Wczoraj o 6:20, zupełnie niespodziewanie, zostałem ojcem. Matki dziecka nie znam.
Wiem, jak to może brzmieć — niezwykle, może nawet nieco dziwnie. A jednak to codzienność rodzin zastępczych. Kilka lat temu, z powodu braku możliwości posiadania biologicznego dziecka, razem z żoną podjęliśmy decyzję, by otworzyć nasz dom na adopcję. Niestety, kwestie zdrowotne uniemożliwiły nam ukończenie kursu adopcyjnego — jego forma nie przewiduje przerw, a w naszej części kraju wiąże się on dodatkowo z rzadkimi terminami lub dalekimi dojazdami.
Na szczęście, dzięki życzliwości i wsparciu osób z ośrodka, zdecydowaliśmy się na drogę rodziny zastępczej. To rozwiązanie ma swoje ograniczenia, ale i ogromne wartości. Największą z nich jest chwila taka jak ta — moment, w którym odbieram dziecko ze szpitala. Najtrudniejszą pozostaje fakt, że formalnie nie jestem jego rodzicem.
Miniona noc była bezsenna, kawa już zdążyła wystygnąć, a ja w pośpiechu szukam w internetach fotelika i łóżeczka. Choć przygotowywałem się na tę możliwość najlepiej, jak potrafiłem, nie miałem pewności, że powitam w domu człowieka z rocznika 2026.
W pracy zapewne będą zaskoczeni — planuję bowiem skorzystać z urlopu macierzyńskiego.
A na marginesie — jeśli kiedykolwiek rozważaliście adopcję lub pieczę zastępczą, nie traćcie czasu na czytanie zniechęcających opinii w internecie. Warto samodzielnie poszukać informacji i możliwości. Często to właśnie tam, gdzie kończą się stereotypy, zaczyna się coś naprawdę ważnego.
Gdyby ktoś miał pytania - zapraszam na priv. Uważam taką formę stania się rodzicem za lepszą niż in vitro, choć oczywiście nic przeciwko in vitro nie mam.
#chwalesie