#fotografia #bialystok #mojezdjecie #vikingfoto

#fotografia #bialystok #mojezdjecie #vikingfoto

Zaloguj się aby komentować
Monte San Petru, górka na południu #korsyka nie jakaś super wysoka, bo tylko 1400m, ale najbliższą mi, tam od mojego miejsca zamieszkania, wiec siła rzeczy dość często tam bywam:)
Jakoś 2 tyg temu w prognozach miało być bezchmurne niebo, nie za bardzo to lubię, ale się wybraliśmy. Na wschód. Na parkingu faktycznie gwiazdy widać, ale po podejściu nieco wyżej bliżej szczytu widać, że chmury jednak sa, na sam szczyt dochodziliśmy w totalnym mleku, gdy już straciłem nadzieję na jakieś zdjęcia, chwilę po wschodzie ukazał się nam taki widok:) dosłownie w minutę wszystkie chmury się rozproszyly, coś jednak udało się uchwycić, mam nadzieję, że się podoba?;)
#nxofocia - # do obserwowania/czarnolistowania :)
#fotografia #mojezdjecie #azylboners


Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować
Podobno wrzosce juz kwitna, wiec wybralismy sie na wschod Slonca z Yuki na sprawdzona miejscowke w Lake District. W prawdzie Slonca nie udalo nam sie zobaczyc (jak prawie cale lato w tym roku) ale mamy za to dosyc dramatyczne niebo.
Psiur zadowolony
#samoyed #gory #fotografia #mojezdjecie #uk #psy #pokazpsa

Zaloguj się aby komentować
Rosiczka okrągłolistna (Drosera rotundifolia L.)
Wigierski Park Narodowy
#fotografia #tworczoscwlasna #mojezdjecie

Zaloguj się aby komentować
Muszę się do czegoś przyznać. W ostatnim wpisie mogliście odnieść wrażenie, że ot tak, w ostatniej chwili na lotnisku podjąłem decyzję, żeby leciec do Rio de Janeiro. W rzeczywistości decyzję podjąłem co najmniej 24 godziny wcześniej, ale jakoś tak uznałem, że we lepiej to będzie brzmiało we wpisie pod względem literackim (choć bardziej - grafomańskim). Taki suspens. No nieważne. W każdym razie docierając do wodospadów Iguazu faktycznie jeszcze nie miałem konkretnych planów i dopiero tam na miejscu dokonałem wyboru.
Z jednej strony polecano mi Florianopolis, jako idylliczną miejscówkę na lato dla Brazylijczyków. No ale była już wtedy jesień i temperatura tamże była odrobinę niższa niż bym sobie wymarzył na kąpiele w morzu.
Z drugiej strony, w dniu, w którym opuszczałem Foz do Iguaçu, w Sao Paulo grała Metallica i korciło mnie, żeby skoczyć na koncert. Z tym, że logistyka tego przedsięwzięcia jednak mnie pokonała - musiałbym znacznie skrócić wizytę przy wodospadach, a i tak mógłbym nie zdążyć na początek koncertu.
Zostało więc Rio de Janeiro - destynacja magiczna, działająca jak magnes. Nigdy nie sądziłem, że tam zawitam, bo zawsze wydawało mi się to abstrakcyjne. Zresztą mało o Rio wiedziałem - ot figura Chrystusa Zbawiciela, karnawał, plaże Copacabana i Ipanema oraz przestępczość znana czy to z YouTube czy z filmu Miasto Boga (przy okazji - cholernie polecam, jeśli ktoś jeszcze nie widział - niesamowity film). Sądziłem, że zostanę tam ze 2-3 dni i nara. Myliłem się.
Mój samolot lądował po zachodzie słońca. Gdy po 22 jechałem Uberem do mojego hostelu w dzielnicy Ipanema, przejeżdżaliśmy wzdłuż Copacabana. Mimo zmroku, na promenadzie wciąż było sporo roześmianych ludzi, na plaży zresztą też widziałem siedzące grupki. O! - pomyślałem - Czyli jednak nie jest tak niebezpiecznie jak do tej pory słyszałem.
Zameldowałem się w hostelu, wziąłem szybki prysznic i zszedłem do lobby kupić sobie zimne piwko. Pomyślałem, że będzie idealnie wypić je sobie na plaży, która była dosłownie 2 przecznice dalej - 2 minuty spacerem. Było chwilę po 23. Gdy już odchodziłem od lady z piwkiem w ręku, zrobiłem jedną z mądrzejszych rzeczy w życiu.
- Czy to jest ok, żeby pójść teraz z piwem na plażę? - zapytałem gościa z obsługi.
- NIGDY tego nie rób - jego twarz była śmiertelnie poważna - NIGDY nie chodź na plażę po zachodzie słońca.
- No ale przecież to raptem 150 metrów stąd. I dopiero co jechałem wzdłuż Copacabany i było tam wciąż sporo ludzi.
- Powtarzam, nigdy tego nie rób. To bardzo niebezpieczne. Zdarza się, że po 22 wciąż jest trochę ludzi na plaży, ale teraz spotkasz tam wyłącznie bandytów z faweli.
Zostałem więc w hostelu.
Następnego dnia postanowiłem tradycyjnie zaopatrzyć się w lokalną kartę SIM (tradycyjnie też straciłem na tym ponad godzinę, bo już tradycyjnie aktywacja karty obcokrajowców, mimo posiadania przy sobie paszportu, to jakiś hiper problem dla placówek operatorów). Później miałem na myśli planach wielkie nic, czyli kąpiele w oceanie oraz przejście całej Ipanemy i Copacabany (a jest co chodzić, bo to prawie 10 kilometrów plaż, a wracałem również pieszo).
Pomny ostrzeżeń z poprzedniego dnia, na ten spacer wyszedłem ubrany w szorty kąpielowe, koszulkę i japonki, a do tego zabrałem wyłącznie kartę Revolut plus odrobinę gotówki, które schowałem do kieszonki szortów zapinanej na zamek (uwielbiam te szorty właśnie dzięki temu) oraz ręcznik. Innymi słowy nie brałem niczego, czego nie żal byłoby mi stracić. Minusem oczywiście brak telefonu, a więc też możliwości robienia zdjęć, odnajdywania bieżącej pozycji na mapie lub zamówienia Ubera na powrót.
Za dnia plaża wydawała się bezpieczna. Było od cholery ludzi cieszących się słońcem, zarówno lokalsów jak i turystów. Co kilkadziesiąt metrów stał na plaży mały prowizoryczny stragan, w którym srzedawano napoje, przede wszystkim Caipirinhę w różnych odmianach smakowych (choć najbardziej smakowała mi ta tradycyjna - z limonką) i wielkościach (kubeczki o litrażu bodajże od 200 do 500 ml). Ten tradycyjny brazylijski drink był robiony na straganie na miejscu i oczywiście miałem lekkie obawy o to, czy mój układ pokarmowy wytrzyma zetknięcie z florą bakteryjną straganiarzy, ale teoretycznie każdy z nich mył ręce pod bieżącą wodą pociągniętą z węża, no i samo stężenie cachaçy, czyli rumu z trzciny cukrowej, było tak duże, że prawdopodobnie wybijało to wszystkie zarazki. W każdym razie nie zaszkodził mi ani jeden plażowy drink, a wypiłem ich trochę podczas mojego pobytu.
Copacabana kończyła się górą wyrastającą z morza na kilkadziesiąt metrów. Teoretycznie na szczyt prowadził jakiś szlak, ale nie miałem ochoty się tam telepać w japonkach. Moją uwagę przykuł natomiast skalny klif, z którego lokalsi skakali do morza. Miejsce, którego skakali było oddalone kilkadziesiąt metrów od brzegu, więc teoretycznie powinno tam być głęboko. Z drugiej strony klif nie był w pełni pionowy - opadał pod pewnym kątem do morza - więc w przypadku słabego wybicia lub poślizgnięcia się można się było stać bohaterem jednego z filmików na LiveLeak.
Skoki oddawano z dwóch punktów - niższego, znajdującego się jakieś 3 metry nad lustrem wody, oraz wyższego - miał on na oko z 5-6 metrów. Większość ludzi skakała z niższego punktu - większy budził najwyraźniej nieco respektu (zresztą nawet gdy ktoś z niego skakał, to na nogi). Obserwowałem te ryzykanckie zachowania myśląc sobie, że młodość ma swoje prawa i przede wszystkim toleruje wyższy próg ryzyka. Gdy jednak z klifu skoczyła na oko pięćdziesięciolatka o przepitym głosie, walnąłem mentalną pięścią w wyimaginowany stół i stwierdziłem, że nie mogę być gorszy
Podszedłem do niższego punktu i spytałem młodzianów, dlaczego zawsze czekają na pojawienie się wyższej fali przed skokiem - czyżby tylko wtedy nie ryzykowało się uderzenia o dno? Powód był jednak bardzo prozaiczny - im wyższa fala, tym wizualnie mniej straszny skok, bo nie wydaje się aż tak wysoko.
Po chwili wybiłem się i wylądowałem nogami w wodzie. Nie było to w sumie wyzwaniem, więc kolejny skok planowałem oddać na główkę (będąc w wodzie czułem, że faktycznie jest bardzo głęboko). Z tym, że powrót na górę był przygodą samą w sobie. Oczywiście można było płynąć kilkadziesiąt metrów do plaży i ponownie wejść na klif, ale lokalsi wybierali wchodzenie po linie przywiązanej do barierki i opadającej do morza. Lina miała zawiązane supełki, więc utrzymanie jej w mokrych rękach raczej nie było dużym wyzwaniem. Przy odrobinie siły i odpowiedniej technice (napieranie stopami prostopadle do skały) nie powinno to być specjalnie trudne. Z tym, że pojawiały się dwa niuanse.
Po pierwsze - zbocze skały było w dużej mierze porośnięte glonami czy innymi porostami, które będąc mokre stawały się cholernie śliskie i nie dawały absolutnie żadnego tarcia pod stopami. Trzeba więc było wcelować w te obszary skały, które pokrywały maleńkie muszelki. Te dawały doskonałe tarcie. Tak dobre, że przy nieuważnym ruchu można było sobie przeciąć lub zedrzeć skórę. Ok, nie było aż tak tragicznie i margines błędu był wyraźny, ale zdarzyło mi się kiedyś solidnie obedrzeć podeszwę od stopy na czymś podobnym i goiło mi się to z tydzień.
Problem drugi - fale. Te co prawda nie załamywały się jeszcze w tym miejscu (działo się to znacznie dalej) ale były masywne. Gdy taka większa fala przetaczała się wzdłuż klifu, człowiek znajdujący się w wodzie był pchany tam gdzie woda sobie tego życzyła. Gdy więc tylko widać było taką większą falę, a pływak jeszcze nie zdążył wejść co najmniej półtorej metra po linie, odrzucał ją wtedy i energicznie odpływał od ściany, żeby fala nie cisnęła nim o skałę i nie przeciągnęła po tej tarce ze skorupiaków. Takie większe fale przechodziły co kilkanaście lub kilkadziesiąt sekund, więc niekiedy powrót na górę zajmował z 3 minuty i wiązał się z kilkoma porzuconymi próbami wejścia.
Mi udało się wejść na górę względnie szybko, choć faktycznie musiałem odrzucić linę raz czy dwa, bo akurat przetaczała się taka większa fala. Lokalsi podpowiadali mi z góry kiedy odpuścić, a kiedy próbować. Dałbym pewnie radę i bez ich asysty, ale nie ukrywam - ich pomoc była miła.
Drugi skok wszedł już na główkę, a w trzecim przymierzyłem się do wyższego punktu. Było faktycznie trochę strasznawo, ale mieszanka polskiej krwi i brazylijskiej caipirinhi dodała mi animuszu
W okolicach zachodu słońca znów wyszedłem na plażę, tym razem już z telefonem, by uwiecznić genialne widoki, które rozposcierały się przed moimi oczyma. Czułem, że zostanę w Rio odrobinę dłużej niż 3 dni.
#polacorojo #podroze #riodejaneiro #mojezdjecie



Zaloguj się aby komentować
#fotografia #bialystok #mojezdjecie #vikingfoto

Zaloguj się aby komentować
Odwiedzil Cie pies
Daj pioruna aby poglaskac
#samoyed #uk #pokazpsa #fotografia #mojezdjecie #szkocja

Zaloguj się aby komentować
Pozdro dla wszystkich dobrych hejteròw z Holandii, dzisiaj na ruszcie g13 i lemon haze
#hejtojointclub #holandia #mojezdjecie

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Fotki z ostatniego wypadu w #bieszczady 📷
#podroze #podrozujzhejto #fotografia #mojezdjecie



Zaloguj się aby komentować
Moja ulubiona plaża na #korsyka ze swoją wizytówką, trójkątnymi skałami o zachodzie słońca
Jak się podoba, to wiecie co robić z #nxofocia
#fotografia #mojezdjecie #emigracja


Zaloguj się aby komentować
Po obejrzeniu wodospadów od strony argentyńskiej przyszła pora na widok z perspektywy brazylijskiej. Popatrzyłem na mapę i stwierdziłem, że może pójdę pieszo do punktu kontroli granicznej, oddalonego ledwie o 40 minut z buta i dalej złapię jakiegoś Ubera. Gość z recepcji hostelu popatrzył na mnie i beznamiętnym głosem powiedział - nie idź pieszo, to niebezpieczne. Doprecyzował potem, że w okolicach mostu, przez który miałem przechodzić, kręcą się niebezpieczni ludzie i to jest po prostu głupi pomysł, żeby ryzykować wędrówkę. Przyznam, że po kilku tygodniach spędzonych w ultra przyjaznej i bezpiecznej Patagonii moja czujność była zanadto uśpiona, więc ten komunikat przypomniał mi o moich pierwotnych obawach związanych z Ameryką Południową. W sumie to już dzień wcześniej, tuż po przyjeździe do hostelu, gdy zacząłem sprawdzać coś na telefonie idąc do sklepu znajdującego się dosłownie naprzeciw hostelu, po drugiej stronie ulicy, mój tajwański kolega spojrzał na mnie z trwogą i bardzo poważnie rzekł:
- Stary, co ty robisz? Nigdy nie wyjmuj telefonu z kieszeni, gdy jesteś na ulicy.
- No przecież idziemy jakieś 10 metrów, co się może stać.
- Zdziwiłbyś się.
Później opowiedział mi jeszcze o wyrobionym nawyku - nawet gdy musiał zerknąć w obcym miejscu na Google Maps czy dobrze idzie, zawsze wchodził najpierw do jakiejś knajpy na kilka sekund. Wydawało mi się to przesadną ostrożnością, choć z drugiej strony jakieś 20 lat temu w Polsce zachowywałem się podobnie wśród występujących gęsto rycerzy ortalionu.
Wracając do wodospadów po brazylijskiej stronie - dowiedziałem się, że można tam dojechać autobusem, który startował niedaleko hostelu, przejeżdżał przez punkt kontroli granicznej i jechał dalej bezpośrednio pod bramy parku narodowego (być może jeszcze zahaczając o lotnisko, które było tuż obok). Do autobusu wsiadałem sam, jako że mój kolega miał coś do załatwienia z rana - miał jednak dojechać niedługo później. Zastanawiałem się jak będzie wyglądać ta kontrola paszportów na granicy - jeśli wszystkich mieliby dokładnie sprawdzać, to przecież ten autobus stałby tam z godzinę. No i co jeśli ktoś jest sprawdzany trochę dłużej? Wszyscy czekają na jedną osobę? Autobus odjeżdża bez niej? Miałem poznać odpowiedzi już po kilku minutach.
Gdy dotarliśmy do punktu kontrolnego okazało się, że osoby planujące powrót tego samego dnia na stronę argentyńską miały po prostu pokazać paszport nie wychodząc z autobusu. Co innego ci, którzy w Brazylii mieli zostać dłużej lub udawali się na samolot. A tak się składało, że zaliczałem się do tej grupy, bo zaraz po obejrzeniu wodospadów chciałem udać się na lotnisko po brazylijskiej stronie i polecieć w siną dal. Musiałem więc wysiąść z autobusu i podejść do okienka w punkcie kontrolnym, a gdy tylko to się stało mój środek transportu odjechał. Zacząłem się lekko stresować, bo nie wiedziałem jak pojadę dalej. Najpierw jednak trzeba było dostać pieczątkę w paszporcie.
Przy okienku nie spędziłem zbyt wiele czasu, ale widziałem, że tuż obok jeden ze współpasażerow autobusu coś gorączkowo tłumaczył urzędnikom i łapał się za głowę. Zwróciłem uwagę na tego gościa jeszcze już wcześniej - około trzydziestoletni, dobrze zbudowany lokals z tatuażem na szyi, rozglądający się na wszystkie strony - z jakiegoś powodu nie budził mojego zaufania od samego początku. Będąc szczerym od razu typowałem go na potencjalnego złodzieja.
Gdy odprawa paszportowa zakończyła się i wyszedłem już po stronie brazylijskiej, pomyślałem sobie - no dobra, ale co teraz? Autobusu już nie było, a kolejny miał przyjechać chyba za godzinę. Nie chciałem tyle czekać. Żaden Uber jednak nie chciał zaakceptować mojego krótkiego w sumie kursu i tak stałem, nie mając pojęcia co dalej. Pomny słów gościa z recepcji hostelu, że pójście pieszo jest niebezpieczne, czułem że jestem w kropce. Przyznam, że było to delikatnie stresujące, zwłaszcza, że obok kręcił się ten podejrzany gość, którego straż graniczna mimo wszystko puściła dalej.
Przyuważyłem, że tuż obok punktu kontrolnego jacyś reporterzy właśnie skończyli nagrywać materiał i kierowali się w stronę zaparkowanego samochodu. Pospieszyłem do nich i spytałem, czy wiedzą jak mogę się stąd wydostać - liczyłem, że może mnie podwiozą na lotnisko albo gdziekolwiek indziej, skąd łatwiej byłoby łapać Ubera. Niestety rozłożyli bezradnie ręce. Widziałem jednak, że chcieli mi pomóc i może by nawet coś wykombinowali, ale nagle mój telefon zawibrował oznajmiając, że jeden z taksówkarzy zaakceptował mój kurs w stronę lotniska. Ufff, udało się.
Uber właściwie stał kawałek dalej na parkingu, więc poszedłem tam z moim bagażem. Gdy pakowałem mój duży plecak do bagażnika zauważyłem, że ten pieprzony podejrzany typ zaczął podbiegać do samochodu i wdał się w rozmowę z taksówkarzem, najwyraźniej pytając czy też może się zabrać ze mną na lotnisko. K⁎⁎wa - pomyślałem - po moim trupie! Na szczęście taksówkarz sam natychmiastowo mu pokiwał głową, coś tam odpowiedział, że nie jedziemy na lotnisko, więc tamten odszedł niepyszny.
Gdy już w końcu ruszyliśmy, zeszło ze mnie trochę ciśnienie. Taksówkarz coś tam mówił po angielsku, więc powiedziałem mu, że w sumie to jadę najpierw pod wodospady, ale jeśli dobrze zrozumiałem, to taksówki chyba nie mogą tam podjeżdżać, bo poprzedni kierowcy odrzucali ten kurs. Okazało się, że nie ma problemu i że może mnie podwieźć pod samą bramę parku - idealnie. Zwłaszcza, że cały ten kurs kosztował śmieszne 10 złotych.
Ośrodek wejściowy parku narodowego okazał się być bardzo dobrze zorganizowany i nowoczesny. Sporo uprzejmych i dobrze mówiących po angielsku ludzi z obsługi, którzy sami podchodzili, podpowiadali gdzie kupić bilety, informowali o której rusza parkowy autobus w stronę punktów widokowych itd. itp. Płatność kartą? Bez problemu. Przechowalnia bagażu? Oczywiście - w samoobsługowych szafkach będących pod nadzorem. Męczy głód? Jest bar/restauracja na miejscu. Zrobiło to na mnie bardzo pozytywne wrażenie i było miłą odmianą w stosunku do elementów chaosu zaznanych w ciągu ostatnich 2 dni.
My tu gadu gadu, a nawet nie poruszyłem tematu samych wodospadów. No więc tak jak po stronie argentyńskiej było dużo długich ścieżek prowadzących w różne miejsca, tak tutaj, po pokonaniu autobusem kilku kilometrów wysiadało się przy jednym z bodaj 3 punktów widokowych, oddalonych od siebie o może 15 minut marszu. I to wszystko.
Widoki wciąż były fajne, ale chyba jednak większe wrażenie zrobiła na mnie strona argentyńska. Po stronie brazylijskiej dochodziły jeszcze negatywne doznania związane z tłumem ludzi, którzy nie za bardzo mieli się gdzie rozproszyć na tym małym terenie.
Po spędzeniu przy wodospadach około 2 godzin uznałem, że czas ruszać na lotnisko. Podobny plan miał mój tajwański kolega, który w międzyczasie dołączył do mnie przy punktach widokowych. Nasze drogi jednak miały się rozejść - ja leciałem z Foz do Iguaçu, po stronie brazylijskiej, a on wracał do Argentyny do Puerto Iguzau, skąd miał łapać swój kolejny samolot. Jeszcze mnie trochę namawiał, żebym leciał z nim do Salty, niedaleko granicy z Oliwią, ja jednak czułem, że mój czas w Argentynie dobiegł końca i trzeba poeksplorować nowe rewiry.
No to ok, kończymy wpis, bo nic więcej już się nie miało prawa wydarzyć? Wystarczyło zamówić Ubera i podjechać te 3 kilometry na lotnisko za śmieszne pieniądze? Okazało się jednak, że wyjazd z parku okazał się nie lada wyzwaniem. Żaden z Uberów nie chciał zaakceptować mojego kursu. 20 minut próbowałem i nic - każdy odrzucał. Gdy jakieś Ubery podjeżdżały, wysadzając swoich pasażerów, każdy z kierowców rzucał mi kwotę rzędu 100 zł za podwózkę. A przypominam, że za dwukrotnie dłuższą trasę w te stronę płaciłem ok. 10 zł.
Jeździł też ten autobus publiczny, ale żeby do niego wsiąść trzeba było mieć gotówkę - reale brazylijskie, których nie miałem. Co prawda był bankomat na miejscu, ale pobierał horrendalną opłatę za wyciągnięcie gotówki. Buntowałem się przeciwko przeplacaniu, więc szukałem innej alternatywy.
Okazało się, że mojemu tajwańskiemu koledze któryś z Uberów zaakceptował trasę do punktu granicznego. Lotnisko było po drodze, więc umówiliśmy się, że po prostu poprosimy kierowcę o delikatny, kilometrowy objazd i sobie wysiądę. Podjechał samochód, zapakowaliśmy bagaże, przedstawiliśmy kierowcy naszą prośbę, a ten ku naszemu zdziwieniu nie chciał o tym słyszeć. Nie podjedzie na lotnisko, bo ma kurs do granicy. Próbujemy wytłumaczyć, że i tak aplikacja policzy za dłuższy przejazd, więc żeby się nie przejmował, ale ten twardo obstaje przy swoim. No chyba, że zapłacę mu 100 reali (około 100 złotych), to wtedy ok. Wkurzony mówię, że nic z tego, i żeby po prostu zatrzymał się po drodze na rondzie, z którego już sobie pieszo dojdę na lotnisko, ale ten gnojek tak samo nie chciał się zgodzić. Zamierzał mnie skasować tylko dlatego, że byłem gringo potrzebującym nie spóźnić się na samolot (na który, nota bene, jeszcze nie miałem biletu, ale to w tym momencie szczegół).
Skrajnie już wkurwiony wysiadłem z samochodu, wyjąłem mój duży plecak i powiedziałem koledze, że pieprzę to i pójdę pieszo na to lotnisko, a on ma już jechać, bo się spóźni na swój lot. Niechętnie, ale się zgodził. Nie chciał mnie zostawiać w takiej sytuacji, ale faktycznie się bardzo spieszył. Zdecydowanie odradzał mi pójście pieszo, ale czułem się tak wkurzony, że byłem gotów zmierzyć się z całą bandą zbójów w drodze na to lotnisko. Pożegnaliśmy się i życzyliśmy sobie powodzenia. Mieliśmy się już więcej nie zobaczyć, choć dwukrotnie byliśmy bliscy spotkania, a w jednym przypadku, w Cusco, rozminęliśmy się ledwie o 3 godziny.
Gdy ruszyłem energicznym krokiem spod parkingu drogą prowadzącą w kierunku lotniska, zaczęło trochę padać. To mnie w żaden sposób nie zmartwiło, bo byłem przygotowany na deszcz. Zaczęła mnie jednak opuszczać pewność, że nic mi nie grozi. Po paruset metrach zdałem sobie sprawę, że idę poboczem drogi pośrodku niczego i de facto jestem ultra łatwym celem dla kogokolwiek, kto chciałby się połasić na moje rzeczy lub życie. Z niepokojem obserwowałem każdy mijający mnie samochód. Było ich niewiele, ale to tylko wzmagało uczucie niepewności - wystarczyłoby, że któryś by się zatrzymał i mógłbym zostać skrojony bez żadnych świadków.
Szedłem tak przypominając sobie wszystkie obejrzane filmiki z napadów w Brazylii i przeklinałem sam siebie za głupią decyzję pójścia samotnie taką drogą. A dlaczego? Bo żal mi było stu złotych. Bo czułem, że to skrajnie niesprawiedliwa stawka. Dureń!
Starałem się iść tak energicznie i pewnie jak to było możliwe. Chciałem by moja sylwetka komunikowała jasno - oto idzie niebezpieczny skurwol - to on jest zagrożeniem, a nie wy, mierne rzezimieszki. Trochę mnie to podnosiło na duchu, ale to była tylko rozpaczliwie postawiona fasada, za którą skrywał się lekko panikujący turysta, który dałby wiele, żeby cofnąć czas i jednak dać się oskubać temu taksówkarzowi.
Ciężko opisać uczucie ulgi, którego doznałem, wchodząc w końcu do budynku lotniska. Ostatecznie jednoznacznie stwierdzam, że to była głupia decyzja, mimo przyfarcenia. Z drugiej strony mój tajwański kolega zdradził później, że po dotarciu do granicy i przejściu kontroli musiał zmieniać taksówkę jeszcze dwa razy i że zdarli z niego cholernie dużo kasy. No ale zakładam, że poza wkurwieniem nie odczuwał aż takiego strachu jak ja przez te 40 minut.
A więc byłem na lotnisku i mogłem lecieć dalej. Śmieszne, bo docierając do Puerto Iguazu zaledwie dwa dni wcześniej wciąż nie miałem pojęcia dokąd się udać. Jedyne co wiedziałem, to że w końcu chcę dostać się do Peru i zobaczyć Machu Picchu. Z tym, że można jeszcze było w sumie wpaść gdzieś po drodze. Podszedłem do kas biletowych i powiedziałem:
- Poproszę o bilet do Rio de Janeiro.
#polacorojo #podroze #brazylia #mojezdjecie





Zaloguj się aby komentować
Z magicznej, górzystej i chłodnej Patagonii przeniosłem się w całkowicie inny rejon Argentyny - w substropikalną parną... już chciałem napisać Amazonię, ale gdzie Rzym, gdzie Krym, a raczej gdzie Amazonia, gdzie wodospady Iguazu - do najbliższego punktu leżącego w dorzeczu Amazonki dzieliło mnie jakieś 1500 km, a więc kawał drogi (choć uczciwie trzeba przyznać, że z Krymu do Rzymu jest jednak zdecydowanie dalej). W każdym razie było tropikalnie i dżunglowato.
W Puerto Iguazu wylądowałem z moim dwumetrowym tajwańskim kolegą, który dość spontanicznie wsiadł ze mną do samolotu w Bariloche. Właściwie obaj czuliśmy się dość wyobcowani w tym nowym miejscu. Z jednej strony zupełnie inny klimat, z drugiej jakoś tak nawet obsługa i goście hostelu, w którym się zatrzymaliśmy, wydawali się niezbyt przyjaźni. Nie miałem ochoty zostawać w tym mieście dłużej, niż to było konieczne. A konieczność sprowadzała się do zobaczenia wodospadów.
Co warto wspomnieć, wodospady znajdują się na granicy Argentyny i Brazylii oraz można je podziwiać z dwóch różnych stron - dwóch różnych państw. Tak na dobrą sprawę tuż obok jest jeszcze granica z Paragwajem, ale ten akurat dostępu do wodospadów nie ma.
Słyszałem wcześniej, że wodospady warto zobaczyć z obu stron, bo wrażenia są bardzo odmienne. Na pierwszy ogień szła więc strona argentyńska, a dzień później mieliśmy zaplanowane przekroczenie granicy i obejrzenie wielkiej wody z perspektywy brazylijskiej.
Do wodospadów po "naszej" stronie można się było dostać dość łatwo - wystarczyło wsiąść w autobus i podjechać do bram parku narodowego. Dalej prowadziły liczne ścieżki piesze, którymi można było dojść do rozmaitych wodospadów zasilanych przez rzekę. Warto wspomnieć, że liczba strug liczy sobie 275, a więc jest to bardziej olbrzymi kompleks wodospadów aniżeli pojedynczy kolos.
Nas interesował przede wszystkim główny punkt widokowy, nazywany Garganta del Diablo (gardło diabła) - kładka na rzece prowadząca na skraj bodajże największego uskoku, przez który przewala się najwięcej wody. Wiedzieliśmy, że jest to cholernie popularne miejsce, dlatego do parku przyjechaliśmy praktycznie na otwarcie i naszym celem było dotarcie w to gardło diabła przed dzikimi tłumami.
Spod wejścia do parku prawie pod sam punkt widokowy wiodła wąskotorowa kolejka szynowa zabierająca na pokład kilkudziesięciu pasażerów. My jednak zamiast zabrać się pierwszym kursem postanowiliśmy przechytrzyć system i iść szlakiem pieszym prowadzącym wzdłuż torów. Niby miało to zająć ponad 20 minut, ale wiedzieliśmy, że dzięki temu dotrzemy na miejsce przed kolejką, która miała ruszać dopiero za kwadrans. Plan udał się idealnie, bo mieliśmy praktycznie 10 minut podziwiania tego potężnego zbioru wodospadów w towarzystwie ledwie kilku innych osób. Później jednak na kładkę wgramoliło się kilkadziesiąt osób z kolejki i magia prysła, więc udaliśmy się na inne ścieżki wiodące po parku, pod inne strugi wodospadów. Zanim tam się jednak przeniesiemy, drogi czytelniku, nadmienię jeszcze, że drobinki wody unoszące się przy Garganta del Diablo działają jak deszcz i nie da się przejść na sucho tej kładki - większość turystów albo ubiera foliowe poncho, albo przywdziewa kurtki przeciwdeszczowe. Ja dla odmiany po prostu zdjąłem i schowałem do plecaka koszulkę, bo było dość gorąco
Pozostałe strugi wodospadów nie robiły już może takiego wrażenia, ale wciąż były piękne. Dodam tutaj, że kilkadziesiąt lat temu były jeszcze piękniejsze - woda w rzece i w wodospadach była przejrzysta i klarowna, ale masowa wycinka drzew w górnym biegu rzeki spowodowała, że woda zaczęła wypłukiwać glebę i materiał skalny oraz nieść go ze sobą, powodując takie a nie inne zabarwienie rzeki. Szkoda. Może za kilkadziesiąt lat wodospady odzyskają utracony blask. Na razie jednak się na to nie zanosi, patrząc na kontrowersyjne decyzje rządów brazylijskich pozwalających na dalsze wycinanie dziewiczej puszczy amazońskiej i nie tylko.
A teraz anegdota, o którą nikt nie prosił, ale się podzielę. Przy jednym z wodospadów stwierdziłem, że wlezę sobie na trudno dostępny głaz stojący nad wodą, do czego użyłem moich skromnych zdolności wspinaczkowych. Podczas powrotu na ścieżkę, gdy wciąż trzymałem się rękoma skały, nagle poczułem bardzo bolesne ukłucie w palec. Po chwili zobaczyłem co mnie użądliło - wielki czerwony owad przypominający osę, choć rozmiarami dorównujący szerszeniowi. Najwyraźniej nieopacznie chwyciłem dłonią tego fragmentu skały, na którym to cholerstwo akurat przebywało.
Nie powiem, zestresowałem się trochę, bo nie miałem pojęcia co to jest za owad, jak bardzo toksyczny ma jad i czy jestem w jakimś realnym niebezpieczeństwie. Niby alergii na jad pszczoły i osy nie mam, ale to był mimo wszystko zupełnie inny owad. Zrobiłem mu na szybko zdjęcie, żeby później pokazać je komuś, kto się lepiej zna na okolicznej faunie. Tak się złożyło, że wraz z kolegą jakieś 15 minut wcześniej spiknęliśmy się podczas robienia fotek z pewną Brazylijką, która pracowała od niedawna w... punkcie medycznym na terenie tego właśnie parku - tego dnia miała jednak wolne i po raz pierwszy wybrała się obejrzeć wodospady. Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności. Babka obejrzała mój palec oraz zdjęcie owada, zaleciła się nie przejmować za bardzo, a przy wyjściu z parku zaprosiła jeszcze do punktu medycznego, gdzie mimo dnia wolnego posmarowała mi opuchliznę maścią o działaniu antyhistaminowym. Wiem, że dla niektórych zabrzmi to jak wstęp do pornola, ale na tym się skończyło
Pozwólcie, że wycieczkę na stronę brazylijską opiszę w kolejnym wpisie, być może już jutro. Trochę tam będzie tekstu o kłopotach na granicy i związanych z taksówkami, a nie chcę się was teraz zanudzać aż taką ścianą tekstu. No i zdjęć mam sporo, więc znacznie łatwiej będzie je podzielić na dwa osobne wpisy.
#polacorojo #podroze #argentyna #mojezdjecie





Zaloguj się aby komentować
Kilka zwierzaków z Transalpiny i Transfogaraskiej
#fotografia #mojezdjecie #podroze #rumunia





@roadie te niedźwiedzie są jak laski w LA na Figueroa Street
Zaloguj się aby komentować
Wielki Kack.
#fotografia #tworczoscwlasna #mojezdjecie #gdynia #zachodslonca

@Astro Dokładnie tutaj: z tej ścieżki, w kierunku północny-zachód mniej więcej : https://www.google.pl/maps/place/54%C2%B027'32.2%22N+18%C2%B029'36.3%22E/@54.4589511,18.4908291,949m/data=!3m2!1e3!4b1!4m4!3m3!8m2!3d54.458948!4d18.493404?entry=ttu
eee, nie wiem dlaczego podgląd wyświetla... Białoruś
Zaloguj się aby komentować
Kolibki w Gdyni.
#fotografia #tworczoscwlasna #mojezdjecie #gdynia #zachodslonca

Zaloguj się aby komentować
Zdjęcie z roku 2020 robione telefonem OnePlus 6, za Gdynią na drodze Wiczlińskiej.
#fotografia #tworczoscwlasna #mojezdjecie

Zaloguj się aby komentować
Kupa kamieni,
Pobitite Kamani, Bulgaria
#podroze #fotografia #bulgaria #mojezdjecie





Zaloguj się aby komentować
Opuszczona szkoła gdzieś w Bułgarii, nieplanowany mini urbex
#bulgaria #fotografia #mojezdjecie #podroze





Zaloguj się aby komentować