Moje pierwsze zetknięcie z kryminałami tego autora ale jak najbardziej na plus. Na pewno nie arcydzieło gatunku ale przyzwoita lektura.
Żona znanego lekarza z Zielonej Góry zgłasza jego zaginięcie a kilka dni póżniej na dwóch zielonogórskich bachusikach zostają znalezione owinięte ludzkie jelita a zapis z monitoringu wskazuje na zaginionego lekarza jako sprawce. Dodatkowo poszukiwany lekarz jest sobowtórem warszawskiego komisarza policji Igora Brudnego. Wygląda na to że panowie mogą być braćmi bliźniakami tym bardziej że inspektor spędził dzieciństwo w zielonogórskim sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne. i było to nieszczęśliwe i bardzo traumatyczne dzieciństwo. Brudny dołącza do zespołu śledczego ale, jak to bywa z tego typu bohaterami, na własnych zasadach. Książka spełnia warunki dobrego kryminału, może kilka rzeczy mnie raziło ale nie odbierając przyjemności z lektury. Drugi tom już się czyta.
@bojowonastawlonaowca Chyba potrzebujemy pomocy z poprawieniem liczników w ostatnich postach, bo skrypt średnio ogarnia 2 osoby wrzucające recenzje w tym samym/podobnym czasie. Ta książka ma numer 299
@serotonin_enjoyer już wcześniej widziałem, że skrypt nadaje numer po kliknięciu dodaj post i nie sprawdza później, dlatego piszę sobie w innym toolu i do niego tylko przeklejam ;)
Ten tom jak dla mnie najsłabszy z cyklu. Przez pół książki niewiele się dzieje. Uhtred daje się wciągnąć w niepotrzebny pościg za fałszywym księciem a tym czasem wróg atakuje z innej strony i bohater traci bardzo bliską osobę, później musi dokonać zemsty akcja trochę rusza i książka wskakuje na normalny znany z reszty cyklu poziom. Tym razem przeciwnikiem sześćdziesięcioletniego już Uhtreda jest Norweg Skoll ze swoją armią wojowników wilków, wprawiających się w szał bitewny maścią z lulka.
Taki sobie kryminał oparty na historii polskich kanibali znad jezior Osiek. Główny bohater, znowu nie neurotypowy chłopak mieszkający z ojcem. Jego świat się wali gdy ojciec zostaje zaaresztowany pod zarzutem morderstwa popełnionego jakoby przed laty. Kosma razem z córką innego współoskarżonego prowadzą swoje śledztwo żeby oczyścić swoich ojców z zarzutów. Można przeczytać, można sobie darować
Nie wiem skąd takie dobre recenzje tej książki na LC bo jak dla mnie to takie czytadło. Główna bohaterka to dorosła ale na pewno nie neurotypowa kobieta, która po śmierci swojego adopcyjnego ojca jego ciało wyrzuca na śmietnik i pali. Nie dlatego że go nie kochała czy nie szanowała ale dlatego że kiedyś w rozmowie powiedział że może tak zrobić bo jemu i tak już będzie wszystko jedno. Sally ma dużo cech ludzi z zespołem Aspergera, nie rozumie przenośni, żartów. Nie odczytuje emocji innych ludzi więc nie rozumie kiedy mówiąc coś co dla niej jest po prostu faktem, może zranić lub obrazić inną osobę. Gdy prawda o tym co zrobiła Sally z ciałem ojca wychodzi na jaw koło niej robi się głośno i zaczynają wychodzić fakty z jej życia o których ona sama nie miała pojęcia. I teraz uwaga będzie spojler:
! Najważniejszy z nich to to, że jej biologiczna matką była dziewczyna, która została porwana i uwięziona przez pedofila i urodziła Sally w niewoli. Po tym jak zostały uwolnione a jej dziadkowie biologiczni nie chcieli przyjąć wnuczki z gwałtu pod swój dach a jej matka umiera trafia pod opiekę psychiatry który pracował z jej matką i jego żony. Oczywiście w trakcie czytania dowiadujemy się coraz większej ilości faktów z życia bohaterki zarówno sprzed adopcji jak i pewnych faktów z jej życia u adopcyjnych rodziców które rzucają trochę inne światło na to jakie były rzeczywiste fakty. Jest też wątek kryminalny bo w jakimś czasie po śmierci ojca Sally dostaje pocztą przytulankę, którą rozpoznaje jako swoją, zna jej imię a nie wiadomo kto jest nadawcą a wiadomo że porywacz jej matki nigdy nie został złapany.Koniec spojlera
Wszystko to zapowiada się jako dobry materiał na bardzo mroczny thriller. No ale otóż nie. Książkę czyta się jak zwykłą obyczajówkę o nudnym życiu zwykłych ludzi. Brak jakiejś głębi psychologicznej sprawia że o tych wszystkich strasznych rzeczach czytamy jakby to w sumie nie było nic takiego. Nie wiem jak się udało autorce tak strywializować problem porwania, pedofilii, znęcania się, i tego jaki to wszystko ma wpływ na psychikę osób których to dotyka. I żeby była jasność nie chodzi o to że w książce jest za mało makabry - chodzi o to że jest ona opisana jak szara codzienność z jakaś taką lekkością (nie nie jest to taki zabieg stylistyczny żeby coś podkreślić), że nie robiło to na czytelniku (w mojej osobie) wrażenia. Trudno mi nazwać swoje odczucia ale jak dla mnie czegoś ewidentnie tej książce brakuje. Nie czuć że którakolwiek postać z książki przeżyła jakiś dramat a raczej że no takie trochu ciężkie życie mieli.
Książka była już tutaj recenzowana dużo razy. Od siebie tylko dodam że początek mi się czytało bardzo dobrze, fakty z tej książki nie były dla mnie jakimś szokiem bo moja mam urodziła się przed wojną na wsi i z jej opowieści miałam już niejakie pojęcie jak wtedy życie kobiet na wsi wyglądało. Książka uszczegółowiła i doprecyzowała to moje wyobraźenie. Dowiedziałam się z niej wielu ciekawych faktów i w kilku miejscach dała mi do myślenia. Natomiast przez końcówkę już trochę brnęłam. Ale ogólnie książka warta tego żeby się z nią zapoznać.
P. S Przepraszam zaciągnęło mi i osadziło okładkę z czyjejś recenzji bo dane książki zaciągałam z aplikacji i nie bardzo wiem jak to teraz po publikacji zmienić
Kolejne zmagania Uhtreda. Ten tom szczególnie na początku jest dosyć rozwlekły, zbyt dużo tu rozmów i rozważań bohaterów a niewiele się dzieje. Ale wkrótce bohater przystępuje do kolejnej próby odbicia swojej siedziby rodowej i akcja nabiera tempa. Jak ktoś przeczytał wszystkie poprzednie tomy to i ten łyknie. Na pewno nie jest to jeden z najlepszych tomów serii ale poniżej pewnego poziomu Cornwell nie schodzi więc się jakoś specjalnie nie wynudziłam.
Dzięki za przypomnienie, że muszę się kiedyś wreszcie zabrać za ten cykl, bo na razie tylko go zacząłem, a pozostałe tomy póki co jedynie zdobią półkę.
Jestem fanką prozy Masłowskiej odkąd przeczytałam "Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną" Bardzo podoba mi się język jakiego używa Masłowska, uwielbiam jej metafory, słownictwo. "Magiczna rana" to zbiór opowiadań. Poznajemy w nich jakieś małe wycinki życia różnych bohaterów zmagających się z hmm, chyba życiem po prostu. Wydarzenia jakie opisuje autorka mogłyby dotyczyć każdego normalnego człowieka, bohaterowie też są normalni dopiero język jakim operuje nadaje im wyjątkowości. Sprawia że uniwersum w którym przeżywają swoje większe lub mniejsze dramaty bohaterowie wydaje się trochę nierzeczywiste i komiksowe. Pewnie nie jest to proza dla każdego, Masłowska ma dużo przeciwników ale ja bardzo lubię.
Mnie wpierw fascynowało, że ona tak myśli pisząc jakbym to ja sam myślał sobie. Ale z czasem stało się to straszne (a jest moją rówieśnicą), bo poczułem jak to obserwowanie jej dojrzewających niechlujnych uproszczeń w zestawieniu z własnymi coraz bardziej niechlujnymi myślami, zaczęło więcej mi odbierać niż dodawać, a konkretnie własną umykającą wyjątkowość, taką samą w swej inności i tak samo psującą się od świata jak u wszystkich.
Choć bez wątpienia to bardzo miła osoba :)
Jak i ja. Przeważnie
Moja tożsamość, moja ukochana kolekcja bzdur, tak skwapliwie poskładana ze wspomnień, myśli, śmieci, gustów, obsesji, przykrości zostaje wchłonięta, zassana, rozproszona. Rozpierzcha się, rozpełza, rozpływa w oceanie innych...
W końcu coś normalnego Zanim napiszę coś o filmie chciałabym się przyznać do tego że bardzo trudno mi w ostatnich latach trafić na dobry film. Kiedyś uwielbiałam oglądać filmy, podobało mi się prawie wszystko, lubiłam i kino studyjne i kinowe hity, wszelkie gatunki. Oczywiście niektóre podobały mi się bardzo inne mniej ale rzadko nudziłam się na filmach. A w ostatnich latach często po seansie mam wrażenie że oto właśnie zmarnowałam ze dwie godziny mojego życia a mogłam w tym czasie obejrzeć ze dwa odcinki dobrego serialu. Bo co dziwne seriale dalej dają mi dużo radości z oglądania, wciągają mnie w swój świat co filmom się już nie często udaje. Nie wiem czy to starość i za czymś nie nadążam czy kino rzeczywiście się zmieniło. Nie chciałabym jednak rezygnować z oglądania filmów bo trzeba znać współczesną kulturę. No i ostatnio się rozszalałam bo łyknęłam 3 filmy w tygodniu i wszystkie były dobre. Do tego też siadałam bez dużych oczekiwań no i dzięki temu miałam miłą niespodziankę.
Film opowiada historię trójki graczy w tenisa. Tashi Donaldson (Zendaya) niegdyś gwiazda, świetna graczka której rozwijającą się w szybkim tempie karierę przerywa poważna kontuzja. Jednak nie rozstaje się ona z tenisem a zostaje trenerką swojego męża Arta i para szybko zdobywa sławę, jednakże Art wpada w kryzys i Tashi chcąc odbudować w Arcie wiarę w siebie zapisuje go na udział w pomniejszym turnieju. Na miejscu okazuje się że w turnieju bierze też udział Patrick, niegdyś najlepszy przyjaciel Arta a także przez krótki czas chłopak Tashi. Dosyć napięta sytuacja staje się punktem wyjścia a potem przez resztę filmu poznajemy przeszłość trójki bohaterów, dowiadujemy się co było zarzewiem konfliktu między nimi. Przeszłe wydarzenia powoli odkrywają przed nami nie tylko co zaszło ale też prawdziwe wnętrza głównych bohaterów. Widzimy co ich ukształtowało a raczej nawet co sprawia że zachowują się tak jak się zachowują bo w miarę poznawania ich bliżej widzimy że nie są tacy jak wydawało się na początku. Zaczynamy ich bardziej lubić, kibicować im. Bardzo podobał mi się sposób opowiedzenia tej historii. To jak odkrywa się nam powoli a sam finał jest bardzo satysfakcjonujący. Gorąco polecam
@mordaJakZiemniaczek Sorry, nie jestem dobra w recenzje 🙁 Ale filmu nie mozna nazwać romansidłem. Tam nawet relacje miedzy bohaterami oparte są na sporcie ich podejściu do tenisa. Warto obejrzeć.
Że niby "Substancja" była porąbana? No przy tej pozycji zmagania kobiety, która chce być wiecznie młoda to kaszka z mleczkiem. Podróż neurotycznego Beau do matki to trzygodzinna jazda bez trzymanki. Zaczyna się niewinnie - poznajemy Beau na wizycie u terapeuty gdzie rozmawiają na temat jego wyjazdu do matki następnego dnia gdzie bohater z matką mają obchodzić jak co roku rocznicę śmierci jego ojca. Po terapii Beau zakupuje po drodze prezent dla swojej matki - figurkę kobiety trzymającej w objęciach dziecko. Po czym mamy nagłą zmianę scenerii i widzimy jak bohater biegiem wraca do domu. Dzielnica w której mieszka wyjaśnia całkowicie jego pośpiech w dotarciu do mieszkania. Ulica roi się od narkomanów, prostytutek, bezdomnych, szaleńców. Wszyscy oni kłębią się na ulicy jak tłum zombie. Wnętrze klatki schodowej pokryte jest cudacznymi graffiti, na domiar złego na korytarzu wisi ogłoszenie, że gdzieś w budynku pałęta się śmiertelnie jadowity pająk. Akcja zaczyna się coraz bardziej komplikować ale w kierunku coraz bardziej abstrakcyjnym i absurdalnym. Tu już nic nie będzie normalne, jedynym normalnym elementem tej psychodelicznej przygody jest biedny Beau (w tej roli Joaquin Phoenix), który stara się w tym wszystkim jakoś odnaleźć i dostosować. Jak dla mnie świetna rzecz ale pewnie nie dla każdego.
Dołączam do tagu. Zacznę od głośnego ostatnio tytułu. Nawet nie bardzo chciało mi się do niego podchodzić. Najpierw moje dziecko mi odradzało po obejrzeniu ale raczej ze względu na przekaz filmu jak to zły patriarchalizm zmusza kobiety do takich zachowań. Potem odradzała mi koleżanka, którą brat wsadził na minę bo powiedział jej że to fajny film body horror wiedząc że ona z tych obrzydliwych. No i nie dała rady obejrzeć do końca. Ale ja, że jestem za stara na zwracanie uwagi na to co artysta chciał powiedzieć i nie za bardzo wrażliwa na takie obrazki to postanowiłam się sama przekonać czy warto czy nie warto. No i bawiłam się bardzo dobrze. Film był za bardzo przerysowany żeby traktować poważnie te sceny, które są, powiedzmy, nie dla wrażliwych widzów. Natomiast przesłanie filmu proste jak budowa cepa - pokazuje jak wiele głupich rzeczy, niektórzy ludzie są w stanie zrobić dla tak powierzchownych rzeczy jak piękno, sława, wieczna młodość. Natomiast nie trzeba dużej głębi żeby się dobrze bawić. Mnie raczej śmieszyło jak bohaterka ładowała się w coraz większe gówno, znając konsekwencje. Końcówka była groteskowa coś na wzór "Martwicy mózgu" Jacksona przez to też śmieszna. Nie no rozumiem tragizm sytuacji głównej bohaterki ale jak dla mnie strona komediowa całej sytuacji przeważała
Trzeci akt trochę przeciągnięty, pełno w filmie efekciarskich ujęć, które w sumie nic więcej nie wnoszą i ogólnie historia na 1h, a nie 2:20, ale spoko film.
Trzeci tom "Cyklu klimatycznego" Mai Lunde. Tematem przewodnim tej części jest ochrona zagrożonych gatunków na przykładzie koni przewalskiego. Tradycyjnie dla tego cyklu książka ma trzy plany czasowe które spina ten jeden element - dziki koń. Bohaterem pierwszego wątku dziejącego się w 1881 roku, jest Michaił, pracownik ogrodu zoologicznego w Petersburgu który marzy o sprowadzeniu do ogrodu niedawno odkrytego dzikiego konia z Mongolii. Namawia na wyprawę znanego podróżnika Wolffa. Wyruszają razem na wyprawę na mongolskie stepy, wyprawę która zmieni życie Michaiła.
Drugi wątek rozgrywa się w 1992 roku, Karin, która dorastała podczas wojny w posiadłości Hermana Göringa gdzie po raz pierwszy zetknęła się z koniami przewalskiego, teraz jako dorosła kobieta stara się przywrócić ten gatunek naturze. W parku narodowym w Chustajn w Mongolii mierzy się z tym niełatwym zadaniem i dodatkowo z trudną relacją ze swoim dorosłym synem.
Trzeci wątek jak zwykle dotyczy przyszłości - rok 2064, Norwegia. Europa stoi nad przepaścią, nie istnieją właściwie żadne struktury państwowe, brakuje energii, żywności. Ludzkość zaczyna migrować. Bohaterka tego wątku Eva mieszka samotnie z córką Isą dbając o niedobitki zagrożonych gatunków, dla których kiedyś jej rodzina prowadziła coś w rodzaju rezerwatu. Teraz pozostało już tylko kilka zwierząt, których nie ma czym karmić. Między innymi para koni przewalskiego. Wszyscy z sąsiedztwa a także siostra Evy - Anna dawno już wyjechali. Eva jednak nie chce opuścić zależnych od niej zwierząt. Sytuacja zmieni się gdy przygarną pod swój dach migrującą z południa Louise, która dodatkowo okazuje się być w ciąży.
Najbardziej poruszające w całym tym cyklu są wątki dotyczące przyszłości, autorka w bardzo sugestywny sposób przedstawia jak może już wkrótce wyglądać nasza przyszłość jeśli ludzkość nie zastanowi się nad swoimi działaniami. Opowiada o tym bez moralizowania, opisując po prostu zmagania z życiem zwykłych ludzi przy coraz bardziej kurczących się zasobach i braku środków do życia. Przynajmniej do takiego jakie znamy.Przy tym zręcznie wchodzi w psychikę swoich postaci, które dodatkowo zmagają się ze swoimi jednostkowymi, prywatnymi problemami. Lektura ta nie napawa optymizmem ale też nie epatuje grozą, raczej napełnia smutkiem. Ciekawa jestem kolejnego tomu.
To już dziewiąty tom sagi o Uhtredzie i mam wrażenie że jest trochę gorszy. To znaczy jeśli chodzi o warsztat to książka nie odstaje od poprzednich tomów ale mniej się tu dzieje. Całą akcję można by pewnie streścić w kilku zdaniach. Nie wpływa to na przyjemność czytania. Cornwell ma tak lekkie pióro że czyta/słucha się równie dobrze dialogów, jak i opisów miejsc, opisów walk czy pojedynków.
W tym tomie Wikingowie znów łupią saskie ziemie i okazuje się, że na ich czele stoi brat zięcia Uhtreda - Ragnall a towarzyszy mu dawna towarzyszka i kochanka Uhtreda i żona jego przybranego brata Ragnara - Brida. Zarówno Ragnall Ivarson jak i Brida dopuszczają się wyjątkowych okrucieństw i zagrażają nie tylko Anglii ale i rodzinie Uhtreda. Brida okalecza jego najstarszego syna a Ragnall wchodzi w spór ze swoim bratem Siggtygrem gdyż żąda by ten oddał mu swoją żonę - Stiorrę czyli córkę Uhtreda. Tak więc nasz bohater musi nie tylko walczyć o bezpieczeństwo przyszłej Anglii ale i w obronie swoich dzieci. Wszystko to opisane w interesujący sposób więc mimo że nie jest to jeden z najlepszych tomów cyklu ale na pewno nikogo nie znudzi.
@Dagonet Cykl ma taki poziom że nie tylko różnorodność wydarzeń jest ważna. Cornwell to dobry gawędziarz więc potrafi i tak przykuć uwagę. Jak na taki dlugi cykl to dobrze przyciaga uwage.Ciekawa jestem ostatnich tomów które nie były już zaadaptowane na serial.
Tytuł: Czujące istoty. Zmysły i emocje roślin, zwierząt i mikroorganizmów
Autor: Brian J. Ford
Kategoria: popularnonaukowa
Wydawnictwo: Amber
ISBN: 83-7169-796-1
Liczba stron: 224
Ocena: 6/10
Kolejna książka która udało mi się skończyć przed nowym rokiem.
Ogólnie rzecz biorąc książka przybliża nam zmysły zwierząt oraz ich odpowiedniki u roślin. Początkowo myślałam że to taka przeglądówka z której nie dowiem się niczego nowego ale autor dużo pisze też o bakteriach, pierwotniakach, płazińcach a także grzybach czy glonach. Wszystkie te organizmy mają swoje sposoby żeby odbierać bodźce ze świata zewnętrznego i odpowiednio na nie reagować. Podaje przy tym ciekawe przykłady poparte badaniami. Ale nieraz też puszcza wodze fanatazji i pisze też o swoich przypuszczeniach. Generalnie autor przekonuje nas że nie jesteśmy wyjątkowi w swoim postrzeganiu wszechświata i w naszym odczuwaniu go zmysłami a co za tym idzie skoro inne organizmy czują tak jak my, należy im się szacunek i nie narażanie ich na zbędne cierpienie bo w jednym możemy być wyjątkowi - w tym by nasze zachowanie podporządkowywać nie impulsom i instyktom ale kierować się w życiu etyką
Wszyscy się rzucili żeby zdążyć dodać przeczytane lektury na tag więc i ja się dołączam. Miałam nadzieję że uda mi się jeszcze na koniec skończyć więcej lektur ale niestety a raczej bardzo stety mojemu dziecku udało się odwiedzić nas na święta i zamiast czytania było wspólne oglądanie. No ale dwie książki udało mi się skończyć - jednej wysłuchać, drugą doczytać.
Dosłuchałam kolejny tom Wojen Wikingów Bernarda Cornwella - "Pusty tron". Nie będę się rozpisywać bo to już 8 tom cyklu, tak jak pozostałe trzyma poziom, Cornwell pisze ciekawie i w zasadzie nie czytałam słabej książki jego autorstwa. Tym razem umiera kuzyn Uhtreda, mąż Aetelfled i tron Mercji jest gotowy do obsadzenia. Król Edward ma swoje zamiary co do przyszłości Mercji, które jednak nie są zbieżne z zamiarami Uhtreda. W tym tomie córka naszego bohatera - Stiorra znajduje miłość i męża choć pierwsze spotkanie teścia z przyszlym zięciem nie przebiegło zbyt fortunnie. Jak ktoś czytał pozostałe tomy to polecam również i ten bo warto (zamierzam w nadchodzącym roku zakończyć ten cykl)
Pisałam kiedyś o tym jak trafiły do mnie 3 kocięta jeszcze ślepe, które trzeba było odkarmić butelką. Chłopaki trochę dali mi w kość, najpierw odkarmianie, potem trochę chorowanie jak to takie maluchy. Nie pamiętam czy o tym pisałam ale wkrótce po tym jak do mnie trafili - trzy czarno-białe żelki, całkowicie wyłysieli. Według weterynarza winne było niedożywienie matki w ciąży. Za to jak sierść im odrosła to odrastała szara a nie czarna i długa co upodabniało kociaki do norweskich leśnych albo syberyjskich (tylko w miniaturze). Dwóch chłopaków znalazło już swoje domy (chyba dobre) a jednego ostatniego postanowiliśmy sobie zostawić. Pomimo tego że mieliśmy już 12 kotów Niestety ostatnio straciłam mojego najukochańszego Lucyfera i kotów znowu jest 12 a ten mały pocieszny kurdupelek rozwesela nas jak może. Dwanaście kotów i każdy ale to każdy ma inny charakter i najmłodszy nie jest tu wyjątkiem. Raczej jest wyjątkowo cudaczny. Mamy wrażenie że ma coś z Ragdolla bo jak się go weźmie na ręce to w 100% ufa człowiekowi i robi się całkiem bezwładny. Człowiek trzyma, kot już nic nie musi. Jak byli mali to pamiętam że jak się je puściło z niewielkiej wysokości to nie spadały na cztery łapy jak wszystkie koty tylko się przewracały jak psy. Teraz już nabrał lepszej koordynacji ale dalej na rękach robi się jak szmatka i zdarza mu się spaść z kolan. Kotom zdarza się jeść dziwne rzeczy ale to każdy kot ma coś swojego, jakieś swoje dziwactwo, nieraz to są oliwki a nieraz kukurydza tak jak u mojego Lucyferka czy mąka u jego brata Behemota. Jak kotu coś nie pachnie to nie weźmie tego do pyszczydła za nic. A mały musi wszystkiego spróbować. Wczoraj dobrał się do pieczarek, trochę na jedną popolował, trochę zjadł, trochę nakruszył. Ale spróbować musi prawie wszystkiego. Nie boi się wody. Dobrze się czuje u weterynarza. Cieszymy się że u nas został. Proszę Państwa oto oficjalnie Paciorek, dla rodziny Dziuraw
@serotonin_enjoyer moj młodszy obesraniec też taki jest, na początku jak została przygarnięta zastanawiałam się czy jest taka chora i osłabiona, ale nie, po prostu ten typ tak ma, na rękach i kolanach kot w stanie płynnym
Druga część Kwartetu klimatycznego Mai Lunde, rozpoczętego słynną "Historią pszczół". Tak jak i poprzednia część dotyczy zagrożeń związanych z wpływem człowieka na zmiany klimatyczne prowadzące do katastrofy. Pierwsza część przestrzegała nas przed następstwem wyginięcia zapylaczy. Drugi tom koncentruje się na tak ważnym do życia zasobie jakim jest woda. "Historia pszczół" rozgrywała się w trzech planach czasowych. "Błękit" kontynuuje ten zabieg stylistyczny tylko tym razem są dwa plany czasowe - współczesność i niedaleka przyszłość. Bohaterką jednej opowieści jest siedemdziesięcioletnia Signa, córka radykalnego bojownika o środowisko, która też swoje życie podporządkowała temu celowi. Signe dowiaduje się że Magnus - jej ukochany z młodości pozyskuje lód z lodowca żeby sprzedawać go jako drogi dodatek do drinków. Signe nie może na to pozwolić. Wyrusza na swej łodzi "Błękit" do Fracji zeby stawić czoła Magnusowi. Opowieść Signe przeplata się z opowieścią Dawida. Jest rok 2042. Południe Francji jest suchą pustynia pustoszoną przez pożary. Ludzie uciekają na północ ale granice są pozamykane. Obozy dla uchodźców upadają jeden po drugim. Dawid z córeczką Lou trafiają do takiego obozu w ucieczce przed pożarem, który pochłonął ich miasteczko. Czekają aż do obozu dotrze jego żona z maleńkim synkiem, z którymi rozdzielili się podczas ucieczki. W jednym z domostw niedaleko obozu znajdują łódź.
Ta powieść jest ostrzeżeniem przed tym jak może wyglądać nasza przyszlość kiedy dalej beztrosko będziemy zużywać zasoby naturalne. Ostrzeżenie bardzo ponure i katastroficzne. Pomimo bardzo jasnego i wręcz nachalnego przekazu to wciąż bardzo dobry kawał literatury. Autorka bardzo sugestywnie przedstawia świat po katastrofie klimatycznej a ta odrobina nadziei którą tam dodaje nie jest w stanie sprawić by uwierzyć że rzeczywiście możliwe jest dobre zakończenie. Według mnie świetna lektura choć trochę przerażająca.
No i przekroczyłam już połowę cyklu Wojen Wikingów. Tym razem pan Uhtred doprowadzony do ostateczności postępkiem swojego najstarszego syna, który wstąpił do zakonu przy próbie wydobycia go zabija opata za co zostaje wyklęty przez Kościół, pozbawiony majątku i skazany na wygnanie. Ale że coś w życiu trzeba robić Uhtred z garstką wiernych sobie ludzi i młodszym synem, który od teraz przejmuje imię Uhtreda jako przyszły następca ojca wyruszają do Bebbanburga celem odbicia rodowej siedziby z rąk uzurpatora. Przy okazji odkrywa knowania Duńczyków mające na celu podbicie Mercji, którym będzie musiał zapobiec.
Lektura trzyma poziom poprzednich tomów. Cornwell umie w takie książki i pomimo tego że to już siódmy tom to cały czas fabuła potrafi przykuć moją uwagę i sprawiać przyjemność. Polecam
Akcja tej książki rozgrywa się w latach 30. XX wieku. Na początku poznajemy dzieciństwo głównego bohatera Christophera Banksa. Mieszka on z rodzicami w Szanghaju gdzie jego ojciec pracuje dla firmy zamieszanej w handel opium a matka jest gorącą przeciwniczką tego procederu i prowadzi zaangażowaną kampanię przeciwko opium wśród żon innych urzędników. Mały Christopher spędza czas na zabawach z japońskim przyjacielem z sąsiedztwa - Akirą i obserwuje świat swoich rodziców oczami dziecka. Gdy najpierw jego ojciec a potem matka giną w niewyjaśnionych okolicznościach nasz bohater zostaje odesłany do Anglii do swojej ciotki. W Anglii jako dorosły spełnia swoje marzenie z dzieciństwa i zostaje słynnym detektywem. Gdy w Szanghaju następują zawirowania polityczne detektyw Banks wyrusza do miasta swojego dzieciństwa niby z misja ratunkową (która nie wiem jak miałaby wyglądać, chyba chodziło o jakieś działania dyplomatyczne) a tak na prawdę ma nadzieję na odnalezienie swoich zaginionych przed laty rodziców. Mam trochę problem z zaklasyfikowaniem tej książki. Niby nie jest to fantastyka ale główny bohater myśli w jakiś dziwny sposób, jakby nigdy nie dorósł, nie przestał być dzieckiem. Jest narratorem książki więc opowieść jest lekko oniryczna, niektóre wydarzenia opowiada z najdrobniejszymi szczegółami nad wieloma się prześlizguje. Nie dostajemy pełnego obrazu wydarzeń w których uczestniczy. Trochę jak w baśni, ale to nie baśń więc czuje się jakiś dysonans. Christopher chociaż jest znanym i szanowanym detektywem myśli trochę jakby nie do końca racjonalnie, jakby nie do końca stał twardo na ziemi. Mi było trudno uwierzyć że to świetny detektyw (nie poznajemy kulis jego pracy) i że sobie sam tego nie zmyślił. Generalnie ta książka to trochę dziwna przygoda - ale przygody mogą być dziwne więc nie żałuję że po nią sięgnęłam
@moll Ja też się już od jakiegoś czasu zbierałam do tej lektury. Czytałam wcześniej tylko "Malarza świata ułudy" ale tamta lektura mnie nie porwała. Znałam autora poza tym tylko z ekranizacji jego książek: "Nie opuszczaj mnie" i "Okruchy dnia" i byłam ciekawa jego powieści a tytuł tej książki bardzo mi się podoba. Ale muszę powiedzieć że jeszcze nie wyrobiłam sobie zdania na temat tego autora. Zapewne sięgnę po jeszcze inne pozycje
Kontynuacja historii z "Heretyków Diuny". Ten tom czytałam teraz w innym tłumaczeniu w związku z tym część imion i nazw się zmieniła ale nie przeszkadzalo mi to w odbiorze. Łatwo się domyślić że Dostojne Matrony to Czcigodne Macierze, maskaradnicy to Tancerze Oblicza, a Sziena to Sheeana z poprzedniego tomu.
Pod koniec poprzedniego tomu Rakis została zniszczona ale Matce Wielebnej Odrade odało uratować się z planety dziewczynkę rozkazującą czerwiom, Duncana i piaskopływaki. W tej tragedii życie stracił baszar Miles Teg i ten tom zaczyna się od narodzin gholi Tega. Dostojne Matrony niszczą coraz więcej planet, ścigają BG, które nie bardzo mają jak stawić im czoła, po tym jak straciły swoją armię. Ale Zakon z Matką Wielebną Odrade na czele cały czas planuje jak zdobyć przewagę nad Dostojnymi Matronami i ocalić przed nimi siebie i ludzkość. Ważne osoby w tym planie to ghola Duncan Idaho, pojmana Dostojna Matrona Murbella, ghola Milesa Tega i Sziena. Poza tym Zakon stara się przekształcić swoją mateczną planetę - Kapitularz w Diunę za pomocą wywiezionych z Rakis piaskopływaków (tu nazywanych trociami piaskowymi).
Ten tom wciągnął mnie nawet bardziej niż poprzedni. Fabuła skupia się głównie na jednym wątku, trzyma w napięciu bo nie znamy od razu planów Darwi Odrade. Postacie są niejednowymiarowe i psychologicznie prawdziwe, według mnie bardzo dobra powieść, postawiłabym ją w rankingu zaraz za pierwszą "Diuną" Jedyny minus jest taki że ma bardzo otwarte zakończenia. Autor planował kolejne tomy ale nie zdążył ich napisać więc nie wszystko się wyjaśnia. Tak wiem, jest kontynuacja napisana przez jego syna oraz Kevina J, Andersona według notatek Franka Herberta ale kontynuacje mają dosyć słabe recenzje i nie wiem czy się skuszę. Jeśli tak to jeszcze nie teraz, odpocznę trochę od "Diuny"