyznać, że Matt ma talent do perfum retro i animalnych, ta estetyka wychodzi mu naprawdę dobrze, wręcz wybitnie.
Moi faworyci: Civet Cat Chypre, Honey Deer Musk, Vienna 1900
Ilustracja: profil fb Meleg Perfumes
Pisałem słuchając: Koncertu wiolonczelowego e-moll op.85 Edwarda Elgara w wykonaniu Jacqueline du Pre i Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej
#perfumy #recenzjeperfum #perfumyniszowe #smrodysaradonina

Moje ulubione Melegi to zdecydowanie Civet Cat Chypre i Temple of Horus - o którym nie zrobiłem notatek, ale wrzuciłem na listę "wanted" w Parfumo. Ale mam notatkę z Honey Deer Musk i w sumie czułem to podobnie, tylko z miodem:
"Honey and Deer Musk
Mimo użytych składników to niekontrowersyjny blend. Daleko mu pazurzastością do np. Diaghileva czy Bogue MEM, z którymi w pierwszych minutach może się nawet kojarzyć jako ich bardziej słodki, miodowy braciszek. Tak, braciszek - bo jego otwarcie wzbudza głównie męskie skojarzenia. Ten rządzący w otwarciu cywet - niczym kot, który wy⁎⁎⁎ał się na stolnicy pomiędzy słojem miodu a zwojami cynamonu, po krótkiej chwili zostaje wykryty przez state, choć czujne babcine oko, złapany za fraki i ciśnięty w otchłań przedpokoju, a piękna trajektoryjna smuga zapachu powstała w powietrzu po jego nieszczęsnym locie, powoli zarasta drewnem i słodyczą. Całość w miarę szybko łagodnieje i wysładza się za sprawą tych wszystkich użytych wanilii, heliotropów, helikopterów, róży i cynamonu. A mówiąc "w powietrzu" mam bardziej na myśli maksymalnie tak ze 20 cm od ciała - taki jest zasięg tych perfum po dwudziestu minutach. Ładne i dość oryginalne. I nad wyraz naturalne.
Zapach 7/10 (otwarcie
Projekcja: raczej dla siebie."
Zaloguj się aby komentować
Dużo ostatnio testowałem. Te trudniejsze zapachy wciąż przetrawiam i choć mam już stworzone do nich jakieś zapiski, to planuję kolejne podejścia. Żeby jednak nie było nudno proponuję porcję notatek z różności trochę łatwiejszych do interpretacji.
Gosia Ruszkowska Holy Smoke
Kadzidło molekularne kojarzące się ze stylem Filippo Sorcinelliego. Delikatna smużka z kadzielnicy, kurz, akcent cytrusowy, mineralny oraz minimalna ilość żywicznej słodyczy (może benzoes?). Niby mam świadomość że to nie jest żywica kadzidłowca, a syntetyczny substytut, ale to pachnie to wyjątkowo intrygująco, jak połączenie Plein Jeau z Voix Humaine i odrobiną Ganymede. Zapach w zasadzie liniowy, przestrzenny, świetlisty. Dla mnie sztosik.
Jardins d'Écrivains L'Eau de Blixen
Całkiem ładne kwiatki, bliżej nieidentyfikowalne dla mojego nosa podane na syntetycznym białym piżmie i charakterystycznym akordzie ambrette, który przedawkowano do tego stopnia, że po kilku minutach wyczuwam tylko to. Zapach całkowicie znika w czasie krótszym niż godzina, czyli zanim zdąży zmęczyć tym ambrette.
Liquides Imaginaires Bete Humaine
Psik psik i już chciałem skreślać, bo w otwarciu jest coś niefajnego, kwaśnego i spożywczego, trochę nadpsuta sałatka zostawiona w lodówce na później. Patrzę w nuty, no tak, pewnie kmin z kasztanem tak dziwnie zagrały. Na szczęście nie trwa to długo i po kwadransie perfumy obierają kierunek żywiczny za sprawą cypriolu i labdanum. W takiej formie utrzymuje się kolejną godzinę-dwie. W bazie zaś zapach się ociepla, żywiczność łagodnieje, a pojawia się nuta drzewna i lekko słodkawa, zapewne jakaś molekuła imitująca cedr, bo choć nie potrafię jej nazwać, to jest ona często spotykana na pograniczu mainstreamu i niszy. Trochę żywicznych perfum się nawąchałem, więc Bete Humaine z butów nie wyrwał, jest na to zbyt prosty, za mało niszowy. Natomiast może zrobić wrażenie jako entry level na kimś, kto dopiero zaczyna się wychylać poza mainstream.
Nishane Safran Colognise
Zdecydowanie bardziej ‘safran’ niż ‘colognise’, gdyż już od strzała dominuje szafran. Cytrusów prawie nie czuję, musiałem się mocno skupić, żeby cokolwiek wyłapać i na pewno nie wyczułem grejpfruta, może odrobinę cytryny. Jak już się te perfumy ułożą na skórze, to w roli głównej występuje miękka skóra, może nawet zamszowa, uzupełniona nieco mydlanym piżmem. Dobrze to pachnie, natomiast osobiście jestem rozczarowany, bo liczyłem na kompozycję trochę lepiej wyważoną, a nie monotematycznie skórzaną. Przez chwilę wręcz zaświtało mi skojarzenie z nową skórzaną tapicerką samochodową. Parametry oczywiście bardzo dobre jak to Nishane. Miłośnikom skórek polecam.
Ilustracja: beautinow
#perfumy #recenzjeperfum #smrodysaradonina

Zaloguj się aby komentować
Dziś marka mało znana, a jeden z zapachów to nawet nie istnieje wcale. Wiadomo tylko tyle, że Nocturne to perfumy produkowane rzemieślniczo w małych nakładach przez pewnego Greka podpisującego się jako Paschalis. Autor otwarcie przyznaje się do stosowania zarówno wysokiej jakości składników naturalnych jak i nowoczesnych molekuł.
Chypre Inferno
Oho, zawiało starociem i to takim eleganckim vintage dziadem. Aldehydowy początek zaakcentowany mocnym, gorzkim akordem goździka, który kojarzy mi się z twórczością Sorcinelliego. Lavs, Reliqvia, Quando rapita… wszystkie te zapachy mają wspólny goździkowy motyw i w Chypre Inferno wybrzmiewa on bardzo podobnie. Może nawet zahacza o jeden z cudów perfumiarstwa, czyli damskiego Opium vintage. Serce uderza bukietem kwiatów, ale nie odważę się na analizę, bo nie jestem za dobry w kwiatki. Natomiast te kwiaty wcale nie kojarzą się damsko, wręcz przeciwnie, brak w zasadzie jakiejkolwiek słodyczy oraz wyczuwalna od początku staroświecka mszysto-paczulowa baza nadaje moim zdaniem męskiego wydźwięku. Szalenie elegancki zapach, kaliber Guerlain Heritage itp. Można powiedzieć, że dziad, ale jaki dobry, wącham i podziwiam, czuć klasę. Nie wiem tylko gdzie to założyć, pasowałby na popołudniową herbatę na królewskim dworze, niestety mnie nie zapraszają.
Daath
Perfumy widmo, nie istnieją, nigdzie nie ma o nich ani słowa, a jednak mam sampla. Tym razem jest współcześnie. Otwarcie jest wyraziste, przyprawowe, pieprzne, kardamonowe. Coś jeszcze roślinnego ma, może kwiatowego, ale nie potrafię nazwać. W krótkim czasie zapach osiada do znajomego DNA, które przez pewien czas gdzieś mi świtało, ale nie potrafiłem go skojarzyć. Eureka! Narciso Rodriguez Bleu Noir! Bardzo lubiłem te perfumy, szczególnie w podstawowej wersji EDT zaciągałem się sam sobą z umiłowaniem. Za to one mnie nie kochały, bo znikały ze skóry w godzinę max trzy. Daath ma zbliżony vibe, blend dobrej jakości syntetycznego białego piżma (brzmi jak farmazon, ale kto wąchał piżma Narciso ten wie jaka przepaść je dzieli od reszty flakonów w Sephorze) z nutami drzewnymi. Nie mówię, że identyczne, ale podobne złożenie, no i w Daath jest ono jakby w lepszej rozdzielczości. Szczególnie wyróżnia się kremowy akord sandałowy, gładki, bez kopru. No i przeciwieństwie do Narciso zapach nie wpada w obszary trocinowe, czy tartaczne. O, jeszcze świta mi Cartier Declaration Essence. W tle przewija się przestrzenny akord kadzidlany (stawiam na pochodną Iso E super). Nie jest to pachnidło odkrywcze, ani powalające jakością składników, jest natomiast umiejętnie skonstruowane i wysoce uniwersalne. Podoba mi się, nawet jeśli po części z sentymentu.
Seatrus
Otwarcie to cytrusowa eksplozja o znacznej mocy rażenia, w pierwszej chwili cytrynowa, a po chwili grejpfrutowa. Świeże, soczyste, radosne i nie może się nie podobać. Niestety zaraz potem równia pochyła, bo najpierw wjeżdża jakaś molekuła pseudokwiatowa jak w damskich drogeryjnych psikadłach, a jeszcze później potężna dawka ambroksanu z wciąż utrzymującą się odrobiną zadziwiająco trwałego grejpfruta oraz kapką morskiego powiewu a’la Megamare, tylko w mniej agresywnym wydaniu. Trochę XD jak na coś, co miało być niszą artystyczną.
Tafir
Na początku mamy szafran i słodkie suszone owoce, prawdopodobnie daktyle. Tuż po chwili dołączają elementy żywiczne i one odpowiadają za charakter tego zapachu. Jest gęsty, lepki, balsamiczno-żywiczny. Mnóstwo się w nim dzieje, są żywice typowo leśne, iglaste, jest trochę dymu z kadzidła, zupełnie nie kościelnego, a raczej orientalnego, jest element tytoniowy, a całość została zagęszczona słodką ambrową masą. Kompozycja jest przy tym świetnie wyważona, nie jest ulepem, nie jest też agresywnie dymna, składniki nie walczą ze sobą, tylko się uzupełniają. Zbliżony vibe do Les Jeux sont Faits minus zima zupa jarzynowa. Tafir może się rewelacyjnie sprawdzić jako zapach zimowy, wręcz świąteczny, ale podoba mi się również w upale.
Moim zdaniem dobrze się zapowiada. Seatrus traktuję jako wpadkę, natomiast pozostałe zapachy są dobre jakościowo i przede wszystkim kompozycyjnie. Czuć, że są to złożone, przemyślane i starannie dopracowanie kreacje.
Ilustracja: własna
#perfumy #recenzjeperfum #smrodysaradonina

Zaloguj się aby komentować
Marka Gri Gri proponuje linię zapachów inspirowanych tradycyjną sztuką tatuażu z różnych stron świata.
Moko Maori
Uderzenie chłodnej, gorzkiej zieleni, raczej trawiastej niż drzewnej, uzupełnione czymś w rodzaju eukaliptusa z mentolem. Efekt niestety nie jest botaniczny, a raczej kosmetyczny, a nawet apteczny. Coś mnie szczypie w nos, drażni, kojarzy mi się z amolem, bengayem lub staroświecką zieloną wodą po goleniu i to wcale nie z górnej półki. Po 3-4 godzinach ostre zielone nuty schodzą na dalszy plan i zostaje już tylko bardzo delikatny zapach szarego mydła.
Tara Mantra
Dziwna to kompozycja. Eksplozja szafranu i kminku, podana na bazie z paczuli i rozgrzanych opon. No i w biurze to faktycznie daje gumiakiem, czy tam oponami. Natomiast muszę przyznać, że Tara Mantra zupełnie inaczej zachowuje się na świeżym powietrzu w upalny dzień. Wówczas bardzo przyjemnie projektuje ze skóry w formie przypominającej orientalne kadzidełko ze sklepu new age i kminek, które może nie powalają naturalnością, ale tworzą ciekawą aurę.
Ukiyo-E
Ukiyo-E otwiera się charakterystycznym aromatem genmaichy, czyli herbaty z prażonym ryżem. Pierwsze skojarzenie to bardzo przeze mnie lubiany Meo Fusciuni Sogni. Po chwili dociera również cierpkie yuzu, ale pozostaje na drugim planie. Cudownie to się zgrywa, łagodnie, pastelowo, kojąco. Stopniowo perfumy ewoluują w kierunku drzewno-kwiatowym. Co istotne, to nie są takie typowe perfumowe kwiatki, jakieś jaśminy czy róże, tylko pachną słodko i nektarowo, jak rozkwitające drzewa owocowe wiosną. Odrobina ryżowego aromatu wciąż daje się wyczuć gdzieś w tle przez jeszcze ok 2 godziny, po czym zanika. Wówczas też zanika urok tych perfum, nadal są ładne, ale stają się zwyklejsze i perfumowe. Czepia się chłop, że mu perfumy pachną perfumami. Tak! Ja wolę jak pachną ciekawie, żywo, intrygująco, tak jak to herbaciano-ryżowe otwarcie Ukiyo-E, które chciałoby się żeby trwało i trwało.
Podsumowując mogę powiedzieć, że Gri Gri proponuje nam odważne kompozycje, którym niestety brak głębi. Można oczywiście opowiadać farmazony o inspiracji różnymi kulturami, ale to nie zmienia faktu, że ciekawe, oryginalne akordy wybrzmiewają na skórze po prostu płasko zapewne za sprawą przeciętnej jakości składników. Nie zagrało, ale spoko, bo to “eau de parfum for tattooed skin”, a ja czysty jak dziewica.
Ilustracje: parfumo, perfumeriagreta
#perfumy #recenzjeperfum #smrodysaradonina




Zaloguj się aby komentować
No hej, nie mam weny, ale wpadły mi (niestety tylko dwie) odlewki mało znanej marki Narcisse Taormina, włoska lokalna nisza rzemieślnicza, tym razem z Sycylii.
Narcisse Aria di Taormina
Od pierwszego psika w nos uderza fala cytrusów, przyjemnie niecodzienna, bo z limonką i pomarańczą na pierwszym planie. Jest soczyście i … słodko. Nie mogę oprzeć się wrażeniu słodyczy, do głowy przychodzi mi słodzony napój pomarańczowy, musująca oranżada. Ciekawe ujęcie, ale nie do końca mi odpowiada, preferuję cytrusy naturalnie kwaśne, a słodka wersja wydaje mi się dziecinna. Z czasem przewija się też wątek lawendowy, w nieco barbersko mydlanym ujęciu, kojarzy mi się z włoskim mydłem do golenia, zapewne dlatego, że baza jest mydlano-piżmowa z delikatnym jaśminowym akcentem. Parametry kolońskie, więc ta baza jest już słabo wyczuwalna, ale jak na wodę kolońską bardzo przyzwoite.
Narcisse Basilico Siciliano
Otwarcie robi dobre wrażenie, jest świeże i zielone. Dominuje w nim naturalnie zaprezentowana bazylia, często robię pesto i lubię ten aromat. Bazylii wtóruje mięta lekko skorpiona sokami z cytrusów. Nie jest to zapach cytrusowy, one są dalej w tle, wrażenie jest wyraźnie zielone i liściaste. Dość szybko pojawia się wątek kwiatowy i mydlany, jak dobre kwiatowe mydełko. Ładny, czysty zapach. Niestety urok tych perfum tkwi w ich otwarciu i jak tylko nuty liści przemijają, to zostajemy z mydlano-piżmową bazą, która już nie robi takiego wrażenia. Parametry na skórze kolońskie, ale na bluzie zapach był wyczuwalny po dwóch dniach.
Ładne wakacyjne zpachy, choć niczego nie urwało. Żałuję, że nie załapałem się na winogronowy Vinorosso, bo jak kiedyś dostałem florenckie winogronowe mydło, to myjąc się czułem się jak księżniczka.
Ilustracja: taorminanews24 . com
#perfumy #recenzjeperfum #smrodysaradonina

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Pakuję akurat paczuchy i gdyby ktoś chciał dołożyć jeszcze jedną, to zapraszam.
Flakony:
Le Couvent Sperone - 88/100ml - 198zł (produkt z pudełkiem)
Vertus Monarch - 28??/100ml - 204zł (produkt z pudełkiem)e
Dekanty:
Amouage Opus V - Woods Symphony - 3,5ml - 22zł
Etat Libre d'Orange The Ghost In The Shell - 9,5ml - 40zł
Penhaligon's Endymion Concentré - 5ml minus 2 strzały - 23zł
Roja Apex - 7ml - 45zł
Mililitry:
Bdk Rouge Smoking - 6,2 zł/ml (20ml)
Comme des Garçons Series 1: Leaves - Lily - 7,5 zł/ml (15ml)
D.S. & Durga Bowmakers - 5 zł/ml (35ml)
Etro Messe de Minuit - 3,5 zł/ml
Goldfield & Banks Bohemian Lime - 4,4 zł/ml (10ml)
Goldfield & Banks Ingenious Ginger - 4,4 zł/ml (25ml)
Guerlain Aqua Allegoria Mandarine Basilic - 2,2 zł/ml (15 ml)
Le Couvent Sperone - 2,5 zł/ml (można z flakonem)
Meo Fusciuni Little Song - 6,9 zł/ml (5ml)
The House of Oud Crop 2016 - 7,5 zł/ml (10ml)
szkło 3zł 5/10/20ml
Wysyłka: Paczkomat lub DPD.
#perfumy

Zaloguj się aby komentować
Dziś w całej Polsce chłodniej, to można uderzyć w chłodniejsze tony. Kolejna perełka wytwórni ECM.
Misha Alperin - Her First Dance (z albumu 'Her First Dance' 2008)
https://www.youtube.com/watch?v=xDqk_Y6J-WM
#muzyka #jazz #ecmstylejazz
Zaloguj się aby komentować
Małe porządki i specjalny deal tylko dla smrodziarzy z tagu.
Heeley Cardinal - 29?/100ml - 113zł
Świeża biała koszula i chłodne ściany kościoła. Świetny wybór dla kogoś, kto chce mieć tylko jedno lub dwa referencyjne kadzidła w kolekcji. Natomiast mając na półce m.in. Lavsa, Sancti i dwie wersje Incenso d’Oriente to jednak ten zakup okazał się redundantny.
Le Couvent Sperone - 88?/100ml - 198zł
Jak normalnie tą markę lubię za wybitny stosunek cena/jakość, tak tu połączenie kuchennego tymianku z pieprzem na “obcym” nieco ganymedowym tle nie trafiło do mnie wcale, podobnie zresztą jak Ganymede.
Vertus Monarch - 28?/100ml - 204zł
Zielony, jałowcowy, raczej elegancki, tylko ten goździk nie gra na mojej skórze. Rzekomo przypomina Clive Christian X Masculine tylko dłużej trzymi, a trzymi faktycznie dobrze.
Albo całość za jedną podobiznę Jana III Sobieskiego i stawiam DPD.
Do każdej flaszki mam oryginalne pudełko. Inpost 19zł, DPD do punktu 8zł.
#perfumy

Zaloguj się aby komentować
Nie wszyscy o tym wiedzą, ale w 2016 roku tuż przed ustanowieniem rekordu świata w martwym ciągu wynoszącego wówczas 500kg, Eddie Hall dostał do powąchania dekant z Kourosem. Tak było ( ͡° ͜ʖ ͡°)
#perfumy #takbyloniezmyslam

Wczoraj wieczorem spryskalem w domu kazdy kocyk za pomoca hind al oud al oud - piekny zapsch w calym mieszkaniu. A na kark dla rozluznienia kourosa i tak sobie sprzatam w domu, zajmuje sie kwiatkami itp i tu nagle przychodzi braciak i mowi "ale j⁎⁎ie tu jakims zulem, o a tu jakos tka ladnie inaczej". A ja wogole juz zapomnialem ze mialem kourosa na sobie i szukalem co tak moze jemu j⁎⁎ac xD
Zaloguj się aby komentować
Trzecia część testów perfumek z Międzynarodowego Dnia Perfum 2024. Dziś się nawet nazwy ładnie ułożyły w ABCD.
Stanisław Rochala - (A)tencja
Lawenda w wydaniu typowo kosmetycznym, przypominająca tą z Molinarda, a więc w przeciwieństwie do botanicznej lekko słodkawa. I ta lawenda została podana na archetypicznie ‘męskiej’, bliżej nieokreślonej, syntetycznej bazie zaczerpniętej wprost z drogeryjnej półki z wodami po goleniu. Jakieś molekuły plastikowo-drzewne, ambroxan, kij wie co. Efekt nie jest nawet jakiś tragiczny, tylko zupełnie nijaki i niewyróżniający się. Także z tą nazwą to chyba zabawa w przeciwieństwa, bo równie dobrze można się spsikać randomową wodą abibasa czy strosiem i nikt nie zauważy. Słabo.
Anna Bojara - Brudny Harold
Zostałem nastraszony, że to może być ciężki zawodnik, ale nie podzielam tej opinii. To znaczy owszem, po pierwsze przez krótką chwilę czuć element benzynowy; po drugie mamy tu do czynienia ze skórą, która może kojarzyć się z warsztatem i smarem, ale bez przesady, spokojnie daje się nosić. Kto nosi GGA, ten udźwignie i Harolda, bo ta skóra choć przybrudzona, to pozbawiona jest fizjologicznej zwierzęcości, dzięki czemu wydaje mi się raczej przystępna. Drugim istotnym elementem jest tytoń i to też nie żaden turecki smolisty śmierdziel, a jasny i przyjemny, w typie złotej virginii. Kompozycja wygładzona została motywem słodyczowym, na szczęście nie jest to element wiodący, nie jest też przesadnie słodki, przypomina wafelka orzechowego i choć nie jestem miłośnikiem gourmandów, tak tutaj mi to pasuje, bo w efekcie tworzy miły i ciepły kontrast względem szorstkich pierwszoplanowych elementów. Ciekawa rzecz.
Krzysztof Sobejko - Cucumber Gin Tonic
No jest ogórek, nie żaden kiszony bła imperjol, a świeży szklarniowy i w pierwszych sekundach miałem wręcz skojarzenie z mizerią. Po chwili jednak dołącza limonka oraz wodnisty jałowiec w stylu Juniper Sling i sałatkowe konotacje słabną. Baza jest cicha, wetyweriowo-molekularna i daje się w niej wyczuć jakiś element wspólny z H24 Hermesa. Fajna kompozycja na lato, świeża, lekka, zielona i przyjemnie się nosi.
Jonathan Snap! - Daughter Of The Sun
Zapach kontrastowy, bo z jednej strony zawiera elementy damskiego fruity-floral: jaśmin i egzotyczne owoce. Z drugiej strony podany został na bazie mszysto-kurzowo-molekukarnej, kojarzonej z męskimi klasykami. Niestety jest w tej bazie moje perfumowe nemesis, czyli nuta starego mokrego mopa, więc nie powiem za wiele bo ona rujnuje mi odbiór tego zapachu i ocena nie byłaby sprawiedliwa.
Ilustracja: freepik . com
Pisałem słuchając: Łona i Webber - Cztery i pół
#perfumy #recenzjeperfum #smrodysaradonina

Zaloguj się aby komentować