Aby rozpoznać brzmienie Słów, musieli się uczyć odróżniać wszelkie inne odgłosy. Wymagało to specyficznego talentu; nowicjuszy przyjmowano do nauki, jeśli po samym brzęku z odległości pięciuset sążni potrafili odgadnąć, na którą stronę upadła rzucona moneta. Uczeń mógł wstąpić do zakonu dopiero wtedy, kiedy umiał stwierdzić, jakiego była koloru.
Słuchacze próbują ustalić, co dokładnie powiedział Stwórca, kiedy stwarzał wszechświat.
Teoria jest całkiem prosta.
To oczywiste, że żadne dzieło Stwórcy nie podlega unicestwieniu. Oznacza to, że echo tych pierwszych sylab wciąż jeszcze gdzieś krąży, raz po raz odbija się od materii w kosmosie i pozostaje słyszalne dla naprawdę uważnego słuchacza.
Najtrudniejsza recenzja, którą przyszło mi publikować na #bookmeter. Łatwiej sobie pozrzędzić, gdy nie zna się autora. W tym miejscu pozdrawiam serdecznie kolegę @tosiu
Droga bez końca to powieść przygodowa, więc to, czego się po książce spodziewałam to odrobina rozrywki i w tym książka spełnia swoje zadanie. Nie jest to literatura szczególnie ambitna, ani wybitna. Za to przyzwoity z niej "zabijacz czasu". Taka książka do poczytania w poczekalni lub komunikacji miejskiej.
Powieść jest napisana lekko. Czyta się to w miarę dobrze i szybko, jak już się przywyknie do stylu autora. Fabuła jest z lekka naiwna, z początku trochę rozwleczona, nie do końca wiadomo gdzie ma to wszystko dobrnąć do końca. Więcej dynamiki mamy w drugiej części książki. Zakończenie mocno średnie, ale jest w tym jakaś konsekwencja. Pomysł na historię jako taką był całkiem fajny.
To, co gdzieś trochę zawiodło to od początku osadzenie powieści w czasie. Praktycznie przez ponad połowę książki nie wiedziałam, w jakich czasach rozgrywają się wydarzenia (nie miało to szczególnego wpływu na fabułę, po prostu poza umocowaniem w miejscu, lubię także znać czas). Nie zagrały też opisy, szczególnie przyrody - są rozwleczone, często "nieprzekonywujące", jest dużo powtórzeń, trochę tak jakby autor sam siebie próbował przekonać co do scenerii. Nie podobało mi się również wybiórcze wrzucanie "staropolszczyzny", która ewidentnie nie pasowała do całości warstwy językowej - tutaj poprowadzenie warstwy językowej współczesną polszczyzną spokojnie dałoby radę, byłoby też po prostu konsekwentne. Dialogi z lekka drewniane, nie wszystko brzmiało naturalnie, ale można przeboleć. No i wrzutki o zabarwieniu erotycznym - im bardziej szczegółowe tym bardziej nieporadne, książka nie straciłaby na pominięciu tej "maniery" współczesnego pisarstwa.
Podsumowując - książka średniaczek, ale jak na debiut jest całkiem przyzwoicie. Jeśli chcecie czegoś lekkiego, jak najbardziej się nada.
@moll Też właśnie kończę, mam może lekko inne odczucia, ale z oceną na pograniczu 6-7 się zgadzam.
Nie planuję pisać recenzji. Kupiłem w pakiecie ebooka i papierowe wydanie, bo staram się wspierać niezależnych twórców, którzy chcą coś zmienić na naszym rodzimym poletku książkowym i doceniam wszystkie przejawy "chce mi się, choć wiem, że nie będzie łatwo".
Matowy lakier już podsechł to #chwalesie swoją pierwszą pomalowaną figurką
Dzięki radom @baklazan i kilku tutorialom z neta nie wygląda to tragicznie, mam nadzieję że do końca zestawu bohaterów Talismana ogarnę lepiej technikę i zestaw będzie się dobrze prezentował
Długie bezgłośne wstęgi błękitnych i zielonych płomieni zwisały ze sklepienia świata. Zasłony oktarynowych lśnień tańczyły wolno i majestatycznie ponad Dyskiem, gdy ognie aurory coriolis, potężnego wyładowania ze stojącego pola magicznego Dysku, uziemiały się w zielonolodowych górach Osi. Centralna iglica Cori Celesti, mieszkanie bogów, była dziesięciomilową kolumną zimnego, roziskrzonego płomienia.
Niewielu ludzi oglądało ten widok, a Mort nie należał do ich grona, ponieważ pochylił się nad grzbietem Pimpusia i z całej siły wtulał twarz w jego grzywę.
I zmieniła się. Mort widział już wcześniej takie przemiany, gdy dusze uświadamiały sobie, że już nie krępuje ich ciało. Ale przemianę tak całkowitą ujrzał po raz pierwszy. Włosy kobiety wyrwały się z ciasnego koka, wydłużyły i pociemniały. Ciało się wyprostowało. Wygładziły się i zniknęły zmarszczki. Szara wełniana suknia zafalowała jak powierzchnia morza, opinając zupełnie inne, niepokojące kształty.
@moll Phi, ja ostatnio wędziłem kiełbasę i gdzieś mi się lvl 3 stracił z pola widzenia. Szukam wołam, motyka młoda nie odpowie, znalazłem ją w kuchence polowej gdzie kiełbasa odpoczywała sobie po wędzeniu.... Drzwi zamknięte, cisza w eterze a przy niej oczywiście piesek grzecznie leży a ona ją karmi kiełbasą, gryz ona, gryz piesek. Kilogram kiełbasy sobie wspólnie zjedli. ¯\_(ツ)_/¯ Oczywiście dostałem odpowiedź, tatusiu a wiesz że fala tez lubi kiełbaskę
– Nie mogę uwierzyć – rzekł Mort. – Wydawałoby się, że chce pani umrzeć.
– Pewnych rzeczy będzie mi brakowało – odparła. – Ale ono staje się coraz trudniejsze. Mówię o życiu. Nie możesz już ufać własnemu ciału. Czas coś z tym zrobić. Myślę, że nadeszła pora, by podążyć gdzie indziej.
Trochę się rozczarowałam... Spodziewałam się po tej książce czegoś więcej. Dostałam w niej niewiele więcej niż sama zaobserwowałam, okraszone garścią nowej wiedzy, trochę spłyceń i uproszczeń oraz podprogowy przekaz własnych preferencji politycznych autora.
Nie była to książka zła, ale momentami nie była to książka komfortowa, chociaż z zupełnie innych powodów niż tytułowa trauma.
Chociaż nadal uważam, że dobry wstęp do podjęcia dyskusji o demartyrologizacji historii i społeczeństwa.
– Za chwilę będę gotowa – powiedziała. Marszcząc brwi, spojrzała na kartkę papieru. – Nie wpisałam jeszcze tego kawałka, że jestem zdrowa na ciele i umyśle. Same głupoty. Nikt zdrowy na ciele i umyśle by nie umierał.
Terry Pratchett, Mort
#uuk
--------
Najlepszego, Robaczki! Smacznego jajka i pomyślności
Tylko winny sie tłumaczy, a ja nie mam nic na swoją obronę, po za byciem przymuszonym do świątecznych zakupów w porze, gdy sie rymuje, a nie robi zakupy ;)