Ciekawa postać. Jakby stojąca nieco z boku głównego nurtu. Facet po przejściach, na koncie odsiadka, kupa dzieciaków z różnymi kobietami, ból życia itp. klimaty.
Okres fascynacji bluesem już za mną. Mam ładną kolekcję wykonawców w bibliotece, ale wracam do nich raczej rzadziej i przy konkretnych okazjach tylko. A zespoły takie, jak na przykład All Them Witches, które mają wspaniałe wstawki bluesowe, jednak mi tu nie pasują. Choć prywatnie wygrywają. Mam na szczęście jedną płytkę, do której lubię sobie wrócić.
Trafiłem na nią będąc już poza bluesowym wianuszkiem koncertowym, nie nurkując często w tych klimatach. Ktoś tam na r/blues polecał. No i siadło od razu i to na paru frontach. Przede wszystkim kompozycje są przystępne (ale nie proste). Czy to autorskie utwory, czy covery, dla ucha odzwyczajonego od bardziej pogłębionych bluesowych plumkań, są idealne. Z drugiej też strony nie ma tu maniery, przez którą poniekąd odszedłem od kolejnych odsłuchów innych wykonawców, których tam miałem - nie dzieje się tu aż tyle. Czasem przy innych albumach aż pieni się z tych słuchawek, tyle muzycy chcą upchnąć na każdą sekundę. A tutaj klasa. No i chyba najważniejsze, aspekt "live" działa tu pięknie. Momentalnie przypominają mi się najlepsze koncerty pod gołym niebem, ciepłe piwo, wspaniałe chwile.
Trudne się wylosowało w tej edycji, blues jakoś nigdy nie był bliski mojemu sercu. Jest jednak jeden film braci Coen, do którego podszedłem z dużą rezerwą a wypalił się w mojej świadomości na zawsze - "O Brother, Where Art Thou?".
Moja propozycja do kolejnej edycji #kacikmelomana to oficjalny soundtrack z tego filmu.
O Brother, Where Art Thou? - OST (2000)
George Clooney niestety sam nie zaśpiewał na soundtracku ale uważam że odnalazł się idealnie w roli Ulyssesa (najlepiej wypada w filmach gdzie może się trochę powygłupiać), jego występ jest genialnym uzupełnieniem albumu.
Sam album zionie upałem i klimatem przedwojennego Missisipi, jest folkowy i melancholijny w najlepszy sposób.
Stoi za nim potężna dawka humoru i obce jest mu zadufanie typowe dla niektórych muzyków tego nurtu.
Na Kingfisha trafiłem w doskonałej książce "Swoją drogą" Tomka Michniewicza, autor spełnia marzenie swego ojca który jest bluesmanem w wolnych chwilach, zabierając go w podróż po klubach i rozstajach dróg (gdzie jak wiadomo można spotkać diabła) w Nowym Orleanie. W jednym z legendarnych klubików słuchają Kingfisha, który jawi sie jako kolejna inkarnacja BB Kinga. Do tytułowego utworu mam bardzo osobisty stosunek ten kawałek siadł mi doskonale w momencie kiedy zbierałem sie do kupy po zakończonym ale bardzo ważnym związku. Siadł jak złoto , To soczysta perełka prosto z New Orleans, kolebki blusa
Larkin Poe założyły dwie siostry Rebecca (główny wokal, gitara, mandolina) i Megan (gitara lap steel, chórki) Lovell. Co ciekawe twierdzą, że Larkin Poe to ich przodek, który też był przodkiem Edgara Alana Poe, co czyni Edgara ich pradziadkowójkiem czy jakoś tak. Grają od 2010 roku. Nagrały siedem płyt a "Blood Harmony" to ich siódma płyta. Jedenaście energetycznych jak na bluesa kawałków, a w nich charakterystyczna gitara lap steel i ciemny w barwie wokal. Sympatycznie się słucha.
Najpierw bonus. Kawałek, spoza płyty, nie tak bluesowy jak płyta:
Moja propozycja w kategorii blues do #kacikmelomana
Wykonawca: Leszek Winder
Tytuł: Bezdomne psy
Rok Wydania: 1988, materiał zarejestrowany w dniach 6-9 listopada 1986 roku
Gatunek: #blues
Nie jestem fanem bluesa, podobno do tego trzeba dojrzeć tak jak w przypadku jazzu. Dojrzałość jazzową osiągnąłem w wieku 20 lat. Blues - powiedzmy że zaczynam kumać bazę. Album odkryłem 3 lata temu, jeden z kawałków usłyszałem w jakimś polskim filmie jako podkład muzyczny. Kupiłem winyl i katowałem tą płytę dobry miesiąc.
Wg Wikipedii album był hołdem dla Krzysztofa Kaniuta (szukałem nie znalazłem). Sam Winder to oczywiście członek zespołu "Krzak".
Płytę dosłownie się połyka. Materiał wciąga, kolejne kawałki tworzą spójną całość. Można odnieść wrażenie że to nie do końca jest blues.
O bluesie wiem nie wiele. Nigdy się zbytnio nie zagłębiałem. Chcąc uczestniczyć w aktulanym #kacikmelomana trochę pokopałem i tak o to przedstawiam wam panią Maki Asakawe. Japońska woklalistka, kompozytorka muzyki blues jak i jazz. Wiki pisze, że była znana jako królowa undergroundu w Japonii.
Do Blue Spirit Blues (tak jak do innego jej albumu) przyciągnął mnie lekko zachrypnięty głos Maki. Jeśli chodzi o warstwę instrumentalną to dominuje tutaj gitara. Same aranżacje też są niczego sobie chociażby numer 3 na płycie (trochę awangardowy). Mimo, że nic nie rozumiem o czym tutaj jest śpiewane to wszystko wydaje się lekko melancholijne.
Edit: Jestem gamoniem. Napisałem, że polecam pierwszą piosenkę Odpadam. A tak na prawdę ona jest trzecia. A pierwsza to oczywiście "Żagle tuż nad ziemią"