Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

DEMENTI


Szanowni Państwo!


W związku z pojawiającymi się uderzającymi w moją skromną osobę kalumniami, żem erosoman i że tylko balony mi w głowie, poniżej przedstawiam dowód na to, że nie jest do prawda. Owszem, staram się poruszać w tematyce wszelakiej, również poniżej pasa (ale i powyżej też, o czym niech zaświadczy poniższy utwór). Tak więc, zaspokoiwszy potrzebę trzewi, przechodzę do potrzeby serca. Było o miłości fizycznej, będzie o miłości emocjonalnej. Tylko ona gdzieś tam po drodze – niestety – zaginęła.


***


Wspólny poemat


W młodości razem poemat natchniony

pisaliśmy, otwarci na siebie i szczerzy.

W nim miłość naszą na cztery strony

głosiliśmy światu. Nie wierzył.


Pierścionek dałem ci przy wieczerzy

ze słowy: niż ty, ja nie chcę mieć innej żony.

I ślub był. I dziecko - a dziś do młodzieży

nasz synek może już być zaliczony.


Lat kilkanaście nie czuliśmy mięty:

ty byłaś zajęta, ja byłem zajęty –

dotyk obojętności syndromu.


I wspólne życie, jak ołówek pęknięty,

gdy wyszło, że pisać nie ma już komu.

Poemat? Nie będzie drugiego tomu.


***


Dziękuję.


#poezja #nasonety #tworczoscwlasna #zafirewallem

2 sonety jednego dnia, a to niby ja jestem hurtownikiem

Ale wrzucaj jak najwięcej, bo są świetne!

Co tu dużo mówić, widać, że odnajdujesz się i w erotyku i na poważnie i w tematyce vomitnej. Szacuneczek

Zaloguj się aby komentować

Najmilsi!


Ponieważ


obudziłem się później niż zwykle

wstałem z łóżka, w radiu była muzyka;

najpierw zdjąłem koszulę, potem trochę tańczyłem

i przez chwilę się czułem jak dziewczyna świerszczyka


to muszę sobie z tą poranną ochotą jakoś poradzić. A jakież może być lepsze remedium żeby spuścić z siebie trochę porannego ciśnienia aniżeli poezja? No to machnąłem taki sonet i niech on będzie kolejną moją propozycją w bitwie #nasonety


***


Uliczna kramarka


Handlarka zabawek, w stroju zielonym,

w ulicznym kramie towar jej leży.

Ach! Czegóż tam nie ma! Kolejki! Wagony!

I nawet z ołowiu żołnierzyk!


Na ramię spoglądam: bez żadnych łupieży;

włosy śliną przygładzam i chuch do dłoni:

upewniam się, że oddech mój świeży.

Jest okej! Ruszam więc ku niej i w takie tony


uderzam (na głos się silę namiętny:

za Casanovę chciałbym być wzięty):

– Wybacz, o pani, że bez pardonu


twój spokój zakłócam święty.

Nie kupię tego z ołowiu plutonu,

daj tylko dotknąć balonów!


***


Dziękuję.


#poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

@George_Stark

Rano wstaję,

Zęby myję,

Wkurza wszystko mnie.

Ranne ptaszki pozabiję,

Spać ja tylko chcę.

Nocne marki hej do boju!

Swój postulat mam.

Niechaj sowy rządzą światem!

Będzie lepiej nam!

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Moje drugie podejście do bitwy #nasonety . Tym razem będzie nieco lżej niż ostatnio. Choć – być może – narażę się męskiej większości bywalców naszej kawiarni zdradzając damskiej mniejszości sekret tego, dlaczego mężczyźni tak mocno przeżywają każde najmniejsze przeziębienie. No ale, poeta przecież musi mieć odwagę mówić prawdę. Inaczej nie byłby poetą, prawda? To, że ubiera ją w piękne słowa, to tylko efekt uboczny.


***


Jak wyobrażam sobie zżyte małżeństwa starej daty oraz do jakich wybiegów zmusza nas współczesny, pędzący świat


Coś mnie ostatnio wzięło i jestem przeziębiony.

I w gardle mnie drapie, i nosa nieżyt:

doprawdy, mój żywot jest zagrożony!

Termometr podaje mi żona: nie wierzy,


co słupek rtęci czerwony wymierzył:

on bowiem tkwi niewzruszony.

– Patrzcie go! Chłop taki! Z katarkiem leży! –

próbuje mnie podejść z tej strony.


I maścią końską naciera mi pięty,

i sok z kapusty podaje skiśnięty,

a stan mój wciąż bliski OIOM-u.


Lecz gdy się odwraca, ja uśmiechnięty:

pomimo mych zajęć całego ogromu

nareszcie mogę pobyć z nią w domu.


***


A, jeszcze formalności: d_i proposta_ od Splasza, autorstwa pana Asnyka, tutaj . Inne risposty na tagu #nasonety . Polecam!

A tagi tutaj: #tworczoscwlasna #zafirewallem , czyli coś jakby #poezja


Dziękuję za uwagę.

Zaloguj się aby komentować

718 + 1 = 719


Tytuł: Rudowłosa

Autor: Orhan Pamuk

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Strach nie był jedynym uczuciem, jakiem przepełniała człowieka głębokość studni; czuło się także podziw dla tego, kto zszedł tak nisko, używając jedynie kilofa i łopaty.


O czym może traktować literatura? Można, na przykład, napisać podzielone na sześć ksiąg (umieszczonych przez wydawcę w trzech tomach) dzieło (tworząc przy okazji cały złożony świat) o ratowaniu świata przed Złem poprzez podjęcie wyprawy mającej na celu wrzucenie obrączki do wulkanu. Można zagłębić się w najczarniejsze zakamarki duszy człowieka i rozważać co też się w niej może dziać, kiedy zabije on człowieka, starą lichwiarkę, która z moralnego punktu widzenia kryształowa to jednak nie była. A można też, jak pan Pamuk w Rudowłosej, napisać o kopaniu studni.


To niezwykła pisarska umiejętność: stworzyć ciekawą historię, zapętlającą ze sobą kilka wywodzących się z różnych kultur motywów, wokół tak prozaicznego – wydawałoby się – tematu, jakim jest wspomniane kopanie studni. Wydawałoby się, że prozaicznego, bowiem akcja powieści zaczyna się w roku 1986 i, jak twierdzi autor, wówczas jeszcze nie korzystało się z wiertnic i nie istniała tomografia elektrooporowa (to drugie stwierdzenie moje); poszukiwanie wody cały czas odbywało się tradycyjnymi metodami, przekazywanymi od wieków przez mistrzów uczniom, którzy później sami stawali się mistrzami. Pierwszym, co zwróciło moją uwagę była właśnie świetna postać mistrza Mahmuta. Studniarza, który pod swoje skrzydła przygarnął, jako asystenta, Cema Çelika. Zastąpił też po części temu chłopcu ojca, który to zniknął z jego życia. Świetna była ta pierwsza część! Te opisy pracy studniarskiej i wieczorów spędzanych wspólnie, na snuciu opowieści (mimo, że mistrz Mahmut miał już przenośny telewizor) –aż czułem ten klimat podstambulskiego wieczoru i nawet trochę zazdrościłem, że można tak po prostu siedzieć sobie razem ciepłą nocą obok namiotu i snuć opowieści. Albo ich słuchać.


Później w życiu Cema pojawia się tytułowa Rudowłosa i chłopiec staje się mężczyzną. Więcej, żeby nie zdradzać szczegółów fabuły i ewentualnie nie psuć komuś przyjemności z lektury, pisał o niej nie będę. Wspomnę natomiast o tym, że kapitalnie udało się panu Pamukowi połączyć w jedną opowieść stare mity i legendy. Przede wszystkim grecką opowieść o Edypie (który nieświadomie zabija własnego ojca) z perską opowieścią o Rostamachu (który nieświadomie zabija własnego syna), ale też turecką legendę (którą wcześniej znałem w wersji irakijskiej) o aniele śmierci, przed którym ojciec chciał ocalić syna wysyłając go z dala od domu. Kapitalnie wyszło to fabularnie. Tym bardziej, że te dwie pierwsze opowieści wyraźnie wskazują, że w tej książce ktoś kogoś zabije. Pytanie tylko – które niesamowicie rozpaliło moją ciekawość – kto kogo?


Rudowłosa napisana jest w sposób ciekawy – tutaj podnoszę już wyłącznie kwestię języka – co doceniam, ale nie przypadła mi pod tym względem jakoś szczególnie do gustu. Nie potrafię tego uargumentować; nie potrafię powiedzieć dlaczego. Niby język użyty w tej książce jest płynny, momentami nawet można by powiedzieć, że w jakiś sposób szlachetny (? – nie umiem znaleźć lepszego słowa), choć w sposób nieprzesadny; nie czytało mi się jej źle, nie była męcząca, ale do zachwytu nad językiem to mi w tym przypadku dość daleko. Nie przeszkadza mi natomiast, dość ograna, kompozycja „książki w książce”. Skoro cały czas, po tysiącach lat, sprawdzają się motywy z mitów i legend, dlaczego inaczej miałoby być w przypadku kompozycji? Zresztą, przecież to co w jakiś sposób znajome, zwykle jest przyjemne. A i w odbiorze łatwiejsze. Można, oczywiście, silić się na oryginalność – jak na przykład inny noblista, pan Saramago – tylko później wychodzi to wszystko tak, jak wychodzi. W książkach tego Portugalczyka jest, owszem, „szokujący i nowoczesny styl” – który mnie strasznie wymęczył! – tylko czy jest w nich coś poza nim? Ja nie znalazłem. U pana Panuka natomiast, w opowieści prowadzonej językowo bez jakichś wyjątkowo spektakularnych eksperymentów, treści jest mnóstwo. Ja wolę właśnie tak. Bo czy literatura piękna naprawdę musi być nowoczesna i szokująca? Nie wystarczy żeby była po prostu piękna?

ff1e4ffd-ff73-4e88-a822-5d360f0f135e

Zaloguj się aby komentować

713 + 1 = 714


Tytuł: Stoner

Autor: John Williams

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Za życia Stonera jego znajomi z uczelni niezbyt go cenili, a dzisiaj nieczęsto o nim wspominają. Starszym wykładowcom jego imię i nazwisko mimochodem przypomina, jaki koniec ich też czeka, młodszym za to nic nie mówi, nie przywodzi na myśl wspomnień i nie kojarzy się z niczym, co by miało związek z nimi lub ich drogą zawodową.


[…] Tak już się nie pisze […] – takimi słowami (o czym dowiedziałem się z zamieszczonego na końcu książki eseju Skroma książka, autorstwa tłumacza, pana Macieja Stroińskiego) w liście z 11 czerwca 1963 roku do autora Stonera, pana Johna Williams, zwróciła się jego agentka. Pisała tam jeszcze, że, jej zdaniem, powieść dobrze się nie sprzeda. Miała rację w obu tych stwierdzeniach. O tym drugim (i o wspomnianym eseju) w dalszej części, bo sama historia tej książki to ciekawa rzecz, najpierw jednak o samym utworze.


Bo tak, rzeczywiście, tak jak napisany jest Stoner się nie pisze. Nie pisze się dziś, nie pisało się w roku 1963, kiedy to pan Williams przekazał agentce maszynopis, nie pisało się w roku 1965, kiedy to Stoner został wydany. W zasadzie to mam wątpliwości, czy w ogóle kiedykolwiek pisało się tak, jak pan Williams napisał Stonera.


Na początek sama postać protagonisty. Ten cytat na początku wpisu mówi bardzo dużo – w zasadzie to wszystko – o bohaterze, o którym ta opowieść jest. Z – nazwijmy to szeroko – teorii literatury wiem, że główny bohater powinien być charakterystyczny, mieć jakąś cechę która go wyróżnia, swój cel, pragnienie i motywację. I tak dalej. William Stoner nie ma prawie żadnej z tych cech. A nawet jeśli już którąś z nich ma, to ma ją tak nie za bardzo. Jak przebiega wobec tego życie Stonera (a i innych bohaterów tej książki)? Oddam głos autorowi, bo nie będzie lepszej odpowiedzi na to pytanie niż kilka cytatów z książki:


I począł pytać Stonera o to, co nazywał jego „widokami na przyszłość”. Stoner odpowiedział najlepiej, jak umiał; wcześniej nie zastanawiał się nad swoimi „widokami”, ze zdziwieniem więc zauważył, że wyglądały tak marnie.


Znasz mnie, więc nie muszę mówić, że Niemców mam w d⁎⁎ie. Amerykanów, szczerze mówiąc też, również, gdy się zastanowić […] Idę chyba dlatego, że to w sumie wszystko jedno.


Lato spędził u rodziców, żeby pomóc im przy żniwach. Kiedy ojciec go zapytał, jak mu się studiuje, powiedział, że dobrze. Ojciec tylko kiwnął głową i nie wracał do tematu.


Dopiero w pociągu, którym wyruszyli na miesiąc miodowy, by spędzić tydzień w Saint Louis, William Stoner pojął, że jest już po wszystkim i oto ma żonę.


William to jest dobry chłopak. […] Proszę być dla niego dobrą. Bo ktoś musi.


Brzmi zachęcająco, prawda? A to jeszcze nie wszystko!


***


To nie wszystko, bo drugą sprawą, na którą zwróciłem uwagę jest to, jak ta książka jest napisana. A jest napisana inaczej niż wszystko chyba to, co do tej pory czytałem. Język jakim operuje (przynajmniej w pierwszej jej części – podział mój i raczej płynny i intuicyjny, a nie dokonany przez autora), jest zupełnie beznamiętny, całkowicie wyprany z emocji. Minimalne dialogi, albo ich zupełny brak też dokładają do tego wszystkiego swoje swoje. Ten język jest płaski (w znaczeniu mało dynamiczny), tak bardzo, że czasami jest wręcz niepokojący. Za to jest doskonale przystający do treści. Rzeczą zadziwiającą przy tym wszystkim jest to, że panu Williamsowi w tym języku udało się zawrzeć sporo piękna. Nie mówiąc o innych rzeczach, takich jak mimochodem rzucane obserwacje dotyczące życia. Takiego codziennego, zwykłego, zupełnie nienadającego się na temat książki – jak życie Williama Stonera właśnie. Pan Williams i to zrobił tak, jak się tego nie robi. Znów będą cytaty.


Pamiętacie może, jak pani w szkole tłumaczyła jak pisać charakterystykę postaci literackiej? No to pan Williams chyba na tej lekcji nie uważał (albo miał to w d⁎⁎ie, bo to przecież w sumie i tak wszystko jedno) i o matce Stonera napisał tak:


Matka do życia podchodziła cierpliwie, jakby było długą chwilą, którą należy przeczekać.


O przyszłej żonie Stonera natomiast tak:


Poznała tajniki dobrego ubioru, właściwej postawy i moralności, czyli bycia damą.


Dla mnie wystarczy zupełnie wystarczy.


A opisy miejsc? Te wszystkie działające na wyobraźnię szczegóły w nich zawarte (choć z drugiej strony, mające jakieś znaczenie – muszę to dodać, bo pan Czechow mi strzelbą grozi)? To tworzenie przed czytelnikiem iluzji, ułatwianie mu uzyskania wrażenia „byłem tam”? Tak robi się to klasycznie. Ale można zrobić to też tak jak pan Williams:


Stoner ledwo rejestrował resztką świadomości, że jest przewożony długimi korytarzami do dziwnego pomieszczenia, które składało się głównie z sufitu i światła.


Ja mam wrażenie, że nie tylko tam, na tej sali operacyjnej, byłem i to widziałem, ale że sam na tym szpitalnym wózku byłem wieziony.


I tylko jedna rzecz mi się w tej książce nie podobała. W pewnym momencie bowiem język się zmienia. Nabiera jakby dynamiki. I chyba nawet nie przez to, że i Stoner napotkał jedyną chyba w życiu sprawę, w którą się zaangażował (dużo powiedziane! – ale przynajmniej postawił opór), ale przez to, że zostało wprowadzone do treści więcej dialogów. Z mojej perspektywy: szkoda.


***


I mimo tego całego tego ciężaru jednak podjętej w Stonerze tematyki, to zdarzało mi się przy tej lekturze i pośmiać. Najlepsza – według mnie – komedia, co będę za panem Gogolem powtarzał, jest o nas samych. Nic w końcu nie bawi tak, jak własna nieudolność. A wiele z zachowań, czy to Williama Stonera, czy innych postaci z tej książki, znam z autopsji. I, jeśli kiedyś przydarzy mi się jakiś romans, to jego początek na bank będzie wyglądał tak, jak początek romansu Williama Stonera z Katherine Driscoll!


***


Bardzo ładnie po lekturze (i bardzo dobrze, że dopiero po, że zamieszczono go na końcu) światło na ten utwór rzuca wspomniany na początku esej tłumacza, pana Macieja Stroińskiego. Oprócz historii tej powieści: od jej niedocenienia zaraz po wydaniu, po stopniowe odkrywanie po wydobyciu gdzieś z archiwów, najpierw w Stanach, później w Europie, aż do sukcesu, który to sukces – o tym też jest w tym eseju, poparte cytatami z korespondencji pana Williamsa – jej autor przewidywał, jest też tam fragment o tym, że to właśnie pan Williams, dwadzieścia pięć lat wcześniej, zanim ten termin został spopularyzowany, użył sformułowania „literatura mniejsza” (minor literature) – sam w sobie, swoją drogą, brzmiący świetnie. Ja się teraz mądrzę, bo wyczytałem to w tym eseju, a tak naprawdę wcześniej nie miałem o tym pojęcia. Ale teraz, kiedy już wiem, że coś takiego istnieje, mam ogromną ochotę tę „mniejszą literaturę” poznawać. Bo ona bardzo mi się podoba, z tą jej oszczędnością w każdym możliwym wymiarze. Problemem, tak mi się wydaje, może być dotarcie do niej. To, że nie była, nie jest (i pewnie nie będzie) szeroko znana i popularna, wiedział już pan Williams, który (tym razem o wierszach, również „mniejszych”, swojego idola, pana Jamesa Cunninghama) napisał tak: Nasi dzisiejsi krytycy mają przykry zwyczaj, żeby lekceważyć dzieła nierobiące szumu wokół samych siebie i tchnące skromnością. Myślę jednak, że warto zadać sobie trud poszukania tego typu książek. Wrażenia z lektury są tego go wynagradzają.


***


Czasami mi się zdarza, już po lekturze, poczytać o niej komentarze. Porównać sobie mój odbiór z odbiorem innych czytelników. Tak zrobiłem i tym razem. Jeden z nich szczególnie mi się spodobał i zupełnie się z nim zgadzam, dlatego pozwolę sobie nim się podzielić .


***


EDIT: A, zapomniałem napisać, że i okładka mi się przeogromnie podoba. Też minimalistyczna niemal do granic, niesamowicie pasuje do tego, co w środku. Bardzo lubię takie szczegóły!

86a0afac-a26a-47ef-b927-31e4f2ab5868

@George_Stark czytałeś człowieka który śpi Pereca? Wydaje mi się, że pasuje do tego nurtu, o którym piszesz, że chcesz poeksplorować.

Zaloguj się aby komentować

Będzie krótko, bo dziś chyba przedawkowałem rymowanie.


Oto przystępuję do bitwy #nasonety w kawiarence #zafirewallem prezentując swoje dzieło w kategorii #tworczoscwlasna z gatunku, powiedzmy, #poezja


Nie wiem skąd mi przyszła do głowy inspiracja, ale przyszła i jest nią (dość luźno) postać Jan Valjeana z monumentalnej powieści Nędznicy pana Victora Hugo. Oto i proszę:


Za chleb – wolność


Pod połą płaszcza chleb niesie skradziony.

Ukradł, bo dotarł do głodu wybrzeży.

Wraca szczęśliwie do dzieci, do żony

a za nim strach ukryty gdzieś bieży.


– Doprawdy, udało się! – naiwnie wierzy

bo nie wie jeszcze, że został zdradzony,

że sąd sprawiedliwość jemu wymierzy

i że na galery zostanie wsadzony.


Siłą na okręt on będzie wciągnięty,

spod prawa ten człowiek – biedny – wyjęty,

żyć zawsze już będzie z tym piętnem sromu.


I ból, ból w mięśniach tak niepojęty!

I łza, jak list z najniższego okrętu poziomu

przez morze niesiony: jak tam wam w domu?

Wyszło fenomenalnie, to chyba do tej pory najlepszy sonet jaki został opublikowany na tym tagu Czapki z głów!


Tylko Javerta to nie wzruszyło

9a40cbb7-fa54-47c4-862a-55736428b710

Zaloguj się aby komentować

Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


Od Autora

Całkiem poważnie się Wam, drodzy Czytelnicy przyznam, że kiedyś miałem (a w zasadzie dalej mam, tylko nic już w tym kierunku nie robię) marzenie żeby napisać powieść. Ba! Nie tylko żeby napisać, ale i opublikować! I to nie własnym nakładem! Zawsze dość sporo czytałem i niezmiernie bawiło (i dalej bawi) mnie w tym czytaniu wiele rzeczy. Jedną z nich jest właśnie tytułowanie wstępu słowami, jakich zdecydowałem się tutaj użyć, to jest zwrotem „od autora”. Zwrotem, który logicznie sugeruje to, że cała pozostała część od autora nie jest. W zasadzie to jednym z powodów tego, że powieść chciałem opublikować jest przemożna chęć podzielnia się tą właśnie powyższą refleksją. Powieści raczej nie będzie, więc – z czego bardzo się cieszę – dzielę się nią z Wami tutaj.


Spełniwszy choć w części swoje marzenie oto oddaję do rąk Waszych kolejną część tego wspaniałego poematu, który tworzę w ramach radzenia sobie z problemem zbyt dużej ilości wolnego czasu w moim życiu. Możliwe, że mógłbym wykorzystać go inaczej, np. napisać 4 reportaże o perspektywach rozwoju małych miasteczek (znacie wiersz pana Andrzeja Bursy Sobota? – jeśli nie znacie, to sobie przeczytajcie; to jeden z moich dwóch ulubionych). Na wszelki wypadek, gdybyście Wy mnie nie pochwalili (proszę się nie krępować) to sam się pochwalę tym, z czego w tej księdze jestem szczególnie dumny: bardzo podoba mi się mianowicie rozwiązanie fabularne w postaci nagłego greckiego deszczu. Podoba mi się też kilka innych rzeczy, ale o nich nie będę pisał. Na wszelki wypadek zostawię Wam trochę pola do pochwał.


Dziękuję za uwagę i zapraszam do lektury treści właściwej. Ona również jest od autora.


Autor


Spis treści

Księga I

Księga II


***


Księga III

W Grecji


Księgarnia – Spotkanie – Hotelowe problemy – Impreza


Cóż zrobić przy okazji takiego spotkania?

I u mnie, i u Pachy różne zachowania:

ja to może i nawet bym udawał Greka:

– Przyleciała tutaj? Niech se w krzakach czeka!

Pacha zaś, z wielkim, jak u mongolskich słoni,

sercem, ku @moll zmierza, z sercem tym na dłoni

– Cumpelo! – mówi. – Chodź! Usmażysz nam kotleta!

A później przenocujesz u nas na waleta!

Ja – z miną na mej twarzy jak siedem nieszczęść,

bom z wieczora do Pachy przyssać się miał chęć –

a tu: dwie baby na raz! Wizja mnie pochłania:

ileż to dziś wieczorem będzie tam gadania!

A @moll – kobieta jest to współczesna, a zatem

stawia sprawę szybko: krótkim komunikatem

oznajmia: – Nie! Niech kotlet chwileczkę zaczeka,

chcę sobie kupić najpierw po grecku Pratchetta!

A później, bo gotowanie jednak chwilę trwa,

miast kotleta, może kebab? Obok wszak Turcja!

Pacha na te słowa w oczy mi spogląda

namiętnie. I na całkiem szczęśliwą wygląda.

Głaszcze mój policzek, z brodą moją szorstką:

– To jest świetny pomysł! Wiesz? Ja lubię na ostro

kebaba opędzlować! Weźmy mnóstwo sosu!

Tak, że aż nam wszystkim para pójdzie z nosów!

Ustaliwszy więc plan w sprawie zajadania,

ruszyliśmy samotrzeć na poszukiwania

księgarni. @moll się zatrzymuje, z nadzieją

wrzeszczy: – Widzę napis! Brzmi on: Βιβλιοπωλείο!

Wchodzimy. Nie na oczy zwykłego człowieka

to, co widzę w środku. Bowiem, dla mnie: greka!

Niczego nie pojmuję! Choć żem Satyr świński,

to wolę – jak Faun jednak – alfabet łaciński.

@moll w tym czasie: szał! W półki jak nie ruszy!

A Pacha? Jak to zwykle: stoi i się puszy.

@moll książkę znalazła, z okładki zawijas

czyta nam (znasz grekę?!): – Το Χρώμα της Μαγείας!

Mam! Mam! Mam! Nareszcie! Znalazłam to, co chciałam!

Teraz chodźmy na kebab! Trochę już zgłodniałam!


Docieramy na agorę. Jest! Dobra nasza!

Stoi tam buda dumna! Nazwa? „Kebab Pasza”.

Głodni, a więc prędziutko, śród greckiego żaru,

zmierzamy raźnym krokiem wprost do kontuaru.

Lecz, nim spytam: „na co macie, moje panie, chęć?”

Patrzę: któż to tam za ladą?! @splash545 ?!

– Co ty tu robisz, stary?! – ten widok mnie wzruszył.

– Wiesz, dopadł mnie ostatnio gang proletariuszy.

Puściły mnie, hamy, w skarpetkach i gatkach!

Odkuć się teraz muszę, pracując na saksach!

– Racja! – rzuca @moll gromko i zaraz cytuje:

– Pieniądze to są ważne, kiedy ich brakuje!

Tak pisał pan Pratchett, w tym swoim tomisku,

co tytuł nosi taki: Nauka Świata Dysku.

Na to wtrąca się Pacha: – Przerywać nie chciałam

tej ciekawej rozmowy, ale tak zgłodniałam,

że nie wytrzymam dłużej! Zanim więc do sprawy

przejdziemy, proszę!, błagam! weźmy te kebaby!

Tak czas nam upływał w tym antycznym mieście

na gadce przy kebsie. Ostrym, w cienkim cieście.

Rozmowa była przednia, a, się nagadawszy

i kałduny tym zacnym posiłkiem napchawszy,

uderzam w te słowa: – Splash, mój przyjacielu,

czas już będzie na nas, albowiem do hotelu

natychmiast powinniśmy zacząć się kierować

ażeby na spokojnie tam się zameldować.


Próbę, przed samą bramą hotelu naszego,

podejmuję powrotu do tego swojego

pomysłu wieczorem do Pachy się przyssania.

Jaram się od samego już fantazjowania!

Słowa takie kieruję ku przyzwoitce @moll:

– A może byś tak jednak, turystycznie, jak troll,

pod most spać se poszła? W końcu, ja tam nie wiem,

co to jest za różnica? Grecja czy Kociewie?

@moll nie odpowiada, a Pacha we wrzask: – No wiesz!

Nie jak Dżordż się zachowujesz, lecz jak jakiś jeż!

co tylko kolce stroszy: byle do samicy!

Co, @moll ci nie pasuje?! Sam śpij na ulicy!

I nagle: Trach! Piorun! Grom z nieba jasnego!

To sam Zeus docenił błyskotliwość tego

komentarza Pachy. Ja: – „Trudno! No to będę” –

myślę sobie tak – „nie sam, lecz ze swym popędem,

spał dzisiaj na sofie. I, zgiąwszy tam kolana,

bo sofa ciut przykrótka, męczył bakłażana.”

Naprzód jednak dopełnić musim formalności:

wpisać się na recepcji do rejestru gości.

Przed samym wejściem @moll , bo będzie waletować,

pod pachę Pasze jakoś próbuje się schować.

Nie wychodzi to wcale, a ja, no bo moknę,

(nagle deszcz zaczął padać) mówię: – No to oknem

wejdziesz trochę później, gdy będzie już po wszystkim.

– Dobrze – mówi @moll – okno całkiem jest mi bliskim.

Pratchett to o oknie w książce Prawda pisał,

idę więc szukać okna – gdyby ktoś się pytał.

Rozdzielamy się: @moll pod okno, my do środka.

Naraz Pacha blednie i jej postawa wiotka

jakoś dziwnie się staje. – W porządku, ma droga?

Pytam, bo widzę, że coś niepewnie na nogach

stoisz. – W tym kebabie, to coś nieświeżego

być musiało – mówi mi. – klozetu jakiegoś

pilnie potrzebuję! A recepcja jest pusta!

– „Nic jej tu nie pomoże, nawet usta-usta!” –

myślę sobie. Myśl moja troszeczkę nieczysta:

bo – z braku laku – i z ust bym skorzystał.

– No dobrze, kochana – tak mówię – całe szczęście,

powiedzieli nam, w którym apartamencie

mieszkać tutaj będziemy. Wprost tam się udamy

i może gdzieś po drodze obsługę spotkamy?

Docieramy pod drzwi nasze, numer sto dziesięć

a przed drzwiami nikt inny, jak @splash545 :

hotelowy uniform, pęk kluczy za pasem.

Stoi tam i macha dumnie srebrnym swym ku⁎⁎⁎em.

Milion pytań przychodzi, nawał ich ogromy,

w kryzysie ja jednak pozostaję przytomny:

– Kolego! – mówię prędko. – Później pogadamy!

Wpuść do pokoju! Pilna potrzeba mej damy,

czekać już nie może! Splash w mig drzwi otwiera,

a Pacha – o mój Boże! – jakby u sprintera

nauki pobierała, tak przestrzeń pożera!

Dwie sekundy i już! Już siedzi w klozecie!

– Co za ulga – mówi – na czas w toalecie!

Dajmy jej tam spokoju, chociażby i po to,

by tam, gdzie to i sam król chodzić zwykł piechotą,

bez stresu mogła sobie załatwić co trzeba.

Ja tymczasem do Splasha: – Tyś tu? Wielkie nieba!

Splash mi rzecze na to: – Widzisz Dżordż, ja do chaty,

szybciutko chciałbym wracać. Stąd te dwa etaty.

Tym bardziej że tam sama siedzi moja żona.

Boję się, że utyje, ryżykiem karmiona,

co to go jej Pacha, za moimi plecami

przesyła łącząc wraz z miłości listami.

Może bym się i kapnął, po tymże wyznaniu

że jest coś dziwnego w tym jej wysyłaniu,

że coś tu jest nie tak, że związek mi się wali,

gdyby nie okrzyk z kibla: – Auu! Jak mnie pali!

A, na dodatek, gdy brzmią stamtąd Pachy płacze,

Głos się inny rozlega: – A wiecie, że Pratchett…

To ona! @moll tutaj do nas dostała się oknem!

– Hej! Nie mogę już dłużej tam czekać, bo moknę.

Ja, zły jak jasna cholera: tako do niej gadam:

– Deszcz to na wiedźmę, jak Pratchett pisał, nie pada.

Ja też umiem Pratchetta cytować, gdy trzeba,

to było z książki Kapelusz pełen nieba.

@moll się zrobiła smutna, przesadziłem teraz,

no i trochę zepsuła się nam atmosfera.

Tym bardziej, że i zapach doleciał – niestety –

gdy Pacha otworzyła drzwi od toalety.

I w całej tej sprawie jedna rzecz jest miła,

bo wyszła stamtąd z okrzykiem: – Przeżyłam!

Sytuację tę marną – uff! – uratował Splash,

mówiąc: – Ej! Jest tu impreza! Pacha, ty ich znasz!

Okazja druga taka prędko się nie zdarzy

zjazd ma dziś tutaj bowiem Związek Kajakarzy!


Wkraczamy na salę, w strojach wręcz galowych.

Pan prezes woła gromko: – Przynieś wódę, młody!

Nagle: głos mu zamiera. Pachę zauważa!

– Ty?! Ty tutaj?! – zdziwiony – se nie wyobrażam

takiego wieczoru bez, jak kocham blask monet,

poezji! Sonet! Pacha! Wyrecytuj sonet!

Pacha wkracza na scenę, pięknie się tam kłania

i gładko przystępuje do recytowania,

a też i bez spóźnienia, co mnie trochę dziwi.

Recytuje jak Homer. Chociaż przecież widzi!

My zaś tam we trójkę, trochę tak, jak jelenie

stoimy obok Pachy – tej gwiazdy na scenie.

I, choć tutaj jest Grecja, to jesteśmy teraz

w tym importowanym świetle Jupitera.


***


Stopka redakcyjna


Oficyna Wydawnicza Kawiarnia #zafirewallem

Internet, 2023


@George_Stark , 2023

Redakcja: @George_Stark

Korekta: @George_Stark


#tworczoscwlasna #poezja

W ogóle imponuje tu ilość detali. Niech przykładem będą takie hamy, co są przez h pisani Widać postaranko


A gdyby, jednak z tą powieścią Ci się udało, to ja kupuję egzemplarz w ciemno

Zaloguj się aby komentować

#tworczoscwlasna czyli #poezja w kawiarence #zafirewallem


Szanowni Czytelnicy!

Czytałem kiedyś o powieściach w odcinkach. Nawet powieści w odcinkach zdarzało mi się czytać. Ale o poemacie w odcinkach to jeszcze nie czytałem. Nie słyszałem nawet. Możliwości są dwie, obie w jakiś sposób pociągające: albo jestem pierwszy, albo jestem ignorantem. Oto oddaję Wam drugą księgę tego wspaniałego _quasi_-autobiograficznego poematu epicko-lirycznego. Mam nadzieję, że będziecie się przy jej czytaniu bawić choć w połowie tak dobrze, jak ja bawiłem się przy pisaniu.


Gdyby ktoś nie wiedział o co w tym wszystkim chodzi, to mnie proszę nie pytać. Ja też nie mam pojęcia. Ale pierwszą księgę można znaleźć tutaj .


Jeszcze, zanim pozwolę Wam oddać się lekturze, chciałem tylko powiedzieć, że jestem w tej księdze dumny z wielu rzeczy, ale szczególnie dumny i szczęśliwy jestem z tego, że jakimś cudem pojawił się na końcu hak narracyjny. Mam nadzieję, że przykuje on Waszą uwagę i będziecie wyczekiwać na kolejną część (co też tam się może wydarzyć?!) z taką samą niecierpliwością jak i ja. Bo sam nie mam pojęcia po co go zastosowałem i do czego on doprowadzi. Ale za to mam już napisane ostatnie dwa wersy ostatniej, to jest dwunastej, księgi poematu!


A tymczasem, nie przedłużając już bardziej, oto przed Państwem:


Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


Księga II

Do Grecji!


Last minute – Pociąg – Lotnisko – Lot nisko – A, ten… yyyy… Ateny!


Z wygranej wyszło na łeb po cztery stówki.

No, po trzy i pół – gdy odjąć koszta taksówki.

– I cóż począć teraz z aż taką mamoną?

– pytam tej, która wkrótce ma zostać mą żoną.

Ona zaś złym wzrokiem w telefon swój mierzy

bo laptop wciąż jeszcze w naprawie jej leży.

– Mam! Mam! – krzyczy, ustami o smaku lukrecji –

Wycieczkę last minute! Tanią! I to do Grecji!

Z jednej strony – świetnie! To podróż przedślubna!

Z drugiej, poza Gorzów? – rzecz piekielnie trudna!

Gdzie tyle polskości, gdzie rządzi rasa biała,

gdzie nieraz na kark spadnie policyjna pała!

– Cóż tam będziem robić, w tej ziemi Hellady?

Kraj to zbankrutowany, same pewnie dziady! –

tak mówię. A Pacha zła, łez ma pełne oczy,

jak ryknie, jak z mordą na mnie nie wyskoczy!

I usta lukrecjowe układa do krzyku:

– Znieść ja ci nie mogę tych rybek w Bałtyku!

Śniętych! Nurtem Odry spławionych, tak: bez życia!

Potrzeba mi azylu, miejsca do się skrycia,

bo męki przeogromne nękają mą duszę!

Nad morzem bez ryb martwych odpocząć ja muszę!

Cóż miałem począć pod tym argumentem siły?

Tym bardziej, że dodaje wdzięczenie: – Jedźmy, miły!

I przy tym się do mnie tak – ach! – zalotnie puszy,

włosy na palcu zakręca – kokieta! Duszy

mej wie, jak ma dotknąć. Oj, wie co lubi Jerzy!

(choć Gorzów nad Wartą, a nie nad Odrą leży)

Uległem urokowi! I mówię: – A zatem,

niech będzie, moja droga. Polecim do Aten.

Więc biegiem zmierzamy tam, do podróży biura,

gdzie, już po zakupie, sprzedawczyni ponura

mówi nam, wskazując w kierunku ulicy:

– Wylot to macie państwo ze samej stolicy!

Dalej biegiem! Na dworzec! Zdążylim, na szczęście,

pociąg złapać na stację Warszawa-Okęcie.

A żeby hajs oszczędzić nieco na bilecie

to podróż spędzamy razem w toalecie.


Pomysł to nie najlepszy, bowiem nam tam ciasno,

dużo miejsca zabieram objętością własną.

Pacha w kąt wciśnięta, na jednej tam nóżce

czuje się na pewno jak sardynka w puszce.

Poza tym łapie nas konduktor – choć jest miły.

Mówi nam: – Moi drodzy, jakoś nie mam siły,

wypisywać wam biletu kredytowego.

Ale – zwraca się do mnie – mój panie kolego,

jakiż właściwie jest cel tej waszej podróży?

Ludziom zwykle taka podróż w kiblu służy

ku celom wyjątkowym. Męczyć się aż tyle!

Ja mu na to lotniczy pokazuję bilet,

a on na jego widok jak śmiechem nie ryknie

ze śmiechu zatacza się, mało co nie fiknie!

By nie paść, na sedesu przysiada on klapę:

Oj wy durni! – tak mówi. – Nie dość, że na gapę

to jeszcze na dodatek i źle państwo jadą!

Lot macie z Warszawy, lecz Warszawy-Radom.

My: zaskoczeni! I z mętlikiem w głowie

opuszczamy pociąg: Dworzec w Żyradowie.

I, decyzja trudna, w kieszeń nas uwiera,

lecz nie mamy już wyjścia: dzwonim po Ubera.


Dotarłszy tam wreszcie – spóźnienie było blisko –

z radością wkraczamy razem na lotnisko.

I – znów biegiem! Plan: bramka, później security.

– Hola! Hola! – słyszymy. – Proszę wasze kwity! –

To pracownik lotniska naziemnej obsługi:

spodnie w kant, koszula i jej rękaw długi:

wygląda on tak jak jeden z Warszawiaków,

tak jakby był pod wpływem kwasów albo kraków

i dokładnie tak samo też się zachowuje.

Pacha już wie, co będzie, już się denerwuje

i wzrokiem rozbieganym rzuca dookoła,

jakby z Warszawiakiem zajarała zioła.

Gość to zauważa i coś mu się tam roi,

mówi do niej głosem, jakby z głębi zbroi:

– Przestać! Nie będę dla pani obiektem jej kpin!

A teraz mi się przyznawać: zrobiony check-in?

– Wpadliśmy! – mówi Pacha. – Do jasnej cholery!

Szlag! Wydatek złotych DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY!

Cóż teraz począć mamy, gdy puste kieszenie?

W mej pustce jednak naraz: powiadomienie!

To telefon wibrował: – Przeczytam, kochanie.

Plus czterdzieści sześć, coś tam – numer na ekranie.

Odczytuję wiadomość i… oddech wstrzymuję!

– Paszko! To sam król Szwecji do mnie wypisuje!

Niech za ten ich check-in z konta mi pobiorą!

Jedenaście milionów świeżych szwedzkich koron

właśnie tam wpłynęło! Wiem, to też twoje dzieło!

Obietnicy dotrzymam, jak rzekłem sam jeden:

ja biorę mamonę, ty medal z Alfredem!

Tym oto sposobem, wybrnąwszy z kłopotu,

poszliśmy se szczęśliwi wprost do samolotu.


Siedliśmy beztrosko, zaraz w pierwszym rzędzie.

Stąd – tak pomyśleliśmy – widok dobry będzie

na toaletę. Gdyby naszła nas potrzeba

żeby pójść się załatwić, przemierzając nieba,

to nie będzie trzeba wówczas stać w kolejce.

Tak, ten luksus oboje doceniamy wielce.

Coś jak w klasie business, tylko bez dopłaty,

bo wtedy te wakacje byłyby na raty.

Rozkosz w związku z bliskością toalety

przerywa z głośnika pan pilot – niestety:

– Dziś będzie niewielka wysokość przelotowa,

tam w górze dość kiepska jest teraz pogoda.

Pacha wnet po tych słowach już odczuwa mdłości:

– O mój drogi Jerzy! Ja… ja mam lęk niskości!

– Będzie dobrze! – mówię. – Dawaj w górę nosa! –

i głaszczę ją po ściętych samodzielnie włosach.

Start! Ja zerkam na Pachę, widzę po jej minie

że jej odpowiada ciśnienie w kabinie.

Tym się uspokoiłem. Myślę: – „Pójdzie gładko.

Nikt tu nie pomyśli, że lecę z wariatką.

Nie ma strachu przed Pachy paniki atakiem

wywołanym właściwej wysokości brakiem.”

Aż tu nagle ona, z miną nie tak hardą

– Jerzy – mówi – nie wzięliśmy jajek na twardo!

Ni kiełbasy czostkowej, wędzonej makreli!

Właściwie to do żarcia żeśmy nic nie wzięli!

– Spoko – mówię – nie bój nic, dobrze będzie wszystko.

Pamiętaj, kochana, że lecisz z noblistą

bogatym. Stać mie tera! Poznajże więc mój gest!

I wołam do stewarda: – Co tam w menu jest?

A gdy kartę przynoszą, Pachę aż wygina:

tam jest na sto sposobów tylko oberżyna!

Łzy aż ma w oczach, bo przegrała z głodem.

– Można tego bakłażana, chociaż z miodem

prosić? – pyta. – Nie można! – stewardessa warczy.

Na talerzu więc danie, a Pacha na tarczy.

Próbuje toto przełknąć – widok to okropny

bo w jej ciele wzbiera odruch już wymiotny.

To smaczne jest! – oznajmia stewardessa gromko

A Pacha? Lufcik uchyla. Rzyga za okno.

Leci to wszystko na dół, opada na łąkę

– Szlag! Amerykańce znów zrzucają nam stonkę!

– rzecze rolnik-artysta, co sam, tam pod lasem

zabawiał się w skryciu swoim kontrabasem.

Tymczasem my, śród torsji i śród turbulencji

dolecielim w końcu do stolicy Grecji.


A w greckiej stolicy, gorąc co się zowie!

– Kurde – myślę sobie – trochę jak w Gorzowie.

Że słońce tutaj świeci jakoś tak bajecznie?

W Gorzowie też mamy osiedle Słoneczne.

Niby zabytki? Pomniki cywilizacji?

Byliście kiedyś może na gorzowskiej stacji?

Że jakiś tam Akropol? Gdzieś tam Łuk Hadriana?

My też mamy monopol! I też „u Adriana”!

Pacha zaś w zachwycie, cała się raduje.

Tak ją nosi, że zaraz szczęściem eksploduje.

– Uwielbiam – mówi mi – klimat podzwrotnikowy.

A tam! Patrz! To krzew jest! To krzew jest oliwkowy!

I nagle z tych ciernistych greckich zarośli,

w tę podróż naszą, w ten nasz czas miłości,

choć jest z Lubelskiego, to niczym szwedzki troll,

wkroczyła w nasze życie koleżanka @moll !

Ale to jest za⁎⁎⁎⁎ste Cieszę się, że czytam praktycznie wszystkie komentarze pod postami, bo w innym wypadku nie byłbym w stanie wyłapać wszystkich smaczków. Było też nawiązanie do moich 2 ulubionych wierszy z kawiarenki. Ten poemat też sobie muszę zapisać, jest mega

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


W naszej kawiarence #zafirewallem , jedynym miejscu na świecie, gdzie nasza #tworczoscwlasna bywa klasyfikowana jako pełnoprawna #poezja , dziś bawimy się ciut agresywniej niż zwykle. Odbywa się tutaj bowiem bitwa! Bitwa #nasonety !


Ponieważ, wbrew temu sloganowi reklamowemu powyżej, nie chciałbym żeby to nasze układanie sonetów przerodziło się w jakieś prywatne wojenki i docinki, to, w ramach konkursu (który nie ma jeszcze ustalonych zasad, ale tym zajmiemy się później), ułożyłem (zgięty w obwarzan), jako odpowiedź na wyzwanie w postaci sonetu di proposta , sonet di risposta, kompletnie ignorując wszelkie zaczepki, złośliwości i wycieczki personalne ze strony autorki tamtego paszkwilu. Oto i co mi wyszło:


Kur wolność


W stołecznym kurniku niebawem rewolucja ruszy.

Z grzebieniem czerwonym, niczym polne maki,

pan Kogut zebranie otwiera, pieje prosto z duszy:

– „Precz z chowem klatkowym! Za mną marsz, kuraki!”


– "Poruszenie wielkie, aż na całej grzędzie,

a i może dalej" – Lady Sussex tak gdacze –

"wywołało płomienne Koguta orędzie:

w świecie kur bowiem wnet będzie inaczej!"


– „Tak-tak! Ko-ko!” – „Racja, Kwoko!” – „Źle się u nas dzieje!” –

pomiędzy kurami takie słowa padły.

– „Lepiej mi się znosi, gdy se poszaleję

na zewnątrz, w słoneczku, kiedy dzionek ładny.


A więc, wrodzy hodowcy, raz jeszcze powtarzam:

jajko lepiej smakuje, gdy się w piachu tarzam!"


=====


Nie byłbym jednak sobą, gdybym zrezygnował z tak pięknie nadarzającej się okazji do tego, żeby kogoś uszczypnąć w pachę, więc, z tego rozpędu przy płodzeniu sonetów, urodziły mi się bliźniaki. Poniżej młodszy brat tego, który powyżej. A, ponieważ ten poniżej (w odróżnieniu od tego powyżej) jest poza konkursem (który nie ma jeszcze ustalonych zasad, ale tym zajmiemy się później), czyli, inaczej mówiąc: nie jest zawodowy (to od zawodów, nie od zawodu, bo poetą zawodowym nie jestem; chyba, że ktoś się na nim zawiedzie i tym samym uczyni go zawodowym, ale wtedy to jeszcze inaczej), pozwoliłem sobie (w ramach licentia poetica) przedłożyć polot pointy nad reżim zasad. Wobec powyższego dwa ostatnie wersy nie rymują się z pierwowzorem, a tylko korespondują z nim treścią. No i niektóre rymowane słowa się powtarzają. Jak to jednak mówią: cel uświęca środki.

Proszę:


Wypachaj się!


Paszkwil na mnie wysmarowała! I się jeszcze puszy!

Czekaj, ty cholero! Ze mnie nie leszcz taki,

co to by po sobie spuścił tylko uszy

i skomląc, tam umknął, gdzie zimują raki!


Męczy mnie to okropnie, jak odcisk na pięcie,

więc siadam nad rispostą i… z bezsilności płaczę!

I prawda do mnie dociera, i już wiem, co będzie:

tak jak ślepy gówno*, tak triumf swój zobaczę!


Słabości zwietrzyła moment: Boże, co się dzieje?!

Buła leci na dziąsło, w szał wpadła zajadły!

I tak mnie okłada, pysk mi już sinieje!

Leżę znokautowany, całkiem z sił opadły.


A gdym już na łopatkach: dusi mnie kolanem

i upokarza do końca, bijąc bakłażanem.


=====


Przypisy:

*jak ślepy gówno […] zobaczę – jest to nawiązanie do starego dowcipu z czasu dziecięctwa autora: Idzie niewidomy przez las. Co chwilę się potyka, włazi na drzewa, generalnie iście mu to iście nie idzie. Kiedy jednak natrafia na sarnie bobki na środku ścieżki, zgrabnie je omija. Jaki z tego wniosek? Ślepy gówno widzi.


=====


– No dobra, wiersze fajne, ale o co chodzi? – może ktoś zapytać. I będzie miał rację!

– Już wyjaśniam – odpowiem. – A raczej odsyłam do wyjaśnienia, bowiem zostało to już wyjaśnione tutaj . Ładnie nawet, graficznie. I zupełnie jasno.


=====


Z poważaniem,

G. Stark

Zaloguj się aby komentować

701 + 1 = 702


Tytuł: Ania z Zielonego Wzgórza

Autor: Lucy Maud Montgomery

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


Jak cudownie, że na świecie istnieje tak wiele rzeczy, które mogą się nam podobać.


Po zakończonej lekturze książki Miłość w czasach zarazy pana Márqueza postanowiłem rozpocząć dogłębne, choć teoretyczne, studia nad miłością. Zadaję sobie sprawę, że nie będzie to rzecz łatwa, a i pewnie nie będzie krótka, bo miłość – jak wiadomo – niejedna jest: miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, niezazdroszcząca jest, nieszukająca poklasku jest. No i tak dalej, bo inne też są. Na pierwszy ogień jednak, zainspirowany tym wpisem , postanowiłem wziąć na warsztat miłość radosną. To jest miłość koleżanki @KatieWee do Ani z Zielonego Wzgórza.


Przyznam się, choć ze wstydem, pogrążony niemal z tego powodu w otchłani rozpaczy, że trochę podszedłem do tej książki jak do żartu. No bo kto to widzioł, żeby tak duży i poważny mężczyzna, taki co to nawet kiedyś i Moby Dicka i Ulissesa przeczytał, a w planach to i Czarodziejską górę ma, na poważnie brał się za jakąś tam pensjonarską opowiastkę dla małych dziewczynek! Oj, ależ to była pomyłka!


Z pomyłek jednak, jak się okazuje, mogą wynikać fantastyczne rzeczy. Tak, jak to się stało i w Ani z Zielonego Wzgórza, której to bohaterka miała być chłopcem. Sierota ta, płci jednak żeńskiej, trafiła do Matyldy i Mateusza Cuthbertów w wyniku nieporozumienia. Rodzeństwo (przed lekturą byłem przekonany, że to małżeństwo, tak mi jakoś od czasów szkolnych to, niejedyne zresztą, błędne przekonanie w głowie zostało) to bowiem, z racji zaawansowanego już wieku potrzebowało pomocy w gospodarstwie. A do pomocy, do prac gospodarskich, to – wiadomo – dziewczynka nie nada się tak dobrze, jak chłopiec w wieku lat dziesięciu lub jedenastu. Kiedy Ania trafiła, w wyniku tej pomyłki na Zielone Wzgórze, to swoim urokiem osobistym sprawiła, że, choć całkowicie w sprzeczności z zamysłem praktycznym, a i na przekór opinii publicznej, Cuthbertowie postanowili ją jednak u siebie zatrzymać.


W czasie lektury czytelnik śledzi dorastanie Ani na Zielonym Wzgórzu. Jej relacje z opiekunami, rówieśnikami, no i z samą sobą. Bo Ania często popada w introspekcje, choć są to introspekcje jedyne w swoim rodzaju, zepchnięte w najgłębsze introspekcyjne głębiny, z których na światło dzienne wydobywa się na zewnątrz bądź to pogrążona w otchłani rozpaczy, bądź doprowadzona do królestwa szalonej ekstazy. To drugie – na szczęście – częściej. Wspaniale przerysowane zostało w tej książce dziecięce postrzeganie świata i siebie samej! A może wcale nie przerysowane, a tylko przez autorkę zauważone? Tak czy tak, energia (każdy jej rodzaj!) emanująca z Ani nie zostaje wypromieniowana w próżnię. Ania wniosła bowiem do domu i życia Cuthbertów (ale nie tylko, bo też i do życia starej panny Józefiny Barry, na przykład) coś, czego tam okropnie brakowało, a z czego postaci te nie zdawały sobie sprawy – ten brak uświadomiły sobie dopiero później. Tak jak Matylda, do której pewnego razu dotarło, że przed przybyciem Ani jej życie było niepełne. Ania wniosła w to życie swoją radość i fantazję. A autorce, pani Montgomery, udało się to wszystko we wspaniały sposób zaprezentować. Charaktery postaci, utrzymywane bardzo konsekwentnie, a jednak ciągle rozwijające się, to tylko jedna z rzeczy, jakie w tej lekturze zachwycają. Mógłbym się w zasadzie rozwodzić nad techniczną stroną tego, jak Ania z Zielonego Wzgórza jest napisana (a jest napisana wspaniale – pani Montgomery świetnie operuje narzędziami naracyjnymi, które zostały opisane i usystematyzowane kawałek dopiero po publikacji jej dzieła), ale myślę, że nie ma sensu. Taka analiza mogłaby zaburzyć niewinny i naiwny odbiór tej książki. Szkoda by było. Niech mi po niej zostanie sam czysty zachwyt!


Tam były, w związku z tą książką, jakiś czas temu dyskusje na temat przekładu. Wydano nawet nowe tłumaczenie, ponoć bardziej wierne, pod tytułem Ania z Zielonych Szczytów. Ja czytałem to stare, z czego bardzo się cieszę, bo i język polski w tym przekładzie użyty jest w najpiękniejszej swojej wersji. Kiedy czytam takie sformułowania jak: ametysty mogą być duszami fiołków albo całe zdania, jak: Ania siedziała po turecku na dywaniku przed kominkiem, patrząc w radosny blask z klonowych polan, skąd sączyło się ciepło słońca nagromadzone przez całe stulecia letnich sezonów, to mnie samemu się robi ciepło na sercu. Nie wiem czy nowe tłumaczenie jest lepsze czy gorsze. Ale to, które ja czytałem, autorstwa pani Ewy Łozińskiej-Małkiewicz, jest obłędnie fantastyczne!


A poza tym? Świetne pokazany pewien rodzaj hipokryzji chyba nawet, związanej z całą tą kurtuazyjną otoczką kontaktów międzyludzkich i jego wspaniałe przełamywanie. Sposobem radosnym, naturalną lekkością bycia, a nie jakimś złośliwym byciem na siłę na przekór. No coś pięknego! Tak, potraktowałem tę książkę jako żart, podszedłem do niej strasznie stereotypowo, a okazało się, że to ona sobie trochę ze mnie zakpiła. Bo nawet nie zdążyłem jeszcze stu stron przeczytać, a już kilka razy łza mi się w oku zakręciła – tak ze śmiechu, jak i ze wzruszenia. Podobne odczucia miałem przy lekturze Przeminęło z wiatrem pani Mitchell – tam byłem nastawiony na ckliwą historyjkę o miłości, a dostałem pełnokrwistą powieść obyczajową. Wniosek? Warto kierować się stereotypami. Bez tego człowiek nie przeżywałby takich wspaniałych zaskoczeń!


I jeszcze jedna rzecz na koniec. To, co mi z tej lektury na pewno zostanie: postawa Ani skojarzyła mi się bowiem ze zdaniem, które mój przyjaciel, a zarazem jeden z największych (choć zupełnie niszowych) artystów, z których twórczością miałem przyjemność obcować, powiedział w jednym z nielicznych wywiadów, do których dotarłem: Dla mnie to jest esencja życia: uczyć się czerpać przyjemność (niezgrabnie brzmi to zdanie po polsku, ale oddaje sens; jego angielskie tłumaczenie z hiszpańskiego – którego nie znam na tyle, żeby zacytować, ale doceniam piękne brzmienie – brzmi lepiej: For me, this is the essence of life: learning to enjoy; zresztą, jeśli ktoś byłby zainteresowany, cały wywiad można znaleźć tutaj ). No bo, czego jak czego (na pewno nie geometrii!), ale czerpania przyjemności z życia, to od tej rudowłosej gówniary akurat można się całkiem nieźle nauczyć.

042f5568-06a9-4bd2-9f63-c14ac658813a

@George_Stark 

>Learning to enjoy

(life)

Trochę zbyt dosłownie to przetłumaczyłeś imo tu chodzi o radość, radość z życia.

Kobiety właśnie w takich historiach są najlepsze i mi też te książki się podobały z tego co pamiętam (choć zdaje się, że całego cyklu nie przeczytałem, przeczytałem tyle ile akurat było w bibliotece). Słuchałem kiedyś podcastu kilku kobiet piszących sf i one tam kolektywnie doszły do wniosku, że mężczyźni nie rozumieją ich twórczości i muszą się jeszcze "oczytać z ich stylem", że nie rozumiemy (mężczyźni) ich wrażliwości itd. a przeważnie to polega na mieszaniu jakichś guseł do teoretycznie SF.

No nie, większość z nas lepiej rozumie granicę między sf i fantasy i świetnie rozumiemy tę wrażliwość kiedy ona jest na miejscu - tak jak w Ani z Zielonego wzgórza. Zwłaszcza kiedy artysta umie pięknie to opowiedzieć, poprowadzić czytelnika jak zrobiła to Lucy M. Montgomery.

Zaloguj się aby komentować

Wysoka Izbo, Panie Poetki i Panowie Poeci!


Z racji tego, że, obierając mnie na trybuna we wczorajszym głosowaniu, pozbawiliście mnie przyjemności udziału w dzisiejszym układaniu, no to macie trudne:


rymy: laserowe – radiowiec – przeciwczołgowe – bombowiec

temat: bitwa pod Grunwaldem.


Chociaż, znając Was (i życie) to i tak se poradzicie.

Pewnie nawet znakomicie.


Powodzenia! Bawcie się (beze mnie!) dobrze.


Wołam też na dzisiejszą zabawę kolegę @conradowl , bo miał to (nie przez mnie) obiecane. Ale niektórzy nie dotrzymują słowa.


#poezja #naczteryrymy czyli #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem


A poza tym to uważam, że @UmytaPacha powinna ułożyć sonet!

Kłamstwo o Grunwaldzie


Niebo rozświetlają promienie laserowe,

Jęczy w okopie radiowiec...

W przyszłości nie wspomną, że trafiliśmy na miny przeciwczołgowe,

Ani, że rumak nasz to był stalowy bombowiec.

Mokry sen Niemca


Litwinów posiekałyby karabiny laserowe

Na bieżąco sukces by relacjonował radiowiec

A von Jungingen miał chociaż miny przeciwczołgowe

Na koniec by polaczków zmiótł niemiecki bombowiec

@George_Stark ścięło mnie z nóg, jest środek nocy, ale oj tam xD


Plany Jagiełły precyzyjne, cyzelowane, laserowe,

Łączność zachowana, choć żaden tu radiowiec, Nasze zasieki lepsze niż miny przeciwczołgowe

Na krzyżaków spadła ciężka jazda jak bombowiec

Zaloguj się aby komentować

691 + 1 = 692


Tytuł: Miłość w czasach zarazy

Autor: Gabriel García Márquez

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10

#bookmeter


Ale jeśli razem czegoś się nauczyli, to tego, że mądrość przychodzi wtedy, kiedy nie jest już nam do niczego potrzebna.


Ta książka, Miłość w czasach zarazy, opowiada o miłości i o małżeństwie. Dokładnie tak, jak stoi to w pierwszym zdaniu, bo i o miłości, i o małżeństwie. O każdym z nich osobno, bo jest tam mowa i o małżeństwie bez miłości i o miłości bez małżeństwa. Zarówno ta miłość, jak i to małżeństwo splatają się ze sobą, ogniskują w postaci Ferminy Dazy. Kobieta ta, jedna z trójki głównych bohaterów książki, uwikłana bowiem jest w obie te rzeczy. W jedną – w małżeństwo – czynnie, jako małżonka doktora Juvenala Urbina, w drugą zaś – w miłość – biernie, jako obiekt westchnień (a może cel?) Florentina Ariza.


Wszystko to, cała ta historia, w moim odbiorze, jest (jak zresztą powinno być w dobrej powieści) pretekstem do przedstawienia charakterów. Sprawdzenia wymyślonych przez autora postaci. Przekonania się jak poradzą sobie w okolicznościach, w które sadystyczny często – ale takie jego zadanie – tych biednych wymyślonych ludzi rzuci. I to udało się panu Márquezowi kapitalnie! Po owocach ich poznacie – tak mówi Księga i, zgodnie z tą maksymą, charaktery bohaterów w tej książce poznajemy w praniu: obserwując ich zachowania, podglądając myśli, szukając (czasami razem z nimi) motywacji, jakie kierowały nimi przy podejmowaniu takich a nie innych decyzji. Wlecze się to momentami jak nieleczony katar (i równie jest przyjemne), ale i tak mi się podobało. Po prostu lubię takie rzeczy.


Przy tym wszystkim autor (do spółki z tłumaczem) zaczarował mnie sposobem opisu rzeczywistości. Jest w tej książce troszeczkę realizmu magicznego, który – ku mojemu zaskoczeniu – całkiem polubiłem, ale równie sprawnie wyszło panu Márquezowi przedstawienie realizmu realnego. Tej – w zasadzie – nieciekawej codzienności, tyle że, z naszej perspektywy, osadzonej na egzotycznych Karaibach. Dawno nie miałem tak, że czytając czułbym się tak, jakbym był w jakimś miejscu. Gwarnym, zatłoczonym, głośnym – jak targ, na którym po powrocie z Europy znalazła się Fermina Daza. Ostatnim razem tak mocno do wykreowanego przez siebie świata wciągnął mnie pan John Steinbeck w Gronach gniewu, w tej wspaniałej scenie kupna samochodu w komisie. Piękne to było, uwielbiam tam obrazowo napisane sceny!


Nie mógłbym nie wspomnieć, przy całej powadze chyba jednak tej książki, o okraszeniu jej przez autora humorem. W ilości nawet większej niż realizmem magicznym! Świetnie czytało mi się – że wymienię tylko co lepsze rzeczy – o zgodzi na zawarcie małżeństwa obwarowanej żądaniem obietnicy o niezmuszaniu do jedzenia bakłażanów; o muzeum miłości, gdzie eksponatami miały być przedmioty pozostawione przez mężczyzn odwiedzających burdel; o wymianie korespondencji miłosnej między dwójką kochanków, gdzie, każdemu z nich, z racji braku umiejętności własnych, listy pisał Florentino Ariza – w efekcie korespondował sam ze sobą, choć zawsze w czyimś imieniu!

Na koniec zostawiłem sobie słodko-gorzki wątek, przy którym się jednak uśmiechnąłem (Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie!) o kłótni małżeńskiej, zakończonej cichymi dniami i całym tym towarzyszącym im inwentarzem zachowań, dotyczącej braku (lub obecności – jak twierdziła żona) mydła pod prysznicem. No piękne i z życia wzięte! Bo, jeśli by sobie przypomnieć swoje własne największe zacietrzewienia, a później zastanowić się nad ich powodami to – stawiam perły przeciwko wieprzom – okazałoby się, że w wielu przypadkach chodziło o zupełne pierdoły.


O jedno tylko mam pretensje do autora, jeśli chodzi o tę książkę. Zabrakło mi w niej jakiegoś większego tła, tej tytułowej zarazy. Bo ona, owszem, była tam, ale w ilościach iście aptekarskich. Cały świat, poza światem historii, był gdzieś tam, ale jakoś nie zaznaczył się na tyle wyraźnie, żebym mógł poczuć całą historię w pełni. Ta książka, moim zdaniem, równie dobrze mogłaby się nazywać Miłość na Karaibach, Miłość na przełomie wieków, albo, jak zaproponowałem na początku: I o miłości, i o małżeństwie. To minus dlatego, że przy tych głębokich bohaterach całość wyszła dość jednak płasko (poza momentami, jak wspomniana scena na targu, ale targ to tylko fragment świata, a nie świat), ale też dlatego, że w Stu latach samotności, które, tak jak Miłość w czasach zarazy, rozgrywały się na przestrzeni wielu lat, to właśnie to tło pomagało budować postaci. Tutaj, moim zdaniem, tego właśnie nie było. A szkoda.


Moja dotychczasowa relacja z twórczością pana Márqueza oscylowała gdzieś w okolicach remisu. Jak zachwycił mnie swoimi Stoma latami samotności, tak samo odrzucił Miłością i innymi demonami. Teraz, po tej lekturze, kolumbijski noblista wychodzi w rozgrywce ze mną na lekkie, ale jednak prowadzenie. Bo, co prawda, Miłości w czasach zarazy do Stu lat samotności bardzo daleko, ale tak samo daleko, a może nawet dalej jej do Miłości i innych demonów. Tyle, że w drugą stronę. Na szczęście.


EDIT: Jeszcze pytanie do znawców grafiki. Wam też się wydaje, że ten kwiat na okładce to jakby w pięść się trochę układał? Taką w mankiecie koszuli z rodzaju tych, jakie noszą muszkieterowie w filmach kostiumowych.


EDIT2: Aha, w tej książce wszystko niemal przesycone jest seksem. Czasami czułem się tak, jakbym czytał coś od pana Bukowskiego, tyle że napisane mniej wulgarnie. Nie żeby to było coś złego, ale jednak było tego tutaj (za) dużo.

29b58320-ef2f-4cb8-8c38-70335025a778

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ moje wczorajsze oświadczyny w tym wątku nie zostały odrzucone, a propozycja zdobywania bezkrwawą metodą liryczną gorzowskich slumsów, choć wynikła z nieporozumienia, przyjęta została z subtelnym entuzjazmem, a tak naprawdę dlatego, że i ja zauważyłem tam potencjał na wiele humorystycznych wierszy, to jeden z nich napisałem. Koślawym, co prawda, ale jednak trzynastozgłoskowcem!


Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


Księga I

Zwycięstwo


Wspomnienie: pełne uzębienie – Implantolożka – Sentymentalny spacer po Gorzowie – Spotkanie – Płodzenie – Slam – Zwycięstwo


Gorzowie! Marzenie moje! Tyś jest jak zdrowie:

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

kto w slumsach twych zęby stracił. Ku ozdobie

teraz implanty złote musi wstawić sobie.


Panno implantolożko!, co stoisz nade mną,

co grzebiesz mi w dziąsłach maszyną piekielną!,

co, pod Twoją opiekę, ocalony cudem,

po napadnięciu mnie, dotarłem – choć z trudem,

nie działa podana przez Cię artykaina!

Z cierpienia, aż cała poezji kraina,

otwiera się przede mną! A ja w jej ramach

szansę swą wietrzę – na cudny tryumf w slamach!

A po wizycie, już z pełnym uzębieniem,

przysiadam – choć z lękiem – pod ratusza cieniem.


Lecz czym prędzej opuszczam Śródmieścia rejony,

tym bardziej, że zmierza ku mnie typ podchmielony.

– Poratuj złotóweczką może, kierowniku!

Myk-myk! Mnie już już tam nie ma! Już-żem na Chemiku!

Przemierzam, ze łzą w oku, sielskie Siedlice,

myśli świńskie się lęgną, gdy mijam Wieprzyce.

Później Dolinki. Małyszyn – Wielki i Mały.

Sady, Piaski, Zacisze. Zieleniec wspaniały!

Śród takich dzielnic, jak i przed laty, nad brzegiem

Warty, to spaceruję, to puszczam się biegiem.

Bo ktoś mnie goni! Umknąwszy jednak – zdyszany –

pościgu: szczęśliwy i niepoobijany,

idę dalej. Rozglądam się. Patrzę. I jest!

To plakat: „Slam poetycki – Szymborska-Hop Fest ”!


Rejon to niebezpieczny, bo nie tylko muza

może mnie tutaj znaleźć. Mogę znaleźć guza.

Opuszczam go więc, podążam brzegiem ruczaju,

a tam, ku mej radości, we brzozowym gaju,

siedzi @UmytaPacha (we Warcie się myła).

Przysiadam się natychmiast: – Witaj, moja miła!

Sięgam do jej piersi i… dostaję po pysku!

– To nie to o czym myślisz! Siadłaś na mrowisku!

Zażegnawszy uśmiechem nieporozumienie

zabieramy się rzutko za wierszy płodzenie.


– Srający ptaszek-mężczyzna! Wspaniały! I cześć!

Nie – powiada – ten ptaszek, to mężczyzny część.

Mała subtelność taka – tłumaczy mi dalej.

– Cholera! Ten wiersz teraz brzmi jeszcze wspanialej!

– z danym kluczem przekraczam zrozumienia próg.

Nagle: sygnał dźwiękowy – jak Wojski, gdy w róg

zadął. Ósma wybiła! Godzina została!

Zrymować zdążyliśmy, czeka na nas chwała!


Więc wiersz już gotów! Ruszamy – O! Żart ponury! –

do Gorzowskiego Centrum – jak to brzmi? – Kultury?!

Gmach to wysoki, z niemiecka murowany,

choć straszą tam „grafitti” pomazane ściany,

choć tynk tam się sypie, a w środku powała

wygląda jakby zaraz się zawalić miała,

nam nic to! Niesieni oddechem Apollina

i – to fakt – odrobiną spożytego wina,

wkraczamy wraz na salę. Ach, ileż tam ludu!

Fakt, wolałbym być z nią w Pałacu Ślubów,

lecz nic nie wybrzydzam, a biorę, co mi dają.

tymczasem poeci swe wiersze wygłaszają:

"Że źle. Że sam, że sama. Że kocha, nie-kocha

Że ból. Że cierpi. Że łka. Że płacze i szlocha."

Nuda! Sami ckliwi poeci w tym mieście?!

O! Doczekaliśmy końca, bo i nareszcie


werdykt jury: zwycięstwo! Tryumf przeogromny!

Ja – tak mam z natury – pozostaję skromny.

Pacha – jak to kobieta – ze szczęścia się puszy

aż jej z tych emocji czerwienią się uszy.

Idzie do nas hostessa! Wręcza nam banknoty!

Kurła! Wygraliśmy całe osiemset złotych!


#tworczoscwlasna czyli #poezja w kawiarence #zafirewallem

@George_Stark jak ja szybko mówię to te formy z -lożka to paskudnie wtedy brzmią, wręcz obelżywie, zlituj się waćpan i mnie do loszkowania nie przymuszaj xD


Lingwiści nie przez przypadek fanami tak zrobionych feminatywów nie są


Przy końcówkach wyrazów to "ż" się bardzo często w "sz" przekształca. Gdzie Ż z "żeński" do Ż z "psycholożka"? Porównania nie ma.

Zaloguj się aby komentować

Najmilsi!


Dużo pisać nie mam czasu, bo akurat zajęty jestem zarabianiem piniendzy (więcej szmalu! więcej szmalu!), więc będzie krótko:

rymy: Kraków – Wawelu – smoków – weselu;

temat: Warszawa.

Zasady znacie. A jak nie, to spytajcie kogoś kto zna. Wytłumaczy.


Powodzenia!


#poezja #naczteryrymy czyli #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem

@George_Stark 


Mieszkańców więcej niż Kraków,

Jednak nie ma Wawelu.

Nie ma także i smoków

Nie mówiąc o Rydla weselu.


¯\_( ͡° ͜ʖ ͡°)_/¯

W dziurze pełnej smogów znanej jako Kraków

Litości Zbawicielu! Grzebali złych na Wawelu

Cwaniak z pękiem wyroków ubił setkę smoków

Krakuski majtki w kisielu, w Wawie piły na weselu


@Arxr @Piechur @ruhypnol @plemnik_w_piwie @moll @splash545 @George_Stark @tomwolf @RKS_Huwdu_Hooligans wołam innych, bo wiem jak to jest jak się późno wiersz doda i później nikt nie piorunuje xD


Ale te rymy to swoją drogą okrutne, ciężko coś z rytmem dobrym było wykuć.

Ich miasto to nie jest Kraków

zamek - współczesna podróbka Wawelu

lecz więcej mieć mogą kasy od smoków

mieszkańcy #warszawa po weselu

Zaloguj się aby komentować

679 + 1 = 680


Tytuł: Trylogia kopenhaska

Autor: Tove Dietlevsen

Kategoria: biografia, autobiografia, pamiętnik

Ocena: 9/10

#bookmeter


Słońce wyłaniało się zza zielonego cygańskiego wozu, jakby wydobywało się z jego wnętrza, a Hans Świerzb wychodził z nagim torsem i miską w rękach. Polawszy się wodą, sięgał po ręcznik, który podawała mu Piękna Lili. Nie odzywali się do siebie ani słowem, byli niczym obrazki w książce, której kartki przewraca się bardzo szybko.


Ja na ten tytuł: Trylogia kopenhaska, to trafiłem już jakiś czas temu. Pewnie jakoś tak przy okazji polskiej premiery książki. „E, jakiś skandynawski kryminał” – pomyślałem sobie wtedy (tak, wiem: Dania to nie Skandynawia) i machnąłem ręką. A jednak ostatnio, za sprawą lektury zbioru opowiadań pani Ditlevsen Moja żona nie tańczy , tytuł Trylogia kopenhaska znów pojawił się w okolicy moich zainteresowań. No i okazało się, że to nie tylko nie skandynawski, ale nawet nie kryminał!


Nie jestem fanem biografii, autobiografii ani innych kronik. W moim odczuciu zwykle są mało porywające językowo, a takie porywy jednak dużo bardziej mnie interesują niż same suche fakty. I, gdyby nie wcześniejsza lektura Moja żona nie tańczy, którym to zbiorem pani Ditlevsen mnie uwiodła, pewnie nie zabrałbym się za jej autobiografię. Głupi to jednak ma szczęście, bo wiele bym wtedy stracił.


Trylogia kopenhaska rozbudziła moje ogromne zainteresowanie zanim jeszcze dobrze się zaczęła, bo wyszczególnione w spisie treści tytuły poszczególnych części: Dzieciństwo, Młodość i Uzależnienie (które w Danii ukazały się jako osobne pozycje; tutaj też ciekawostka językowa od tłumaczki, pani Zimnickiej: ostatnia część, Uzależnienie, w oryginale zatytułowana była Gift, co z duńskiego oznacza zarówno małżeństwo, jak i truciznę) nakreślają nie tylko o czym będzie mowa, ale i co w poszczególnych okresach swojego życia autorka uznała za rzecz dominującą. A później było już tylko lepiej!


Część pierwsza, Dzieciństwo, to nie tylko obrazki z dorastania w biednej kopenhaskiej dzielnicy na początku XX wieku. To też świetne, przenikliwe spojrzenie na relacje między ludźmi (głównie rodzicami) i świat z perspektywy dziecka. I to w dodatku dziecka niesamowicie wrażliwego (nawet jak na dziecko!). To też trochę smutny obraz zaniedbania, braków – nie tylko finansowych, bo dzielnica biedna, ale przede wszystkim emocjonalnych – i jakiegoś, od zawsze chyba mnie fascynującego, podwójnego (wybiórczego?) spojrzenia na świat. W przypadku tej książki, głównie przez matkę głównej bohaterki. Nie chodzi o hipokryzję, te zachowania nie wydają się celowe i cyniczne, one są dla tej matki naturalne. Ona tak ma. A skąd się to bierze? – nie mam pojęcia! I to jest właśnie obiekt mojej fascynacji. Dodając do tego kapitalny, liryczny język, jakim ta książka (ale zwłaszcza pierwsza część, bo tutaj język szczególnie przystaje do treści) jest napisana, moje wrażenia dotyczące tego języka, tak zbliżone do tego, co czuję czytając pana Bruno Schulza, lektura tej części była dla mnie ogromną przyjemnością.


Trochę (ale tylko trochę!) mniejszą przyjemnością były dwie kolejne części: Młodość i Uzależnienie. Wydawało mi się, że język płynie w nich jakby mniej spokojnie. Jakby w tym płynięciu pojawiały się jakieś wiry. Może spowodowane treścią? Tym, co spotykało główną bohaterkę? Bo, takie miałem wrażenie, że jej zagubienie i związane z tym problemy: w relacjach, w pracy, ze sobą, spowodowany były brakami z dzieciństwa. To nie jest wesoła książka. Dla mnie opowiada ona właśnie o brakach, zagubieniu i doraźnych sposobach radzenia sobie z nimi. W tej książce nie ma szczęścia. Jeśli już jest coś, co ewentualnie mogłoby je przypominać, to bywają w niej małe radości. Ale też raczej krótkotrwałe.


Tak jak pisałem: to, co mnie szczególnie w niej urzekło, to piękny, obrazowo-emocjonalny język i to właśnie z tego względu tak się nad nią rozpływam. Kiedy wybierałem cytat, którym otwieram ten wpis, miałem spory problem, bo zaznaczyłem sobie z pół książki – tak mnie te zawarte w niej zdania zachwycały. To właśnie z tego powodu wybrałem po prostu pierwszy z tego całego mnóstwa, bo inaczej nie potrafiłbym się zdecydować. A poza tym, tak już zupełnie na dodatek, to ta Trylogia kopenhaska ma świetną okładkę! I to tylko kolejny plus.

12398e73-a7ab-46e7-9bbb-921738465700

@George_Stark zajrzyj do tej pozycji, powinno Ci podejść


Koncert dla nosorożca. Dziennik poety z przełomu wieków autor Józef Baran

Zaloguj się aby komentować

Dodałem nawet wpis wcześniej niż koleżanka @moll , no ale bez tagów, więc usunąłem i piszę od nowa. Z tego powodu całkiem zgrabny wstęp mi wypadł – szkoda. No ale, nie ma tego złego… Te cztery zdania potraktuję jako wstęp.


W dalszym ciągu jestem pod wrażeniem niedawno zakończonej (niestety!) lektury Pegaza dęba . W dalszym ciągu są też rzeczy, których panu Tuwimowi zazdroszczę. O ile z talentem, słuchem literackim, wrażliwością i humorem niewiele da się zrobić, tak mogę, idąc za jego przykładem, zacząć kolekcjonować kurioza językowe (również z jakiegoś dla mnie powodu kuriozalne pod względem treści), na jakie zdarza mi się od czasu do czasu natknąć. Ta wirtualna kawiarenka #zafirewallem powstała właśnie po to żeby mówić i pisać o słowach, więc myślę, że jest to odpowiednie miejsce na tego typu zbieractwo.


A pomysł przyszedł mi do głowy (i to będzie pierwszy cytat), kiedy słuchałem wydanego w zeszłym tygodniu z okazji trzydziestolecia Kalibra 44 utworu Czarny Śląsk . Bo można tam między innymi usłyszeć jak Dab nawija:


I często mrugam ci uwodzicielsko bo jesteś piękna jak droga na Bielsko.


Tak, droga z Katowic na Bielsko rzeczywiście jest piękna, tak jak i zresztą ten kawałek. No ale wspomniany wers ma w sobie jakąś taką uroczość, że z przyjemnością włączam go do repertuaru moich komplementów!


***


Takie cudeńka mam zamiar sobie tutaj publikować nieregularnie – bo to nie jest tak, że ich szukam i mam jedno dziennie albo jedno w tygodniu, one same przychodzą; zwykle z zaskoczenia – i, zainspirowany kolejnym muzycznym tekstem sprzed kilku lat, będę je publikował pod tagiem #wpustejszklancepomarancze


Oczywiście nie mam nic przeciwko, żeby tagiem się podzielić i serdecznie zapraszam do zamieszczania również swoich znalezisk!


Jednorazowo taguję tym, skąd będę zapewne czerpał, a więc #ksiazki i #muzyka no i #glupiehejtozabawy !

Zaloguj się aby komentować

W związku z tym, że artysta głodny jest o wiele bardziej płodny (to Kazik Staszewski), a ja zjadłem już kolację, to więcej nie uda mi się chyba dziś z siebie wydusić. Przynajmniej dopóki nie opublikuję, bo moment publikacji jest zwykle tą granicą, po przekroczeniu której do głowy przychodzą mi genialne pomysły, ale wtedy to już jest za późno.


Rzucam wyzwanie koleżance @UmytaPacha w postaci sonetu di proposta, na który – tak liczę – odpowie mi sonetem di risposta. O co chodzi to pisałem tutaj i nie będę się powtarzał. Zapraszam w każdym razie do rezerwacji sobie miejsca w wirtualnej kawiarni #zafirewallem , gdzie zmagania takie – mam nadzieję – będzie można oglądać. A nawet w nich uczestniczyć!


No i sonet obiecany, bo to o niego przecież chodzi:


Ach, ten, przecinek, cholerny, jak, on, mnie, irytuje,

Bo, się, złośliwie, pałęta, w, najgorszych, chyba, momentach,

Achillesowa, pięta, kataklizm, przynosi, gdy, tknięta,

Już, łatwiej, zamiast, przecinka, stawia, się, „k⁎⁎wy”, i, „chuje”,


A, koma, kiedy, jej, trzeba, to, wtedy, wagaruje,

Ależ, to, będą, święta, kiedy, zasady, spamiętam,

Jak, stawia, się, pacjenta, bo, sprawa, to, niepojęta,

Z, testów, interpunkcyjnych, to, zawsze, miałem, dwóję,


Nie, mam, żadnego, problemu, średniki, kropki, nawiasy,

pauzy, półpauzy, cytacje, zapytań, zawijasy,

i, nawet, w, dywizach, zasadom, jestem, zupełnie, wierny,


języki, obce, poznałem, pojąłem, angielskie, czasy,

a, wiedza, to, dla, mnie, tajemna, w, mózgu, galimatiasy,

nauczyć, się, nie, potrafię, jak, stawiać, przecinek, Cholerny,

Zaloguj się aby komentować

Cholera! Dałem bez tagów i usunąłem, a zapomniałem tekstu skopiować. Jeszcze raz więc:


Najdrożsi i najtańsi!


Ponieważ we wczorajszej edycji naszej zabawy padł remis, z radością podzieliłem się nagrodą za zwycięstwo z koleżanką @moll, która ułożyła następujące

rymy: włosy - kokosy - gitara - wiara

ja natomiast zadaję

temat: matematyka.


Miłej zabawy!

A o co w niej chodzi? Wyjaśnienie tutaj .


***


I jeszcze ogłoszenie: jutro i pojutrze mam w planach marnować swój czas inaczej niż w Internecie, wobec czego nie dam pewnie rady wieczorem zawołać zwycięzcy i przypomnieć mu o tym, że miło by było gdyby zaszczyt odebrania nagrody uczynił. Liczę na Waszą samoorganizację i samorządność. Tak jak i w całym przyszłym tygodniu, kiedy od popołudnia do późnego wieczora będę tyrał w kołchozie, więc być może nie będę miał czasu dodać wpisu, a już na pewno nie punktualnie.


#naczteryrymy #poezja #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem

Dobra, najpierw taki bezmyślny, prosto z serca, który pojawił się zaraz po tym jak na te dwie pary rymów spojrzałem:


Najpierw zsumował małżonki włosy

później przemnożył je przez kokosy

z równania tego wyszła gitara

wszystko możliwe – wystarczy wiara


Nad takim z rozumu może jeszcze uda mi się posiedzieć.

@George_Stark włosy kokosy gitara wiara


Najpierw z całych sił pociągnął ją za włosy

Bezczelnie, bezwstydnie! Ukazał swe kokosy

Kombinował w sposób inny, zabrzmiała gitara

Matematyka niewzruszona, modlitwa została i wiara

@George_Stark 

"Na fryzjera"

Ledwie mi podciął przy końcach włosy,

A zbój policzył za to kokosy!

"I tak zapłaci, będzie gitara!" -

Wzrusza mnie jego naiwna wiara.

@UmytaPacha Jeśli miałbym ocenić, to cynizm i obserwacja rzeczywistości objawiona w tym wierszu osiągnęła póltuwima. W mojej skali to bardzo dużo!


A że pan Tuwim jednak był Żydem (ale sam z tego czasami żartował), to ostatni wers tylko uroku dodaje i wskazówkę tuwimometru jeszcze za tę połówkę delikatnie przepycha.

Zaloguj się aby komentować

662 + 1 = 663


Tytuł: Pegaz dęba czyli panopticum poetyckie w którym obejrzeć można niebywałe eksponaty i okazy, najrzadsze osobliwości i rarytasy, rymopotwory i wersyfikacje, salto mortalia poetyckie, wyższą szkołę jazdy na Pegazie, dziwy, cuda, ekwiwoki, i ekstrawagancje, monstra i curiosa, igraszki i łamańce, kunsztyki, androny, banialuki, figle, facecje, fidrygałki, firleje, faramuszki, paradoksy, sztuki i sztuczki, eksperymenty, fantasmagorie lingwistyczne, absurdy, kuglarstwa, szarlatanerie, karkołomne zabawy, figury magiczne, grafomańskie elukubracje, centony, palindromy, raki, akrostychy, tautogramy, lipogramy, ropalikony, chronostychy, makarony, melanże, carmina figurata, labirynty, serpentyny, tablice magiczne i setki innych parnaskich delicji, ze starych i rzadkich szpargałów na światło dzienne niepotrzebnie wydobytych i do druku podanych.

Autor: Julian Tuwim

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 9/10


Posiąść wiedzę i mądrość, człowiekowi na ziemi dostępne, władzę i potęgę na świat cały i miłość całej ludzkości, stać się wodzem narodu lub kochankiem upragnionej kobiety, budzić podziw i zachwyt u współczesnych, zaskarbić sobie wieczną pamięć u potomnych, mieć wszystko, czego dusza zapragnie, słowem: osiągnąć maksimum szczęścia w życiu doczesnym i mieć nawet pewność, przez łaskę niebios objawioną, że i po tamtej stronie czeka radość wieczysta – wszystko marność marności, jeżeli się z jednej zrezygnuje nadziei, z tej mianowicie, że dwa razy dwa jest pięć.


Skończyłem tę książkę i trochę mi szkoda. Bo jak dla mnie to mogłaby ona się ciągnąć i ciągnąć i nigdy nie kończyć. Bo w tej książce, takie mam odczucie, trafiłem kumulację. Jackpot jakiś normalnie! Bo, po pierwsze, to uwielbiam, kiedy ktoś opowiada mi o swojej pasji. Nie ma w zasadzie znaczenia czy robi to na piśmie, czy wprawiając powietrze w okolicy nas w drgania za pomocą swoich strun głosowych. Nie ma też znaczenia o jakiej konkretnie pasji pasjonat mi opowiada – czy jest to zbieranie znaczków, bicie rekordów w martwym ciągu czy obserwowanie wybuchów na Słońcu. Lubię takie opowieści, bo one są mocno zaangażowane, osobiste i entuzjastyczne. A ten entuzjazm potrafi być zaraźliwy.


Fakt, nie każdy obszar, który staje się czyjąś pasją jest dla mnie interesujący. Czasami chwilę po zakończeniu opowieści zapominam o czym ona dokładnie była, a przynajmniej o szczegółach. I tutaj jest drugi składnik kumulacji, bo czasami trafi się taki ancymon, którego pasja jest zbliżona do moich zainteresowań, a nawet pasji. I właśnie w postaci pana Juliana Tuwima na kogoś takiego trafiłem. A to, że, oprócz miłości do języka, człowiek ten miał ogromną wiedzę na jego temat (sam nazywał się „znawcą języka, ale nie językoznawcą”) to i lektura nie tylko ku zabawie, ale i ku pożytkowi być może mi się zdała.


Ten tom to owoc szperania autora przez niemal całe jego życie w rozmaitych pismach, które – mniej lub bardziej celowo – wpadały mu w ręce, a z których najsmaczniejsze wyjątki sobie zachowywał. Tak jak inni kolekcjonują książki, tak pan Tuwim kolekcjonował sobie tych książek co ciekawsze fragmenty. Tego wszystkiego być może byłoby więcej, ale na drodze stanęły chore ambicje pewnego niespełnionego malarza i pejzaż, którym pomalował Europę na początku lat czterdziestych XX wieku. Sytuacja zmusiła pana Tuwima do ucieczki z kraju, a także przed tą ucieczką do zakopania swojej kolekcji w kamienicznej piwnicy. Kiedy te paskudne czasy się skończyły, kiedy wreszcie poeta mógł wrócić do kraju, okazało się, że papier, na którym te zbory były zebrane, przegrał w starciu z wilgocią i pleśnią. Zresztą, sam autor pięknie to wszystko opisuje w przedmowie do tej książki.


Ale, zanim przedmowa, to najpierw tytuł. Zdecydowałem się tutaj przytoczyć go w całości (a w komentarzu to nawet zdjęcie dam, bo i typograficznie został on bardzo zgrabnie zestawiony), bo i dziś, i (tak mi się wydaje) siedemdziesiąt kilka lat tamu, kiedy Pegaz dęba został wydany, tytuł taki sam w sobie stanowił pewnego rodzaju kuriozum. Owszem, obyaśnienia takie stosowało się w zamierzchłych czasach, kiedy nie wymyślono jeszcze nie tylko hasztagów, ale nawet komputerów i (być może) katalogów porządnych nawet. Wtedy sam tytuł musiał opisywać o czym dzieło (lub „dzieło”) traktuje. Przykładów takich tytułów w Pegazie dęba można znaleźć na pęczki.


Nie będę opisywał tutaj każdego z dwudziestu jeden rozdziałów (jeśli ktoś jest zainteresowany, mogę wrzucić zdjęcie spisu treści i ewentualnie, na zapytanie, opisać o czym konkretny rozdział opowiada, bo nazwy bywają enigmatyczne), opiszę tylko po krótce to, co w książce zachwyciło mnie najbardziej.


Wracam do przedmowy, bo jest ona świetna. To, co zapamiętałem szczególnie, to fragment, kiedy autor podaje wśród licznych przykładów wariatów językowych historię człowieka (doktora Horne konkretnie), który spędził trzy lata na katalogowaniu biblii względem ilości użytych w tej księdze słów i liter. Ale nic to jeszcze, bo chwilę później pojawił się „maniak-konkurent”, który nie tylko „dowiódł, że w obliczeniach są błędy” ale też „wzbogacił skarbnicę wiedzy” o informacje (między innymi!) o tym ile razy w biblii (nie wiem tylko w jakim wydaniu) pojawia się spójnik (nie litera!) „i” czy który wiersz jest wierszem centralnym Starego Testamentu. No przeurocze po prostu – mówiłem, że podziwiam prawdziwych pasjonatów?


Pierwszy rozdział, zatytułowany (tym razem mało enigmatycznie) „Rymy” traktuje o rymach. Autor wyraża w nim opinię o tym, że dobry wiersz niekoniecznie opiera się na dobrych rymach poddając w wątpliwość jakość rymów panów Kochanowskiego, Mickiewicza i Słowackiego. Nie odmawia im przy tym godności wielkich poetów. Jest tutaj trochę o klasyfikacji rymów, wraz przykładami, są opisy zabaw w rymowanie. Fragmenty tego właśnie rozdziału zainspirowały mnie do zaproponowania tutaj ( w tym konkretnie wpisie ) pewnej zabawy, w którą teraz bawimy się na tagu #naczteryrymy (zapraszam serdecznie! – jeśli nie do zabawy, to chociaż do obserwacji).


Kapitalnym rozdziałem jest rozdział dziesiąty, zatytułowany „Czterowiersz na warsztacie” w którym to autor opisuje (w kapitalny sposób!) swoje zmagania z przekładem czterowiersza pana Puszkina. Profesjonalizm Tuwima-tłumacza (tak bardzo przypomniał mi stary artykuł na ten sam temat: o tłumaczeniu „Like a rolling stone” pana Boba Dylana przez pana Filipa Łobodzińskiego ) tak cudownie zestawiony został z opowieścią prowadzoną przez Tuwima-narratora. Wyimaginowana kłótnia – najpierw z czytelnikiem a później z samym Puszkinem w czasie pracy nad przekładem sprawiła, że nie mogłem się pozbierać. Tak ze śmiechu, jak i z podziwu.


Rozdziały 15, „Atuli mirohłady” i 18, „Ksiądz Dębołędzki i jego parafianie” opowiadające o „genezie pochodzenia” – to autentyk! tak mówiła moja pani od polskiego w podstawówce albo gimnazjum, dokładnie nie pamiętam – wyrazów również dostarczyły mi wiele radości. Nie tylko radości z przykładów (tutaj głównie negatywnych) jak to próbowano dojść skąd się współczesne słowa wywodzą, ale też (to w rozdziale 18) kolejnego dowodu na to, jak mocno ludzie chcą mieć rację i czuć się ważni. Pan Tuwim opowiada w tym rozdziale o teoriach, że wszystkie współczesne języki wywodzą się ze słowiańszczyzny (ba! że przed Wieżą Babel językiem światowym była właśnie prasłowiańszczyzna!) przytaczając liczne przykłady podawane ich orędowników. Wspomina też reakcję owych orędowników na jego teorię, że również amerykańskie (ale i światowe, bo i o Singapurze, który to miał by się wywodzić od prasłowiańskiego „Sięgapierz” wywodzić, mowa) nazwy geograficzne można takimi fikołkami udowodnić. Refleksja nad tą reakcją dość jest jednak smutna.


To takie moje high-lighty z tej książki i na nich poprzestanę, bo nie ma sensu jej tutaj przepisywać ani streszczać. Kto zainteresowany, sam sięgnie. Wspomnę tylko jeszcze o tym, że oprócz wyszukanych przykładów pan Tuwim urzeka wspaniałym ich opisem i analizą. Elokwencja, dowcip, błyskotliwość i trafność spostrzeżeń jest w tym dziele dokładnie taka, jakiej się po tym autorze spodziewałem.


Ponieważ rzadko czytam książki na papierze, ale, że ta akurat nie wyszła elektronicznie, to nie miałem wyjścia i musiałem taką kupić jaka była, to jeszcze dwa słowa o wydaniu. Niewygodne w trzymaniu podczas czytania w mojej ulubionej pozycji (nie tylko do czytania), czyli na leżąco, to w zasadzie jedyny jej minus. Poza tym same zalety: duży format, ładne, czytelne łamanie tekstu, gruba oprawa i obwoluta. Obwoluta na której tyle znajduje się blurb (uwielbiam to słowo! – nieodmienne kojarzy mi się z dźwiękiem, jakie wydaje żołądek, kiedy człowiek naje się niedojrzałych czereśni i popije je zsiadłym mlekiem!) autorstwa pana Jerzego Bralczyka. Też ładnie napisany.


Jedyną wadą – ale to raczej moją niż książki – jest to, że mnóstwo (większość chyba) cytatów jest w obcych językach. Zwykle co prawda autor serwuje tłumaczenie w przypisie (chyba że akurat ma na celu prezentację zachwytu nad samym brzmieniem słów – na przykład w grece, którą sam nie władał), ale i tak uważam, że dużo przez tę swoją poliglotyczną ułomność straciłem. Szczególnie jeśli chodzi o język francuski, który przecież czyta się inaczej niż zapisuje. No nic: „nie chciało się nosić teczki, to nie rozumie się książeczki”. I muszę z tym jakoś żyć.


#bookmeter

30262276-b92a-47f6-8230-54caa4cab174

@George_Stark Tuwima się świetnie czyta, ale jego styl jest dość oderwany i czasami ciężko w ogóle zapamiętać o czym jest dana książka. Fajna, obszerna relacja

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Minęła dwudziesta i, zgodnie z tym co Jaśnie Pan (czyli ja) wczoraj ustalił, skończył się czas przeznaczony na zadanie w naszej zabawie #naczteryrymy . Wychodzi mi na to że, zgodnie z kolejną zasadą ustaloną przez Jaśnie Pana, zwycięzcą wczorajszych zmagań jest użytkownik @bernsteinka . Proszę Cię wobec tego o podanie – w ramach nagrody, żeby nie było – kolejnego tematu.


Tutaj odnoszę się też do tego, co zostało napisane przez @UmytaPacha :


i w sumie szkodzix żebyś sam się nie bawił


No, szkoda by było! Pewnie! Ale nie jestem aż tak głupi, żeby wymyślić zabawę, w której z góry wykluczony jest mój udział! Stąd właśnie pomysł, żeby zwycięzca poprzedniego dnia wymyślał temat na następny. A jeśli zwycięzca nie chce/nie może/nie zdąży, żeby to był ktoś inny. A nie ja! Bo ja też chcę poukładać! Wobec czego, jeśli @bernsteinka nic nie wymyśli, proszę żeby ktoś inny dodał wpis z tagiem i zadaniem na jutro. Zresztą, rymuję przecież! Siedzę nad tym sonetem, którym mam zamiar utrudnić Ci życie.


I jeszcze jedna rzecz, bo trochę się zabawiłem Waszym kosztem, ale nie złośliwie, tylko – mam nadzieję – sympatycznie, do czego teraz się przyznaję bez bicia. To nie były moje rymy. Wziąłem je od tego nawiedzonego Adasia z III b. W oryginale szło to tak:


Tak Robak wyraz bystrych oczu swych złagodził,

Długo nimi po oczach Gerwazego wodził,

Na koniec, jakby ślepym chciał uderzyć ciosem,

Zasłonił oczy ręką i rzekł mocnym głosem:

«Jam jest Jacek Soplica…»


A skąd temat insekty? No to chyba się domyślacie. Miło się porównywało Waszą twórczość z oryginałem.


To co, widzimy się jutro znów w kawiarni #zafirewallem z nowymi próbkami twórczości?


#poezja #tworczoscwlasna #czytajzhejto #piszzhejto


EDIT: Aha, tutaj można znaleźć wczorajsze zadanie , jakby ktoś nie wiedział o co chodzi albo nie pamiętał. W końcu żyjemy w czasach szybkiego komunikatu. Czy jakoś tak. No a wczoraj było już dawno temu.

Zaloguj się aby komentować