wystarczy, że raz człowiek się wyluzuje i nie sprawdzi dokładnie pogody z wiatrami, i już w ryło leci jakiś dziki wichur. na powrotnej rzecz jasna, bo czemu nie. poza tym, cieszą temperatury i słoneczko
Tak to jest, ale ciesz się, że chociaż nie lało. Na zakończenie urlopu chciałem pokręcić po 2 tyg. przerwie*, do tego mając 6h wolnego czasu, no to pada. Na zmianę się nie zanosi, chmury są od horyzontu po horyzont.
W końcu przestało podać i można pokręcić. Wciąż na na krótko, bo całkiem ciepło. Rok temu o tej porze pojawił się pierwszy śnieg na okolicznych górach, na szczęście teraz takie sytuacji nie wchodzą w grę.
@Stashqo tak przedstawia "relative effort" ze Stravy, co może bliżej jest do współczynnika trudności aktywności. Strava pisze, że liczy się skoki HR vs max HR - im więcej idzie się full gas i im dłużej trwa cała aktywność, tym współczynnik większy
Jak co roku w moje okolice zawitało lekko licząc ponad 100k fanów robienia pyr-pyr. Cała okolica zajebana motorami, hałas nie do zniesienia, w promieniu 100km są dosłownie wszędzie. Ewakuowałem się w okolice Taipany, odpowiednika bieszczadzkich Ustrzyków, ale na granicy włosko-słoweńskiej. Piękne trasy, puste, niektóre z nówką asfaltem, jakby tam w przyszłym roku miała lecieć trasa Giro. W ciągu godziny minęło mnie może 4-5 aut, poza tym nikogo. Oprócz niedźwiedzi, bo oczywiście, jak na lokalne Ustrzyki przystało, występują tam misie - tak twierdziły licznie usytuowane tablice. Żadnego nie widziałem, co wcale nie przeszkadzało mi o nich myśleć, szczególnie jak bardzo nikogo w pobliżu nie było. Po powrocie do domu postanowiłem zweryfikować czy faktycznie zapędziłem się w te okolice i hmm, gmina Taipana jest jednym z trzech miejsc w Włoszech gdzie można je spotkać, przechodzą tu ze strony słoweńskiej, i w zeszłym roku doliczono się siedmiu przebywających w okolicy jednocześnie. Muszę dopracować to planowanie tras
To zdecydowanie jeden z najładniejszych dni tego lata. W sam raz na bicie rekordu na setkę, który to pomysł już od dłuższego czasu za mną łaził. Poszukałem jak najbardziej płaskiej trasy w okolicy, na tyle, na ile to u mnie możliwe, napchałem żeli po kieszeniach i pognałem. Na początku rzecz jasna pod wiatr :/. No i udało się, wynik satysfakcjonujący, ale przyznam, że jednak wolę nieco wolniej, bo ta jazda to był nieustanny dialog z licznikiem, z permanentnym wpatrywaniem w cyferki, a tu wkoło taki piękny świat i pogód.
Skoro jest przedwiośnie, to musi być też przedjesienie. I z pewnością było dziś rano; pełne mgiełek po nocnych burzach, jeszcze ciepłe, ale zdecydowanie dokładające żółtobrązowych odcieni. Przy okazji ulubienia szosy, zapomniałem już jaką frajdę daje #gravel w kwestii bliskości natury - dobrze to sobie przypominać
Okolice Nimis, Attimis i Faedis nie tylko przyjemnie i ciekawie brzmią - to idealne miejscówki na szosę. Są i 18% ścianki i długie 6% podjazdy, a dla chętnych na plaskato - dziesiątki kilometrów bocznych dróg, którymi tylko od czasu do czasu przejeżdża jakieś zagubione auto. Do tego winnice, urocze włoskie miasteczka, z pysznymi osteriami czy kawiarniami. Dziś co prawda wiatr łeb urywał, ale na szczęście nie zmieniał kierunku i na powrocie dmuchało raczej w plecy.
Popracowe conieco, przed zapowiadanymi kilkoma dniami na mokro. I ciąg dalszy wariacji na temat ozdabiania zdjęć wynikami ze stravy. Kiedyś było ok, teraz jest do bani, bo to co można robić z automatu, to bardzo pogarsza ich jakość, a kombinowane wygląda jakoś nie tak. Na szczęście w ogóle nie wpływa to na przyjemność z jazdy
Niedzielna gonitwa po górkach z kolegą. Trzeba przyznać, że wczesnoporanne pustki na drogach i chłodne powietrze to bardzo zacna para. Była też lokalna strada bianca
Objeżdżania nowych miejsc cd. Dziś w jakieś zapomniane rejony Pontebby, brzydkiej jak sweter mechanika mieścinie. Podjazd przyjemny, konkretny aż za bardzo, i prawie nikogo po drodze. Powodem były liczne pęknięcia nawierzchni i końcówka trasy zamknięta dla ruchu - musiałem przenosić rower przez szykany, a także oczywiście całkiem częste i długie dwucyfrowe grejdy. A potem zjazd, karkołomny, pełen zakrętów i ogromnego ruchu po drugiej stronie górki. W knajpie na przełęczy, gdzie się na chwilę zatrzymałem się na kawę, szykował się zespół, jeden pan, lat około 60+, blond mokre kręcone loczki, naturalnie dłuższe z tyłu, by nie cytować Kazika, drugi w kombojskim kapeluszu i koszulce z frędzlami, czujecie te klimaciki:) I dziś każda knajpa na galowo i na głośno. I Włosi podążający do nich stadnie, bo dziś we Włoszech Ferragosto - dzień w którym Włosi świętują i są dosłownie wszędzie, a najbardziej w zakrętach przede mną. Ciężko przy tym podziwiać widoki, a te dziś były naprawdę super. Cyclovia Alpe Adria, którą wracałem, zapchana niemal jak Krupówki.
Kto rano wstaje, ten spotyka ultrasa na trasie. Kolega @Furto dał cynk, że dzieje się coś takiego jak Race Around Austria, w którym uczestniczy Marek Rupiński, obłędny świr, bo jak inaczej nazwać kogoś kto leci 2200km/30km przewyższeń za jednym razem? Dzięki tym razem dobrze działającemu livetrackingowi ustaliłem precyzyjnie położenie, i okazało się jak się przebudziłem, że będzie mijał moją wioskę o 7 rano. Postanowiłem uszczknąć odrobiny tego szaleństwa i potowarzyszyć koledze, żeby zobaczyć jak się ma po ponad 1000km jazdy, czyli mniej więcej w połowie. O dziwo odpowiadał przytomnie na pytania, a nawet podziwiał okolicę. Spoko ziomek, ogromny szacun dla takich kozaków. Trasa bardzo trudna, ponoć najtrudniejsza tego typu na świecie ze względu właśnie na górki - niemal everesting codziennie przez 4 dni! (everesting to wjechanie na łącznie 8848m za jednym razem/dniem). Pogadaliśmy sobie nieco o trudach jazdy, że spanko to w vanie (jest auto towarzyszące), że raczej zasuwa kanapki niż żele i celuje w 1 miejsce w swojej kategorii, co w ogóle jeszcze bardziej zadziwia, że w tym wszystkim można jeszcze myśleć o ściganiu a nie po prostu dotrwaniu. Kosmos.
O kurde, powiedzieć że dowiozłeś, to nic nie powiedzieć Takim wariatem to chyba trzeba się urodzić, przecież już 2k są praktycznie niewyobrażalne, a tu jeszcze tyle w górę
Widziałem na trackingu, że ładnie goni, no ale w końcu mistrz świata. Klasa! - po obu stronach
Ha! W końcu udało mi się wykręcić jakiś sensowny czas na tym podjeździe. Plan był zejść do 1h30, a wyszło 1h20, co stanowi 20min poprawę w stosunku do poprzedniej próby. Jestem z siebie bardzo kontent, najbardziej z tego, że udało się utrzymać założenia taktyczne, czyli nie lecieć all in od początku, co dziwnym trafem w moim przypadku często bierze w łeb i regularnie wpychać w siebie żele. Sam podjazd to 16km/1115m
6l/100km - takie mi dziś wyszło zużycie wody z elektrolitami. Jak jakiś przeciążony diesel;) Wyjechałem wcześnie rano, a i tak upał mnie nie oszczędził. A potem pokazało się podsumowanie podjazdu i nawet mi się zrobiło słabo jak zobaczyłem te cyfry. Gdyby nie wodopoje, gdzie można też było się schłodzić, nie dałbym rady. A tak, powolutku, jakoś się dokulałem. Ledwo
@Furto M31eltd. Jest genialna, nic bym nie zmienił, no może w ramach kaprysu kierownicę na zintegrowaną z płaskim gryfem, ale z tym poczekam do kolejnego roweru, czyli za lat kilka.
@austrionauta ojć, mnie wczoraj nie wiem czy licznik oszukiwał czy tak serio było, ale miałem właśnie podjazd tak 15-19% z krótkim fragmentem 23% około. Bolało, oj bolało. A Ty tutaj na szosowym napędzie to musiało boleć mocniej xD
@austrionauta tak, to akurat była krótka trasa, bo wracałem tylko do domu, ale wzniesienia miałem 270m na niecałych 12km, także wychodziło ponad 2200m/100km xD
Przełęcz Vrsic potem doliną Soczy do Bovec i powrót przez przełęcz Predil to jedna z moich ulubionych tras. Jest przepiękna, ale wymagająca. Wjazd z Kranskiej na Vrsic to ponad 11km z śr nachyleniem 6.9%, z mnóstwem brukowanych zakrętów, które zdecydowanie nie ułatwiają podjazdów, i z zapierającymi dech widokami na szczyty Alp Julijskich. Zjazd tak samo widowiskowy, na szczęście bez bruków i z mniejszym ruchem, a potem z górki wzdłuż Soczy, której błękitno-zielone kolory powodują cochwilowy opad szczęki. Potem znów w górę, do granicy słoweńsko włoskiej na Predilu - 7km, 7.4% i na koniec jeszcze raz zjazd. Dziś termometry pokazywały ponad 30 stopni ( w końcu wraca lato, wiadomo, przecież kończy mi się dziś urlop), lało się z mnie litrami. Na szczęście było dużo miejsc do dolewania wody, niektóre z tak doskonale zimną, że nic na świecie nie może smakować lepiej.
Należy zanotować, iż jeżdżenie na dzień po ambitnej wycieczce w góry boli jak skurczybyk. Nie polecam. A niedzielne 54km z gośćmi i ich dziećmi (nastolatkami jakby kto pytał) w szaleńczym tempie 12km/h przemilczę, ale dopisuję, bo nigdy się tak nie zamęczyłem. Krajobrazy Fruli na szczęście działają kojąco
Wczoraj 75km i dzisiejsze 114km. Dziś miało być bardziej plaskato, no i było, oprócz tej jednej górki - ale było warto, piękne widoki na winnice i fantastyczny zjazd, taki nie za stromy i z dobrą widocznością. Szosowe pyszności, pochłaniałbym te kilometry bez opamiętania, choć nogi już mają dość