Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 784wpisów
  • 3884komentarzy

Bardzo wdzięczne nam rymy koleżanka @moll zaproponowała, a więc szybciutko przystępuję do XXVIII edycji konkursu #nasonety w kawiarence #zafirewallem ze swoim drugim wytworem. 


A jeszcze tylko napiszę, że ta akurat historia jest oparta na faktach, bo miałem taką rozmowę i tak mnie ten gość umęczył wtedy twierdzeniem, że muszę mieć jakieś poglądy, że dopiłem swoje, zawinąłem się w śpiwór i poszedłem spać.


***


Bez poglądów


W zasadzie to jestem nudnym facetem,

i nie żebym poglądy jakieś tam miał.

A raz, jak poszedłem zanocować w lesie,

to do mnie tam przyszło dwóch chłopów na schwał.


Jak dalej się potoczyło, być może wiecie:

każdy z nas flaszkę ze sobą miał

i jakąś tam swoją wiedzę o świecie

i tak żem tam sobie z nimi gadał.


Nagle jednego wzięło natchnienie:

o polityczne me usposobienie

zapytał, a odpowiedzi nie umiał znieść


i jakieś dziwaczne targały nim gniewy

bo nie mógł zrozumieć, że ja mam to gdzieś;

że nie chcę być jakiś: prawy bądź lewy.


***


#poezja

#tworczoscwlasna

To jest jedna z niewielu rzeczy, które mnie po prostu wkurwiają, jak ktoś wszędzie musi z gadką o polityce wyskakiwać. A ja mam poglądy na te sprawy podobne do Twoich, a wręcz mam alergię na wszelaką politykę i unikam jej jak tylko się da. Na hejto na czarno nie mam nikogo i tylko 2 tagi mam na czarno polityka i heheszkipolityczne. Resztę zniosę a tego ni huhu

Zaloguj się aby komentować

Wdzięczne nam rymy koleżanka @moll zaproponowała, a więc szybciutko przystępuję do XXVIII edycji konkursu #nasonety w kawiarence #zafirewallem ze swoim pierwszym wytworem:


***


Z wilkami


Wygnali go w końcu z wilczym biletem,

psy za nim po drodze szczekały: "Hau, hau!"

Pieskie miał życie we wsi Zapiecek,

gdzie w owczą odziany skórę mieszkał.


Lecz okazało się że był kretem,

choć kuty na cztery nogi być chciał,

a mógłby wieść życie takie jak przedtem,

gdyby, jak kózka, tak nie skakał.


Nocami sprowadzał on wilków plemię

kiedy je tylko naszło pragnienie

żeby owieczkę ze stada zjeść.


Teraz nocami wspomina swe "wtedy"

i do księżyca żałosną śle pieśń

z wilkami w lesie smakując biedy.


***


#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Kurła! Siedzę po nocach zmęczony, oczy mi się zamykają. Piszę jakieś zaległe teksty, a tu jeszcze kolega @splash545 z kawiarenki #zafirewallem wymyślił sobie zabawę #naopowiesci , która bardzo mi się spodobała. To, co zamieszczam niżej to raczej szkic albo zestaw jakichś tam pomysłów jakoś tam wplecionych w jakąś tam historię niż opowiadanie – trzeba by to jeszcze jakoś zredagować i skrócić, bo na ten moment jest ponad 2100 słów, no ale nie będę miał czasu żeby to zrobić, a dziś już nie mam siły. Niech więc zostanie tak jak jest. Powiedzmy, że to nowy gatunek: opowiadanie organiczne. Napisane toto jednym ciągiem, z grubsza poprawiłem tylko literówki (pewnie i tak nie wszystkie), ale zamieszczam licząc, że może ktoś się przy czytaniu chociaż uśmiechnie? A więc:


ignorując niewygodne prawa fizyki, nie przejmując się lukami fabularnymi, krzywiąc logikę, a pod koniec to już streszczając się niemiłosiernie, co i tak niewiele pomogło, bo limit słów tak czy inaczej został przekroczony, oto prezentuję kolejne „opowiadanie” w jednym z najmniej przeze mnie lubianych gatunków, czyli sf. Efekt poniżej:





Trzy kulki


Utrzymanie pokoju w galaktyce wcale nie jest takim prostym zadaniem. Wiemy o tym dobrze, my, mieszkańcy The Rolling Stone, którzy kiedyś już utraciliśmy swoje miejsce we Wszechświecie. Nasza miłująca pokój ziemska cywilizacja, podzielona na trzy zaprzyjaźnione ze sobą mocarstwa: Eurazję, Wschódazję i Oceanię nie była gotowa na pozaziemski najazd. Owszem, wspólnie badaliśmy możliwości jakie daje przestrzeń kosmiczna, ale wyłącznie pod kątem eksploracji i nawiązywania przyjacielskich relacji z ewentualnymi innymi formami życia, a nie podboju! Stąd do głowy nam nie przyszło, że to nas ktoś może zaatakować! A kiedy już zostaliśmy zaatakowani, nie byliśmy w stanie się obronić.


Szczęście w nieszczęściu, że Earth S.A., nasza wspólna Ziemska Agencja Kosmiczna (notowana wówczas na giełdzie w Warszawie) opracowała technologię pozwalającą na kolonizację innych planet. Technologia więc była, nie było za to planu, ten był jeszcze w fazie planowania. Planowanie to zostało przerwane wspomnianym wcześniej atakiem i podjęliśmy ucieczkę. Bez planu. Musieliśmy opuścić nie tylko naszą planetę, Ziemię, nie tylko Układ Słoneczny, ale całą naszą Galaktykę. Drogę Mleczną. Na pamiątkę po niej zostały nam tylko batoniki Milky Way, których recepturę nasi wsteczni inżynierowie odtworzyli na podstawie jednego z nich, ocalonego z katastrofy i przywiezionego przez jednego z Wielkich Uciekinierów w tylnej kieszeni jego spodni, które zawieruszyły się gdzieś w kącie. Od tamtej pory te słodycze są tradycyjnym deserem uroczystej kolacji w Dniu Wspominania Że Kiedyś To Było.


Wielcy Uciekinierowie przez kilka pokoleń dryfowali w przestrzeni kosmicznej, i dobrze żyło im się w statku nazwanym Barka Nowego, aż w końcu zaczęło kończyć im się paliwo. Musieli zatrzymać się na pierwszej planecie, która mniej więcej nadawała się do życia. Tak właśnie trafili na ten kawałek toczącej się przez Wszechświat skały, której atmosfera jednak zawierała tlen, a różdżkarz stwierdził obecność wody pod jej powierzchnią. Nasi bohaterowie nie byli do końca usatysfakcjonowani swoim nowym domem, nie mieli jednak wyboru. Osiedlili się, a planetę nazwali The Rolling Stone.


Próbowano terraformować tę nową planetę. Zaczęto od tego co najważniejsze, a więc od organizacji. W ten właśnie sposób The Rolling Stone została podzielona na trzy regiony: Nową Eurazję, Nową Wschódazję i Nową Oceanię. Utworzono też, złożony z przedstawicieli każdego z odtworzonych mocarstw, Rząd Światowy.


Wyciągnęliśmy wnioski z przeszłości. Tym razem nie pozwolimy się zaskoczyć! Korzystając z mądrości naszych ziemskich przodków, wykorzystując wiedzę zawartą w ocalonych po nich, a teraz przechowywanych w muzeach audiowizualnych artefaktach w postaci reklam suplementów diety sztab naszej wspólnej, zjednoczonej armii przyjął dewizę „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Z tego powodu każda forma życia, która pojawia się w naszej galaktyce traktowana jest jako potencjalne zagrożenie, bo przecież kiedyś może rozwinąć się w cywilizację, prześcignąć nas w rozwoju i w końcu zaatakować.


Nie porzuciliśmy tradycji naszych przodków. Tak samo jak oni, wprowadziliśmy u siebie powszechną edukację wierząc, że gospodarka oparta na wiedzy jest jedyną słuszną drogą która może zapewnić nam dostatek, spokój i bezpieczeństwo. No właśnie: bezpieczeństwo. Tak jak było na Ziemi, edukacja na The Rolling Stone również kończy się egzaminem dojrzałości, jednak, ze względu na okoliczności, jest tutaj pewna różnica. Najważniejszym egzaminem maturalnym na naszej planecie jest egzamin z Przysposobienia Obronnego. Polega on na tym, że trójka abiturientów zostaje wysłana na trzy kolejne planety. Ich celem jest te planety zbadać i ewentualnie unicestwić wszelkie znalezione na nich przejawy życia.


Egzaminy na The Rolling Stone zdają wyłącznie mężczyźni. Dzieje się tak dlatego, że powszechna edukacja obejmuje u nas wyłącznie mężczyzn. Dawno temu, zaraz po osiedleniu się na tej planecie było inaczej. Obie płcie biologiczne miały równe prawa i obowiązki, ale organizacje feministyczne po wieloletnich staraniach wywalczyły kobietom pewne przywileje. Między innymi ten, że po stanowczo – ich zdaniem – zbyt długim okresie zmuszania kobiet do, na przykład, zasiadania w radach nadzorczych spółek w celu wypełnienia parytetu, kobiety wreszcie mogły w spokoju zostać w domu i zająć się robieniem niczego.


Aby utrzymać pokój, przyjaźń i współpracę między narodami, Rząd Światowy postanowił, że każdy egzamin maturalny będzie międzynarodowy. W praktyce oznaczało to, że każda załoga złożona była z jednego przedstawiciela Nowej Eurazji, jednego Nowej Wschódazji i jednego Nowej Oceanii. Tak było i w naszym przypadku. 32 lipca roku 1983 Nowej Ery stanęliśmy we trójkę przed kosmodromem Bajkorun: ja, Jerzy: typowy i nudny konsument, przedstawiciel dumnego narodu Nowoeuroazjatyckiego, @DiscoKhan : skośnooki, miłujący historię i muzykę disco przedstawiciel Wschódazji oraz wielbiciel australijskich pająków, przyszły inżynier biologii, próbujący przywrócić je do życia na podstawie egzemplarza zasuszonego w kącie Barki Nowego, @splash545 .


Tak jak u naszych przodków na Ziemi, tak i u nas, z egzaminem dojrzałości wiązały się pewne tradycje, a może nawet przesądy. Najważniejszym z nim była tak zwana studniówka. Sto dni przed wylotem wybranka wyruszającego na wyprawę maturzysty wręczała mu małą szklaną kulkę, pokolorowaną wewnątrz tak, że przypominała naszą macierzystą planetę. Zwyczaj ten miał na celu nie tylko zapewnić szczęście w egzaminie, ale także podtrzymywać pamięć o naszych korzeniach. Przede wszystkim jednak miał zapewnić uczciwość egzaminu, bo w kulkach zatopione były kamery, które rejestrowały cały przebieg wyprawy, aby później mógł być zweryfikowany przez Rządową Komisję Egzaminacyjną tak, żeby nie było żadnych wątpliwości co do zaliczenia egzaminu. W przypadku niezaliczenia sprawa zwykle była prostsza i dużo bardziej oczywista: egzaminowany nie wracał lub, w najlepszym wypadku, wracało jego ciało. Niekoniecznie w całości i kompletne.


A więc było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel. Celem tym był układ planetarny gwiazdy Proxima Perfecti, dotychczas prawie niezbadany, również przy pomocy teleskopów. Obserwację tego fragmentu galaktyki uniemożliwiało świecące własnym, mocnym blaskiem, Promieniowanie Hołdysa. Zupełnie nie wiedzieliśmy czego możemy się tam spodziewać, oprócz tego, że gwiazdę okrążały dokładnie trzy planety.


***


Uczestnicy wyprawy mieli pełną dowolność w przygotowaniach, opracowywaniu planu i jej realizacji. Nie było w tej sprawie żadnych regulaminów, rozporządzeń ani dyrektyw. Prawo zabraniało nawet kontaktować się z uczestnikami poprzednich egzaminów. Musieliśmy radzić sobie sami. Nic dziwnego. W końcu celem tego wszystkiego było udowodnienie naszej dojrzałości.


Postanowiliśmy rozpocząć od planety leżącej najbliżej gwiazdy. Kiedy nasz statek zbliżył się na odległość, z której można było dojrzeć coś więcej niż tylko punkt naszym oczom ukazały się barwy tego ciała niebieskiego, a były to czerwony, biały i niebieski. Kiedy zaś wylądowaliśmy naszym oczom ukazał się las. Las krzyży. Poza tym wiało.

– To co, chłopaki, rozejrzymy się trochę? – zapytał @splash545 , który jako jedyny z nas zachowywał stoicki spokój.

– Dobra – zgodziłem się, a @DiscoKhan podkręcił wąsa, co uznaliśmy nie tylko jako znak zgody, ale i nastawienia bojowego.

– To idziemy! – @splash545 podał komendę.

– Idziemy! – zgodziłem się.

– Ale gdzie? – przytomnie zapytał @DiscoKhan .

– Nooo… – zawahał się @splash545 . – Chyba przed siebie?

– Chyba nie musimy – odezwałem się, bo kiedy tamci dwaj zajęci byli planowaniem i patrzyli na siebie nawzajem, las ruszył w naszą stronę.

– Krzyżaki! – krzyknął @splash545 .

– Krzyżacy! – krzyknął @DiscoKhan .

Obaj się mylili. Okazało się, że obiekty lub istoty poruszające się w naszym kierunku to wiatraki. Czekała nas walka z wiatrakami!


Przez chwilę staliśmy w osłupieniu, nie wiedzieliśmy mamy zrobić. Cała teoria, wszystkie te pozorowane na ćwiczeniach walki zdawało się, że nigdy się nie odbyły. Pierwszy ocknął się @DiscoKhan. Ruszył w kierunku nacierającego przeciwnika, zaintonował bojową pieśń Stayin’ alive z repertuaru Bee Gees. Ruszyliśmy za nim.


Wszystko odbyło się szybko: śmigi wiatraków śmigały i my też śmigaliśmy. Chyba szybciej od nich, bo wyglądało na to, że odnieśliśmy zwycięstwo. Z wiatraków nie została cegła na cegle, a unoszące się w powietrzu bitewne mąka i otręby powoli opadały. Razem z @DiscoKhanem rozpoczęliśmy taniec zwycięstwa. Nie dołączył do nas @splash 545, który osowiały usiadł na kopczyku cegieł.

– Splash? – spytałem.

Bez odpowiedzi.

@splash545 , tu Dżordż. – powtórzyłem bardziej oficjalnie – Wzywam cię, Splash!

– Melduje się @splash545 . – Wyuczony odruch zadziałał.

– Co się stało?

Zanim się odezwał, sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej rękę zaciśniętą w pięść, a kiedy rozprostował palce w moim kierunku ujrzałem na jego dłoni pył. Pył, który po chwili został zdmuchnięty przez wiatr. Tak jakby ten wiatr musiał się czymś zająć, kiedy zabrakło mu wiatraków, które mógłby napędzać.

– Zepsułem… Zepsułem kulkę – ze łzami w oczach wyrzucił z siebie @splash545 .


***


Na statku atmosfera była napięta. @splash545 siedział w kącie ze smutną miną, a @DiscoKhan przechadzał się po kabinie zastanawiając się nad czymś i nerwowo podkręcając wąsa. Ja nie wiedziałem jak mam się zachować, więc czekałem na rozwój sytuacji wpatrując się w swoją kulkę. W końcu @DiscoKhan podszedł do Splasha:

– Sprzedam ci swoją.

– Co?! – zdziwił się @splash545 .

– No kulkę. Swoją. Sprzedam. Ci.

– …

– Chcesz?

– Ale jak?

– Co jak? No normalnie. Dogadamy się co do ceny i kulka jest twoja. – @DiscoKhan zaczynał się jakby denerwować

– Ale… Tradycja? – wykrztusił w końcu @splash545 .

– A plwam na taką tradycję! Tradycja to konie w stepie ujeżdżać, ot co! A nie jakieś kulki, co aparat ucisku nam funduje! – @DiscoKhan coraz bardziej się unosił, na szczęście @splash545 przerwał mu:

– Serio chcesz mi ją sprzedać?

– Serio.

– A za ile?

– No przecież jakoś się dogadamy.


***


Kiedy podchodziliśmy do lądowania na drugiej planecie w układzie Proxima Perfecti obaj z @DiscoKhan em nie mogliśmy się nadziwić przedziwnemu jej kształtowi. Przypominała głowę niemowlaka. Kiedy we dwóch zastanawialiśmy się w którym miejscu twarzy mamy wylądować @splash545 przekładał swoją drugą szansę, swoją nową, odkupioną od @DiscoKhan a kulkę, z kieszeni do kieszeni:

– Nie, tutaj za twardo. Tutaj może się zepsuć przy wyskakiwaniu z pojazdu. O! To może tutaj? Byle tylko nie zepsuć. Byle tylko nie zepsuć! – powtarzał.


Zdecydowaliśmy się na lądowanie pomiędzy ustami a nosem. Stwierdziliśmy, że jeśli na tej planecie istnieje jakieś życie, to powinno się ono rozwinąć w najbardziej ku temu sprzyjających warunkach: tam gdzie ciepło i wilgotno. Nie pomyliliśmy się. Zajęci bezpiecznym posadzeniem statku na powierzchni planety nie zauważyliśmy, że w okolicach ust pojawiło się coś przerażającego. Wyglądało to jak latający talerz ze starych filmów, kiedy ludzkość kosmos sobie tylko wyobrażała i nie miała pojęcia, że talerze są już dawno passé, a od dłuższego trwała już wówczas moda retro i znów w całym kosmosie latało się na dywanach. Ten stwór jednak wyglądał jak talerz z cybantem u dołu, który służył mu do poruszania się. Na górnej powierzchni owego talerza znajdowała się wielka, obła, rozszerzająca się ku górze galaretowata narośl.

– Wygląda jak smoczek – powiedział @DiscoKhan – wiem, bo moi rodzice są tradycjonalistami i kiedy byłem mały zamiast uspokajać mnie w komorze usypiającej, jak to robi się z normalnymi dziećmi stosowali te pradawne metody z Ziemi.

– Tak, ale smoczek jest mały. Widziałem w muzeum. – powiedziałem.

– No cóż – skwitował @splash545 . – Chyba przyszło nam walczyć ze Smokiem.

Na te słowa Smok wydłużył się, wyciągnął ku niebu a następnie czubek tej utworzonej naprędce macki opadł przygważdżając Splasha do ziemi. Usłyszeliśmy trzask, a zaraz potem słowa Splasha:

– Ręka: zgoda. Noga: zgoda. Kręgosłup nawet! Ale nie kulka!

Niestety, ten trzask to było to, czego @splash545 obawiał się najbardziej. Kolejna jego kulka zamieniła się proch. Nam, jako grupie, wyszło to jednak na dobre, bo okruch z kulki Splasha rozciął mu kieszeń i nakłuł Smoka. Ze stwora zaczęło wylewać się coś jakby mleko, a następnie zwiotczał i padł bez życia. W ten sposób odnieśliśmy zwycięstwo na kolejnej planecie.


***


Ekrany w kabinie zamigotały, kiedy zbliżaliśmy się do trzeciej, ostatniej planety w układzie. Obraz, który pojawił się na nich to były dwie twarze: @UmytaPacha i @moll .

@moll najadła się baby ganoush i wpadła w trans – powiedziała @UmytaPacha. – Ma wam coś do powiedzenia, więc słuchajcie. Ja was zostawiam, bo muszę do toalety. – Było jeszcze widać, jak prędko wybiega z pomieszczenia zanim z głośników dobiegł głos @moll :

– Uważajcie. Na ostatniej planecie przyjdzie wam się zmierzyć z samym Sobą.

Po tych słowach transmisja się urwała.


***


Rzeczywiście, gdy wylądowaliśmy, przed nami zaraz pojawił się ogromny stwór. Wyglądał jak Goro z Mortal Kombat: miał cztery ręce, ogromne mięśnie i paskudną twarz.

– Nazywam się Soba i macie do wyboru – powiedział do nas – albo będziemy walczyć, albo rozwiążecie moją zagadkę, a wtedy zginę.

Po krótkiej naradzie wybraliśmy zagadkę.

– Jak nazywał się strażak z dawnej dobranocki nadawanej w XX wieku na Ziemi? – olbrzym zadał nam pytanie po czym zza jego pleców wyszło kilkudziesięciu podobnych mu, choć znacznie mniejszych wojowników.

– Ej! @moll mówiła, że miałeś byś sam! – krzyknął @splash545 .

– Sam! Masz rację! Skąd wiedziałeś?! – zdążył wykrzyknąć Soba zanim jego towarzysze rozszarpali go a następnie popełnili zbiorowe seppuku.

W ten oto sposób wyeliminowaliśmy życie na trzeciej, ostatniej planecie naszej misji.


***


Kiedy lądowaliśmy na The Rolling Stone czekające na nas nasze wybranki: @moll , @UmytaPacha , @KatieWee i @Wrzoo (@DiscoKhan miał powodzenie, ale zgodnie z regulaminem maturalnym mógł dostać tylko jedną kulkę) chowały właśnie białe chusteczki, którymi nas żegnały. Podróżowaliśmy z prędkością minimalnie niższą niż prędkość światła, więc dla obserwatora, który pozostał na kosmodromie, nasza podróż trwała tylko nieco dłużej niż suma czasu, jaką spędziliśmy na naszych trzech planetach. Technicznie oczywiście było możliwe podróżowanie z prędkościami nadświetlnymi, ale zostało to zabronione od czasu kiedy doświadczenie potwierdziło teorię i okazało się, że podróże z prędkością większą od prędkości światła powodują cofanie się w czasie. Wówczas to lądujący statek z przeszłości omal nie zderzył się przy lądowaniu ze swoim odpowiednikiem z teraźniejszości, co teoretycznie mogłoby doprowadzić do kolapsu wszechświata. Tej teorii nie chcieliśmy jednak weryfikować eksperymentalnie.


Wysiedliśmy ze statku i skierowaliśmy się ku dziewczynom. @splash545 szedł z nosem spuszczonym na kwintę, @DiscoKhan n niezbyt udanie udawał smutek z powodu straty, mnie natomiast rozpierała duma. Sięgnąłem do kieszeni na piersi i niskim, męskim głosem oznajmiłem:

– Cholera. Zgubiłem swoją kulkę.

@George_Stark


Technologia więc była, nie było za to planu, ten był jeszcze w fazie planowania. 


Padłam. Cały ten akapit z Milky Wayami... no cudo. Jako ich wierna fanka czuję się spokojniejsza, że ich nie zabraknie w przyszłości I ta Barka Nowego! I Strażak! I ostatnie zdanie! No cudo.

@George_Stark dobre, uśmiałem się

Poza tym co inni wymienili spodobał mi się sukces organizacji feministycznych i promieniowanie Hołdysa xd No a moja postać to w sumie taka parodia stoika, żeby się jakąś kulką przejmować, albo czymkolwiek

Zaloguj się aby komentować

474 + 1 = 475


Tytuł: Rzeka dzieciństwa

Autor: Andrzej Stasiuk

Kategoria: literatura piękna; eseje

Ocena: 8/10


#bookmeter


A potem pod miejscowością Marks albo Engels zatrzymuje cię ruski pies i pyta, czemu twój dowód rejestracyjny nie jest rosyjski. Wpadłbyś na to?


Nie śledzę na bieżąco żadnych wydarzeń, w tym również wydarzeń na rynku literackim, stąd nie miałem pojęcia, że niedawno ukazał się nowy tytuł, na okładce którego widnieje nazwisko mojego ulubionego eseisty, pana Andrzeja Stasiuka. Kilka dni temu wpis o tej książce dodał kolega @WujekAlien i tak sobie pomyślałem, że może warto by po nią sięgnąć? Dawno nie czytałem niczego od pana Stasiuka i trochę się chyba nawet za tym jego kapitalnym stylem opowiadania stęskniłem. Tak też zrobiłem i uważam, że było warto. Oj, było!


Rzeka dzieciństwa to sześć tekstów. Takich, których jeszcze nie miałem okazji czytać, bo zdarza się tak, że eseje pana Stasiuka powtarzają się w kilku tomach. Ale – tak mi się wydaje – jest to spowodowane tym, że każdy zbiór ma jakiś, często luźny, ale jednak jakiś temat przewodni, a wiele tekstów tego akurat autora świetnie wpasowuje się w kilka tematów przewodnich. Żadnego jednak z tych, które dostałem w Rzece dzieciństwa nie kojarzyłem, więc przypuszczam, że są nowe. A przynajmniej dla mnie były.


Zapach tamtej rzeki, o której uparłem się pisać, ale nie bardzo mi wychodzi.


Co w tych sześciu tekstach można znaleźć? Można znaleźć w nich opowieści, mniej lub bardziej związane z Bugiem, nad którym autor częściowo się wychowywał. Choć, jak sam twierdzi, tę część młodości pamięta mocniej niż tę miejską, z Warszawy. I tak po latach wraca myślą nad ten Bug wspominając nie tylko to swoje dzieciństwo, ale też inne powroty. Te, w które oprócz myśli zaangażowane było też ciało. Pomagają mu w tym zmarli, których spotyka – znajomi z dawnych lat albo nieznajomi, którzy odeszli zupełnie niedawno. Czasami, a nawet często zdarza mu się od tego Bugu uciec. Udaje się wtedy na wschód. Czy to pomagać jako wolontariusz w początkowej fazie zaraz po rosyjskiej napaści (Robiłem sobie kawę i zabierałem się do zgrzewek i kartonów. Kasza i olej. Podpaski. Wojna.) czy później, kiedy zapał do pomocy już osłabł, żeby dostarczyć w okolice frontu samochód, ciągle potrzebny walczącym żołnierzom. Na ten wschód kieruje się też wraz z żoną po to żeby poszukać jej korzeni. Albo też po to żeby zrozumieć. Bo we wszystkich chyba tych tekstach z Rzeki dzieciństwa, zresztą tak jak i w większości pozostałych esejów tego autora, które znam, tak jak mnie do tego pan Stasiuk przyzwyczaił opowieść jest bardzo płynna. Tematy wypływają jedne z drugich, zaczynają się, kończą, urywają, wracają – tak, trochę chaos. Ale w tym chaosie jest jakiś, jeśli nie porządek, to co najmniej piękno. A na dodatek wszystko to opisane jest wspaniałym, barwny i żywym językiem. Opowiedziane jest z niezwykłą spostrzegawczością, często przez skupienie na szczególe i z bijącą z kart ogromną wrażliwością. To jest kawał fantastycznej literatury, przynajmniej w moim rozumieniu terminu „literatura”. Wrażenia z samego obcowania z tak dobranymi słowami są dla mnie już wystarczającym powodem żeby po twórczość pana Stasiuka sięgnąć.


Niewykluczone, że gdzie już opowiedziałem tę historię. Ale nie boję się powtórzeń. Może za którymś razem warstwy czasu rozstąpią się na tyle, że że odsłoni się ten najgłębszy, pierwotny sens zdarzeń.


Skoro autor nie boi się powtarzać, to i ja sobie pozwolę, bo na pewno już gdzieś, przy okazji dzielenia się wrażeniami z lektury któregoś z poprzednio przeze mnie czytanych zbiorów tego autora o tym pisałem. Uwielbiam spojrzenie pana Stasiuka na otaczający nas świat. Potrafię zobaczyć te krajobrazy o których pisze, potrafię niemal poczuć deszcz czy zimno, o których pisze. Przemawia do mnie ten język, jakim się posługuje. I chyba właśnie za to jak to potrafi przekazać tak bardzo go cenię. Albo są jakieś inne powody, których sobie nie potrafię uświadomić albo nie umiem ich nazwać? Może przy okazji wpisu o kolejnej jego książce odsłoni się przede mną ich sens?


No i na koniec jeszcze kilka cytatów, które wyjątkowo mnie urzekły (mam zaznaczonych dużo więcej), a które chciałem jakoś wpleść sprytnie w ten tekst, ale zaczynał mi on wtedy niebezpiecznie puchnąć, więc zostawię je luzem:


Podobało mi się tu. Jak zwykle wyobrażałem sobie, że wrócę. Jak w stu miejscach, których nigdy więcej nie zobaczyłem.


A potem pod miejscowością Marks albo Engels zatrzymuje cię ruski pies i pyta, czemu twój dowód rejestracyjny nie jest rosyjski. Wpadłbyś na to?


Tak, to całkiem w twoim stylu: przejechać sześć tysięcy kilometrów, spalić cysternę diesla, żeby na koniec zrobić zdjęcie owcy z głupim pyskiem w suchej trawie.


Taki miałem plan na sześćdziesiąte urodziny: pojechać daleko, upić się samotnie przy ognisku, na pięknym bezludziu, zbudzić się, będąc lekko opuchniętym, z poczuciem, że mam coraz bardziej wyjebane, i oddać się antycywilizacyjnym tyradom. […] Ale siódmego dnia pomyślałem: a na c⁎⁎j masz tam jechać i węglowodorową krwawicę Ziemi trwonić? Byłeś tam tyle razy i sam potem powtarzałeś, że lepsze od jeżdżenia jest leżenie na tarasie w brudnym śpiworze i przypominanie sobie wszystkiego co było albo i nie było.


***


I tylko jedna uwaga, nie do samego autora, ale do całego wydawnictwa Czarne (w którym autor jakąś tam funkcję pełni, ale mniejsza z tym): czy naprawdę w ebooku nie da się wyjustować tekstu? Taki wyrównany do lewej źle się czyta. Inne wydawnictwa to potrafią, więc podejrzewam, że możliwości technologiczne ku temu żeby taki a nie inny układ tekstu zastosować są już chyba dostępne?

6053ca84-4731-45fe-98d7-6d73fc4274aa

Zaloguj się aby komentować

Tak już jest chyba człowiek skonstruowany, że następnego dnia po dobrej zabawie boli go głowa. Wczoraj wyśmienicie się bawiłem układając wiersz, a dziś o ból głowy przyprawia mnie świadomość że wygrałem i związana z tym konieczność gospodarzenia. Ale cóż, choć nie lubię wygrywać, to sam w końcu tę zasadę zaproponowałem.


Dziś bawicie się tak:


rymy: kieca - leciała - pieca - płakała


temat: Polowanie na Czerwony Październik,


i mam nadzieję, że będziecie się bawić co najmniej równie wyśmienicie jak ja bawiłem się wczoraj.


Powodzenia, ale przede wszystkim tej wyśmienitej zabawy!


***


Skrócone zasady:


Układamy cztery wersy, lub wielokrotność jeśli ktoś ma ochotę.

Każdy wers musi kończyć słowem zadanym przez OPa dokładnie w tej kolejności, która jest we wpisie.

Rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do tematu zadanego przez OPa.

Zwycięża osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów.

W nagrodę wymyśla nowe zadanie czyli temat oraz rymy i publikuje do godz 21 nowy wpis.


#naczteryrymy #tworczoscwlasna #poezja w kawiarence #zafirewallem


(Pamiętaj o społeczności)

@George_Stark

Dziewczę się spieszy, zawinięta kieca!

Uniesiona chcicą przez chatę leciała,

Poszukuje dildo, czarnego jak z pieca,

Ale chyba zgubiła... usiadła, płakała.

Nie bałem się, mój schron - matki kieca,

Kolejna bomba nad nami leciała,

Zasnąłem w kącie kaflowego pieca,

Ukradkiem widziałem, jak wtedy płakała.

Connerego szkocka w kratę furkotała kieca

Gdy torpeda w stronę jego okrętu leciała

Lecz dał radę no bo jadał z niejednego pieca

Bo inaczej każda panna by za nim płakała

Zaloguj się aby komentować

471 + 1 = 472


Tytuł: Johnny poszedł na wojnę

Autor: Dalton Trumbo

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


Świadomość, że nie będzie się żyć za sto lat nie wzbudza niepokoju. Ale myśl, że zginie się jutro rano i będzie się martwym na zawsze i będzie się gnić pod ziemią czy to jest wolność?


Ten cytat powyższy wybrałem z całej książki żeby zacząć nim wpis dlatego, że jedna z najsilniejszych myśli, jakie pojawiły mi się w głowie w czasie lektury była następująca: czy to nie pewien paradoks, że młodych chłopców posyła się do walki o wolność pod przymusem?


Bohaterem książki jest Joe Bonham, żołnierz amerykański, wysłany w czasie I Wojny Światowej do Francji żeby ratować tamtejsze kobiety. Tak przynajmniej mu to jego skierowanie motywowano. Czy te kobiety uratował czy też nie, tego z książki się nie dowiedziałem. Dowiedziałem się za to, że Joe miał pecha. Miał pecha, bo przeżył. Przeżył, ale amputowano mu ręce i nogi, oślepł i ogłuchł, a dolną część twarzy miał wyrwaną. Nie mógł więc niczego wziąć, nie mógł chodzić, nie mógł widzieć, nie mógł słyszeć i nie mógł mówić. Mógł jedynie czuć i myśleć. Joego czytelnik spotyka krótko chyba po zdarzeniu, bo wraz z nim powoli odkrywa stopień jego kalectwa. Autor prezentuje tok myśli bohatera gdzie, wśród pojawiających się wspomnień sprzed wojny, Joe krok po kroku odkrywa co się z nim stało. I na tym polega Księga I. Nieżywi. A później jest jeszcze Księga II. Żywi. Jest krótsza i o jej treści nie będę pisał, bo na tym portalu nie da się ukrywać spoilerów.


Utwór, jak widać na załączonej okładce, reklamowany jest jako jedna z najważniejszych powieści antywojennych wszech czasów. Być może nawet tak jest. Tylko, jak to z tymi ważnymi i głośnymi powieściami bywa, omawia ona ważny problem, ale w sposób dość prosty. No bo tak: w zasadzie mamy tutaj jeden wątek poprowadzony od początku do końca w zasadzie bez żadnych zaskoczeń. Dodatkowo język powieści jest prosty. Czy to źle? No to zależy kto czego szuka. Miałem zacząć ten akapit stwierdzeniem że „literacko dość kiepsko”, ale tak sobie pomyślałem, że nie znam pozostałej twórczości pana Trumbo, więc ciężko mi się odnieść. Poza tym być może ten język powieści jest stylizowany – Joe Bonham nie był wszak nikim wybitnym, nie należał do elit. Przed wojną był zwykłym piekarzem. Za tą tezą, tą o stylizacji języka, mogłoby świadczyć kompletne pominięcie przecinków, co przeszkadza w lekturze, ale niejako prezentuje chaos, jaki niewątpliwie musiał mieć w głowie Joe. Czyli, bezpieczniej dla mnie, zamiast napisać „literacko dość kiepsko”, napiszę: „język powieści mnie nie porwał”.


Oczywiście popieram ogólne przesłanie utworu. Jestem zadowolony, że ta obserwacja z początku wpisu przyszła mi do głowy w czasie lektury. Podobało mi się nawet kilka elementów przedstawionych w tej powieści (szczególnie historia o wędce! – wspaniała, bo prosta), ale Johnny poszedł na wojnę, nawet jeśli jest jedną z najważniejszych powieści antywojennych wszech czasów, to moją ulubioną powieścią antywojenną zdecydowanie nie został. Zdarza się.


***


I na koniec ciekawostka. Ponoć tą właśnie powieścią zainspirował się James Hetfield i w rezultacie napisał utwór One . Kiedy byłem jeszcze ogromnym fanem niszowego (jak mi się wówczas wydawało – serio!) zespołu Metallica, znalazłem, chyba w tym magazynie czytelników (Action Mag to się bodaj nazywało?), zamieszczanym na dołączonym do pisma (NIE gazety!!!) CD-Action kompakcie artykuł. Wydaje mi się, że autor wspominał, że One powstał na podstawie opowiadania. Wydaje mi się, że ściągnąłem to opowiadanie z Internetu, jeszcze w jakiejś kafejce internetowej i wydaje mi się, że było ono krótsze. Ale może źle mi się wydaje? Przecież minęło już co najmniej kilkanaście lat. A może jest jakieś opowiadanie, które jest pierwowzorem albo szkicem dla tej powieści? Nie wiem. Tak sobie o tym piszę, bo mi się przypomniało, ale dziś nie mam już tyle determinacji co za młodu żeby tego szukać i ustalać.

61dda447-7682-4f2b-abfe-0a86d6114274

Jakbym miał wybrać jedną powieść antywojenną to byłaby nią "Na zachodzie bez zmian". Johnny poszedł na wojnę opisuje głównie nie wojnę, ale jej rezultat - wyjątkowo pechowa niepełnosprawność, która zdarza się bardzo rzadko lub wcale. Za to na zachodzie bez zmian opisuje realne rzeczy które przeżywały i przeżywać bedą miliony osób, dlatego bardziej do mnie trafia.

Zaloguj się aby komentować

Ani rytmu! Ani rymu!

Ma odpowiedź Konstantymu:


***


Nie lubię zimy. A kiedyś lubiłem.


A ja sankami! Na płozach!

Gdy ulica cała stała,

kiedy się zachciało zimie

jezdnię skuć aż do śliskości.


Każdy jeden samochodzik

pod kopułą białą ginie

bo kto na ulicy stoi

śniegiem będzie oprószony.


Tak to właśnie kiedyś było:

kiedy pod mym młodym żebrem

serca czułem żwawy tętent.

Serce mocniej wtedy biło.

Wystarczyły sanki, stok;

wszystkie szły problemy w bok.


***


#zafirewallem

#nasonety

#poezja

#tworczoscwlasna


I dziwny wiersz Konstantego.

Zaloguj się aby komentować

W kwestii formalnej: 1020 słów.


#naopowiesci

#zafirewallem

#tworczoscwlasna


Kopia zapasowa


– No. To chyba się udało?

– No. Chyba się udało. Przynajmniej na to wygląda.

– Tak. Przynajmniej na to wygląda. No dobrze. To… To co tam u ciebie? Jak w szkole?

– Tato! Daj spokój.

– Naprawdę chciałbym wiedzieć.

– Nie chodzę już do szkoły. Od dość dawna zresztą.

– A, faktycznie. Przepraszam. Wiesz, byłem trochę zabiegany, a czas uciekał tak szybko i…

– Wiem. I skończyło się zawałem.

– Tak. Skończyło się zawałem. Ale…

– Ale?

– Ale się udało.

– Tak. Chyba się udało.

– To może spróbujemy potraktować to jako nowy początek?


***


– Rozmawiałem z mamą.

– I?

– Wydaje mi się, że to nie jest tak, że ona nie chce z tobą rozmawiać. Albo że nie chce się z tobą widzieć. Wydaje mi się, że po prostu jeszcze nie potrafi odnaleźć się w tej sytuacji. To wszystko jest dla niej nowe. I trochę ją przerasta.

– Rozumiem. Nie chcę jej naciskać. Wiesz, próbowałem się do niej dodzwonić. Nie odebrała. A kiedy później próbowałem jeszcze raz, miała już wyłączony telefon.

– Dziwisz się jej?

– Nie. Wcale się nie dziwię. Już wcześniej, zanim to się stało, nie układało się między nami najlepiej, a…

– To nie o to chodzi. To jest po prostu nowa sytuacja. Nie tylko dla niej. To jest w ogóle nowość, a ludzie do nowości adaptują się z trudnością. Sam mi to kiedyś tłumaczyłeś. Pamiętam, że kiedy zafascynowałem się samochodami, opowiadałeś mi o początkach motoryzacji. Mówiłeś, że to był tak wielki przełom, coś na tyle nowego, że przed każdym automobilem biegł człowiek z flagą. Żeby ostrzegać innych, żeby mogli się na tej przejazd przygotować. Myślę, że teraz z mamą może być podobnie.


***


– I co u ciebie?

– A wiesz, byłem w parku na spacerze, oglądałem ptaki…

– Przepraszam. To pytanie to z przyzwyczajenia.

– Nie szkodzi. Nic się nie stało. Naprawdę nic się nie stało! Ale może lepiej opowiedz co u ciebie. Powinno być ciekawiej.

– U mnie? Normalnie. Robota, później dom. Magda zamarzyła sobie pomalować sypialnię na fioletowo. Nie! Czekaj! Ten kolor jakoś się tak dziwnie nazywa. Czar prowincji?

– Ha ha! Brzmi nieźle.

– Nie! Nie prowincji! Prowansji.

– To brzmi jeszcze lepiej!

– Nie bardzo mi się ten kolor widzi.

– Widzi? Przecież to sypialnia. Będziesz tam spał. Będziesz miał zamknięte oczy. To co ty chcesz tam przez sen oglądać?


***


– Z tymi kolorami to w ogóle całe życie tak jakoś dziwnie wychodzi. Pamiętasz jak zabrałeś się za remont? Już nie chodzi o to jak to wyglądało albo ile czasu zajęło albo jaki się z tego zrobił bałagan, ale pomalowałeś mi pokój na taki nijaki bladożółty kolor. A chciałeś jeszcze olejną pociągnąć lamperie. Dobrze, że mama cię przed tym powstrzymała! Ale i tak ten kolor był fatalny! Fa-ta-lny!

– I to dlatego przyszło ci do głowy pomazać te ściany sprayem!

– Ha ha! No niekoniecznie dlatego. Ale tak, rzeczywiście: pomazałem! Tylko że to grafitti to był wyraz buntu!

– Ty i ten twój bunt!

– Ty się nigdy nie buntowałeś?

– Buntowałem się! A jak! Tylko w moich czasach ten bunt to wyglądał trochę inaczej.

– No to opowiadaj!


***


– Kupiliśmy tę działkę! Wyobrażasz to sobie? Co prawda to tylko 10 arów, no ale własne! A i tak najważniejsze jest to, że to spełnione marzenie! A jaka okolica! Zaraz obok jest las, a przed lasem płynie strumyk. Normalnie tak jak u dziadka! Takie było właśnie moje pierwsze wrażenie. Przypomniały mi się te wszystkie wakacje, ta beztroska. Jej, to wspaniałe uczucie, kiedy marzenie się spełnia!

– A Magda?

– Magda? Wniebowzięta! Już rozplanowuje wszystko. Łącznie z kolorami ścian. Koncepcja zmienia się jej dwa razy na godzinę, ale widać jak ogromnie się z tego cieszy!

– I ja się cieszę, że wam się układa. No a teraz dawaj dalej!


***


– Tak, dach na dniach powinien być skończony. Okna mamy już zamówione, drzwi też. Przyjdą w przyszłym tygodniu. Jakoś tak w przyszłym miesiącu chyba wreszcie się wprowadzimy.

– A Magda wybrała już kolor ścian w sypialni?

– Tato!

– No co?!

– Nic. Punktujesz jak zawsze! A to, to po prostu wyjątkowo ci się udało!


***


– Mama napisała że się spóźni. Dojrzała do tego żeby z tobą porozmawiać, ale widać, że dalej jest to dla niej cholernie trudne.

– Cóż. Dla mnie też jest.

– Poradzicie sobie. Wierzę że sobie poradzicie. Myśmy w końcu sobie poradzili, chociaż na początku też było dziwnie. Po prostu musicie oboje dać sobie trochę czasu. Oswoić się z tą sytuacją. Nie spieszcie się, starajcie się nie denerwować. A teraz chodź, pokażę ci garaż.


– Co to jest? Lamperia?!

– Tak. Jest praktyczna.

– Kiedyś miałeś inne zdanie.

– Ale tamta miała być w pokoju, a nie w garażu!

– No dobrze, niech ci będzie. Ładnie tutaj. I rzeczywiście, praktycznie. Fajnie to sobie zorganizowałeś, masz do tego zmysł.

– To po tobie. Twój garaż też taki był. Uporządkowany. Widać, jaki ojciec, taki syn.

– Albo trochę lepszy.

– Uczeń przerósł mistrza?

– Z czego mistrz jest dumny.

– Chodź, mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę.


– To… To jest mój Kadett?

– Tak. Zabrałem się za niego i tak sobie powoli grzebię.

– Rzeczywiście ten sam? Nie poznałem. Przyszło mi do głowy, że po prostu kupiłeś podobny.

– Nie. To jest ten sam twój samochód. Co prawda technicznie jeszcze nie do końca sobie ze wszystkim poradziłem. Zacząłem od blacharki i rzeczywiście zaczyna jakoś wyglądać, ale do drugiej młodości to mu jeszcze daleko.

– Musisz uważać na szybę z tyłu z prawej. Opada, bo linka…

– Już nie opada.

– Zrobiłeś?

– Od tego zacząłem. Pamiętam jak cię to denerwowało, ale nigdy nie miałeś czasu żeby się tym zająć. No to ja się teraz zająłem. A jak już skończę to auto, to mam zamiar wybrać się nim na sentymentalne wakacje. Pojadę do Płonisk, zobaczę, czy jest jeszcze to łowisko, gdzie zabierałeś mnie i dziadka. Rozłożę tam namiot, tak jak wtedy… O! Mama jedzie!

– Super. Tylko znów zaczynam się… – Głośnik smartfona zatrzeszczał i zamilkł, ekran zamigotał, a za chwilę pojawił się na nim komunikat o błędzie.

– Tato?


***


– Dzień dobry. Z tej strony Piotr Jabłonka, Instytut Życia Wiecznego. Dzwonię żeby pana poinformować, że częściowo udało nam się rozwiązać problem i kopia zapasowa świadomości pańskiego ojca została przywrócona na serwer. Nie wszystko jednak poszło tak, jak pójść powinno.

– To znaczy?


***


– No. To chyba się udało?

– No. Chyba się udało. Przynajmniej na to wygląda.

– Tak. Przynajmniej na to wygląda. No dobrze. To… To co tam u ciebie? Jak w szkole?

@George_Stark Jejku, aż mi się łezki w oczach zakręciły. Świetnie się to czyta. Bardzo lubię takie dialogowe opowiadania, i fajnie zawarłeś w nim dynamikę tej relacji, ten taki jej ponowny rozruch.

Zaloguj się aby komentować

453 + 1 = 454


Tytuł: Demon Copperhead

Autor: Barbara Kingsolver

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Mówili, że większość naszego tytoniu sprzedaje się teraz do Chin. To znaczy, że pomagamy zabijać komunistów. Niech Bóg błogosławi Amerykę i tak dalej.


Urodziłeś się w czepku i twoim marzeniem jest zobaczyć ocean. Bo o czym innym możesz marzyć mieszkając w hrabstwie Lee, stan Virginia? Jesteś w końcu Redneckiem. Na dodatek jeszcze, zanim się w ogóle urodziłeś, zginął twój ojciec. A twoja matka jest narkomanką. Taki to właśnie jest ten twój American dream. Przypomina trochę jakiś nightmare. Albo może delirium?


Sceptycznie podchodziłem do tej książki, no bo jak to tak: wziąć dzieło klasyczne i w zasadzie przepisać je od nowa, przystosowując tylko do swoich czasów i swojej rzeczywistości. Zadanie co najmniej karkołomne. Ku mojemu zaskoczeniu (i zadowoleniu) pani Kingsolver to zadanie udało się zrealizować znakomicie. Znając historię z Davida Copperfielda z pasją i zainteresowaniem śledziłem losy Demona Copperheada. Najbardziej niesamowitą sprawą w tym wszystkim było to, że po 173 latach od wydania utworu Charlesa Dickensa postawy ludzkie, prezentowane przez bohaterów Demona Copperheada niewiele się zmieniły. Bohaterowie, którym zmieniono tylko imiona i których wrzucono w inne okoliczności w samym rdzeniu cały czas są w zasadzie tacy sami. Mają takie same pragnienia, takie same słabości i takie same cele jak te, które mieli ci, będący ich pierwowzorami, te blisko dwa wieki temu. Nie mówiąc już o tym, że i świat jest albo taki sam, albo może nawet trochę gorszy. Trochę jednak przez te wszystkie lata zdążyło się pojawić na nim nowych paskudztw.


Poza tym, nawet jeśli nie zna się pierwowzoru, Demon Coppehead sam w sobie jest kawałkiem kapitalnej lektury. Jeśli oczywiście lubi się długie powieści w starym, nudnym stylu. Ja lubię. W tej książce jest wszystko, czym (przynajmniej dla mnie) powinna charakteryzować się dobra proza: wyraźni bohaterowie i ich problemy, które kończą się tak zwycięstwami, jak i porażkami, bogate tło w postaci tej biedniejszej i bardziej zacofanej części Ameryki (USA-B aż chciałoby się może powiedzieć), jak i kapitalny język, w czym ogromna zasługa pani Kai Gucio, tłumaczki tej pozycji.


No i właśnie ten język. To on, poza wszystkim co w tej książce jest świetne, dla mnie stanowił największą przyjemność przy odbiorze tekstu. Ten język po pierwsze doskonale przystosowuje się do opisywanych wydarzeń, a po drugie narracja błyszczy spostrzeżeniami, dygresjami i obserwacjami świata podanymi w ironiczny sposób. No miło mi się robi, kiedy czytam takie zdania jak: leżałem na poduszkach kanapy i słuchałem jak Maggot chrapie. Spał jak zabity, tylko głośniej albo: To był taki jesienny dzień, kiedy świat sprawia wrażenie, jakby zaraz miał zmienić zdanie na każdy temat. O ile zwykle sam piękny język wystarcza mi do tego, żebym w lekturze znajdował ogromną radość, tak tutaj jest on tylko wisienką na torcie. A tort ten sam w sobie jest wyjątkowo apetyczny.


Sympatyzowałem z bohaterami, część ich problemów znałem z autopsji, część potrafiłem sobie wyobrazić, o części nie miałem pojęcia a i wyobraźni mi nie wystarczało (choć to ostatnie to akurat dobrze, bo fragment dotyczący problemów narkotykowych był mi zupełnie obcy, a nawet męczący, ale chciałbym, żeby obcy pozostał na zawsze). Polubiłem w tej książce szczególnie Tommyego, poczciwą duszę, który mimo niesprzyjających okoliczności cały czas był takim jakim był naprawdę (a był bardzo w porządku) i, chyba jako jeden z nielicznych, wygrał na tym całkowicie. Podobało mi się to, że momentami w tej całej beznadziei pojawiała się nadzieja. I to, że nawet jeśli ta nadzieja zawiodła, to i tak Demonowi udawało się znaleźć siłę (i nadzieję) żeby spróbować jeszcze raz. Ogromnie mi się ta książka przypadła do gustu, bardziej chyba niż pierwowzór, który momentami bywał jednak swoją archaicznością męczący. A teraz sam może pójdę spróbować umieścić na przykład kapitana Ahaba na jakimś – bo ja wiem? – statku kosmicznym?

4d2741ff-a793-49d0-93b8-5265a11dbc09

@George_Stark

Poza tym, nawet jeśli nie zna się pierwowzoru, Demon Coppehead sam w sobie jest kawałkiem kapitalnej lektury. Jeśli oczywiście lubi się długie powieści w starym, nudnym stylu. Ja lubię. 


Amen.

Nie pamiętam, czy już czytałeś, ale jeśli masz ochotę na coś podobnego, to "Lincoln Highway" oraz "Dobre wychowanie" Amora Towlesa przypadną Ci do gustu. O "Dżentelmenie w Moskwie" już nawet nie wspominam

Zaloguj się aby komentować

A, jeszcze jeden. Tym razem protest-sonet:


***


Fabryki wzruszeń


Precz! Przepadnijcie fabryki wzruszeń!

Co, żeby normę swą sprzedażową

wyrobić, produkujecie co dzień masowo

ogrom historii pustych. Wydmuszek.


I wsadźcie se w d⁎⁎ę te scenariusze,

że on ją kocha, a ona kogoś

ale na koniec są jednak ze sobą

bo on do sprytnych uciekł się sztuczek.


Bo potem baba przed tivi łzy roni,

i po kolejną chusteczkę sięga

i jeszcze pretensje ma do swego męża:

"Że czemu my nie mamy jak oni?"


Aż w końcu męża z domu wygoni

i przed tivi zaczeka na księcia.


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


No i sonet di proposta

Zaloguj się aby komentować

Ostatnio koleżanka @Wrzoo stwierdziła, że dwa wersy, które mi się napisało są bardzo życiowe. To proszę, teraz cały wytwór będzie bardzo życiowy:


***


Pasek

czyli Wykład o męskiej dojrzałości


Pozwólcie że sprawę wstydliwą poruszę.

(Ktoś w sali nagle chrząknął nerwowo,

inny zaś szepnął jakby: "O zgrozo!")

Panowie! Z wiekiem urośnie nam brzuszek.


Choćbyśmy na siłce cierpieli katusze,

choćbyśmy odżywiali się wyłącznie zdrowo,

do sauny chodzili na kąpiel parową,

to bebzon i tak obrośnie nam tłuszczem.


Co robić? Z czułością pogłaskać się po nim,

przed lustrem sięgać, gdzie wzrok nie sięga,

i wiążąc buty nie schylać się. Klękać.


A jeśli ochota nas najdzie uronić

łzę nad swym ciałem: były Adonis,

to być jak pasek. Zwyczajnie: nie pękać.


***

#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


I sonet di proposta

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ widzę że dziś Wam wesoło, to proszę: wytwór dla równowagi:


***


Smutek


Na stole leży złoty łańcuszek,

pamiątka po tym, co kiedyś był z Tobą.

A miejsce po nim nową osobą

wnet wypełniłaś. Na imię mu Smutek.


To z nim policzek do swych poduszek

przykładasz teraz cowieczorowo.

Śniadania, kolacje jadacie ze sobą

a on przysięga: "że Cię nie opuszczę".


Czasem uraczy Cię masażem skroni

lub przez żołądek do serca sięga.

Znasz dobrze ten ucisk. Jego potęga

sprawia, że nie da się przed nim obronić.


Zresztą, jak chciałabyś się przed nim chronić?

On przecież i tak gdzieś wyjdzie zza węgła.


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


I sonet di proposta

Zaloguj się aby komentować

Jeszcze jeden mi się napisał. O miłości. Chyba. Bo miłość podobno ma różne oblicza.


***


Mocno zdeterminowany


Ziemię zatrzymam i Słońce poruszę,

i wszelkie prawa napiszę na nowo

ażebyś była drugą połową...

Że niby nie chcesz? No to cię zmuszę.


Serce otworzę wytrychem, nie kluczem,

gdy nie zaiskrzy - wywołam pożar,

miast strzały Amora użyję noża

i, niosąc ciebie na tarczy, wrócę.


A gdy "nie" powiesz? Nie złożę broni.

Gdy powiesz "nie" to będziesz przeklęta.

Gdy powiesz "nie" to zaczniesz się lękać.


Więc twoje "nie" i tak jest tu po nic.

Bo po tym "nie" to kto cię obroni?

Oto przed tobą z pierścionkiem Ja klękam.


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


I sonet di proposta

Zaloguj się aby komentować

Zapraszam na pierwszy mój wytwór w XXVI edycji (jej, to już pół roku!) zabawy #nasonety w kawiarence #zafirewallem !


Ponieważ część słów ze sonetu di proposta powtórzyłem, jeśli Szanowna Komisja w osobie @KatieWee uzna, że wiersz należy zdyskwalifikować, nie będę miał tego za złe.

A nawet się ucieszę.


***


Mariuszek

czyli Mamina medycyna

albo Cykl owocowo-zdrowotny


Nabrał czapkę pełną gruszek

a więc świecił gołą głową.

Z gołą głową to niezdrowo.

Rozchorował się Mariuszek.


Mama sok z tych jego gruszek

mu zrobiła. Rusza głową!

Soku napić się jest zdrowo!

Do zdrowia wraca Mariuszek.


Znów do sadu coś go goni

choć mama do modłów klęka

no bo się o syna lęka


a tymczasem przy jabłoni

Mariuszka aż świerzbi ręka

i znów tam po czapkę sięga.


***


#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Jeszcze jeden mi się napisał, więc proszę:


***


Żegnaj, Ewa

czyli o wierności małżeńskiej mimo pokusy


Daj uczucia chociaż gram!

Wszystko inne jakoś znoszę,

tylko - kiedy Cię nie ma -

rozsypuję się. Jak proszek.


Chcę Cię chociaż trochę mieć.

Chcę do stołu z Tobą siadać.

Czy to grzech tak kogoś chcieć?

I czy "chcieć" to już jest zdrada?


Od w głowie projekcji

dostaję obsesji

i ona wzrasta.


Wyjadę z miasta,

z naszego Tczewa.

Więc żegnaj, Ewa.


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


I sonet di proposta


EDIT: I apel na koniec: proszę pisać sonety, dużo sonetów! Żebym przypadkiem nie wygrał, bo zasady są jasne!

Zaloguj się aby komentować

Sam nie do konca wiem co autor miał na myśli, ale dla mnie brzmi niezrozumiale - a więc artystycznie - to i toto wklejam:


***


Poczucie winy


Sam

pod kloszem

trwam.

Przeproszę?


Uciec?

Obawa.

A więc

upadam.


To grzech świecki.

Wąż zdradziecki.

A ja? Gwiazda.


Wygasła.

Potrzeba?

Przebacz.


***


#nasonety (edycja XV)

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


I utwór di proposta

Zaloguj się aby komentować

Miłe Poetki, mili Poeci! Goście wspaniałej kawiarni #zafirewallem!


Tydzień minął, jak to się mówi, jak z bicza trzasnął (albo strzelił) i oto czas najwyższy żeby zamknąć XXIV edycję konkursu #nasonety ogłaszając #podsumowanienasonety!


Kiedy wczoraj pomyślałem o tym podsumowaniu, przyszło mi do głowy że ta edycja będzie o tyle wyjątkowa i być może miła dla uczestników, że każdy, kto zgłosił się do konkursu, zajmie miejsce na podium. Na koniec jednak, niczym kleszcz (a więc pajęczak) z drzewa spadł nam jeszcze jeden uczestnik: @splash545 ! Co jest oczywiście powodem do radości, mimo że zepsuło mi koncepcję tego zdania o mieszczeniu się na podium i musiałem je przeredagować tak, żeby pasowało do rzeczywistości. Poza tym mamy zachowaną proporcję płci, co oznacza, że moglibyśmy stworzyć jakąś radę nadzorczą spółki czy coś takiego. A to też jakiś plus.


Tyle tytułem wstępu, a teraz, nie przedłużając, przechodzę do rzeczy.


***


W XXIV edycji konkursu #nasonety uczestniczyły cztery (IV) osoby (bo tyle się zgłosiło), które nadesłały siedem (VII) wytworów (kolejność chronologiczna):


Tuwimem autorstwa koleżanki @moll (13 punktów)


O hodowcy, któremu ktoś kiedyś podłożył świnię autorstwa kolegi @George_Stark (11 punktów)


Stepy buckinghamskie autorstwa koleżanki @Wrzoo (18 punktów)


Moc przebaczenia autorstwa koleżanki @moll (18 punktów)


Jak my ze szwagrem dom wyrychtowali autorstwa kolegi @George_Stark (13 punktów)


Samuraj z roninem autorstwa kolegi @splash545 (15 punktów)


Z ważności terminem autorstwa koleżanki @moll (15 punktów)


Zdecydowałem, że w tej edycji kryterium oceniania będzie vox populi, a nawet jego suma i w ten sposób końcowa klasyfikacja przedstawia się następująco:


1. @moll – 46 punktów

2. @George_Stark – 24 punkty

3. @Wrzoo – 18 punktów

4 @splash545 – 15 punktów


@moll – gratuluję serdecznie!


***


Jak to jednak u nas w kawiarence drzewiej bywało, nie zawsze zwycięzcą zostaje ta osoba, która zdobyła największą liczbę punktów albo zajęła pierwsze miejsce. Tak będzie i tym razem, a to z następujących przyczyn:


koleżanka @moll , jako pierwsza osoba, która spełniła jeden z warunków (obu nie spełnił nikt) otrzymania złotej karty (lub jokera, jeśli ktoś woli) odebrała swoją nagrodę specjalną. Wolała złotą kartę i, zapytana czy woli użyć jej w celu zapewnienia sobie zwycięstwa czy wręcz przeciwnie, zdecydowała że wybiera „wręcz przeciwnie”, wobec czego uniknęła zostania zwycięzcą;


kolega @George_Stark, który był organizatorem tej edycji i przyznawał złotą kartę (lub jokera, jeśli ktoś woli) przyznał złotą kartę koleżance @moll , więc został mu joker, którego również zdecydował się użyć w celu „wręcz przeciwnie” i w ten sposób on również zwycięzcą tej edycji nie zostaje.


Wobec powyższego zwycięzcą XXIV edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje koleżanka @Wrzoo (bo nie ma się czym bronić)! @Wrzoo: gratulacje! Prosimy Cię teraz o zorganizowanie kolejnej, XXV edycji naszego konkursu!


***


No i na koniec: nagrodę Złotego Pajęczaka Niespodziewanie Spadającego Z Drzewa oraz medal za zajęcie Pierwszego Miejsca Poza Podium otrzymuje kolega @splash545! Również gratuluję!


***


I to by było tyle we właśnie zakończonej XXIV edycji. Do zobaczenia w następnych, mam nadzieję!

@George_Stark dziękuję za tego złotego pajęczaka Dobrze, że jednak nie złotego kleszcza bo to jedyne pajęczaki, których nie szanuje

A ja chciałem przyznać honorową nagrodę dla @George_Stark za największe pokomplikowanie zasad w historii konkursu! Gratuluję!

@splash545


Panie! To była najtrudniejsza i najbardziej skomplikowana manipulacja jakiej się w życiu dopuściłem. A jeszcze musiałem się postarać żeby była jawna i oczywista!

@Wrzoo dobrze, że zachowałaś tradycję i zwycięstwo przyjęłaś z niechęcią A i pamiętaj, że teraz Ty ustalasz zasady i możesz się zemścić! xd

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ w bieżącej, XXIV edycji konkursu #nasonety, która trwa właśnie w kawiarni #zafirewallem to ja jestem organizatorem i to ja pełnię zaszczytną funkcję jury, to na pewno jej nie wygram. W związku z tym mogę sobie pozwolić na pełną swobodę twórczą. Swobodę twórczą wyrażającą się głównie w ilości jednak:


***


Jak my ze szwagrem dom wyrychtowali


Kominek? Pominę.

I raczej drabinę

widziałbym tutaj, a nie że schody.

Wiem, to niezgodne jest z planem budowy,

ale plan taki to w sumie nam po co?

My po mojemu zrobimy! Na oko!

Styropian dwudziestka? Wystarczy piątką!

Cement nie kielnią się kładzie, a szczotką!

W ten sposób każda najmniejsza szczelinka

na pewno nam wyjdzie. No patrz: cud-spoinka!

A legar spokojnie możesz wziąć mniejszy,

to nawet rozsądne przy cenach dzisiejszych.

I mówisz że jeszcze chcesz przyjrzeć się tynkom?

Daj spokój! Mówię ci przecież, że to trzeba tylko

olejną pociągnąć. A kolor? Malina!


Budowa skończona. Dom jakoś się trzyma.

Zaproszę doń szwagra - prawie rodzinę.

Gdy się zawali, to razem z nim zginę.


***


#poezja

#tworczoscwlasna


I utwór di proposta

Zaloguj się aby komentować

414 + 1 = 415


Tytuł: Ucieczka z Chinatown

Autor: Charles Yu

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Jesteście tutaj, niby w tym kraju nowych możliwości, ale jakimś cudem wciąż tkwicie uwięzieni w atrapie swojej dawnej ojczyzny.


Ponieważ jakiś czas temu przeczytałem Yellowface pani Kuang, mogę w związku z tym faktem uchodzić za eksperta w sprawach chińskiej mniejszości w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. I z takim właśnie podejściem zabrałem się za Ucieczkę z Chinatown pana Charlesa Yu.


Nie to, to wyżej to taki mi się napisało tylko, bo ten temat nie jest mi w żaden sposób bliski. Choć, jeśli historia opowiedziana jest w sposób zajmujący to w zasadzie o wszystkim chętnie przeczytam. Tym bardziej, jeśli w treści potrafię znaleźć elementy, które w jakiś sposób są mi bliskie. Z którymi mogę się utożsamić albo po prostu są dla mnie interesujące. Jak się okazało w Ucieczce z Chinatown pan Yu spełnił wszystkie powyższe warunki.


Zaczęło się wcale nie tak różowo. Nie jestem fanem eksperymentów z formą. Być może nauczony doświadczeniem, że kiedy autorzy takie eksperymenty rozpoczynają, to gdzieś im tam gubi się treść (tutaj tradycyjne ukłony w stronę mojego ulubionego noblisty, pana José Saramago). I to było pierwsze zaskoczenie, bo wprowadzenie do powieści elementów scenariusza filmowego (albo, może tak będzie bliżej, do scenariusza filmowego elementów powieści) dało zaskakująco dla mnie pozytywny efekt. Książka jest niesamowicie dynamiczna, jak „azjatycki” film o kung-fu. „Azjatycki”, bo jednak hollywoodzkiej produkcji.


W tym wszystkim pan Yu nie zapomniał o treści. A ta treść, przedstawia życie Typowego Azjaty (Numer Jeden, albo Numer Dwa) jako rolę w filmie. W filmie, gdzie wszystko ma swoje miejsce i jeśli masz azjatyckie rysy twarzy, to zawsze będziesz Tym Azjatą. Najwyższym poziomem w życiu jaki możesz osiągnąć, nieważne jak będziesz sprawdzał się na innych polach, nieważne jakie uniwersytety i z jakim wynikiem skończysz, jest zostanie Gościem od Kung-Fu. Co zresztą jest twoim marzeniem. Jakie masz inne wyjście? Możesz zostać jeszcze kucharzem. Jak Typowy Azjata.


Ta książka to zgrabna, wciągająca opowieść o klasowości, o nowoczesnych „kastach” występujących w wielokulturowych społeczeństwach związanych z pochodzeniem. O uprzywilejowaniu jednych kast i pokrzywdzeniu innych. I o niemożności odnalezienia się, nawet wewnątrz swojej kasty. To też opowieść o gubiących nas nadmiernych ambicjach i „tradycyjnym” sposobie patrzenia na rzeczywistość. I o ucieczce z tego wszystkiego. Albo zaplanowanej, wyprawowanej, takiej do której się sukcesywnie dąży i czasami się nawet udaje, albo rozpaczliwiej, która jest wynikiem duszenia się, bezsilności, miotania się i następującej po nich rozpaczy. I kończącej się jednak źle.


W czasie lektury rozdziału SPRAWA ZAGINIONEGO AZJATY miałem mocne skojarzenie z Procesm pana Kafki. Ja tej książki, Procesu, nie lubię. Nie odpowiada mi to, co według opinii tych, którzy mają inne o niej zadanie niż moje stanowi o jej sile: jej klimat. Podoba mi się natomiast sam pomysł na postawienie bohatera w stan oskarżenia wbrew logice i w zasadzie bez powodu. Tak, w Ucieczce z Chinatown ten powód niby jest, ale jest tak absurdalny (a sam proces jeszcze bardziej), że chyba to jest jeszcze straszniejsze niż samo oskarżenie nie wiadomo o co, jak u pana Kafki.


To książka którą czyta się szybko i, choć dotyczy kultury z którą mam mało wspólnego i dzieje się na drugim końcu świata to wiele elementów było mi bliskie i znajome. Zastanawiam się teraz czy to dowód na globalizację, czy też może na to, że ludzie mają ze sobą z jakiegoś powodu wiele wspólnego: pragnienia, lęki, sposoby działania, organizację swoich społeczności. Niezależnie od kultury i wychowania.

36f12ac5-257c-4e3c-be6e-d1aa057b4a34

Zaloguj się aby komentować

413 + 1 = 414


Tytuł: Gruby

Autor: Michał Michalski

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


Gdy wróciłem z obozu, ojciec na mój widok tylko uśmiechnął się pod wąsem. Cieszy mnie to, ale poza tym uśmiechem nic nie powiedział. Trochę szkoda, ale to i tak więcej, niż się spodziewałem.


Tak mi ta książka wyskoczyła w katalogu Legimi i pomyślałem sobie: „a sprawdzę co tam we współczesnej rodzimej literaturze słychać” i potraktowałem ją jako próbkę „reprezentacyjną”, bo przecież tak jakby sama mi się wylosowała.


No i co dostałem? Ano historię o dwunastolatku, tytułowym Grubym (nazywanym też Bułą), który wraca z obozu paramilitarnego, na który wysłała go babcia (przy okazji przeznaczając na ten wyjazd wszystkie jego, to znaczy Grubego, oszczędności). Z obozu Gruby wraca odmieniony. Przynajmniej fizycznie. Bo jeśli nawet da się schudnąć, to zmienić się jest trudniej. Tym bardziej, że metody wojskowe nie są chyba najlepszą drogą do wprowadzenia zmian w życiu kogokolwiek, a już zupełnie w życiu dwunastolatka. W dodatku dwunastolatka zagubionego, odrzuconego i pozostawionego zupełnie bez wsparcia, nawet ze strony najbliższych. Czyli po obozie, który miał Bułę zmienić, Buła wraca taki sam, choć chudszy. Ale i to nie potrwa długo, bo przecież receptą na problemy jest „dobrze pokeczupiona zapiekanka” ze szkolnego sklepiku, prowadzonego przez panią, która jest jedną z dwóch (a później trzech) „bliskich” mu osób. Choć gdyby ta trzecia znajomość się nie pojawiła, to może byłoby lepiej?


Historia opowiedziana jest w formie wspomnień grubego, który, wychowany w takim a nie innym środowisku operuje językiem, jakim operuje. Ten język jest wulgarny, ale pasuje do opowiadanej historii i nawet buduje klimat opowieści. Choć to opowieść w zasadzie o niczym. Bo niby jest fabularny wzrost postaci a później upadek, ale ta krzywa charakteru Grubego jakaś taka płaska. I może celem autora było oddanie nastroju małego miasteczka w latach dziewięćdziesiątych, i jeśli tak, to w zasadzie mu się udało, tylko pytanie: po co? Brak tej historii nawet nie tyle rozmachu, co w ogóle jakiejś głębszej treści. Bo Gruby, którego dostajemy od pana Michalskiego, to, takt, opowieść spójna, fakt, wiarygodna, ale ani w niej nic specjalnego (w żadnej warstwie), ani odkrywczego, ani zachwycającego. Jest zgrabnie, jest jak powinno być. Jest po prostu poprawnie.


Nie mam po lekturze poczucia straconego czasu, bo czytało się to mimo wszystko przyjemnie (i szybko, bo jest krótka). Ale skończyłem tę książkę kilka dni temu, a już wiele rzeczy mi z niej uleciało. Czyli, gdybym jej wcale nie przeczytał, to pewnie niewielka byłaby różnica w moim czytelniczym życiu. Albo może nawet i nie byłoby żadnej różnicy?


No i tak to sprawdziłem co w we współczesnej rodzimej literaturze słychać i wracam chyba do klasycznych powieści gdzieś z początku XIX wieku.

5764244c-02f3-479b-a767-db1b03abd68d

Zaloguj się aby komentować