K⁎⁎wa... Dzisiaj, pierwszy raz od czterech lat od śmierci ojca, zatęskniłem za nim...
Kochał swoją rodzinę w bardzo specyficzny sposób, np. robiąc długi, kupując głupoty mówiąc "że przecież on to wszystko dla nas". Pił, ale nie bił, miał swoje demony z którymi próbował walczyć. Nie raz stanęliśmy sobie do gardeł, zdarzyło nam się kiedyś nawet "skrzyżować" ręce, ale nic wielkiego nigdy z tego nie wynikało...
Kiedy już wyprowadziłem się z domu, a on sam przeszedł na emeryturę i zwolnił, polubiliśmy się, można by nawet powiedzieć, ze zaprzyjaźniliśmy się.
Będąc w domu rodzinnym, wpadałem z piwkiem i mieliśmy taki zwyczaj, że siadaliśmy (zwykle latem) na balkonie i słuchaliśmy bluesa i jazzu. To on zaraził mnie muzyką.
Katował mnie B.B. Kingiem i innymi starociami, ale kiedy puściłem mu poniższy kawałek zwariował i do końca swoich dni często słuchał Johna Mayera.
Do tego stopnia, że na pogrzebowej ceremonii puściliśmy mu w ostatniej drodze kawałek "Gravity", ale wrzucę tu ten który mocno nas połączył. B.B. Kingd też poleciał przy trumnie - "Thrill Is Gone".
Ciekawa postać. Jakby stojąca nieco z boku głównego nurtu. Facet po przejściach, na koncie odsiadka, kupa dzieciaków z różnymi kobietami, ból życia itp. klimaty.
Okres fascynacji bluesem już za mną. Mam ładną kolekcję wykonawców w bibliotece, ale wracam do nich raczej rzadziej i przy konkretnych okazjach tylko. A zespoły takie, jak na przykład All Them Witches, które mają wspaniałe wstawki bluesowe, jednak mi tu nie pasują. Choć prywatnie wygrywają. Mam na szczęście jedną płytkę, do której lubię sobie wrócić.
Trafiłem na nią będąc już poza bluesowym wianuszkiem koncertowym, nie nurkując często w tych klimatach. Ktoś tam na r/blues polecał. No i siadło od razu i to na paru frontach. Przede wszystkim kompozycje są przystępne (ale nie proste). Czy to autorskie utwory, czy covery, dla ucha odzwyczajonego od bardziej pogłębionych bluesowych plumkań, są idealne. Z drugiej też strony nie ma tu maniery, przez którą poniekąd odszedłem od kolejnych odsłuchów innych wykonawców, których tam miałem - nie dzieje się tu aż tyle. Czasem przy innych albumach aż pieni się z tych słuchawek, tyle muzycy chcą upchnąć na każdą sekundę. A tutaj klasa. No i chyba najważniejsze, aspekt "live" działa tu pięknie. Momentalnie przypominają mi się najlepsze koncerty pod gołym niebem, ciepłe piwo, wspaniałe chwile.
Trudne się wylosowało w tej edycji, blues jakoś nigdy nie był bliski mojemu sercu. Jest jednak jeden film braci Coen, do którego podszedłem z dużą rezerwą a wypalił się w mojej świadomości na zawsze - "O Brother, Where Art Thou?".
Moja propozycja do kolejnej edycji #kacikmelomana to oficjalny soundtrack z tego filmu.
O Brother, Where Art Thou? - OST (2000)
George Clooney niestety sam nie zaśpiewał na soundtracku ale uważam że odnalazł się idealnie w roli Ulyssesa (najlepiej wypada w filmach gdzie może się trochę powygłupiać), jego występ jest genialnym uzupełnieniem albumu.
Sam album zionie upałem i klimatem przedwojennego Missisipi, jest folkowy i melancholijny w najlepszy sposób.
Stoi za nim potężna dawka humoru i obce jest mu zadufanie typowe dla niektórych muzyków tego nurtu.