Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

Tak już bywa w konkursach, że wygrać je musi ktoś. We wczorajszej edycji, ze względu chyba na niską frekwencję, padło akurat na mnie. Wobec powyższego przypada mi zaszczyt zadania Wam dzisiaj zadania. Oto ono poniżej:


rymy: kruku – stoją – bruku – boją

temat: Czechy żądają dostępu do morza!


Kreatywności życzę, ale przede wszystkim dobrej zabawy!


***


Zasady:

- Układamy cztery wersy, lub wielokrotność jeśli ktoś ma ochotę.

- Każdy wers musi kończyć słowem zadanym przez OPa dokładnie w tej kolejności, która jest we wpisie.

- Rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do tematu zadanego przez OPa.

- Zwycięża osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów. W nagrodę wymyśla nowe zadanie czyli temat oraz rymy i publikuje do godz 21 nowy wpis.


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Ahoj, ode dneška je to Královec.


Przyleciał Krecik z Pragi na kruku

do Królewca, rosyjskie pułki tam stoją

wylądował zgrabnie na bruku

przegonił ruskich, przywitał się z boją

4ee0fccd-034a-4b1a-a1c5-2389688494d4

widziałem zdjęcie w jakimś białym kruku

jak to czeskie łodzie podwodne stoją:

nie na redzie - a na lądzie wśród bruku

aż sąsiedzi dać im dostęp do morza się boją

255894eb-53a3-4dfe-85c1-c1de7ba59e4d

Czechy żądają dostępu do morza!


Zanieś tę wieść wojskom naszym, kruku,

Co pod sztandarem i bronią już stoją,

Wnet obcas żołnierski zadudni po bruku,

Odpór śmiało damy, niech się Czesi boją.

Zaloguj się aby komentować

Jakoś tak się złożyło, że rozdrabiam się w tej kawiarence, bowiem kolejny już raz twórczość moja dotyka tematyki drobiowej. Cóż zrobić jednak, jeśli siadam do komputera i tak wychodzi, że sobie na klawiaturze drobię?


***


Kur wie


– Krwi! Bólu! Zemsty! – to Kur tak pieje

i żądzy mordu nie umie powstrzymać,

bo – sami przyznajcie – czy to nie kpina,

że drób na rynku tak mocno tanieje?


– A wieprzowina? No jak?! Drożeje!

I wołowina też cenę trzyma,

zaś baranina na szczyty się wspina...

Cóż więc z cenami drobiu się dzieje?


Mechanizm to ekonomii jest znany,

podaż w popytu ciągłym gonieniu:

aby nakarmić lud rozpasany,

miliony kurczaków ginie w cierpieniu!

A Kur wie już, żarłoczne wy chamy,

ile to macie kur wy na sumieniu!


***


Ten powyższy drobny wytwór drobiowy to moja kolejna di risposta napisana do tekstu di proposta zaproponowanego przez kolegę @Piechur w XXII edycji konkursu #nasonety w kawiarence #zafirewallem .


#poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Wdzięczne niesamowicie te rymy w zaproponowanym przez kolegę @Piechur sonecie di proposta . Aż żal trochę, że czasu nie staje żeby się więcej nimi pobawić. Ale tak to już bywa na starość. A ze starością wiążą się różne problemy, również takie jak poniżej:


***


Krem do kremacji


Przykre są losu ludzkiego koleje:

kolagen w końcu zanikać zaczyna,

i zmarszczka na twarzy gdzieś się wyrzyna,

i cała skóra jakoś wiotczeje.


Cóż, człowiek się jednak z wiekiem starzeje,

tak już to działa - niczyja to wina,

lecz czy się nie da tego zatrzymać?

Czy trzeba porzucić wszelkie nadzieje?


Nie! Problem ten został już rozwiązany!

Jest sposób, by móc uniknąć wiotczenia!

Krem do kremacji – opatentowany! –

zastosuj, gdy skóra zaczyna się zmieniać!


Krem do kremacji głęboko wcierany

na stałe zatrzyma proces starzenia!


***


Wytwór poniższy to sonet di risposta w XXII edycji konkursu #nasonety w kawiarence #zafirewallem .


#poezja #tworczoscwlasna

Cieszę się, że spodobały się rymy - nie ukrywam, że było to moje główne kryterium przy szukaniu sonetu di proposta A riposta jak zawsze: zgrabna, sprytna i zabawna Pięć na pięć Gwiazdków.

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ wczoraj, z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, najbardziej spodobała się Wam historia o konsekwencjach przekraczania granic z psem, to nie mam wyjścia i muszę dziś zadać zadanie. A będzie ono takie:


rymy: dróg – radzą – próg – prowadzą

temat: kąpiel Kleopatry w kozim mleku


POWODZENIA!


Zasady:

- Układamy cztery wersy, lub wielokrotność jeśli ktoś ma ochotę.

- Każdy wers musi kończyć słowem zadanym przez OPa dokładnie w tej kolejności, która jest we wpisie.

- Rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do tematu zadanego przez OPa.

- Zwycięża osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów. W nagrodę wymyśla nowe zadanie czyli temat oraz rymy i publikuje do godz 21 nowy wpis.


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Do jędrnej skóry jest jedną z dróg

Kąpiel w kozim mleku Kleopatrze radzą

Żeby często mogła zwiększyć podatkowy próg

I niech kozy płatnicy do pałacu wprost prowadzą

Z Piątnicy, no bo skąd


Na rozstrzygnięcie przetargu tyle dróg

jak to zrobić, najwyżsi kapłani radzą

i tylko jedna firma przekroczy Boski próg

wszystkie drogi do Piątnicy prowadzą

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ zapomniałem koleżance @UmytaPacha pogratulować zwycięstwa w jubileuszowej, XX edycji naszego konkursu #nasonety , robię to teraz. Robię to w formie pewnego rodzaju listu otwartego, który może nie jest skierowany wprost do niej, ale zawiera zachętę, aby ku jej czci i chwale różne rzeczy (można i ją nawet!) wierszem opiewać:


***


Apel gratulacyjny, acz trochę złośliwy


Umycie Pachy – czynność staranna.

Tak i résumé w konkursie ruchu

sonetów, co na ekranie, nie w druku

się ukazały. Zabawa ma być podsumowanna!


Stąd moja prośba: bawcie się słowem!

Setki sonetów do boju niech staną!

Niech kawiarenka nimi zalaną

nam będzie! Zapraszam Was wszystkich w bloki startowe!


Niech Pachę zaleją sonetów ogromy!

Niech będą liczne, jak w morzu atomy!

Niech na jej usta słowa nieczyste

cisną się, kiedy podsumowanie nam uroczyste

będzie pisała. Na tydzień w końcu okryła się chwałą,

a w piątek cza cierpieć, jak się wygrało.


***


To jest kolejna moja di risposta w zabawie #nasonety w kawiarence #zafirewallem gdzie #tworczoscwlasna , która stara się zaklasyfikować do gatunku #poezja a powstaje jako odpowiedź na sonet di proposta.

Zaloguj się aby komentować

Ostatnio, odwiedzając rodziców, miałem przyjemność złożyć swe cielsko w wannie i tak sobie po prostu w niej poleżeć. Przyjemna ta przyjemność całkiem była, nie powiem, tym bardziej, że trochę zapomniana w dobie wszechobecnych pryszniców. W związku z tym wiersz taki sentymentalno-oszczędnościowo-higieniczny:


***


Wszystko płynie (tylko szybciej, ale i taniej)


Ten wiersz to tęskna elegia pochwalna:

pieśń chłopca co wracał, zażywszy ruchu,

i nim poduszkę poczuł przy uchu

w łazience na niego czekała wanna.


Jej ściany: tak białe! Tak emaliowe!

Z wodą tak ciepłą! Do pełna nalaną!

Pieściły ciało co wieczór tak samo…

…no a w sobotę to nawet i głowę!


Dzisiejsze łazienki? To w ścianach wyłomy!

Kabiny ciasne: prysznic, szkło, chromy…

Czuję się w nich jak w klatce srebrzystej.


Stąd sentymenty me oczywiste:

bo jakże ongiś miło się myło

gdy wodomierzy jeszcze nie było!


***


Ten wiersz to jest kolejna odpowiedź di risposta na zadanie w XXI edycji konkursu #nasonety w postaci utworu di proposta.


I, jako bonus, jeden jeszcze utwór w temacie wannowym , z tekstem co najmniej klasę lepszym od mojego (ale to tylko dlatego, że pan Waglewski nie był ograniczony ograniczeniami konkursu! – tak będę twierdził!) w wykonaniu nie oryginalnym, ale z gościnnym udziałem pana Tomka Lipnickiego czyli wspaniałego Lipy z Illusion albo, jeśli kto woli, to też z Lipali (równie zresztą wspaniałego).


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

358 +1 = 359


Tytuł: Wniebogłos

Autor: Aleksandra Tarnowska

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 4/10


#bookmeter


Żadnego więcej śpiewania. Żadnego chodzenia do babci. O dożynkach w najbliższą niedzielę Rysiek ma zapomnieć. Msza i do obory, gnój wywalać. Święto nie święto, krowy i tak srają.


Ta książka, opowiadająca o latach siedemdziesiątych XX wieku, dla mnie była właśnie taka jak moje wyobrażenie tamtego okresu. Szara, bez polotu i nic w zasadzie się w niej nie działo. Można by to w zasadzie uznać za jej zaletę, bo lektura mocno pozwoliła wczuć się w klimat czasu akcji. I ten klimat w tej książce rzeczywiście został przez autorkę oddany świetnie. Tyle, że sam klimat to dużo za mało.


Pani Tarnowska postawiła przed sobą ogromnie trudne zadanie. Bo uczynić bohaterem książki dwunastolatka, czyli chłopca, który nie za bardzo może o sobie decydować, a jeszcze mniej może w swojej sprawie działać, jeśli już nawet coś zdecyduje, to ogromne wyzwanie. Oczywiście, i z taką trudną postacią da się poprowadzić świetnie fabułę. Wiem o tym, jestem w końcu miłośnikiem „nudnych książek o niczym”. A jednak w Wniebogłosie dla mnie, jako odbiorcy, autorka na tym trudnym zadaniu poległa. Wydaje mi się, że stało się tak dlatego, że nie ma w tej książce ani jednej naprawdę wyraźnej postaci. Nikt tak naprawdę niczego nie chce i do niczego nie dąży. A jeśli nawet dąży, to zupełnie biernie i bez determinacji. Czyli bardziej czegoś by chciał, niż do tego dążył. Nikt też w tej książce nie przechodzi przemiany. A nawet jeśli przechodzi, to jest to przemiana bez wiary w tę przemianę, w zasadzie bez jakiegoś jej umotywowania i bez jej skutków i konsekwencji. Dodatkowo w moim odbiorze książkę pogrąża narracja prowadzona w sposób całkowicie płaski i beznamiętny, zupełnie bez emocji. A przecież to miała być opowieść o pragnieniach, a z pragnieniami wiążą się emocje, nieważne czy te pragnienia na końcu zostają zaspokojone, czy też nie.


Dla mnie Wniebogłos to kawałek spójnej i logicznej historii, ale zupełnie bez polotu. To opowieść o latach siedemdziesiątych na wsi, która sama wygląda jak te lata siedemdziesiąte na wsi. Niby coś się tam działo, ale równie dobrze mogłoby się nie dziać i w sumie niewiele by się zmieniło.

e8844914-4cd0-4b35-8744-1c661e79c24d

Zaloguj się aby komentować

357 +1 = 358


Tytuł: My przeciwko wam

Autor: Fredrik Backman

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter


Najgorsze w innych ludziach jest to, że jesteśmy od was uzależnieni. Wasze czyny mają wpływ na nasze życie. Nie tylko tych, których wybieramy i lubimy, ale również pozostałych – idiotów. Wy, stojący przed nami w kolejce, wy, którzy nie potraficie porządnie jeździć samochodem, lubicie słabe seriale telewizyjne, za głośno rozmawiacie w restauracji, i wy, których dzieciaki zarażają nasze w przedszkolu. Wy, którzy krzywo parkujecie, podkradacie nasze miejsca pracy i głosujecie na niewłaściwą partię. Wy też macie wpływ na nasze życie, w każdym momencie.

Boże, jak my was za to nienawidzimy.


Miałem taki sprytny sposób, że kiedy nie miałem pomysłu za jaką książkę by się tutaj zabrać, to zabierałem się za coś od pana Backmana. Działało. Ale chyba przedobrzyłem, bo przy My przeciwko wam jakoś przestało. I nie żeby z tą książką było coś nie tak, wręcz przeciwnie. Jestem pod wrażeniem tego, jak pan Backman potrafi trzymać równy, wysoki poziom swoich opowieści. Jak wspaniale potrafi prowadzić narrację, obiecując czytelnikowi coś i dając mu to, co wcześniej obiecał, choć z tej obietnicy wnioskując, czytelnik mógł się spodziewać czegoś zupełnie innego. Jak świetnie potrafi uchwycić rozchwianie i niekonsekwencję w człowieku i jak kapitalnie potrafi je sportretować, w dodatku w sposób absolutnie sympatyczny, zupełnie bez piętnowania czy wykpiwania. Wady i słabości są częścią człowieczeństwa i pan Backman chyba doskonale zdaje sobie z tego sprawę, stąd postaci w jego książkach są tak wiarygodne. Ale nie tylko budowanie postaci wychodzi temu autorowi wyśmienicie. Potrafi on też bowiem, jak – moim zdaniem – mało który ze współczesnych autorów sportretować relacje między postaciami. Te radosne, ale i też te trudne. To jest cecha naprawdę wyjątkowa, bo jedno, że trzeba te wszystkie rzeczy najpierw zauważyć, później zestawić ze sobą w spójną, logiczną fabułę, a na koniec to jeszcze dobrze jest je w jakiś ciekawy, niebanalny sposób opisać. Na przykład takim zdaniem: Delikatnie puka do drzwi pokoju Mai, jakby miała nadzieję, że córka może nie usłyszy.


A jednak tym razem historia nie pochłonęła mnie tak jak dotychczas. Jak wcześniejsze utwory pana Backmana, w tym pierwszy tom tego cyku, Miasto Niedźwiedzia. Dlaczego? Może dlatego, że ten tak bardzo trafnie sportretowany przez pana Backmana człowiek wcale nie jest aż tak skomplikowany, żeby wystarczyło tego na kilka tomów? A może dlatego, że człowiek – w tym przypadku czytelnik, a nawet konkretny czytelnik, bo ja – ma taką wadę, że jednak potrzebuje nowych wrażeń, że nawet najbardziej fantastyczne rzeczy mu się w końcu nudzą? Nie chcę powiedzieć, że My przeciwko wam to książka zła, wręcz przeciwnie. Jest bardzo dobra. Tylko napisana w taki sam sposób, jak inne książki pana Backmana. Co więc z tego, że historia inna, skoro jej schemat w zasadzie ten sam, a i rozwiązania, tak fabularne, jak i narracyjne również podobne? Jeśli ktoś lubi wracać tam gdzie był, to może sprawdzi mu się ten drugi tom cyklu Miasto niedźwiedzia, nawet zaraz po lekturze pierwszego. Ja też lubię. Ale chyba jednak nie za często i nie za szybko. A chyba tak właśnie wracałem do prozy pana Backmana. I może to był mój błąd, a nie autora?

66b60bab-5980-44f2-a93c-09a7d97925b7

Zaloguj się aby komentować

Słownik PWN podaje : W dobrodzieju druga część wyrazu nawiązuje do czasownika dziać w jego dawnym, ogólniejszym niż dziś znaczeniu ‛robić’ [...]


Ergo: dobrodziej – ten, który robi [komuś?] dobrze.


***


Ksiądz dobrodziej


Uwierała go sutanna,

chciał więc zażyć trochę ruchu;

ruch ten skończył się na brzuchu

co później nosiła Anna.


I zachodził ten ksiądz w głowę

jakie rzeczy went się staną?

Jak tłumaczyć przed Zuzanną

stroje Anny ma ciążowe?


Biskupowi: – Pochwalony! –

rzekł i został przeniesiony.

W nowej parafii konto miał czyste

choć z żalem wspomniał ciała soczyste;

Przestał, gdyż dobrze się to skończyło

bo w końcu poznał się on tam z Ludmiłą.


***


To jest mój pierwszy wytwór, chyba konkursowy, w XXI odsłonie konkursu #nasonety , czyli odpowiedź (di risposta) do sonetu pana Jerzego, zaproponowanego przez koleżankę @UmytaPacha jako sonet di proposta trwającej właśnie edycji.


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

No przecież skądś się muszą brać mali księża ( ͡° ͜ʖ ͡°) Świetne, aż sobie kilka razy musiałem przeczytać

Zaloguj się aby komentować

347 + 1 = 348


Tytuł: Nie ma kto pisać do pułkownika

Autor: Gabriel García Márquez

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Orkiestra zaczęła grać marsza żałobnego. Pułkownik zauważył, że jednego instrumentu brakuje, i po raz pierwszy poczuł pewność, że nieboszczyk jest naprawdę martwy.


Nowela? Opowiadanie? W każdym razie Nie ma kto pisać do pułkownika to tekst króciutki, tak na trochę ponad godzinę. A jednak dość obrazowy i treściwy. Tak mi się przynajmniej wydaje, po tym co w nim zauważyłem. Choć wcale nie twierdzę, że to tam jest.


Dla mnie książka ta, tak jak w zasadzie i Sto lat samotności tego samego autora, opowiada przede wszystkim o silnej wierze (albo silnej potrzebie tej wiary) w to, że rzeczy które robimy mają sens. I o trwaniu przy tej wierze nawet jeśli cały świat i wszystko dookoła zdaje się nie tylko mówić, ale i świadczyć, że jeśli twoje czyny miały jakąkolwiek wartość, to miały ją wyłącznie dla ciebie. O życiu obietnicami z przeszłości i wierze, że kiedyś te obietnice zostaną dotrzymane. O tym, że życie to czekanie na efekty naszych działań. I o tym, że nasze działania mają oczywiście jakieś efekty, ale niekoniecznie takie, o jakie zabiegamy, jakich chcemy czy jakich się spodziewamy. Z różnych powodów. Dla mnie to też książka o tym, że w tym naszym życiu i czekaniu na efekty jesteśmy samotni. I o tym, że nawet między najbliższymi występuje konflikt interesów i jeśli najbliżsi nawet chcą dla nas dobrze, to rozumieją to „dobrze” po swojemu, niekoniecznie uwzględniając albo nawet chcąc uwzględnić naszą definicję tego „dobrze”. Choć my przecież robimy to samo.


Dużym plusem jest kapitalny dialog kończący tę książkę, trochę skojarzył mi się z twórczością pana Mrożka, który w zasadzie nie wiem co miał pokazać (co jest tylko jego zaletą!). Czy autor miał na myśli, że prawdziwy problem pułkownika leży gdzie indziej niż przez cały tekst czytelnik się spodziewał? Czy może to, że pułkownik poddał się albo frustracja wzięła górę? A może zamiarem autor było żeby zostawić czytelnika z dylematem? Albo tak po prostu wyszło. Nie mam pojęcia jak na to pytanie odpowiedzieć i bardzo mi się to podoba, bo ogromnie lubię książki, które zostawiają mnie z pytaniami.

c022d3cb-afac-4f6e-a67a-f3816ad15332

Zaloguj się aby komentować

346 + 1 = 347


Tytuł: Pożądanie. Antologia opowiadań miłosnych, zmysłowych, erotycznych i dziwnych

Autor: Michał Cetnarowski, Anna Kańtoch, Jakub Małecki, Jakub Nowak, Łukasz Orbitowski, Bernadeta Prandzioch, Marcin Przybyłek, Piotr Rogoża, Wit Szostak, Szczepan Twardoch, Jarosław Urbaniuk, Jakub Żulczyk

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 4/10


#bookmeter


– Tato?

Milczy, długo milczy.

– Jesteś pijany, Nikodem?

[…]

– Nie. Trochę. Czemu pytasz?

– Bo dzwonisz.


To była jedna z książek po które sięgam czasami w ramach problemu „bo nie wiem co by tu sobie teraz poczytać”. Ten problem pojawia się z powodu zbyt dużej lub zbyt małej liczby książek w kolejce do czytania. Opowiadania w takiej sytuacji sprawdzają się u mnie na tyle, że po pierwsze są krótkie, więc można skończyć i zrezygnować, a po drugie czasami pomagają w rozwiązaniu wyjściowego dylematu, bo jakiś wątek mnie zainteresuje i wtedy sobie mogę poszukać pełnej powieści dotyczącej tego tematu. A dlaczego właśnie ta antologia? Ano skusiły mnie wydrukowane na okładce nazwiska panów Twardocha i Szostaka. Lubię ich prozę.


No to po kolei. Wbrew podtytułowi, moim zdaniem mało jest w tym tomie opowiadać miłosnych, zmysłowych i erotycznych (chyba że źle te pojęcia rozumiem). Mnóstwo jest za to tekstów dziwnych. A momentami dla mnie wręcz obrzydliwych.


Zbiór zaczyna się przyjemnie, bo tekstem Koźlęta gazeli autorstwa pana Szostaka i to opowiadanie traktujące o przygodzie (takiej, na jaką może sobie pozwolić) starszego już wiekiem wykładowcy jest tym, czego po tym autorze się spodziewałem. Ten tekst był przyjemny w odbiorze. Nie że jakiś głęboki, ale faktycznie opowiadający o pożądaniu, i dość obrazowo je przedstawiający. Czasami nie potrzeba fajerwerków, żeby było dobrze. A nawet więcej niż dobrze.


Później zaczęły się opowiadania bądź nijakie bądź absolutnie obrzydliwe. Może chwilę o tych drugich. O ile jeszcze tekst Skóry autorstwa pana Łukasz Orbitowskiego, choć sugestywnie paskudny mógłbym powiedzieć że jeszcze jest o czymś (jakie mogą być konsekwencje możliwości natychmiastowego zaspokajania każdej ze swoich fantazji), tak na przykład poprzedzające je RP Production pana Michała Cetnarowskiego, opowiadające o patriotycznych filmach porno, zaczynające się rozbudowanym i szczegółowym opisem jednej ze scen z tych filmów to w ogóle nie wiem w jakim celu i dla kogo mogło powstać. Więcej! Zastanawiałem się jak w ogóle mogło powstać. Co musiał myśleć i co czuć autor w czasie tworzenia tego dziwactwa?! Może brakuje mi wyobraźni? Albo kontekstu? Bo może to jakaś satyra? Tylko na co? Szczerze mówiąc nie bardzo mnie to interesuje, więc nie będę szukał odpowiedzi na to pytanie.


Palmę pierwszeństwa jednak w kategorii dziwność i obrzydliwość w mojej klasyfikacji opowiadań zawartych w tej antologii bezapelacyjnie dzierży tekst Zimno, gdy zajdzie. Nie będę się nad nim rozwodził, nie będę go komentował, napiszę tylko o czym traktuje i proszę sobie samemu ocenić. Otóż opowiadanie Zimno, gdy zajdzie traktuje o czterdziestoletnim mężczyźnie, który razem se swoim czternastoletnim synem zginął w wypadku samochodowym, a następnie w jakiś sposób (autor nawet nie próbuje tego wyjaśnić, po prostu informuje) zostaje przywrócony do życia. W ciele własnego syna. No i teraz głównym problemem tego tekstu jest silny popęd czternastoletniego ciała w połączeniu z doświadczeniem umysłu (duszy?) czterdziestolatka. I jeszcze relacja seksualna z żoną tego umarłego-przywróconego czterdziestolatka. Proszę czytać na własną odpowiedzialność. Ja trochę żałuję.


Ale, żeby nie było, że jest tak całkiem źle, to kilka opowiadań chętnie pochwalę. Podobał mi się tekst pani Bernadety Prandzioch pod tytułem Wywiad. Niby nic specjalnego, ale napisane całkiem zgrabnie i poprawie. Ot, kawałek zwykłej historii, którą po prostu dobrze się czytało, a na tle omówionych wcześniej perełek to czytało się nawet bardzo dobrze.


Ciekawe rozwiązanie techniczne zastosował pan Marcin Przybyłek w tekście Mała May. To tekst mówiący o tym, że mężczyźni mają swój osobisty ideał kobiety, tę właśnie tytułową Małą May i nawet jeśli spędzają życie z jakąś kobietą rzeczywistą, a więc nieidealną, to w chwilach kryzysu wracają myślami do tej swojej fantazji i zastanawiają się jakby to z nią było. A może nawet nie zastanawiają się, a po prostu wiedzą? Dodatkowy plus za osadzenie akcji w nieodległej przeszłości, ale widzianej z odległej przyszłości. Czyli jakieś tam jeszcze, dość ciekawe zresztą, elementy futurystyczne w tekście też ostały zawarte.


O ile tekst pana Szostaka bardzo mi się podobał, tak opowiadanie pana Twardocha, Fade to: black, zupełnie mi nie podeszło (choć to z niego pochodzi otwierający wpis cytat). Tak się zastanawiałem nawet dlaczego i wydaje mi się, że tego autora najbardziej cenię za budowę wielowymiarowych, skomplikowanych postaci. A w opowiadaniu zwyczajnie na to nie było miejsca.


To rozczarowanie tekstem pana Twardocha szybko zostało mi wynagrodzone przez pana Jarosława Urbaniuka. Z jego Żyć podwójnych aż wylewał się klimat dwudziestolecia wojennego, czyli kolejnej rzeczy, którą pan Twardoch, szczególnie w Królu, mnie urzekł. To opowiadanie jest napisane tak wspaniałym, tak obrazowym i sugestywnym językiem, że czułem się dokładnie jakbym tam był. Dokładnie takie same wrażenia miałem właśnie czytając wspomnianego już Króla albo inną świetną powieść, Łuk Triumfalny pana Remarque’a. I nawet nie przeszkadzało mi to, że w tych Życiach podwójnych poza tym klimatem niewiele więcej znalazłem. No, może jeszcze (tu niespodzianka!) tytułowe pożądanie. Ale mnie sam klimat wystarczył.


I to jest właśnie problem z antologiami: dobre teksty przeplatają się w nich z kiepskimi. Czy po lekturze tej akurat antologii znalazłem odpowiedź na pytanie, które mnie ku niej pokierowało? Czy wiem "co bytu sobie teraz poczytać"? Tak. Chętnie poczytałbym coś więcej od pana Urbaniuka. Tylko, że – z tego co mi wiadomo – on samodzielnie to nie wydał niczego.

ba63cb4f-cfd4-4451-b2ae-33eee73fa4ec

Zaloguj się aby komentować

345 + 1 = 346


Tytuł: Yellowface

Autor: Rebecca F. Kuang

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Prawda jest rzeczą płynną. Każdą opowieść zawsze można przedstawić w innym świetle, wszystkie fabuły można wypaczyć.


Dawno nie czytałem, ostatnio to chyba był Artemis od pana Weira, książki, w której główna bohaterka byłaby aż tak frustrująca. A jednak w odróżnieniu od przygód tej zarozumiałej mieszkanki Księżyca z Artemis, tutaj kolejne perypetie głównej bohaterki, pseudonim: Juniper Song, w jakiś dziwny, perwersyjny sposób mnie interesowały. Być może liczyłem na to, że sprawiedliwość jednak zwycięży? 


W Yellowface chodzi o to, że są dwie pisarki. Jedna z nich odnosi sukcesy w branży, a druga jest jej „przyjaciółką” jeszcze z czasów studiów. „Przyjaciółką”, bo ostatecznie trudno przyjaźnić się z kimś, kto przyćmiewa nas pod każdym możliwym względem. No ale, „przyjaźń”, jak to „przyjaźń” wymaga tego, żeby od czasu do czasu z „przyjaciółką” się spotkać. Zbieg okoliczności sprawia, że „przyjaciółka” w czasie tego spotkania umiera, a że ten zbieg okoliczności jest jednak szczęśliwy, przynajmniej dla tej „przyjaciółki”, która nie umarła, to okazuje się, że rękopis najnowszej jej książki leży na wierzchu i tylko czeka żeby go sobie zabrać. Inaczej kawał dobrej prozy mógłby się zmarnować. A że denatka nie miała w zwyczaju dzielić się informacjami na temat swoich fabuł przed ich ukończeniem, to przecież tylko głupi by nie skorzystał. Prawda?


Zabrałem się za tę książkę trochę w ciemno, potraktowałem ją jako urlopową zapchajdziurę czasową do czytania gdzieś w transporcie, czy wieczorami, kiedy nie było lepszych zajęć albo sił żeby zająć się czymś innym. Mocno mnie wciągnęła. Autorce udało się napisać lekką książkę, która nie tylko nie jest o niczym ale nawet jest o czymś, a to, uważam, olbrzymia sztuka. Bardzo podobał mi się styl w jakim historia została podana, bardzo podobała mi się konstrukcja fabuły i eskalacja tak zdarzeń jak i postaw, a szczególnie postawy głównej bohaterki, wspomnianej Juniper Song. Podobał mi się humor, choć dość gorzki, z jakim przedstawiony został współczesny rynek wydawniczy, komunikacja internetowa i w ogóle „dzisiejsze czasy”, czegokolwiek nie miałoby to stwierdzenie oznaczać. W ogóle jednym z lepszych sposobów stworzenia dobrej komedii, tak mi się wydaje, jest opisanie świata dokładnie takim jakim jest. I to się pani Kuang udało wyśmienicie.


Tak, książka idealnie sprawdziła mi się w funkcji, jaką miała pełnić. Jako lekka lektura, ale nie o niczym. I jako taką będę ją miło wspominał, choć szczegóły bardzo szybko ulecą mi pewnie z głowy, bo przyjemność w jej odbiorze polegała raczej na przemierzaniu historii niż odkrywaniu czegokolwiek nowego.


EDIT: A, zapomniałem wspomnieć o świetnym pomyśle na wydanie tej książki, o całej koncepcji okładki, która tak wspaniale koresponduje z treścią! Też mi się to ogromnie podobało. Lubię takie szczegóły.

538a9a7b-be8d-4727-8710-39e3f3823c46

Zaloguj się aby komentować

342 + 1 = 343


Tytuł: Ojciec Goriot

Autor: Honoré de Balzac

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


W dość intrygującym początkowym fragmencie utworu, w czymś w rodzaju wstępu do historii właściwej, narrator nakreśla przed czytelnikiem obraz paryskiej gospody mieszczańskiej położonej przy paryskiej ulicy Neuve-Sainte-Geneviève, między dzielnicą łacińską a przedmieściem Saint-Marceau. W tej gospodzie, należącej do wdowy Vauquerm, zamieszkują mniej lub bardziej majętni paryżanie. Wśród nich i tytułowy Jan Joachim Goriot, były fabrykant makaronu. Narrator informuje czytelnika, że mężczyzną tym była zainteresowana sama właścicielka gospody. Przynajmniej dopóty, dopóki jego ubożenie nie stało się zauważalne. Wówczas Goriot stał się obiektem kpin zarówno gospodyni, jak i pozostałych mieszkańców. Nie wszystkich, co prawda, bo znalazł wśród mieszkańców sojusznika, a może i przyjaciela. Tym człowiekiem sprzyjającym Goriotowi był student prawa, przybyły z prowincji Eugeniusz de Rastignac.


***


Nie znam dokładnie biografii francuskich autorów początku XIX wieku, wobec czego nie mam pojęcia czy wpływali oni na siebie w jakikolwiek sposób – czy spotykali się, dyskutowali albo czy chociaż czytali siebie nawzajem. Skusiłem się na tę książkę, bo ten okres i to miejsce wydało jednego z największych autorów, jakich miałem przyjemność czytać, a więc pana Victora Hugo, ale też wielkiego (obiektywnie – bo mnie jego twórczość podoba się mniej) pana Dumasa. Kierowałem się nadzieją, że autorzy zbliżeni czasowo i geograficznie będą pisali w podobny sposób. Częściowo nawet się nie pomyliłem, bo tematyka rzeczywiście zbliżona (tyle że wtedy tematyka twórczości literackiej w ogóle była zbliżona – po prostu pisało się o tym, co obok), natomiast same wrażenia z lektury są kilka poziomów niżej. Ojciec Goriot to po prostu przedstawiona językiem relacji historia. I tyle. W zasadzie żadnych wrażeń estetycznych z tej lektury nie wyniosłem (co właśnie uwielbiam u pana Hugo – ten rozmach z jakim pisał te swoje fantastyczne opowieści). Problematyka utworu, mimo że uniwersalna i aktualna do dziś, też nie została – moim zdaniem – jakoś szczególnie wyeksploatowana. Brakowało mi głębi emocji; brakowało mi kontrastu, spojrzenia na problem z innej perspektywy – a była ku temu okazja przecież: tak czekałem na rozwinięcie wątku relacji Rastignaca z jego rodziną. Wszystko jedno, czy jako kontra do relacji Goriota, czy w ten sam spokój. Moim zdaniem to zaprzepaszczona szansa spojrzenia z różnych perspektyw na – w mojej ocenie – główny problem poruszany w powieści.


Tak sobie czytam opracowania i artykuły na temat Ojca Goriot i w ogóle pana Balzaca i zauważam, jak wielu rzeczy w tej powieści nie zauważyłem. Być może – a nawet prawdopodobnie – powodem tego mojego niezauważenia jest dość słaba znajomość historii i tamtego okresu. I stąd taki wniosek, że może i jest to wielka opowieść swoich czasów, najważniejsze ponoć dzieło w dorobku uznanego jednak autora, ale do mnie kompletnie nie przemawia. I może tym się różnią wielkie powieści swoich czasów od wielkich powieści w ogóle? Że te drugie są ponadczasowe właśnie i nawet czytane po dwustu latach przez człowieka z lukami w wykształceniu dalej zapierają dech w piersiach? Albo w taki sposób sam przed sobą próbuję swoje braki wytłumaczyć. W każdym razie mnie Ojciec Goriot nic nigdzie nie zaparł i, jeśli to rzeczywiście jest największa powieść w dorobku pana Balzaca, to raczej po nic innego od tego autora nie sięgnę.

87b8823a-b52c-4e93-bccc-5cd0aa3685ba

Zaloguj się aby komentować

Ja to w sumie lubię sobie sprawdzać na ile różnych sposobów można wykorzystać jeden pomysł, nawet jak jest głupi. Lubię to tym bardziej, kiedy rozwinięcie samo przychodzi do głowy i w ogóle nie trzeba się o nie starać. Wobec tego jeszcze jedna wersja sonetu zrodzonego z tego samego pomysłu co poprzednio, a tylko poprowadzonego inną ścieżką.


To w sumie dalej jest sonet di risposta do sonetu di proposta w konkursie #nasonety :


***


Hołd praczom (wersja uwzględniająca wierność małżeńską)


Z nieszczelnej pralki się woda wylewa

dlatego chciałbym dziś oddać hołd praczom.

Człowiek pojęcia nie ma – a nawet nie miewa –

ile też pracze w kryzysie dlań znaczą.


Co prawda mógłbym poprosić żonę

o pomoc, bo ona też pierze świetnie,

lecz żal mam do niej, za moje próby wykpione:

że miast pranie wysuszyć, to je upiekłem.


Tak więc usługa co żonę zastąpi

gdy tylko się praczom napiwków nie skąpi,

a warto, bo biorą w sumie niewiele.


Uprano, wyżęto, wykrochmalono:

cóż więcej trzeba? Więc się podzielę

mą wątpliwością: co zrobić mam z żoną?


***


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry.


Mały ruch coś w tej edycji konkursu #nasonety, a szkoda, bo to edycja jubileuszowa przecież!


Znalazłszy trochę czasu, napisawszy sonet di risposta do sonetu di proposta od koleżanki @KatieWee, opublikowawszy go (bo kiedy przeczytacie ten wpis, to już będzie po opublikowaniu przecież) uważam, że jestem przystąpiwszy do konkursu:


***


Hołd praczom


Co się zdarzyło, się nie spodziewał,

dlatego chciałby dziś oddać hołd praczom.

Człowiek pojęcia nie ma – a nawet nie miewa –

ile też pracze w kryzysie dlań znaczą.


Wszystkie koszule miał poplamione:

czerwienie szminek jarzyły się wściekle.

W tej delegacji to ani przez moment

nie grzał się niczym, a tylko jej ciepłem.


Lecz problem, gdy czas powrotu nastąpił:

w zatarcie śladów w zasadzie już zwątpił.

Tym bardziej, że wracał do domu w niedzielę.


Z pralni, za jej radą błogosławioną

skorzystał – musiała chyba mieć doświadczenie? –

i w czystej koszuli przywitał się z żoną.


***


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Wczorajsze #naczteryrymy mam wygrane

choć żona ciągle męczy się z kranem.


W związku z tym dziś bawicie się tak:


rymy: kołysała – grzywa – skała – pływa

a temat: różowe klapki.


Zachęcam również osoby postronne do wzięcia udziału w zabawie. Oto skrócone zasady:


Układamy cztery wersy, lub wielokrotność jeśli ktoś ma ochotę.

Każdy wers musi kończyć słowem zadanym przez OPa dokładnie w tej kolejności, która jest we wpisie.

Rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do tematu zadanego przez OPa.

W nagrodę, kolejnego dnia zwycięzca wymyśla rymy oraz temat i w miarę możliwości publikuje wpis między godz 20 a 21.


Pełen opis zasad znajduje się o TUTAJ.


Dobrej zabawy!


#zafirewallem #tworczoscwlasna no i może pojawić się też #poezja

@George_Stark 

Gruba baba stąpała i się tak kołysała,

Że jej twarz oplotła jej własną grzywa.

Się w basen wjebała, na dno poszła jak skała,

Ślad po niej zaginął, jeno klapek se pływa.

Wakacje Seby


Już wódeczka Sebę wykołysała

lecz cóż on widzi, to fali grzywa

ależ to byłby skok, może tamta skała

no i siup, po Sebku tylko klapek pływa

Do snu już niemal go uKołysała

Już na bok zsunęła się grzywa...

Zasnął jak kamień, śpi twardo jak skała

A z pyska na myśl o klapku ślina spływa


Zdjęcie poglądowe

9e1fe214-6173-4b8f-8c83-4a050c5ab25c

Zaloguj się aby komentować

W temacie tej wspaniałej, acz nietagowanej zabawy od kolegi @em-te jeszcze takie mi się napisało:


Woda z kreską


Nad zlewem, opodal płynu

leciała woda strużyną

bo kran, miast wstrzymać jej bieg

na darmo puszczał ją w ściek.


Posłano wpierw po strażaka:

– Nie dla nas robota taka!

My kranów nie naprawiamy!

My z drzew koty ściągamy!


Wezwano więc marynarza:

– Nie co dzień mi się to zdarza

by kran naprawić proszono!

Ja wodę znam, ale słoną!


Ściągnięto później pływaka:

– Płytka ta woda jest jakaś.

Pracować możecie ze mną,

kiedy w basenie jest pełno.


W końcu księdza wezwano:

– Mocą przez Kościół nadaną

jedyne co zrobić mogę

to wam poświęcić tę wodę.


A gdy się wszyscy poddali

przyszła nas wtedy ocalić

młodsza siostra, Weronika:

– Wezwijcie hydraulika?


Hydraulik, ksywa: Bolec

czy też Kolec albo Stolec.

Tata mówi: – Słuchaj, Bolek

kasa żadną gra tu rolę!

Ja zapłacę ile trzeba,

tylko niech się nie rozlewa!


Bolec wziął ten kran w swe dłonie,

w dłoniach mu robota płonie

coś popatrzył, krzyczy: – O nie!

Ależ macie syf w syfonie!

Nucić zaczął on symfonię…

… wreszcie mówi: – No to koniec!


Mama była coś marudna

bo woda leciała brudna.

Tata był zadowolony

bo leciał to Łolkier Dżony.


***


I to chyba dość na dziś.


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Kolega @em-te rzucił fantastyczny pomysł, który ogromnie mi się spodobał i znalazłem mnóstwo przyjemności bawiąc się w tę "poezję zaangażowaną" (i dalej się wspaniale bawię, bo to jeszcze nie koniec pomysłów!), ale opublikował go poza naszą społecznością kawiarenki. Powiadomienia ostatnio działają jak działają, więc nie do wszystkich mogło to dotrzeć, w związku z czym efekty dalszej swojej twórczości w tym temacie zostawię tutaj jako ten osobny wpis. Jeśli taka zabawa spodoba się Wam tak jak mnie się podoba, to możemy sobie wymyślić jakiś tag, zasady pojawią się pewnie same w trakcie i będziemy mieć kolejną zabawę. Jeśli się nie spodoba, to opublikuję pewnie co najmniej jeszcze jeden wierszyk w tym temacie cieknącego kranu, bo mnie się ta zabawa niesamowicie podoba!


***


Nad Zlewem


A nad Zlewem w dzień naprawy

takie się porusza sprawy:

– Może wreszcie pan przestanie?

Tak pan cieknie, panie Kranie?

– Cóż się dziwić, ma Gąbeczko,

gdy mam problem z Uszczelką?

Rzecze na to Płyn Do Naczyń:

– To z Kurkami problem raczej!


– Niech to szlag! –

rzekł pan Durszlak.


Kurki już się rozkręciły:

– Czemu pan taki niemiły?

Czemu pan tak na nas szczeka?

Płyn się rozlał, bo miał pH.

Gąbka wrzeszczy: – Nie ma rady!

Płyn ma pH i zasady!

Lecz to ja, gdy on się uprze,

Muszę radzić sobie z tłuszczem!


– Niech to szlag! –

rzekł pan Durszlak.


Gąbka, gdy wyszorowała

na Suszarkę się udała:

– Ależ wszystko mam wyżęte!

Choć do Płynu czuję miętę…

Płyn się na to spienił aż:

– Mogę trysnąć ci na twarz.

Wtrącił na to się pan Zlew:

– Spróbujcie tu zrobić chlew!…


– Niech to szlag! –

rzekł pan Durszlak.


Odezwała się Suszarka:

– Spójrz na Ścierkę, ta ma farta!

Wisi sobie tam na Drzwiczkach

i ją głaszcze Rękawiczka!

A Ściereczka rzecze smutnie:

– Moi drodzy, po co kłótnie?

Po co wasza głupia walka?

Wnet zastąpi nas Zmywarka!


– Niech to szlag! –

rzekł pan Durszlak.


***


#zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Nie bardzo mi te dissy pasują, więc sobie odpuściłem. Ale że rymów natłok pojawił mi się kiedy analizowałem tekst di proposta, to postanowiłem pobawić się w jakiś taki karabin słowny i ułożyłem co następuje. Niekoniecznie chodziło mi o treść, ale żeby to się dobrze czytało. I mnie czyta się dobrze. Oto przed Wami to co mi tam wyszło:


Pierwszy raz Agatki


Agatka. Śliczna dziewczynka, niczym malinka – krzywa jej minka: łyknęła winka!

To winko, pod straż oddane nikomu, do głowy jej uderzyło z potęgą gromu: – O! W to mi graj!

Przez chwilę poczuła na ziemi raj: – Skoro tak działa, to więcej dawaj!

Lecz gdy szklaneczek wypiła już siedem, to wtedy w jakąś wkopała się biedę: – Wszystko wiruje! Aj, aj, aj, aj!

Wstąpiła w nią, biedną, jakaś wariatka: zbluzgała bratka, zerwała kwiatka, aż w końcu, nasza ta aparatka, na co dzień jednak nie bita w ciemię, z hukiem dość głośnym runęła na ziemię.


Czy to sumienie, czy też cierpienie,

głowy bolenie, żołądka skurczenie?

A może po prostu przed karą drżenie, kiedy rodzice w tej oto scenie

się pojawili. Wytłumaczenie? Czy jakąś jej można dać na to radę, gdy na podłodze wylądowało wypite winko z w pół przetrawionym od mamy obiadem?


A mama już z tatą w pokoju staje! Agatka wstaje. – Strułaś się, złotko, mym dewolajem? – pyta ją mama, bo tak się jej zdaje.

Ni tłumaczenia ani też żale z ust córki żadne nie padły tam wcale bo grawitacji porwały ją fale i znów pozycja horizontale.

– Poczekaj mamo, już zaraz wstanę – Agatki słowa wybełkotane u mamy gniewu wzbudziły parę: – Agatka pijana! Dacie wy wiarę?!


Mama już w szale, Agatka się maże,

a tylko tata do swoich wrażeń

z młodości z uśmiechem wraca i córki nie łaje:

– „Sam przecież kiedyś tak zaczynałem”.


***


No, to jest tekst di risposta, który stworzyłem sobie w ramach zabawy w zabawie #nasonety , która odbywa się w najwspanialszej (bo istniejącej wyłącznie w wyobraźni) kawiarence #zafirewallem .


#poezja #tworczoscwlasna

@splash545 Dziękuję. Z pozycji verticale jednak.


@UmytaPacha No ja już nic nie poradzę na to, że wszędzie się erosomaństwa spodziewasz.


@Piechur Dziękuję również. Aż musiałem sprawdzić co to ten gatling. No i przez Ciebie czegoś się dowiedziałem.

Zaloguj się aby komentować

270 + 1 = 271


Tytuł: Posłowie

Autor: Wit Szostak

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Zazwyczaj potrzeba trzech dni, by uświadomić sobie koniec i przejść przez ciemność, a potem spakować całe swoje dotychczasowe życie aż do najdrobniejszego szczegółu najmniej istotnego napomknienia i wyruszyć w nieznane, w podróż do innego świata wobec którego żywi się zupełnie nieuzasadnioną nadzieję, że będzie lepszy od starego, ale też równie silne oczekiwanie, że zastanie się wszystko znane i oswojone, bez konieczności konfrontowania się z obcością, bez przymusu nauki nowych reguł, bez całej tej niepewności podróży, która może kusi, ale zarazem sprawia, że trzymamy się na dystans [...]


Jakby to tak napisać żeby potencjalnym czytelnikom nie zepsuć przyjemności z lektury tego – bo ja wiem? – eksperymentu literackiego może? Jakiegoś rodzaju prowokacji? Do zastanowienia się na przykład nad zupełnie bezsensownymi z praktycznego punktu widzenia, i może właśnie dlatego tak pociągającymi, sprawami? Takimi jak relacja w literackim trójkącie (kolejność przypadkowa, bo nikt tutaj nie jest uprzywilejowany): Autor – Redaktor – Czytelnik. Albo nad tym gdzie w książce (powieści? opowiadaniu? opowieści? historii?) jest początek a gdzie koniec? W każdym razie Posłowie to nie jest książka zwykła, nie jest to fabuła w swoim klasycznym znaczeniu, choć może się na początku taką wydawać.


Sama opowieść Posłowie, o której treści nie będę się rozwodził, bo w zasadzie nie ma jej dużo, albo nie ma jej nawet prawie wcale, ale to nic nie szkodzi, bo napisana jest językiem urzekającym. Pięknym, wspaniałym, płynącym i niosącym tym swoim spokojnym prądem czytelnika. To przykład na to najcudowniejsze z możliwych użycie języka do pieszczenia zmysłów samym swoim brzmieniem, rytmem, snuciem myśli, przy czym w zasadzie bez znaczenia jest czego te myśli dotyczą. To jest coś, co w literaturze uwielbiam.


Po opowieści Posłowie natomiast, jak przystało na zakończenie książki, następuje Posłowie. Napisane przez Redaktora. Albo może Autora? Nie wiem, autor Posłowia, nawet jeśli tym autorem był Redaktor, nie podpisał się. Mogę tylko domniemywać, że Autor opowieści Posłowie był też Redaktorem Posłowia do opowieści Posłowie. Albo Redaktor opowieści Posłowie był też Autorem Posłowia do powieści Posłowie. Albo jeszcze jakoś inaczej. Choć w zasadzie dla mnie, jako Czytelnika, nie ma to raczej większego znaczenia.


Zabrałem się za tę książkę przypadkiem, bo miałem wczoraj ochotę coś przeczytać, a nie bardzo mam czas zabierać się za coś dłuższego, więc spojrzałem sobie co tam z wolnychlektur mogę sobie ściągnąć i kiedy zauważyłem nazwisko pana Szostaka, nie zastanawiałem się nawet chwili. Ta króciutka książeczka, 36 stron przy moim formatowaniu ebooków, niecała godzina czytania lewie, urzekła mnie dwa razy. Po pierwsze formą, w swojej pierwszej części, czyli opowieści Posłowie. Po drugie treścią, w swojej drugiej części, czyli Posłowiu do opowieści Posłowie. Mnie się niesamowicie podobała. Ale ja uwielbiam takie pięknie, jałowe rzeczy jak opowieść Posłowie i bezsensowne, akademickie (a może jeszcze bardziej bezsensowne, bo filozoficzno-literackie) rozważania, które zwykle do niczego, poza samą przyjemnością z rozważania rozważanej kwestii, nie prowadzą.

45dc5fb0-4c83-43e1-b0f2-8b9a6dc5f5f1

Zaloguj się aby komentować