Książkę czytałem dwa razy, więc właściwie ten sens był głównie próbą porównania. Na początku nieco protestowałem, bo usunęli cały proces zrozumienia co się dzieje, ale w sumie to nie serial, żeby można było na to poświęcić 50 minut. Z drugiej strony pozbyli się wielu ziemskich wątków z książki, które w sumie nie miały zbyt wielkiego znaczenia. Generalnie udało im się z tego zrobić całkiem miłe kino - Gosling na pewno w tym mocno pomógł (w książce Grace nadrabiał naukowym podejściem, a nie humorem, ale w kinie to nie przejdzie).
Zdecydowanie wolę książkę - różne zdziwienia i odkrycia, uczenie Rockiego rzeczy, o których nie miał pojęcia - coś dla mnie [oczywiście pomijając mnóstwo różnych problemów i nieścisłości, bo Erydian nie powinno tam w ogóle być, ale w sumie lepsze to niż Marsjanin]. Muszę przyznać, że zrobili całkiem ładny i udany obraz z tego.
Czy wrócę do tego filmu? Raczej nie.
i dawno nie oglądałem filmu, przy którym nie rozpraszał bym się telefonem albo innym badziewiem a tutaj pomijając jakieś przerwy na coś do picia czy siku pochłonąłem to praktycznie w całości.
Klimat tamtych czasów bardzo dobrze pokazany, podobnie jak główna rola bardzo dobrze zagrana, takie mam wrażenie. To do czego mam uwagi to fakt, że nie pokazano wielu ważnych momentów z życia Chopina, a niektóre z tych, które pokazano nieco zmieniono. Generalnie film godny polecenia, ale jeśli się wgłębić w biografię Fryderyka Chopina, to widać dużo ubytków.
28 lat później – Część 2: Świątynia kości to jest dla mnie proble, bo ten film to dosłownie dwie zupełnie różne produkcje sklejone w jedną całość.
Pierwsza połowa to czyste 2/10. Słabizna i głupota. Jasne, można zrozumieć, po co twórcy to nakręcili i co chcieli tym fragmentem zbudować, ale wyszło to okropnie. Nie znoszę filmów, które pokazują bezmyślne okrucieństwo tylko po to, żeby zaszokować widza – od razu przypominają się najgorsze momenty z serii Hostel. Co gorsza, tutaj ten cały sadyzm nie był nawet nakręcony w jakiś efektowny czy widowiskowy sposób. Było po prostu szaro, nudno i bez pomysłu.
Za to druga połowa? Wszystko zmienia się o 180 stopni, kiedy na ekranie zaczyna dominować Ralph Fiennes. Gość jest po prostu genialny. Wizualnie wygląda jak totalny wariat i sam szatan, ale jego zachowanie to czysta klasa – działa jak zimny, kalkulujący (i nieco szalony) naukowiec. I to jest dokładnie to, czego najbardziej brakowało w obu filmach z tej serii. Najłatwiej jest przecież pokazać upadek cywilizacji, krew i ludzi skaczących sobie do gardeł. Prawdziwą sztuką w kinie postapokaliptycznym jest pokazanie sensownej próby ratowania tego świata, która ma ręce i nogi. Fiennes wnosi do tej historii upragnioną logikę i totalnie ratuje drugą część seansu.
Ten film to niesamowity rozkrok. Jeśli oceniać go przez pryzmat całości, to równe połówki dają nam coś w okolicach mocnego średniaka. Ale ze względu na drugą część i popis Fiennesa, po prostu trzeba to zobaczyć – nawet jeśli przez pierwsze kilkadziesiąt minut trzeba mocno zgrzytać zębami.
Wizualnie to jest absolutny kosmos – dosłownie i w przenośni. Illumination znowu dowiozło niesamowite kolory, a galaktyczne światy, planety i całe Obserwatorium Komety wyglądają obłędnie. Dla fanów gier upchnięto tutaj taką masę smaczków, że momentami można dostać oczopląsu. Pojawienie się Rosaliny (w oryginale z głosem Brie Larson), uroczych Lumasów, Bowsera Jr. z jego pędzlem, a nawet takich niespodzianek jak Honey Queen czy Wart sprawia, że wyłapywanie tych wszystkich detali w tle daje chyba nawet większą frajdę niż samo śledzenie fabuły. No i Yoshi oraz Luigi w stroju żaby robią świetną robotę.
Problem polega na tym, że twórcy trochę przesadzili z ilością postaci i wątków. Przez to, że chcieli pokazać absolutnie wszystko na raz, scenariusz stał się strasznie chaotyczny i rwany. Historia o ratowaniu porwanej Rosaliny jest do bólu prosta i momentami ma się wrażenie, że to po prostu zlepiona seria ładnych animacji, które pędzą na złamanie karku. Pierwsza część z 2023 roku miała jednak trochę lepiej poukładane tempo.
Mimo wszystko, jeśli szukasz czegoś totalnie bezspinowego na wieczór z dzieciakami, gdzie Ty będziesz się cieszył z nawiązań do gier z dzieciństwa, a reszta rodziny dostanie piękną, kolorową rozrywkę, to ten film idealnie spełni swoje zadanie. Solidne 6/10 – wizualna uczta, która fabularnie trochę nie domaga, ale i tak warto sprawdzić.
Nie polecam tego filmu dość wrażliwym ludziom. Film jest przygnębiający, przeraźliwie smutny, z dość bezsilnym przekazem - już mi się robi smutno gdy o tym piszę.
To film o traumie - głębokiej, najgłębszej wręcz, która tyka niczym bomba w ciele człowieka, w którym mało już zostało tego człowieka co kiedyś.
Film nie pokazuje nam wszystkiego, bo trafiamy w środek egzystencji powojennej Róży, i jej męża Juliusza. Możemy tylko domyślać się, z pozostawionych tropów, że Róża spodziewała się po wojnie, że jej mąż nie żyje i szukała już bliskości z pewnym profesorem. Ale Juliusz wrócił, ocaleniec z obozu koncentracyjnego. Tyle, że to nie jest ten sam Juliusz co kiedyś. To praktycznie wrak człowieka, niewiele zostało z tego wspaniałego ukochanego przecież.
Róża więc trwa przy swoim mężu, chociaż przypomina on bardziej niepełnosprawne dziecko niż prawdziwego dorosłego, nie chcąc go jeszcze bardziej skrzywić, chociaż profesor zaczyna nalegać by kobieta wybrała pomiędzy nim a mężem. Róża jednak ma sporo empatii dla Juliusza i nie umie podjąć decyzji.
Dużym wsparciem dla Julka jest ich gosposia, która w sumie mówi do niego jak do dziecka. Julek potrafi całkiem sporo, może pójść do sklepu, uśmiecha się, czasem wydaje się, że tli tam się iskra nadziei na powrót dawnego mężczyzny. Ale to ułuda. On jest już tak zniszczony, że byle wspomnienie może znów zamienić go w obłąkańca.
Juliusz (tego też domyślamy się ze scen, nie jest powiedziane nigdzie wprost) był ofiarą ssmanów, którzy lubili "zabawiać się" znęcaniem nad więźniami - na przykład kazali im tańczyć w kółko aż padnie ostatni - i tym ostatnim, który walczył o życie był właśnie Juliusz. I cóż, może uratował życie, ale tylko fizyczne. W środku siedzi już tylko roztrzaskana na kawałki dusza o ranach, których nie da rady opatrzyć.
Bardzo, bardzo smutny film... Jeszcze nie widziałam tak mocnego przekazu o traumie powojennej.
Co prawda czasy Wielkiej Rewolucji Francuskiej to nie moja bajka i nie rozumiałam do końca powiązań, spraw, i ogólnie historycznych i politycznych powiązań w tym filmie, ale nie przeszkadzało mi to oglądać obrazu z zachwytem.
Wielu zachwyca się rolą Depardieu w tytułowej roli, ale dla mnie sztos-aktorem tego tytułu był Wojciech Pszoniak jako Robespierre. Zresztą same rozmowy Dantona z Robespierre to bezsprzecznie najlepsze fragmenty filmu.
Nie ma tam dużo akcji, za to dużo gadania, kombinowania jak pozbyć się Dantona i jego kolesiostwa (fun fact: Robespierre'a i jego stronników grają Polacy, zaś "dantonistów" - Francuzi).
Nie ma tam miejsca na nic innego, oprócz politycznych rozgrywek. Żadnych miłostek, pobocznych wątków.
Sprawa toczy się o kształt demokracji, a jednak mamy na koniec wrażenie, już po zgilotynowaniu Dantona, że to puste hasła, a równość to tylko demagogia, za którą kryją się polityczne i brutalne szachy, nie ma w tym żadnej chwały - jeden z dantonistów, mimo że ma żonę i świeżo urodzone dziecko i boi się śmierci, to jednak mimo, że ma wybór - może uratować skórę - postanawia zginąć razem z kolegami, chociaż każdy mówi - ratuj się ty chociaż.
Tylko potem Robespierre choruje fizycznie złożony w łóżku na wyrzuty sumienia.
Oprócz potyczek słownych dwóch szefów rewolucji i scen w sądzie, jedną z najbardziej wstrząsających scen jest śmierć Dantona. Koniec końców symbolem wielkiej rewolucji stała się także przecież gilotyna.
Polecam, nawet jeśli mało się zna historyczne podstawy - jak ja - to film ogląda się z szeroko otwartymi oczami. Aktorzy są poprowadzeni mistrzowsko, ogląda się wybornie, ale w końcu to dzieło pana reżysera Wajdy, więc co się dziwić.
Brian L. Roberts to amerykański biznesmen pochodzenia żydowskiego który jest prezesem Comcast Corporation czyli największej korporacji mediowej na świecie. Firma ta jest właścicielem NBCUniversal czyli studia które we współpracy z reżyserem Christopherem Nolanem tworzyło obecnie film "Odyseja". Z ciekawostek na jego temat można się dowiedzieć, że regularnie uczestniczył w zawodach na Olimpiadzie Machabejskiej czyli Izraelskim odpowiedniku Olimpiady.
An All-Lithuanian squash player, Roberts competed in the Maccabiah Games in Israel, earning a gold medal with the U.S. squash team in the 2005 Maccabiah Games, and silver medals in the 1981 Maccabiah Games, the 1985 Maccabiah Games, the 1997 Maccabiah Games, and the 2009 Maccabiah Games. On October 21, 2012, Roberts was honored by Maccabi USA as a 'Legend of the Maccabiah.
Olimpiada w samej swojej nazwie nawiązuje do ważnego wydarzenia historycznego, a mianowicie Powstania Machabeuszów które było odbyło się pod przywództwem Judy Machabeusza i było wymierzone przeciwko w hellenistycznej dynastii Seleucydów
Powstanie Machabeuszów, również powstanie hasmonejskie– żydowskie powstanie narodowowyzwoleńcze w latach 167–160 p.n.e., skierowane przeciwko rządzącej z Syrii hellenistycznej dynastii Seleucydów. Powstanie wybuchło wskutek wydanego przez Antiocha IV rozkazu wybudowania w Świątyni Jerozolimskiej ołtarza Zeusa i stworzenia przez niego aparatu urzędniczego, który miałby pilnować składania mu ofiar.
@Opornik elon musk się rzucał że Helena, według legend "najpiękniejsza kobieta na ziemi" jest w filmie czarna i że nikt by jej nie uznał za najpiękniejszą (tu racji) i że Nolan obsadził ją tylko po to żeby dostać nagrody typu Oscar
Helena Trojańska według Nolana - Lupita Nyong’o
Choć bardzo pasuje mi tu komentarz pod zdjęciem - Helen od Detroit 🥸
#filmy #odyseja #nolan #notorasizm
@WujekAlien przeciętny Amerykanin to łyknie i będzie potem powtarzał głupoty że starożytni Grecy byli czarni. Tak samo potem będą chodzić i gadać że w średniowieczu pół Europy było czarne, pół Azji było czarne bo przecież każdy bohater z ich filmu był czarny. Zupełnie nie będzie im przeszkadzać taki szczegół że filmy na netflix to jedyne źródło ich wiedzy o świecie. I wiecie, człowiekowi z jakimś tam minimalnym intelektem takie ruchy jak zakłamywanie historii pod publikę wydają się głupie. Ale to się finansowo opłaca, inaczej by tego nie robili. Tak to działa. A dzięki takim zabiegom ludzie będą coraz glupsi ...