Po "Świetle między oceanami" spodziewałem się po M.L. Stedman przede wszystkim emocjonalnej historii i bardzo "ludzkiego" dramatu. "Odległe życie" daje nam to wszystko, a nawet więcej, ale mam wrażenie, że robi to w znacznie mroczniejszy sposób. Już scena otwarcia ustawia ton całej książki - wypadek samochodowy, śmierć ludzi i zwierząt (owiec) w ogniu, chaos i poczucie, że życie może rozpaść się dosłownie w jednej chwili. A później jest tylko ciężej.
To książka mocno zanurzona w stracie, żałobie i konsekwencjach decyzji podejmowanych pod wpływem emocji. Śmierć przewija się tu praktycznie cały czas i zdecydowanie nie jest związana jedynie z naturalnym biegiem życia. Stedman bardzo dobrze pokazuje, jak tragedie rozchodzą się po rodzinach i społecznościach niczym fale - nawet jeśli ktoś nie był bezpośrednio ich częścią, i tak zostają nimi naznaczone.
Bardzo ciekawie działa też motyw owiec, który wraca przez całą książkę. Z jednej strony to element mocno wpisany w realia świata przedstawionego - bohaterowie zajmują się ich wypasem, na ogromnych pastwiskach, z drugiej staje się symbolem kruchości życia i pewnej bezbronności bohaterów wobec losu. Razem z nimi obserwujemy pełny krąg życia zwierząt, od narodzin, po śmierć. Już sam początek z martwymi zwierzętami pokazuje, że autorka nie będzie budować ładnej opowieści, tylko historię, w której natura i śmierć są czymś bardzo namacalnym. Jak dołożymy do tego Australijskie odludzie, to mamy już pełny obraz kruchości życia w obliczu ogromu świata.
Największą siłą książki pozostają jednak emocje i relacje między bohaterami. Stedman świetnie pisze o poczuciu winy, przemilczeniach i o tym, jak ludzie próbują żyć dalej mimo rodzinnych tragedii. Nie ma tu wielkich zwrotów akcji - bardziej powolne osuwanie się bohaterów pod ciężarem wydarzeń. I właśnie to działa najmocniej. Piękna jest też przyjaźń małego chłopca i geolożki, która pokazuje, że wiek i pochodzenie nie ma znaczenia, gdy łączy Was wspólna pasja.
To co moim zdaniem było tu niepotrzebne, to wątek queerowy, który zabrał może 3-4 strony, a jednocześnie nie miał jakiegoś wielkiego wpływu na całość historii, po za 2 wyjazdami jednego z bohaterów.
Mam wrażenie, że "Odległe życie" stoi bardzo blisko "Światła między oceanami" pod względem jakości, choć jest od niego bardziej przygnębiające i mniej "romantyczne" w emocjonalnym odbiorze. To książka ciężka, melancholijna, ale bardzo dobrze napisana i zostawiająca po sobie sporo refleksji.
Charlotte McConaghy ponownie zabiera czytelnika do świata natury, samotności i ludzi próbujących odnaleźć się gdzieś na granicy cywilizacji. Tym razem trafiamy do szkockich Highlands, z biolożką Inti Flynn, jej siostrą bliźniaczką i zespołem badaczy, których zadaniem będzie wpuszczenie do lokalnego ekosystemu, niemal wymarłego gatunku, wilka szarego. Bardzo szybko okazuje się jednak, że mieszkańcy nie są zachwyceni obecnością drapieżników, a napięcie między ludźmi i naturą zaczyna prowadzić do tragedii. Gdy dochodzi do śmierci jednego z mieszkańców, historia zaczyna skręcać niebezpiecznie w stronę kryminału.
I właśnie z tym mam największy problem. Dla mnie ten mariaż kryminału i obyczajówki wypada co najmniej średnio. Wątek śledztwa niby buduje napięcie, ale nigdy nie staje się pełnoprawnym kryminałem, a jednocześnie trochę rozmywa to, co u McConaghy działa najlepiej - emocjonalną i refleksyjną warstwę opowieści o naturze, traumie i relacjach między ludźmi.
Najbardziej doceniam tutaj język i sposób prowadzenia narracji. Autorka bardzo umiejętnie operuje słowem i klimatem. Jest w tej książce dużo melancholii, ciszy i poczucia obcowania z czymś pierwotnym. Highlands, lasy i same wilki nie są tylko tłem - mają własną obecność i wpływają na bohaterów niemal tak samo mocno jak inni ludzie. Możemy je śledzić dzięki nadajnikom, co też obrazuje ich naturę i jednoczenie się z nowym "domem". Widać też, że McConaghy lubi bawić się formą i sposobem opowiadania historii, dzięki czemu książka ma momenty naprawdę piękne literacko.
Jednocześnie emocjonalnie ta historia trafiła do mnie słabiej niż "Dziki mroczny brzeg". Tam miałem poczucie większej intensywności i lepszego połączenia człowieka z naturą. "Kiedyś były tu wilki" wydaje mi się bardziej wykalkulowane i momentami trochę zbyt świadome swojej poetyckości.
To nadal dobra książka, szczególnie dla osób lubiących literaturę opisującą naturę z mocnym tłem emocjonalnym, ale w moim odczuciu autorka potrafi lepiej połączyć piękny język z naprawdę poruszającą historią.
Update balkonowy:
Rododendron ma się dobrze, wypuścił nawet 2 kwiatki i zaraz będą kolejne. Zyskał też koleżankę w postaci Hortensji :)
#ogrodnictwo #balkonowyogrodek #rododendron
@Endrevoir trochę pokpiłem sprawę, bo właśnie przeczytałem, że zalewa się go nawet 4 razy, a ja piję max 1 herbatę dziennie 🤣 w smaku jest bardzo ciekawy, choć wolę czarne od zielonych herbat, to ta jest przekonująca :)
@WujekAlien tak, w tym stylu można wiele razy ja parzę go głównie w stylu gongfu cha, ale rozumiem że nie wszyscy muszą być tacy pojebani w kwestii herbaty jak ja
Zawsze możesz dodać mniej liści i zaparzać go dłużej, wyjdzie ci idealnie jedno parzenie i nie zmarnujesz liści