Przegryw piwniczak* życzy sobie, aby Juleczka z pracy się w nim zakochała i ma problem, gdy okazuje się, że zamiast szarej myszki dla anonka, dostał psychopatyczną borderkę.
Nie lubię współczesnych horrorów, bo zazwyczaj robią z widzów idiotów, ale tutaj ostatecznie wszystko ładnie się spięło (chociaż było parę drobnych dziur fabularnych). Twórcy mieli pomysł i wiedzieli jak go dowieźć. No i świetnie dobrali odtwórczynię głównej roli, kreacja panny Navarrette wyszła naprawdę creepy bez popadnięcia w niezamierzoną parodię.
In plus klimatyczne zdjęcia i soundtrack z lekkim vibem Maca DeMarco.
Leci jeszcze w kinach, to akurat polecam.
*przegryw piwniczak wg standardów hollywoodzkich, czyli klasycznej urody chad, tylko ubrany w sweterki w stylu młodego Konona.
Pedro Pascal i Baby Yoda pomagają synalkowi Jabby zejść ze złej drogi.
Typowy skok na kasę fanów uniwersum/serialu Mandalorian. Sztampowa do bólu fabuła, efekty specjalne raczej standardowe, z postaci to tylko Baby Yoda zapadał w pamięć (i to za niego 4).
Jeszcze leci w kinach, ale jak dla mnie strata kasy.
Borze, jakie to było słabe. Jeśli filmy z serii John Wick były stekiem, to ten został odgrzany po raz 4. w mikrofali.
Treści tyle co nic, jedyne plusy to Ana i ekranominuty Keanu. Mieliśmy iść z lubą do kina, a mam wyrzuty sumienia z powodu zmarnowanej energii elektrycznej na seans w domu.
Pamiętacie niedawne słowa Matta Damona, że Netflix każe producentom 3/4 razy powtarzać kwestie, bo ludzie oglądają nieuważnie filmy, korzystając ze smartfonów? To w tym przypadku śmiało, nic nie stracicie.
Sam film nie przypadł mi do gustu, trochę taka kalka z Uprowadzonej, ale jednak coś innego in the end (szczególnie na końcu!).
Wyjebana w szkoleniu w kosmos była żołnierka próbuje odnaleźć uprowadzoną nastoletnią córkę - uprowadzoną przez handlarzy ludźmi.
I dopiero gdy nasza bohaterka w wieku średnim, na emeryturze, wkracza na teren złoli zaczyna dziać się magia.
Złole tylko klną pod nosem, z przerażeniem zaglądając śmierci w oczy, zdumieni, że co tu się odpierdala! Tymczasem nasza Nikki rozpiernicza kolejne tabuny złoli a jak będzie trzeba to i rozwali SWATowców. Jest po prosty nieposkromionym żywiołem.
Wszystkie sceny akcji miodzio, kocham patrzeć jak Milla w filmach rozwala ludzi, i tu się na pewno nie zawiodłam!
Paru rzeczy mi brakowało w tym filmie, ale ostatecznie nie po to takie obrazy się ogląda. Do tego niczym wisienka na torcie na końcu film plot twist.
Spodziewałem się lekkiej komedii z nutką kryminału, a dostałem lekką komedie z nutką kryminału oraz wzruszkami i morałem niczym z bajek Disney'a.
Pasterz George co wieczór czyta owcom książki kryminalne. Kiedy zostaje zamordowany owce postanawiają wziąć sprawy w swoje rę... racice. W ramach śledztwa muszą nauczyć się żyć w prawdziwym świecie i skonfrontować z własnymi słabościami.
Tytuł: Łowca śmierci 3: Deathstalker i wojownicy z piekieł
Rok produkcji: 1988
Kategoria: Fantasy
Reżyseria: Alfonso Corona
Czas trwania: 1h 26m
Ocena: 5+/10
Kolejne przygody flirciarza, wojownika, najemnika, kobieciarza, spryciarza, mistrza miecza, aroganckiego lecz uroczego gnojka Deathstalkera.
Tym razem Stoker bla bla bla czyli księżniczki, seksy, magiczne kamienie, złol co wygląda jak Gargamel i martwi wojownicy (z piekieł jak w tytule).
Standardowa sesja RPG, tyle że Stoker co chwilę uwija się z laskami, jak nie jedna to druga i tak dalej, może to wykracza nieco poza typowe fantasy, ale dodaje charakterystyki Stokerowi.
Ogólnie im dalej w las z tą serią tym lepiej - poczynając od kompletnie topornego i pełnego przemocowego seksu pierwszego Deathstalkera.
Kto wie, może jeszcze kilka części i Stoker będzie w wielkim poświęceniu niósł pierścień do Mordoru, tylko po drodze wyrucha kilka elfek i jakąś księżniczkę z Rohanu.
Miałem ochotę na coś głupkowatego i to był strzał w dziesiątkę (no, ósemkę, patrząc po ocenie).
Momentami bardzo zabawna, przerysowana ze smakiem, dobrze wykorzystująca motyw zombiaków. Miło, że reżyser postawił na sprytnych umarlaków, którzy potrafili użyć zgniłego mózgu do pozyskania świeżych mózgów.
Spodobał mi się wątek mężczyzny prawie że przemienionego w zombiaka, który ostatkiem sił zdrowego rozsądku postanowił spalić się w krematorium, byleby tylko nie dołączyć do umarlaków.
No i w takim uniwersum rzeczywiście można rzec, że „Punk's not dead”. ; )
Uprzedzam o spoilerach, mimo że nie widzę sensu w bezspoilerowych opiniach na temat filmów czy innych dzieł kultury.
Świetna rola Jake'a Gyllenhaala, ale istnieje ryzyko, że po prostu uwielbiam tego aktora i to zaburza jego odbiór. Niemniej świetnie zagrał detektywa, który drobnymi gestami pokazywał, że ma problemy z ciążącą nad nim ogromną presją.
Stąd nie jestem skłonny do krytykowania nielogiczności fabularnych i nie rozumiem takich zarzutów wobec głównego bohatera. Na przykład sam nie skojarzyłem mężczyzny, który został znaleziony zamordowany w piwnicy księdza, z zaginionym mężem kobiety stojącej za porwaniami, a siedziałem w komfortowej sytuacji. Czy detektyw, który walczy z presją czasu, miał prawo tego nie powiązać? Mimo że nie powinien, ponieważ taka jest jego praca, żeby nie popełniać podobnych błędów, to jestem w stanie uwierzyć, że mógł na to nie wpaść.
Chociaż logicznie rzecz biorąc powinien zrobić coś w kierunku zidentyfikowania trupa, sprawdzenia, czy w tamtym okresie nie doszło do zaginięć et cetera, co być może znacznie wcześniej doprowadziłoby go do rozwiązania sprawy.
Jednocześnie bezowocne starania policji stanowiły dobre tło dla zrozpaczonego ojca, który z bezsilności posunął się do przesłuchiwania podejrzanego na własną rękę. I gdy wydawałoby się, że gorzej już być nie może, grany przez Hugh Jackmana (kolejna świetna rola) mężczyzna przekraczał kolejną granicę.
Dobre było także zakończenie, takie słodko-gorzkie.
No, nareszcie świetna komedia! Zapraszam na #piechuroglada
---------
Tytuł: What We Do in the Shadows
Rok produkcji: 2014
Reżyseria: Jemaine Clement, Taika Waititi
Kategoria: #horror #komedia #dokumentalizowany
Czas trwania: 86 min
Moja ocena: 9/10
Ekipa filmowa dokumentuje codzienne życie wampirzych współlokatorów.
O rany, nie pamiętam kiedy ostatni raz śmiałem się na głos podczas oglądania komedii. Pod względem humoru, gagów, żartów sytuacyjnych i słownych oraz ich prezentacji ten film zwyczajnie trafił w moje gusta. Świetnie zmontowany film, niesamowite ile różnych drobnych żartów i powracających większych lub mniejszych motywów zostało wciśniętych w obraz trwający niecałe półtorej godziny. Wszystko się jakoś łączy, wątki się pięknie domykają. Każdy wyświechtany banał i rozpoznawalny motyw z gatunku ma tu swój zabawny twist. No złoto jak dla mnie (mojej żonie się nie podobało, ale ją bawi Kogel Mogel). Polecam gorąco wszystkim.
Chciałabym napisać coś mądrego o tym filmie, ale jestem wyzuta z sił umysłowych niestety. Najwyżej jak mnie kiedyś wena kopnie w mózgownicę to zrobię osoby wpis.
Ale na pewno był to jeden z lepszych filmów (dla mnie przynajmniej) Lanthimosa. Podobało mi się prawie wszystko - próg wejścia, aktorstwo i realizacja. Sam pomysł sięgający dalej poza teorie spiskowe, wgłąb tego, jak dziś wygląda świat i co my znaczymy - to już naprawdę sporo, więc skoro dołożyć do tego świetną realizację, to ciężko ocenić ten film inaczej.
W każdym razie mnie bardziej śmieszny idea, że nasz los niewiele różni się od losu małomózgowych dinozaurów i wystarczy przesunięcie wajchy w drugą stronę.
Wynoszenie samowyższości ludzi nad resztą świata to po prostu kosmiczny prank. Everytime.
@zachlapany_szczypior nie trzeba, ja nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, zresztą IMO film nie jest o teoriach spiskowych tylko wykorzystuje lore do przedstawienia pewnych wniosków o kondycji ludzkości.
Jakich to jeszcze tego nie rozgryzłam, bo nie umiem jeszcze kumać teorii tego reżysera, ale w sumie lubię jego filmy.
Mam mocny sentyment do tego filmu, więc gdy zauważyłam, że jest dostępny na vodach postanowiłam po latach zrobić rewatch.
David i jego siostra przenoszą się z lat 90. do lat 50., w których dzieje się akcja ulubionego serialu Davida. Na początku chłopakowi wydaje się, że trzeba dążyć razem ze schematami, ale niesforna siostra wprowadza swoje reguły i nagle czarno-biały świat zaczyna się koloryzować.
To dość lekka rekonstrukcja rasizmu społecznego USA, ale na tyle wyrazista i strawnie poddana, że ciężko nie ulec jej urokowi.
Oto utopia konserwatystów, gdzie wszystko działa tak samo i musi działać tak samo, ponieważ każda zmiana zmienia świat - wystarczy, że głowa rodziny nie dostanie kolacji po powrocie z pracy i nagle nie wiadomo co się stało. Po ulicach biegają "kolorowe" dzieciaki, a strażacy muszą gasić prawdziwy pożar zamiast ratować kota z drzewa.
To deprymuje społeczność Pleasantville, ale wielu z nich odnajduje się w nowym świecie zmian - jak na przykład matka serialowego Buda, a teraz Davida z lat 90., który zajął jego miejsce. Nowa rzeczywistość polaryzuje wciąż czarno-białych, ale szybko zdemaskowani nie mają szans przez szaleńczymi zmianami ogarniającymi zastały jeszcze niedawno w jednej pozie świat.
W gruncie rzeczy ten społeczny rasizm, który w latach 50. toczył USA segregacją rasową, został wykorzystany jako odniesienie do zmian, którym żaden człowiek nie może się przeciwstawić.
Jedyne co nam pozostaje to z wypiętą piersią oczekiwać czegoś dobrego, lepszego. Bo świat i tak się zmieni, a my, nawet jeśli zamkniemy się w nuklearności, która nam odpowiadał i tak dostaniemy od tych zmian w pysk. Lepiej iść z wiatrem, niż pod wiatr, to są czyste prawa fizyki i logiki.
Oczywiście wg tego filmu akceptacja zmienności jest dobra, moim zdaniem nie jest ani dobra ani zła, po prostu jest nieunikniona zmienność, a nasza akceptacja może być "pleasentville" - możemy próbować rysować świat na szaro, chociaż wszystko dookoła jest już kolorowe.
Ważne, by wiedzieć, że film tak to chce przedstawić - i bawić się razem z bohaterami, czuć ich odmienność, którą odkrywają. Prościej się nie da, a przynajmniej unikamy brutalnej przemocy, która zazwyczaj towarzyszy takim buntom wobec zmienności świata - tutaj to zaledwie wybicie kolorowej szyby.
Tak naprawdę wniesienie kolorowej zmienności w Pleasantville dalej pozostawia nas w Pleasantville, bo jest... pleasant. Tylko już trochę inaczej "pleasant".
Miło było zobaczyć młodziutkich Tobey Maguire i Reese Whiterspoon znowu.
Pleasantville nie jest filmem bezpośrednio o rasizmie, ale można go w ten sposób interpretować na poziomie metaforycznym.
W centrum fabuły jest czarno-biały świat, który stopniowo zaczyna nabierać kolorów, gdy bohaterowie zaczynają się „budzić” emocjonalnie, społecznie i intelektualnie. Ta przemiana symbolizuje przede wszystkim wychodzenie z konformizmu, kontroli i narzuconych ról społecznych.
Elementy, które sprawiają, że pojawia się skojarzenie z rasizmem:
„Czarno-biali” mieszkańcy reprezentują sztywne zasady i wymuszoną jednorodność
Osoby „kolorowe” są traktowane jako zagrożenie dla porządku i są wykluczane
Społeczność reaguje na odmienność segregacją i kontrolą zachowań.
Nie jest to jednak film o rasizmie w sensie historycznym czy dosłownym. Raczej używa szerokiej metafory systemu kontroli społecznej i tłumienia indywidualności.
Najtrafniejsze odczytanie:
- główny temat: konformizm kontra indywidualność.
@dolitd wiem że nie jest stricte o rasizmie tylko powołuje się na skojarzenia, jak napisałam dla mnie to film o zmianie po prostu, świat się zmienia i nara, akceptuj albo się męcz w wymyślonej telewizyjnej utopii