Zestresowany życiem człek postanawia wymusić na doradcach finansowych przeprosiny, za to, że zrujnowali jego interes. Bierze więc obrzyna, idzie do siedziby firmy i drutem przywiązuje trzymaną broń do szyi doradcy (oryginalny tytuł to "Dead Man's Wire").
Teraz ten stanie się jego zakładnikiem, póki nie zostaną spełnione warunki głównego bohatera.
Bardzo dobrze się ogląda, głównie dzięki młodszemu z familii Skarsgardów, który wbija się na aktorskie wyżyny.
Aż się boję wrzucać tu swoją opinię na temat tego filmu, bo wiem, że komedia obrosła kultem dla niektórych, sam fakt, że puszczano to na festiwalu w ramach jakiś tam komedii amerykańskich, może o tym świadczyć oraz wypowiedź prowadzących sekcję, którzy wprost powiedzieli, że zazdroszczą tym, którzy będą oglądać ten film po raz pierwszy.
To ja. Nie widziałam wcześniej "Jaj w tropikach".
Napiszę krótko: przez pierwsze pół godziny śmiałam się jak po⁎⁎⁎⁎na. Potem był koniec śmiania, czułam się jakbym oglądała polsatowskie kabarety.
Przepraszam fanów tej komedii, mi nie pykła, miałam dość tych dowcipów po 30 minutach już.
@Mahjong - rozumiem, że dla niektórych "włączających myślenie" to może być kultowy film bo może być odbierany jako naśmiewający się z politycznej poprawności - niemniej przy głębszej analizie (chociaż nie trzeba wcale kopać głęboko) wcale nie popiera rasizmu czy kulturowego zawłaszczania
Mnie osobiście część rzeczy w nim śmieszy - ale większość gagów odbieram jako meh (zwłaszcza po drugim obejrzeniu w tamtym roku zastanawiałem się nad skalą miałkości tego filmu i oceniam go na 5/10).
Najnowszy film Kelly Reichardt to antyheist movie. Mamy bohatera, który na początku wydaję się kolejnym sprytnym cwaniakiem chcącym zarobić na kradzieży dzieł sztuki. Plan wygląda niby ok, ale z czasem się okaże, że ten napad na muzeum to zwykła porażka, a główny "mastermind" musi się zmierzyć z jej konsekwencjami.
Kolega wychodził z kina zrozpaczony, bo zamiast ambitnego akcyjniaka dostał nieciekawą historyjkę, błąkającego się nudnawo bohatera, który unika odsiadki. Dla mnie to było fajne, że film zdemaskował takiego cwaniaka i zamiast superbohatera filmowego niczym z serii Ocean's (podaj dowolny numerek) dostajemy zwykłego lesera, który myślał o prostym zarobku i skrewił co tylko można było skrewić w swoim planie.
Więc ostrzegam - jeśli ktoś poleci na "o, jaki fajny opis, akurat Luwr okradli, zobaczmy!", to się może mocno rozczarować, bo ten film ma tylko podobny punkt wyjścia i cała reszta nie idzie dalej gatunkowo w stylu heist.
Skopiuję opis z w filmwebu: młody policjant Lucas dostaje zadanie: ma uwodzić mężczyzn w toalecie centrum handlowego, by aresztować ich za nieobyczajne zachowania. Kiedy jednak spotyka Andrew, rutynowa operacja przeradza się w coś niebezpiecznie intymnego.
I dosłownie czymś takim jest ten film. Parę fajnych scen, ale ogólnie to nie ma tam nic wyjątkowego, widzieliśmy takich historii już setki - zmagania się w własną tożsamością.
Film jest komediowy, przez to wytraca ładunek, szczególnie pod koniec.
Bogaty, rozpieszczony Balthazar zainspirowany ćwiczeniami w szkole na wypadek napadu masowego shootera, postanawia umówić się sposobem z pewnym typem z Texasu, który napisał mu, że planuje urządzić sobie strzelanie w szkole.
Balthazar nie myśli w sumie wcale o tym, że zrobi coś dobrego - każdy normalny by po prostu pokazał rozmowy z anonem z netu policji. On chce być KIMŚ, bohaterem, dzięki temu zyska należny mu fejm, który nie jest tak łatwo zdobyć na rolkach w internecie, choć Balthazar nawet nauczył się płakać do kamerki telefonu, byle zyskać jak najwięcej lajków i komentarzy.
Konfrontacja napuszonego nastolatka z prawdziwym biednym incelem oczywiście skończy się nie tak, jakby życzyłby sobie główny bohater.
Linklater znów zabrał się za prawdziwych ludzi. Tym razem jeden wieczór z życia Lerenza Harta, autora broadwayowskich piosenek - jak własnie np. "Blue Moon", tuż po premierze musicalu "Oklahoma!".
Cały film to praktycznie słowotok wypowiadany ustami Ethana Hawke'a, który gra Harta. I chyba na tym miało to polegać. Mnie czasem męczył ten słowotok, ale umiem docenić rolę Hawke'a.
Nie wiem jak ja się wyrobię z tym wrzucaniem filmów z AFFa, no ale samodyscyplina musi mi jakoś pomóc - byle chociaż 2/3 tytuły wrzucać dziennie - a przecież filmów oglądałam około 5 dziennie! Zapewne łatwiej jest oglądać filmy niż o nich pisać, nawet gdy to się lubi.
Biopic o życiu Bruce'a Springsteetan..., nie! czekajcie, to nie jest typowy biopic "od zera do bohatera". Tutaj the Boss jest już blisko statusu gwiazdy, co prawda "Born in the USA" zawita nieco później na listy przebojów, ale już jest w jego głowie. Tymczasem obserwujemy dość cichego, depresyjnego Springsteena, który walczy z własnym projektem - płytą "Nebraska". Oprócz tego walczy ze swoimi problemami psychicznymi.
Jeremy White jako Bruce jest bardzo przekonywujący i bardzo podobny. Oglądamy więc rockmana oderwanego od stereotypowego otoczenia - Bruce nie nadużywa alkoholu, nie bierze narkotyków, czasem żyje tak mocno muzyką, że nie potrafi wskoczyć znów w zwykłe społeczne relacje.
Ogólnie polecam, nie ma wiele złego w tym filmie, jego jedyną wadą, że jest to, że niczym nie zaskakuje w sensie realizacji, ale na pewno spodoba się, nawet jeśli nie jesteśmy fanami the Bossa.
Staram się oglądać wszystkie filmy Astera, i fakt, zjazd jest lekki od Hereditary i Midsommar. Ale jednak wciąż to jest znakomite kino, chociaż w "Bo się boi" odleciał już nieźle reżyser.
O Eddington też naczytałam się, że to nie jest to i w ogóle słabe. Ale ja bawiłam się dobrze, fakt, film jest ździebko za długi, ale mi bardzo dużo wynagrodziła pięknie akcyjna końcówka.
Ot, dość taki flegmowaty szeryf grany przez Joaquina Phoenixa postanawia kandydować w wyborach na burmistrza miasteczka. Spór z obecnym burmistrzem (w tej roli Pedro Pascal) walczącym o drugą kadencję zaczyna się ostro załączać, do tego do miasteczka przybywa epidemia koronawirusa oraz "epidemia" wzburzonych ludzi zabiciem George'a Floyda.
Aster nie pozwala nam polubić właściwie żadnego z bohaterów. Prawie każdy z nich jest zwykłym chujkiem, czy to mężczyzna czy kobieta. Nagle z małego, sympatycznego miasteczka Ellington staje się poligonem walk.
Po takim znakomitym filmie jak "Chronologia wody" (mój wpis wcześniej) wpadasz w takie gówno jak to na festiwalu.
Isabel jest w ciąży, widać że rozwiązanie niebawem, ale i tak wdaje się w dość pokraczny i dziwaczny romans z przystojnym i dziwakowatym wokalistą równie dziwakowatego zespołu.
Ten romans jest osią filmu, chociaż nie zawsze go oglądamy, ale przebija się praktycznie wszędzie. Tajemniczy Elliot zanim wdał się w romans z ciążowatą i zamężną Isabel, wdał się także w "romans" z fanami swojego zespołu, którzy bardzo poważnie oczekują jego ostatniej płyty. Ta jednak nie nadchodzi i faza fanów zespołu z tym związana uderza bezpośrednio w samą Isabel.
Jeśli musicie to obejrzeć, to obejrzyjcie. Jeśli nie musicie, no cóż, moim zdaniem wiele nie stracicie. Może "Chronologia wody" była popierdolona, ale trzymała mnie cały czas na krawędzi kinowego fotelu, tutaj tylko odliczałam niecierpliwie czas do końca seansu.
Wracam z festiwalu American Film Festival, będę się starała wrzucać po parę filmów dziennie (na festiwalu byłam na 25 seansach). Jeśli kogoś by to denerwowało to dodaję dodatkowe tagi, do zczarnolistowania. Ale mam nadzieję, że ciekawskie filmowe umysły hejtowskie zerkną chociaż na kilka moich wpisów
FILM
Spójrzcie na reżyserię. Tak, to ta aktorka od "Zmierzchu". Z nią w ogóle jest ciekawa historia, bo po uzyskaniu międzynarodowej sławy wydawało się, że zawita na dłużej w Hollywood, i tak się też stało. Ale pani Stewart w pewnym momencie zaczęła bardziej zwracać uwagę na role. I tak, dalej zdarzały się typowe mejnstrimy, ale zdarzały się także role w filmach francuskiego twórcy Oliviera Assayasa. I podejrzewam, że tam łyknęła europejski styl, który przebrzmiewa z pełną wyrazistością w jej reżyserskim debiucie "Chronologia wody".
Rzadko się zdarza by pierwszy film festiwalu od razu był "tym" filmem festiwalu.
"Chronologia wody" nie jest więc typowym amerykańskim filmem, ba! stawiam nawet założenie, że to mniej amerykański film od "Do utraty tchu" Godarda, który też btw leciał na AFF.
To historia pisarki, która całe życie mierzyła się ze swoją przeszłością i swoją teraźniejszością, taka laska, w której faceci się zakochują, ale oprócz tych kilku adoratorów nie jest łatwo ją polubić. Lidia mogła zostać pływaczką, ale zaprzepaściła to. W pewnym momencie przebranżowiła się z niespełnionego sportowca w pisarkę.
Obserwujemy więc jej drogę, jej przeszłość i teraźniejszość, pełną dziwnych sytuacji, połamania psychicznego, które mocno wpływa na otoczenie i jej uzależnień od używek. Taka to chronologia uwolnienia traumy by pisarze.
Film nie jest łatwy, bo nie jest podany na tacy, to nie jest typowy biopic, czy to fałszywy jak "Tar" czy prawdziwy. To film pogłębiony, czasem eksperymentalny, produkcja może jest amerykańska, ale widać, że przygoda z europejskim kinem przysłużyła się Stewart.
Jeśli kochacie kino za to, że daje wam przygodę, akcję, śmiech czy łzy, to możecie ominąć ten tytuł, ale jeśli europejskie klimaty nie są wam obce to może was właśnie czekać największe zaskoczenie roku. Sama nie wiem czy za chwilę nie dam sztosowej oceny, czyli 10/10.
Jak na debiutantkę jest to bardzo dojrzałe dzieło. Z niecierpliwością będę czekać na kolejne reżyserskie filmy Kristen Stewart. Zapamiętajcie to nazwisko, nie już jako aktorki (tej od Zmierzchu), a ambitnej reżyserki, która zapewne będzie szukać swojego autorskiego rysu.
SŁOWO KOŃCOWE
Rozpisałam się, postaram się streszczać przy kolejnych opisywanych filmach festiwalu. Dodam jeszcze tylko tyle, że przez to, że widziałam tak znakomity film pierwszego dnia festiwalu to trudno mi było oceniać kolejne filmy w kolejnych dniach, ale na szczęście szybko się rozluźniłam.
Bo muszę przyznać, że "Chronologia" trzymała mnie przez cały seans na bardzo mocnym napięciu!
Film o tym, że rzeczywistość, nawet gdy przybierze bajeczne barwy filmowego realizmu, to i tak postawi cię na koniec do pionu. Ale co z tego, skoro kolejne filmy czekają za rogiem by ukoić cierpienia codziennego życia.
Mia Farrow w roli głównej jest po prostu za⁎⁎⁎⁎sta. Cudownie oddaje "taki se" świat głównej bohaterki, która ma gównianą pracę i męża darmozjada, który może bije tylko w ostateczności, ale za to woli spędzać czas z kolegami i innymi kobietami. Nic więc dziwnego, że Cecillia woli spędzać wolny czas w kinie, gdzie w pełni oddaje się ekranowej fantazji i może zapomnieć o zwykłej codzienności.
Jednak pewnego dnia z kinowego ekranu wychodzi jeden z bohaterów filmów z przekonaniem, że jest w niej zakochany. Dalej nie zdradzam, kto nie widział niech obejrzy, bo to dość ciekawy film Allena o kinie samym w sobie.
Do twórczości Agnes Vardy podchodzę z kijem jak do groźnego psa. Czyli na co dzień wolę omijać (dlaczego, nie wiem). Ale czasem wezmę się z bykiem za rogi. Najpierw wpadła rewelacyjna "Cleo od piątej do siódmej" a teraz "Bez dachu i praw", chociaż lubię prosty angielski tytuł "Vagabond" czyli "włóczęga".
Bo to o włóczędze jest ten film. Dziewczyna ma na imię Mona i początek jasno wskazuje jak skończy się jej historia. Oglądamy więc kilka ostatnich tygodni i dni dziewczyny na jej włóczędze. Niewiele o niej wiemy, skończyła zawodówkę, pracowała jako sekretarka, ale sama z siebie porzuciła takie życie i ruszyła w drogę.
Mona nie różni się wiele od innych włóczęgów. Śpi w namiocie, żebrze, podróżuje, spotyka się z mężczyznami. A jednak jest coś w niej takiego, że każdy kto się natknął na nią na swojej drodzy to zapamiętuję ową śmierdzącą włóczęgę.
Bardzo ciekawy film, postaci jest sporo, a jednak każda z nich ma swój wyraźny rys i kilka poziomów - czasem dowiadujemy się o nich więcej niż o samej Monie i to też wielka siła filmy Vardy.
Polecam miłośnikom nie tylko francuskiego kina, ale kina w ogóle. Wiem, że dla niektórych może to być nuda niemożebna, ale ja nie nudziłam się ani sekundy. Cudowny film, i z chęcią poszukam sobie następnego filmu Vardy do spróbowania.
@Vampiress na Mubi, są nawet polskie napisy, jeśli nie chcesz wykupywać na miesiąc, to mam opcję przesłania ci linka do obejrzenia za darmoszkę, wyślij na pw emaila tylko
W sumie to nie do końca jest horror, ale od wielu lat to tak szeroki gatunek, że nie ma co wytykać. Jest wampir to jest i horror, i przy tym zostańmy.
Młody Oskar jest ofiarą szkolnej przemocy, przyjaźń poznaje dopiero przy bliższym poznaniu dziewczynki w swoim wieku. Ale jej wiek to tylko pozory.
Ciekawy zabieg, dla miłośników wszelakiej obecności wampirzej pokazuje na pewno kolejny aspekt "a gdyby wampir...". Tu mamy "a gdyby wampir był cały czas dzieckiem, jakby sobie radził". Film daje odpowiedź, to znaczy można się domyśleć jak sobie radzi bo film jest o zmianie "opiekuna", między innymi.
To jednak wątki poboczne, to co najważniejsze, to przemiana głównego bohatera, który w osobie młodocianej wampirzycy znajduje przyjaciela, który jest zdolny dla niego poświęcić, obronić.
Film ma już swoje lata ale jest dobrze zrobiony, na pewno świetnie wywiązali się właśnie młodzi aktorzy, którzy przykuwają wzrok od samego początku.
@Vampiress no tak, tam też tak było, ale tam dzieciak miał rodziców-wampirów, znaczy dwóch tatusiów na starcie, tutaj dziewczynka ewidentnie jest sama ze swojego gatunku i pomaga jej jakiś człowiek
Urgh, o filmie nie wiedziała nic, zachęcił mnie opis fabuły i dostępność filmu. Zaryzykowałam.
Nie opłacało się. Niewiele ratuje ten film, dobry próg wejścia, ale ostatecznie nie costajemy nowych dóbr, tylko lekki folk sfilmowany tak klasycznie, że aż nudno.
Jakoś nie ceniłam nigdy wystarczająco tego filmu - może dlatego, że gdy widziałam go pierwszy raz było to wiele lat temu, gdy filmy nie były jeszcze na pierwszym miejscu moich zainteresowań i film wydawał mi się sztuczny i dziwaczny jak kostiumy księcia Vlada.
Ponad dekadę później odświeżyłam sobie coppolowską Draculę i jestem w szoku! Ten film jest niemal znakomity. Gary Oldman jako Dracula potrafi być czystym potworem i romantycznym kochankiem, w którego miłość wierzymy od samego początku.
Jedyne co mnie kłuło w tym filmie to drewniany Keanu Reeves. Ale mam ciche podejrzenia, że może specjalnie Coppola go wybrał, by był to typowy nudny jak flaki w oleju przedstawiciel klasy średniej ówczesnych czasów?
Na pewno wymiata w roli Van Helsinga Anthony Hopkins. Mistrzowska robota, wprowadził lekki powiew humoru do tego nabuchanego powagą dzieła. Wiwona Ryder robi swoje - niewinne dziewczę o wyglądzie dorastającego podlotka potrafiła oddać pożądanie i uczucia spowodowane pojawieniem się nieśmiertelnego kochanka.
Pani Mahjong bardzo zadowolona z takiego rewatchingu. Zapewne gdy widziałam ten film pierwszy raz nie dałabym mu więcej niż 5/10 a po drugim seansie w życiu to prawie sztos dla mnie!
Polecam na Halloween, jeśli ktoś szuka czegoś ambitniejszego niż "potwór straszy i zabija". I to gorąco!
Opowieść o konflikcie sąsiedzkim skonstruowana praktycznie w całości z nagrań policyjnych. Ciekawy zabieg, ciekawa historia.
Konkluzja prosta jak budowa cepa - tam, gdzie prawo pozwala w większej "dowolności" użyć broni, tam zawsze znajdzie się więcej ludzi, którzy jej użyją.
Najbardziej rozwaliło mnie jedno - że gdy zabijesz kogoś czarnoskórego na swoim terenie, to policja wypuszcza cię do domu po przesłuchaniu...
Kolejny film z rodzaju dlaczego cieszę się, że nie urodziłam się w USA.
@Mahjong ja mam mieszane uczucia, bo z jednej strony zabiła człowieka i to przez drzwi, a z drugiej mieszkała w dzielnicy, gdzie ja bym pewnie 1 dnia nie wytrzymał, więc trochę rozumiem frustrację i zakończenie konfliktu, tylko ja bym się wyprowadził, zamiast odjebać sąsiadkę
@WujekAlien no jest to dość niejednoznaczna historia mimo wszystko, ale z doświadczenia mojego to bym już odjebała z minimum pięciu sąsiadów na przestrzeni lat za wkurwianie mnie. Ile się czyta w necie, że bachory latają u góry po mieszkaniu cały dzień i zwracanie uwagi sąsiadom nic nie daje - Polakowi też dużo przeszkadza, ciekawe czy gdybyśmy mieli wrodzoną naturę do posiadania broni jak Amerykanie i furtkę "obrony własnej posesji" to też wzrosłaby liczba postrzeleń i zabójstw. Obawiam się, że tak.
Imo kobieta była zniszczona psychicznie już wcześniej i narósł w niej skrywany rasizm, teraz mógł buchnąć z pełną parą bo miała w swoim mniemaniu powód
@Mahjong Posiadanie broni było dla Polaków przez wieki czymś oczywistym i jakoś nie dochodziło do wszechobecnych masakr ani rzezi, uwzględniając kontekst historyczny rzecz jasna. Byle chłop musiał mieć na podorędziu choćby widły umazane w gnoju albo pordzewiałą siekierę do odstraszania drapieżnych zwierząt, złodziei albo włóczęgów o niecnych zamiarach.
No a wypuszczanie po zabiciu murzyna ma swoje podłoże w 13/52 i tym podobnych statystykach.
Mile się rozczarowałam gdy włączałam wczoraj wieczorem "cokolwiek do obejrzenia" w postaci "Life". Spodziewałam się miernego scajfaj, ale oglądalnego, tymczasem dostałam całkiem niezły kosmiczny dreszczowiec.
Zapewne duża w tym zasługa solidnych aktorów zatrudnionych do tego filmu. Sama historia prosta jak cep - próbka z Marsa przybyła na stację kosmiczną zawiera żywą istotę w postaci jednokomórkowca, która przebudzona z hibernacji zacznie się rozrastać i z czasem stwarza niebezpieczeństwo.
Takie połączenie Obcy + Sunshine, ale w dobrym stylu. Postacie są jakoś rozrysowane by nie być jednowymiarowymi, ale zapewne dzięki dobremu aktorstwu dają jeszcze więcej. Efekty na plus, świetnie ogląda się sceny dziejące się przy stacji, czyli w kosmosie. I całkiem satysfakcjonujące zakończenie, choć niestety domyśliłam się końcówki tak z 10 minut wcześniej, ale to nie rozchodzi się o mój zmysł, a o fajny the end, pasujący do klimatu dreszczowca SF.
Możliwe, że przesadziłam z oceną o jeden punkt, ale wyznaję zasadę, że lepsze każde SF niż żadne - jeśli chodzi o filmy. A na tym akurat bawiłam się całkiem nieźle.
@Mahjong A dla mnie cały film to nielogiczna idiotyczna padaka. Leży i kwiczy zarówno scenariuszowo jak i aktorsko. Postaci są tragicznie napisane. 4/10
Nie ma to jak na odmóżdżenie puścić sobie starą polską przedwojenną komedię. Tym razem wybór padł na "Papa się żeni" - śmieszne, że ten tytuł w moim zdaniu niewiele oddaje o co chodzi w filmie.
Oczywiście jak to bywa w tym specyficznym gatunku (polskie przedwojenne komedie) to po prostu komedia omyłek.
Gwiazda rewiowa ma dorosłą córkę, ukrywa jej istnienie, każe jej udawać jej młodszą siostrę. Tymczasem do miasta przyjeżdża znany śpiewak, który jest ojcem owej młodej Lilli - z panią gwiazdą łączyły go 17 lat temu mocne więzi miłosne ale kłótnia poróżniła ich i rozstali się. Młoda postanawia pogodzić rodziców, sama też wpada w sidła miłości.
Na filmwebie pokazuje 1h 18m, ale na Ninateka jest wersja o 5 minut dłuższa - tak to bywa z tymi starymi filmami, które często poginęły w czasie wojny - ale czasem udaje się odzyskać trochę więcej taśm. Mimo to film nadal jest mocno pocięty, ale nie przeszkadza to w oglądaniu i śledzeniu fabuły.
Niebawem Chicago zniknie z map. W stronę miasta zmierza rakieta z nieznanego źródła. My oglądamy co dzieje się zanim to się stanie, obserwując wicie się w pułapce niewiedzy i paranoi pracowników rządowych i wojskowych.
Bardzo sprawnie skonstruowany thriller, w rękach profesjonalistki Bigelow jednak pozostawia lekki niedosyt i nie chodzi o to, że nie dostaliśmy na koniec tego wielkiego "boom", tylko za mało przychodzi myśli i refleksji po tym filmie. Może dlatego, że my już żyjemy w takim świecie i naprawdę mamy dość straszenia? Nie wiem. Niby cały film jest naprawdę dobry, z plejadą świetnych aktorów, ale czegoś zabrakło.
Ktoś fajnie napisał na filmwebie, że ten film to taki "Dr Stranglove" na poważnie.