jedna z kobiet która tam mieszka opowiadała, że rozeszła się ze swoim chłopakiem, bo nie wytrzymali ze sobą w tym mieszkaniu nawet 1 roku.
@nobodys a czy to kogoś dziwi? Te klatki niespecjalnie wiele się różnią od celi w więzieniu, może tylko tyle ze są ciut większe. Jak żyjesz sam, i jeszcze traktujesz tę klitkę jako "przechowalnię zwłok", bo chodzisz do pracy, stołujesz się na mieści i cię nie ma cały dzień tak czy tak, to może i te 20 metrów ci wystarczy, chociaż powiem ci, że ja sobie nie wyobrażam takiego życia. To jest praktycznie jak bycie bezdomnym, bo trzeba szukać gdzie się podziać, byleby do domu nie wracać. Szczególnie że patrząc po tym jakie mam pokoje w swoim stawiany za PRLu domu to to jest odpowiednik mojej pracowni 4x4 metry plus doklejona jakaś 1/3 kuchni, a i na tym trzeba przecież jeszcze zmieścić kibel z jakimś prysznicem, pralkę, choćby najmniejszą kuchenkę i lodówkę. "Spoko można zabrać trochę z pokoju" powiesz. No niby tak, tylko jak patrzę co w moim pokoju jest... jednoosobowa amerykanka, biurko na którym mam komputer (dobra, mógłbym zrezygnować na rzecz laptopa) i... taka regałoszafa do trzymania maneli i że wcale tu nie mam jakiejś wolnej przestrzeni, to się zastanawiam w sumie z czego.
A teraz dołóżmy sobie do tego drugą osobę. To już nie jest kwestia ciasnoty, tylko absolutnego braku prywatności, bo nieważne gdzie nie pójdziesz, tam będziesz zawsze widzieć drugą osobę. Na chwilę to może jest fajne, ale potem po prostu dostajesz do głowy, bo człowiek- nieważne jak z kimś zżyty i zakochany- musi mieć pewną dozę prywatności, żeby zwyczajnie pobyć samemu ze sobą i się wyciszyć albo skupić.