Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

Drodzy Uczestnicy i trochę od nich tańsi Obserwatorzy!


Zakończyliśmy oto zbieranie zgłoszeń do V edycji konkursu #nasonety. Czas wyłonić zwycięzcę tegotygodniowych zmagań, czym zajmie się nasze jurne jury wypełniając przygotowaną, za radą koleżanki @moll , zewnętrzną ankietę . Proszę nie bać się podania w niej danych Waszych kart kredytowych. Ma to na celu wyłącznie utrzymanie powagi konkursu poprzez weryfikację tożsamości tak, aby wykluczyć kilkukrotne oddanie głosu przez tę samą osobę. Dane te nie są nigdzie przechowywane, a już na pewno nie zostaną wykorzystane.


***


Tym razem rymowaliśmy do fragmentu utworu pana Piotra Bukartyka, który to był naszym tekstem di proposta .


Wytwory opublikowane w czasie trwania tej edycji konkursu to (w kolejności chronologicznej):


Popłuczyna ekologiczna autorstwa kolegi @George_Stark (wytwór pozakonkursowy)


Do Prymitywów oraz Nie i do Ciebie i do Mnie autorstwa kolegi @DiscoKhan


Cnota? Pas. autorstwa kolegi @George_Stark (wytwór pozakonkursowy)


Łosiowa (a może świńska) di proposta autorstwa kolegi @Moose


Roztargniona autorstwa koleżanki @moll (nie mogę podpiąć tutaj linku pod tekst, więc proszę tak: https://www.hejto.pl/wpis/wrzuce-nim-zapomne-albo-sie-nie-wyrobie-wink-mam-nadzieje-ze-dacie-rade-doczytac )


Bezsenność / Wyrok: noc w położeniu autorstwa kolegi @George_Stark (wytwór pozakonkursowy)


Syn koleżanki autorstwa kolegi @Piechur


O kondycji polskiego rapu - okiem boomera autorstwa kolegi @splash545 (tutaj również nie mogę, więc też proszę tak: https://www.hejto.pl/wpis/no-dobra-tym-razem-po-wielu-bolach-i-mekach-powstal-ponizszy-wytwor-podobnie-jak )


Oberża "Pod Śwarnym Świstakiem" autorstwa kolegi @DiscoKhan


Wytwór bez tytułu autorstwa koleżanki @UmytaPacha


Wytwór bez tytułu autorstwa kolegi @bizonsky


***


Podsumowania w formie graficznej nie ma i nie będzie, bo nie chce mi się go robić. Może zrobię jutro ze zwycięskim tylko wierszem po to, żeby zwycięzca mógł je sobie wydrukować, oprawić w ramkę, powiesić na ścianie i chwalić się swym zwycięstwem przed znajomymi. Jeśli ich ma.


Grono uczestników z niecierpliwością oczekuje na werdykt grona jury (dość niewygodny fakt, że te grona są w zasadzie niemal tożsame, po prostu zignorujmy), który to zostanie ogłoszony jutro rano, niedługo po tym jak wstanę. Zapraszam do głosowania! Również tych, którzy tylko obserwują, a z jakiegoś powodu z nami nie piszą. Jeśli tacy są.


Mam nadzieję, że w tej edycji bawiliście się bardzo dobrze, choć gorzej jednak niż w kolejnych, na które też również już teraz zapraszam! Jeśli nadejdą.


#zafirewallem #nasonety #poezja #tworczoscwlasna

#podsumowanienasonety

@George_Stark


– Kwiiii! – pytam się ja, moim głosem knura –

czemuż to dopuszczony jest wiersz od @Piechura?

Proszę bardzo, niech spojrzy pan oto

że ten kolega, co chodzi piechotą,

do słowa we wersie piątym: „tańce”

we czwartym, za panem Piotrem, powtórzył: „kuksańce”!

Zaloguj się aby komentować

No, długo pisać nie będę, bo za dwie i pół godziny powinienem wstać. Ładnie też pisać nie będę, bo bez linków, bo z telefonu piszę, a to kara gorsza nawet niż bezsenność, która to właśnie mnie dotyka. Ale i z nią można podyskutować i jakieś tam wierszydło z tego się może urodzić. Jak ta pozakonkursowa di risposta w bitwie #nasonety na przykład:


Bezsenność / Wyrok: noc w położeniu


Przez kratę myśli, co w głowie mi buczy

do snu krainy nie mogę wyruszyć;

zaś z drugiej strony też niczym się zająć

bo kołdry kajdany mnie powstrzymają.


I tak leżę w łóżku, karany ciemnością

na sen czekając, co to mą wolnością

jest, za którą tęsknię, będąc skazańcem;

lub za amnestią, co przyjdzie z rańcem.


Pierwsza godzinka.

Druga godzinka.

Trzecia godzinka.

Czwarta godzinka.


Za oknem już jaśniej, jakby bursztynu

barwę przybrało niebo. I gminu

coraz to więcej już na ulicach. Biedaku!

Ledwo zasnąłeś, a wstać już musisz. Z łóżka wyskakuj!


#poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


***


Od Autora


Szanowni Czytelnicy!


Miało być w sobotę, ale tak mi się tego gniota dobrze pisze, że skończyłem już dziś. I tak sobie pomyślałem, że być może – mam taką nadzieję – jeśli zamieszczę kolejną część tego poematu dziś, to pozwoli Wam on ze śmiechem wejść w Nowy Rok? I może przez cały rok będziecie się śmiać radośnie? Choć może też i z innych rzeczy. Czego Wam i sobie życzę, zamieszczając kolejną księgę Pana Jerzego już dziś. Proszę bardzo.


Pisanie poematu w odcinkach to niezwykła, jak się cały czas przekonuję, przygoda. Ale, jak to w przypadku niezwykłych przygód i nowych doświadczeń, nie można obejść się bez wpadek i przeoczeń; bez rzeczy, które można byłoby zrobić lepiej. Po to jednak popełnia się błędy, żeby móc je naprawiać i takie właśnie podejście zastosowałem w przypadku postaci koleżanki @moll , którą to niechcący pokrzywdziłem przez swoje zaniedbanie, co mogłoby doprowadzić do nieprzyjemnych dla niej i bolesnych w skutkach konsekwencji zdrowotnych. O czym konkretnie zapomniałem i w jaki sposób udało mi się to naprawić? O tym w treści poematu.


Mam takie wrażenie, ale i też nadzieję – bo ostateczna ocena i tak zawsze należy do Czytelnia – że nie tylko skutecznie udaje mi się uniknąć wzrostu jakości tego dzieła zasranego choćby o milimetr, ale wręcz powoli, acz sukcesywnie opada ona wprost do dna zmierzając, w które to dno mam zamiar i nadzieję z wielkim impetem uderzyć w księdze ostatniej, to jest księdze dwunastej. Mam również już pomysł i na to – a wiadomość tę przekazuję wyłącznie po to, żeby Was przy mnie zatrzymać – jak, po zakończeniu publikowania tego pokalanego wytworu, w dno owo, z Waszą pomocą, zapukać od spodu. Ale do tego to jeszcze kilka tygodni.


Tymczasem, nie przedłużając już niepotrzebnie, zapraszam do lektury księgi siódmej. Przyjemności!


Wasz Autor.


***


Spis treści


Księga I – Zwycięstwo

Księga II – Do Grecji!

Księga III – W Grecji

Księga IV – Nadal w Grecji

Księga V – Ciągle w Grecji

Księga VI – Jeszcze chwilę w Grecji, ale dłużej już w Nowej Soli


***


Księga VII

W nadodrzańskich lasach


Sezonowa przypadłość – Szlacheckie rozrywki – Uczta – Moskale


Zszedłszy z deski, d⁎⁎ą przez Splasha wygrzanej,

udałem się do izby mojej ukochanej.

Wchodzę ja więc do niej, kroki stawiam z cicha

bo myślę, że tam Pacha to dalej Krecika

sobie ciśnie. Ale jej tam nie ma! Wy wiecie

gdzie też ona była: była w toalecie.

Mimo że zaraz wraca, zdziwiłem się srodze,

tym, że jej tam nie było. Widać, gdzieś po drodze

musieliśmy się minąć. Poza tym zapachy

różne, a niepokojące poczułem od Pachy.

– Pacho, co ty jesz, że aż tak tam ciebie goni? –

z pytaniem troskliwym tak zwracam się do nij.

– Dżordżu – odpowiada mi – goni mnie szalenie

bo coś mnie sezonowe łapie rozwolnienie.

Byłam już w aptece, kupić węgiel zdrowy

ale mi nie sprzedali, bowiem ślad węglowy

mam już za duży, po ostatnich lotach naszych

i teraz cierpieć muszę tenże mój los paszy.

Zmartwiłem się: – I co ty poczniesz teraz, chora…

A Pacha mi przerywa: – Czekaj do wieczora!

Nawet jeśli wieczorem nie będę już zdrowa

to będziem mieć rozrywkę! – Ja na te jej słowa

już się uradowałem, już myślami płynę

w swych erosomańskich fantazji krainę!

– Myśmy tera szlachta, a więc: szlachty zwyczajem –

kończy Pacha – wieczór dziś sobie polowaniem

radośnie umilimy. Niechże ochmistrzyni

@moll już przygotowania wszelakie poczyni!

– Ale zaraz – ja pytam – gdzie się @moll podziała?

A @moll w kiblu siedzi, albowiem nie srała

dotąd przez pół poematu! Przez ksiąg sześć całe!

Wygląda mi to na zatwardzenie niemałe!

Na szczęście, że w porę mi się przypomniało

i tymże sposobem @moll ulżyć się udało.

I wróciła radosna, gdy ciężar zrzuciła

a z pomysłu Pachy, to się ucieszyła.

– No dobrze – powiedziała – moim to zadaniem

będzie się tym wieczornym zająć polowaniem.


Doszły do nas słuchy, że, tuż pod naszym nosem,

panoszy się w lesie łoś, gatunku @Moose .

Wespół więc nasza to kompanija zamierza

na tego oto właśnie zapolować zwierza.

By było nam łatwiej, z okolicznych wiosek

zwołaliśmy mieszkańców, bo byli pod nosem.

Nie byli zbytnio chętni, bo ludzie to dzicy,

lecz nie mieli i wyjścia – to Pachy lennicy.

Zaczynamy łowy, gdy Splash, przeciągłym bąkiem,

dał pospólstwu sygnał, że czas już na nagonkę.

Ogary poszły w las! A za ogarami

miejscowe idzie chamstwo, które to krzykami

ogromny rwetes czyni. Tak darli ryjami

że na małą polankę, pomiędzy bukami

na strzał nam łatwy, czysty zapędzili zwierza.

Pacha bierze już fuzję, do oka przymierza!

Ale ja patrzę: strzelba jest zabezpieczona

i wniosek z tego wyciągam: – „Dobra żona

będzie, bo na strzelaniu nic się nie wyznaje!

Nie wie, że bezpiecznik trzeba zwolnić nim: fajer!

Więc, jeśli już wpędzić ją w zdenerwowanie

kiedyś mi się przytrafi, nic mi się nie stanie.”

Nagle któryś tam z chamstwa nie wytrzymał był

i bez pozwoleństwa państwa strzelby był dobył.

I, jednocześnie, że aż dźwięki ich się zlały

z boku padł nie jeden, lecz dwa padły strzały!

A strzelili, fakt ten sam zaświadczam uczciwie,

ci panowie: @Piechur oraz @plemnik_w_piwie .

Dosięgnął któryś łosia, ten: padł i umiera

więc do naszej zdobyczy podchodzimy teraz.

Odchodzi prędko; gaśnie, jak płomień zapałek,

a nim skona, wyznaje: – Jam jest Michau Białek!

Złożyliśmy ciało w samym dnie wykopu:

niech ziemia – mimo wszystko – lekką będzie chłopu.

Oddawszy mu minutą w ciszy trochę czci

opuściliśmy tedy las, wychodząc przez drzwi.


Pacha, orząc u podstaw, do chamstwa: – Się uczta –

mówi – kultury! Bowiem: należy się uczta

po polowaniu! Żadnego, prawda, nie mamy

pokotu, ale przecież radę jakoś damy.

Daniem dziś będzie głównym, ma decyzja taka

udko wolno przez @moll pieczonego kurczaka.

A na przystawki będą, jeśli się nie mylę,

w boczusiu wspaniałe pieczone daktyle,

paluchy różnymi posypane serami,

zawijaski francuskie, również z oliwkami

no i z wkładką mięsną – bez niej się liczy! –

no i z pieczarkami, ale bez goryczy.

I wreszcie po wszystkim: te podudzia z ptaszka

lecz bez alkoholu, bo: zamiast flaszki – fraszka!

Zasiadamy więc wszyscy razem za stołami

głośno burcząc naszymi pustymi brzuchami

A @moll dopiero co blachę w piekarniku

umieściła, więc ku nam z tacą słoików

zmierza i przed każdym to jeden stawia słoik

z sałatką: Marek Aureliusz, jak ten stoik.

I tak właśnie to wtedy nagle mnie olśniło,

bowiem przez tę sałatkę wyszła na jaw miłość!

I krzyczę do @moll : – Na jaw tajemnica wasza

wyszła teraz! Bo ty, @moll , jesteś żoną Splasha!

Zdradziło mi to tej sałatki twej nazwanie,

na cóż to wam też było tego ukrywanie?

I, drugi grom przychodzi, kiedy zrozumienie

nagle tam na mnie spada, a boli szalenie,

bo to jasno tłumaczy ten co dźwigam krzyżyk:

Pachy miłosne listy, załączany ryżyk…

Ale nim się w smutek pogrążyłem cały

zza Odry jakieś nowe rozległy się strzały.


– Cóż się dzieje w mych włościach? – ma przyszła żona

pyta. Więc: ja do okna. Za Odrą: czerwona,

tak jak z krwią przy kamicy nerkowej szczyna,

stoi, tegoż koloru, armia od Stalina!

Pierwsza @moll zmartwiła się na tę ponurą wieść

i tak nas tam zapytała: – Co będziemy jeść?

Jest w czasie wojny problem z dostawami

a my tu kiepsko stoimy z zapasami.

Potem Splash głos zabiera uderzając w pierś:

– Eee, w najgorszym wypadku to czeka nas Śmierć.

– Splash! – mówię – Nie pieprz mi tutaj! Ja tam swoje wiem

u mnie: nie memento mori, ale carpe diem!

I łapię ja Pachę, i chcę ją obłapić

bo kto wie, co nam jutro może się przytrafić.

Ta mi się wyrywa: – To nie czas na amory!

Dżordż ty to na swój popęd jesteś chyba chory!

Ojczyzna w potrzebie! – ból jej tak rwie serce.

I ja też ból czuję. W lewej mej ósemce.

I próbuję przekonać ją, zdejmując spodnie

– No chodźmy do sypiali – tak mówię. – Rozsądnie –

@moll mówi – trudno myśleć jest w czasie wojny,

więc zupełnie rozumiem, że Dżordż niespokojny.

A to zdanie poprzednie, to jeszcze zaznaczę

w książce Piramidy napisał pan Pratchett.

Pacha mnie odpycha, więc ja z tropu zbity

dodaję do cytatu: – Zwłaszcza gdy zabitym

jest się na tej wojnie. Pacha! No chodź, kochanie!

– Dżordż, teraz to ważniejsze niż twoje przyssanie

sprawy mamy na głowie. | I na zewnątrz leci

tak jak i u Szekspira ten król, Ryszard Trzeci:

zew patriotyzmu gdy Pacha, tam na błoniach,

tak zakrzyknęła: – Słonia! Mój zamek za słonia!

Ale nic już prócz zamku, bo królewny ręka

już dawno przez jej Dżodża została zajęta.


***


Posłowie


Tak naprawdę powód tej publikacji natychmiast po skończeniu jest jeszcze jeden. Albo i dwa nawet. Po pierwsze to produkujecie tyle fantastycznych inspiracji, że – gdybym się wstrzymał – to mógłbym część z nich pominąć przez roztargnienie albo zgubić kontekst. A szkoda by było. No i po drugie, mógłbym zacząć coś przerabiać, poprawiać, dodawać. A cała moja przyjemność z tego pociskania pierdół polega na tym, że to co już opublikowałem nie może zostać zmienione i muszę cały czas pisać coś nowego. A właśnie to mnie w tym poemacie koślawym bawi najbardziej. Więc, jak widzicie, egoizm zawsze na pierwszym miejscu. Choć, kurtuazyjnie, wymieniony jako ostatni.


***


Stopka redakcyjna


Oficyna Wydawnicza Kawiarnia #zafirewallem

Internet, 2024


@George_Stark , 2024

Redakcja: @George_Stark

Korekta: @George_Stark


#tworczoscwlasna #poezja

@George_Stark co, zajebałem łosia?!

Jeju... do tej pory słyszałem tylko o przypadku rycia w nich inicjałów za pomocą zaostrzonej szczoteczki do zębów, a tu takie okrucieństwo nagle. Kuiurwa, Spooock...

Dzisiaj samo gęste! Miałem wypisać co mi się szczególnie podobało, ale bym musiał cały odcinek przepisać. Naśmialem się co niemiara, dobrze się rok zaczyna

Zaloguj się aby komentować

Drodzy Najmilsi!


Widać są tacy, którzy w sylwestra mają lepsze zajęcia niż zajmowanie się rymowaniem. Człowiek robi wszystko żeby przypadkiem nie wygrać, a tu i tak na barki spada mu obowiązek odbioru nienależnej mu nagrody. Trudno, niech będzie moja strata. Oto zadanie na dziś, proszę:


rymy: wielki – krok – fajerwerki – rok

temat: szampan Piccolo


Miłej zabawy! Nawet jeśli dziś niekoniecznie z nami!


#naczteryrymy #poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem


***


Chyba że wczorajszy zwycięzca ma na imię Sylwester, to wtedy (i tylko wtedy!) mu wybaczę.

O dolewkę bój będzie wielki,

Dla kilkulatka to wielki w życiu krok,

Jest Piccolo, zaraz fajerwerki,

To pierwszy nieprzespany o północy Nowy Rok!

@George_Stark 

Na imprezę zawitał pechowiec wielki:

Korek z picollo wystrzelił mu w krok,

W twarz wystrzeliły mu fajerwerki,

W śpiączce przeleżał okrągły rok.

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ skończył mi się opłacony okres abonamentu Legimi to, zanim wykupię sobie kolejny rok, postanowiłem popieścić swoją cebulę (zamiast bakłażana) i przeczytać zaległe książki, które mam w postaci plików z innych źródeł, a także te na papierze, które zalegają na półce, bo na czytniku to jednak wygodniej.


W ten sposób to właśnie zabrałem się wczoraj za Chłopów pana Reymonta, którą to pozycję ściągnąłem sobie ze strony wolnelektury. No i tak czytam sobie i czytam, aż docieram do zdania:


A potem wlókł się ciężko po piaszczystej drodze Żyd szmaciarz, pchał przed sobą taczki dobrze załadowane, bo wraz przysiadał i ciężko dyszał.


Słowo szmaciarz zostało w tym zdaniu oznaczone przypisem i, mimo że wiem co ono oznacza, to kliknąłem w numerek i do przypisu zajrzałem. Co tam przeczytałem:


szmaciarz – czyli zajmujący się zbieraniem zniszczonych materiałów do recyclingu [pogrubienie moje]


Litości, pani lub panie redaktorze! Serio nie dało się, omawiając tekst z początku XX wieku użyć innego słowa niż recycling? Ja wiem, że zadaniem redaktora jest tak przygotować tekst żeby czytelnik (w tym przypadku współczesny) go zrozumiał, ale z drugiej strony, pracując ze słowem, to powinno się mieć jakieś tego słowa wyczucie. I ja rozumiem też, i całym sercem nawet popieram, że każdej uczciwej pracy i każdemu człowiekowi (przynajmniej dopóty, dopóki sam nie da powodów żeby było inaczej) należy się szacunek, również wyrażany w języku, którym się o nim mówi, ale z drugiej strony popieram też rozsądek i jakiś tam takt w tej mowie czy piśmie. Bo inaczej doprowadzamy do sytuacji takich, jak ta z tego obrazka . Zresztą, czasy dziś takie, że w zasadzie to czekam tylko aż ktoś bardzo nowoczesny obwoła rasistą pana Boba Dylana, bo przecież w utworze Hurricane śpiewa on taki wers: and for the black folks he was just a crazy nigger . Wcale by mnie taka sytuacja nie zdziwiła.


No i tak piszę sobie o tym, bo przypomniało mi się, że miałem takie moje perełki znalezione kolekcjonować sobie i zamieszczać w kawiarence #zafirewallem w gablocie opatrzonej tagiem #wpustejszklancepomarancze . A ten przypis bardzo mi do tej mojej kolekcji pasuje.

@George_Stark ja to w ogóle nie cierpię wolnych lektur przez te przypisy co dwa słowa. xd Wolę pobierać takie starocie z normalnych księgarń, gdzie też są najczęściej za darmo.

@moll


Serio, przecież tego nie wymyśliłem. Bardzo lubię wymyślać pierdoły, ale jednak w innej kategorii.

Zresztą, samemu można sobie sprawdzić tutaj .


@Moose


Dziękuję. Na szczęście jeszcze nie zdążyłem przełknąć, więc wyplułem i już jest na swoim miejscu.


@sireplama


To są same kuszące pyszności. W tym konkretnym przypadku: daktyle w boczku, paluchy serowe, jakieś zawijaski z ciasta francuskiego z pieczarkami i oliwkami (i wkładką mięsną, bo inaczej się nie liczy), sałatka Marek Aureliusz, a główne danie wieczoru na ciepło to podudzia z kurczaka wolno pieczone.

Zaloguj się aby komentować

748 + 1 = 749


Tytuł: Moja Jugosławia

Autor: Goran Vojnović

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 3/10


#bookmeter


Pieprzyć to, nie byłem wyrozumiały wobec ludzi, których dało się nadmuchać szybciej niż sekslalkę i jeszcze szybciej uchodziło z nich powietrze.


No i w taki to właśnie mniej więcej sposób prawie cała ta książka jest napisana. Jest napisana fatalnie, jak szkolne wypracowanie ucznia podstawówki na temat „kim jest mój tata”. A że jego tata, tak się akurat składa, jest ukrywającym się zbrodniarzem wojennym z czasów rozpadu byłej Jugosławii, no to napisał o czym musiał napisać, bo wyjścia innego nie miał.


Zwykle odkładam takie książki po kilku stronach, zwłaszcza od kiedy jestem szczęśliwym abonentem Legimi i w jednej cenie mam dostęp do ogromnej biblioteki z której mogę natychmiast wybrać coś innego, to zwyczajnie szkoda mi na nie życia. Ale, od czasu do czasu, a tak było i tym razem, z jakiegoś powodu doczytuję je do końca. Może dlatego żeby, jeśli kiedyś wrócę do realizacji pomysłu z napisaniem własnej powieści wiedzieć jak tego nie robić? A może dlatego, że ciężko jest mi uwierzyć nie tyle w to, że ktoś to napisał, bo ludzie piszą różne rzeczy i nie każdy kto chce musi koniecznie zostać pisarzem, ale w to, że ktoś to zredagował, wydał, a – jak w przypadku tej książki – to na dodatek jeszcze przełożył na polski i opublikował u nas. I w to, że takie książki zbierają dość wysokie oceny, ale o tym to akurat za chwilę.


Ogromnym minusem tej książki jest też to, że traktuje o temacie, o którym należy mówić. Przede wszystkim należy mówić dlatego, żeby przynajmniej spróbować zapobiec powtórzeniu się takich wydarzeń kiedykolwiek i gdziekolwiek. Tylko absolutnie nie powinno się, moim zdaniem, mówić o nim w sposób tak fatalny, jak zrobił to pan Vojnović. Z literackiego punktu widzenia, już pomijając ten okropny, płaski język i postaci bez żadnego rysu i charakteru (tutaj nawet nie wiem co o nich napisać; może tyle, że stworzone były bez żadnego polotu, dokładnie tak, jak można przeczytać w wydawanych na pęczki – a z kilkoma miałem „przyjemność” – poradnikami „jak zostać pisarzem”; przykład? proszę bardzo: „postać literacka powinna posiadać jakąś charakterystyczną cechę” – i, zgodnie z tą zasadą, sąsiadka ojca głównego bohatera jest miłośniczą roślin, a autor, zupełnie bez sensu i bez związku z niczym pieprzy mi o tych roślinach co kilka zdań; no ale cecha charakterystyczna postaci została odhaczona) ta opowieść jest tak płytka i prosta, że dla mnie jest próbą sprzedaży swojego wytworu opierając go na kontrowersyjnym, nośnym temacie. Nie wiem czy tak rzeczywiście było, tak tylko przypuszczam. Nie ma w tej książce absolutnie żadnych wydarzeń z tamtej wojny, co jeszcze by jej nie skreślało, ale wspomnienia, które (ponoć – tak chyba twierdzi autor) zżerają jej uczestników też są pokazane w taki sposób, że ja, jako czytelnik, czytając te wysilone, pretensjonalne opisy wzruszałem tylko ramionami z myślą „i co z tego?”. No nie, tak się nie pisze książek, bo to po prostu nie rusza. Nie wzbudza żadnych emocji. Uważam, że dokładnie odwrotnie niż w życiu, najgorsze, co może zrobić postać literacka to nazwanie wprost tego co czuje. Samo suche „Jest mi smutno” nie wzbudzi we mnie nigdy takiego współczucia, jak plastyczne tego smutku pokazanie.


Z plusów, to ta historia składa się w całość bez jakichś luk logicznych (choć jest tak prosta, że większe wrażenie zrobiłoby na mnie to gdyby autorowi jednak udało się w niej w jakiś sposób pogubić) choć z dużą pomocą niezawodnego rozwiązania fabularnego w postaci deus ex machina. W zachowywaniu tej prostoty historii autor stosował dość sprytne zabiegi, po prostu omijając to, co wymagałoby szerszego przedstawienia. Na przykład w taki sposób:


Vladan, mam nadzieję, że mnie rozumiesz. Jeśli ci ludzie tylko przez moment poczują zagrożenie, nie będą się wahać. Mam nadzieję, że wiesz o kim mówimy.


No cóż, Vladan może i wiedział. Ja natomiast nie miałem pojęcia. A czytałem dość uważnie. Tak że nie ze mną te numery, Vojnović.


I jeszcze rzecz o tych ocenach. Bo, zanim zacząłem czytać książkę, sprawdziłem sobie na lubimyczytac jej ocenę. Całkiem zachęcająca była, no to się zdecydowałem. Tak mniej więcej w połowie lektury wróciłem na tę stronę żeby sprawdzić czy może się nie pomyliłem. Ale nie: nazwisko autora się zgadza, tytuł ten sam, nawet okładka tak samo wygląda. I zacząłem czytać komentarze, ale i to szybko przestałem robić, kiedy to w jednym z nich znalazłem takie zdanie: Wspaniały kunszt literacki dawnych klasyków. Chyba z autorem komentarza to innych dawnych klasyków (sic!) czytywaliśmy. No i przestałem czytać te komentarze. Już wolałem tę książkę dokończyć.

ecf08600-994c-4d00-9bc5-6a809215ff9a

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry!


Wczorajsze wierszydło ułożone zostało w ramach rozgrzewki przed wytworem właściwym, a więc podszedłem do niego luźno, zarówno w sprawie treści, gdzie zająłem się problemem dość nieistotnym, jak i w sprawie formy, gdzie zasady potraktowałem w sposób swobodny, bo i tak nie był to utwór konkursowy.


Dziś natomiast poważnie potraktowałem zarówno temat ten ważki, czyli sprawę doniosłą, o której to chciałem napisać, jak i zasady naszego konkursu #nasonety . Choć i ten wytwór jest pozakonkursowy, bo przecież w tej edycji z konkursu sam się z niego na wstępie wykluczyłem. Zaprezentować jednak co nieco to chyba mi wolno, prawda? A więc proszę:


***


Cnota? Pas.


I cyk! – już pasek twój zamknięty na kluczyk

zanim twój rycerz na wojnę wyruszył.

Bo panny, co same w domu zostają

to czasem już zająć się czym nie mają


i wówczas wiedzione – ja wiem? – ciekawością(?)

oddać się niecnym chcą namiętnościom.

Stąd zakuł cię przed wyjazdem tym swoim kagańcem

bo wiedział, że dybią na cię różne narwańce:


Tadek Malinka, Jasiek Sprężynka,

Adam Waginka, Maciek Jarzynka,

Goran Palinka, Andrzej Kalinka

i śród nich najgorszy: Jureczek Świnka.


Lecz rycerz nie wrócił; śród pierwszych poległ bitewnych dymów,

tak szybko, że wsławić nie zdążył się nawet chwałą swych czynów.

Nam w spadku został problem po tym buraku:

jak sprawę rozwiązać kluczyka braku?


***


W kwestii formalnej. Powyższa rymowanka jest odpowiedzią (di risposta) na konkursowy utwór di proposta , który wybrałem z szerokiej a pięknej twórczości pana Piotra Bukartyka.


I, jeśli formalności, no to jeszcze i tagi: #zafirewallem , #poezja , #tworczoscwlasna .


Dziękuję.

Zaloguj się aby komentować

Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


***


Od Autora


Drodzy!


Weekendową, już chyba tradycyjną porą, oddaję do Waszych rąk kolejny epizod przygód naszych zasranych bohaterów. I chyba tym razem nie mam nic więcej już do powiedzenia, więc załączę tylko takie oto życzenia:


miłej lektury!


Wasz Autor.


***


Spis treści


Księga I – Zwycięstwo

Księga II – Do Grecji!

Księga III – W Grecji

Księga IV – Nadal w Grecji

Księga V – Ciągle w Grecji


***


Księga VI

Jeszcze chwilę w Grecji, ale dłużej już w Nowej Soli


Przed lotem – Nowa Sól – Poranek – Służba


Na wieść o zamku Splash z szafy wyskakuje;

spokojnie, jak to stoik, i tak peroruje,

takie oto do Pachy on kieruje zdania:

– Phi! Mądrość jest ważniejsza ode posiadania!

Cóż ten cały twój zamek kiedyś ci pomoże

kiedy to wczesnym rankiem Śmierć przyjdzie, być może…

– Splash! Nie mam teraz czasu na mądrość stoików,

a ty za to, @moll przelej, proszę, do słoików

ten barszczyk twój cudny i do zamrażalnika

wrzuć mi też na czas jakiś każdego słoika

bo barszczyk, gdy zamarznie, żadnym wtedy płynem,

ale ciałem jest stałym! Tak właśnie ominę –

sposobem! – naziemną kontrolę bezpieczeństwa,

za to że mi tam wtedy, bez krzty człowieczeństwa,

nieodżałowane DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY

moje złote gnidy te zabrały! Te cholery!

– W co słyszę – mówi @moll – to nie wierzę uszom

Pacha dziedziczką zamku! Szkoda, że Ukruszon

on się nie nazywa, tak jak i u Pratchetta!

To dopiero szczęśliwa byłaby kobieta!

Z takimi to słowy, choć nadal utyka,

zmierza ze słoikami do zamrażalnika.

A Pacha dalej ciągnie swój lotniczy wywód:

– Polecimy tym razem bez gastrycznych przygód!

Zamrożony barszczyk w podręcznym bagażu,

wniosę sobie na pokład, bowiem: na cmentarzu

wyląduję, a nie nie na lotnisku, i zginę

gdy w menu znów ujrzę tylko oberżynę!

A ja? Siedzę w kącie i trochę mnie boli

bo nie w Gorzowie, ale w Nowej Soli

zamek położony. I w sercu mnie kłuje,

bo: – Tamże zamieszkamy! – Pacha decyduje.

Ale: co mogę? Co zrobisz, gdy się baba uprze?

Więc się na to zgadzam. Z myślą o jej kuprze.


Podróż nam ta lotnicza bez przygód mijała

tyle tylko, co Pacha barszczem się oblała.

Plama na jej koszuli, przed tą plamą czystej,

nie wzbudziła jednak jej nacjonalistycznej

postawy. Srać raz poszła, ale bez obrazy,

bo i ja też poszedłem wysrać się. Dwa razy.

Lot więc był spokojny, a też i lądowanie

tak łagodne, że nawet na łosia kolanie

ciężko byłoby o nim pisać. Pekaesem

później aż do Nowej Soli, gdzie, pod adresem

zamku, Pacha się wzruszyła, gdy, na tej ziemi

swójże spadek ujrzała oczami własnemi.

Mnie trochę to zdziwiło, bo, przyznaję szczerze

nie szło tam nic rozróżnić: gdzie stajnie, gdzie wieże

kiedyś – jeśli w ogóle – się znajdowały.

Zamek? To gruz jakiś! I w ruinie cały!

Noclegowi w lesie fart zapobiegł taki

że obok zamku stały dla służby czworaki.

Nie żeby jakoś lepiej się prezentowały

ale i ścinany miały, i dach prawie cały.

Zimny wiatr nagle powiał, więc mówię: – Ma słodka

co będziemy tu marznąć? Chodźmy już do środka.

Tym bardziej, że mi, biedna, aż zębami szczęka

więc drzwi przed nią otwiera sama moja ręka.

Od razu z Pachą, z zimna prawie siną

w łożu się kładziemy pod zgniłą pierzyną.

– Wreszcie razem w łóżku – mruczę jej – kochana!

Ona mi na to: – Jam dziś niedysponowana!

I – a nawet ten widok sporo ma uroku –

zwraca się do mnie d⁎⁎ą, kładąc się na boku.

Ja: tak jestem rozgrzany, że nie mogę usnąć

i marzę tylko o tym, żeby bromu chlusnąć!

Bo kusi mnie mocno tyłkiem w kształcie gruszki

choć miast ze mną się ślinić, to ślini poduszki.

Ledwie moment i w sen zapada głęboki:

ani się nic nie ruszy: zimna, jakby zwłoki

obok mnie leżały. Czy się nie przekręciła

bym się może i zmartwił, ale przemówiła

przez sen tak: – Och, @moll! Moja @moll ! Jakież to słodziutkie

ty mi tu rzeczy robisz! Jakież przyjemniutkie!

I czekałem ze zgrozą następnego zdania

ale ona zaczęła swój koncert chrapania.

– No to ładnie! – myślę – Greka podejrzewałem

a tu @moll , tego węża, ja pod nosem miałem!

Teraz wszystko już jasne, wyjaśnienie proste,

dlaczego Pacha spać jej nie dała pod mostem!

I długo tak leżałem ze sercem złamanem,

usnąć udało mi się dopiero nad ranem.


A gdy poranne (o trzynastej) wstały zorze,

to i ja też wstałem. W fatalnym humorze,

bo w półśnie szukałem lukrecjowych ustek

ale ich nie znalazłem: Pachy miejsce puste.

Więc, niedobudzony, w humorze do bani

wyszedłem z łóżeczka szukać mojej pani.

Do drugiej izby chaty śmiechy mnie zwabiły

i siedziała tam Pacha i – Dzień dobry, miły! –

tak mi tam powiedziała. – Tak ty spałeś słodko,

że żeby cię obudzić, byłabym idiotką,

i obudzić cię wcale nie miałam sumienia,

więc, z samego rana, poszłam do strumienia,

umyć się, bo nie mamy bieżącej tu wody.

Później, korzystając z tej chwili swobody,

bez próby się przyssania, zaraz po umyciu

włączyłam sobie bajkę. Czeską. O Kreciku.

Patrz jaki on słodki! W drzwi pukać zaczyna!

Mnie, od tego pukania, to się przypomina

tamta jej nocna, namiętna do @moll przemowa.

Już chcę robić borutę, kiedy takie słowa

z radością ogromną do mnie wypowiada:

– A wiesz co mi się śniło? To, że sobie śniadam

najwspanialsze na świecie ode @moll śniadanie!

Ach, piękne to było przez sen fantazjowanie!

Za moje podejrzenia to nawet ją chciałem

przeprosić, ale nie, bowiem sam zgłodniałem.

– Oglądaj Krecika, tu w spokoju sama –

tak mówię – ja tymczasem to idę coś wszamać.


I wychodzę do tej izby, gdzie kaflowy piec

stoi, i, tak jak ja stoję, to mógłbym tam lec,

bo zaskakująco – jak polskich piłkarzy gol –

tam, przy kaflaku, nikt inny, ale sama @moll

stoi! – Cześć Jerzy – tak do mnie ta @moll przemówiła –

ale się cieszę, że mnie tutaj zatrudniła,

Pacha, w tym majątku, co, po ślubie: Starki

nazwę będzie on nosić, na miejscu kucharki.

Nie mogłam się doczekać kiedy pracę zacznę!

Jak, u Pratcheta, Scrobic: kucharka z Lancre!

Porzuciwszy na chwilę pomysł ze śniadaniem

wracam ja do Pachy z takim zapytaniem:

– Zatrudniłaś @moll ? Super! Tylko: kto zapłaci?

– Jak: kto? – pyta Pacha – My. Przecież MY bogaci!

Sam tak mi przecież, Dżordżu kiedyś powiedziałeś!

A teraz co? A może wycofać się chciałeś

z tych słów? I co jeszcze? I ze ślubu może?

Jeśli właśnie tego chcesz, mój Dżordżu, to dobrze!

– Nie! Nie, kochana! Źle ty mnie zrozumiałaś! Czy

nie wiesz, że gdy Polak głodny, to wtedy jest zły?

Dlatego, proszę cię, odłóżmy tę rozmowę

do czasu aż śniadanie opędzluję sobie.

I – dzięki Bogu – Pacha ma wyrozumiała

na moją propozycję zgodzić się zechciała.

Więc wracam ja do kuchni tam gdzie @moll króluje

a tam śniadanko późne na stole paruje,

a skład tego śniadanka jakże mnie zachwyca:

kawka, chlebuś świeżuśki, no i jajecznica.

– „Ale będzie szamanie” – myślę – „tylko jeszcze

tę jajecznicę to posypię sobie pieprzem!”

I sięgam po młynek i: – Ty chamie bezczelny!

To młynek jest wyłącznie do przypraw korzennych! –

tak to właśnie tam wtedy @moll mnie opieprzyła:

rzecz dziwna, bo normalnie bywa raczej miła.

Po tym faux pas atmosfera stała się licha,

śniadanie skończyłem nic nie mówiąc, z cicha.

A później, już spokojny, bowiem najedzony

poszłem do drugiej izby, do mej przyszłej żony,

dokończyć rozmowę. Takie tam oto słowa

za pomocą ust Pachy wyrzucała głowa:

– Widzisz, Dżordż, my szlachta, więc z wysokiej półki,

służby potrzebujemy, a ja przyjaciółki.

Stąd też właśnie pomysł z tym @moll zatrudnieniem

w zgodzie to zrobiłam ze swoim sumieniem.

Będzie @moll u nas pracować jako kucharka,

i cześniczka, rejentka, sekretarka Starka,

oraz także jako koniusza, szambelanka,

fornalka, chlewmistrzyni, kowalka, furmanka.

Tylko jednej posady nie będzie dotykać:

Splasha ja zatrudniłam bowiem na klucznika

Ale nie martw się! Tanio, za miseczkę ryżu

bowiem @moll nie pasuje k⁎⁎as do imidżu.

– Mój Boże – mówię na to – jeszcze Splash! Czy wiecie

gdzie on może siedzieć? – Siedzi w toalecie –

mówi Pacha spokojnie, żeby było miło.

Odpowiadam: – Też pójdę, bo mnie przypiliło!

I wraz udaję się do latryny w drogę

z tego ciśnienia na zwieracz każdą nogę

moją na ziemi bardzo ostrożnie stawiając.

Wreszcie, końcówkę drogi niemal dobiegając,

staję przed sławojką, ale drzwi jej zamknięte!

No: to Splash tam jest w środku, bo gówno, nie miętę

węszę stamtąd. W drzwi uderzam: – Splash! Szybciej! Proszę!

A on z wnętrza ku mnie stoickim swym głosem

tak mi odpowiada: – Nie! Ja się stąd nie ruszam!

Dokończyć chcę tu dzieło Marka Aureliusza.

Poczekaj jeszcze trochę! No, jeszcze chwileczka!

Właśnie dzieło kończę: Rozmyślania – dwójeczka.


***


Stopka redakcyjna


Oficyna Wydawnicza Kawiarnia #zafirewallem

Internet, 2023


@George_Stark , 2023

Redakcja: @George_Stark

Korekta: @George_Stark


#tworczoscwlasna #poezja

Aż się popłakałem, że tak pięknie to wykorzystałeś z tymi Rozmyślaniami

Miałem się obruszyć, że za miseczkę ryżu tylko, no ale po tym co na początku powiedziałem i z czym się zgadzam w sumie, to cóż, narzekać nie mogę.

A ten patent z barszczem mrożonym, kurde dobra myśl, będę musiał kiedyś wykorzystać xd

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry moi Mili!


Tak jak pianiści rozgrzewają się za pomocą pasaży, albo śpiewacy poprzez solfeż, tak i ja dziś rozgrzewam się przed Panem Jerzym za pomocą krótszego utworu wierszowanego. Tak sobie popatrzyłem na ten wczorajszy fragment tekstu tego wspaniałego utworu, przyszło mi do głowy kilka pierwszych rymów, określiły temat no i dalej to już w zasadzie samo się ułożyło. To jest utwór poza konkursem #nasonety , bo w regulaminowej długości zabrakło mi miejsca na pointy, które to musiałem wstawiać w osobnym wersie po każdej ze strof. Mam nadzieję jednak, że nie macie mi tego za złe. Tym bardziej, że te pointy to się ze sobą nawet rymują!


Miłej lektury i miłego dnia.


***


Popłuczyna ekologiczna


Pływam sobie wśród popłuczyn:

martwy kot, van Gogha uszy,

różne rzeczy mnie mijają,

co to ludzie je spuszczają

w toalecie.


Nikłą bowiem świadomością

ekologii, lub: obojętnością

wykazują się, zasrańce,

a już zwłaszcza wczesnym rańcem

na sedesie.


Później: myk i wołowinka

albo może wieprzowinka

na obiad; nie eko-jarzynka.

I te gazy, które krowa, świnka

emitują od pierdzenia.


Pomyśl czasem, brudny synu,

nad skutkami swoich czynów:

o metanie, amoniaku,

którym: doprowadzasz mnie do wraku.

Twoja brudna matka Ziemia.


***


#poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Licząc zgodnie z porządkiem całego świata, poza może województwem Lubelskim, rozpoczynamy oto piątą edycję bitwy #nasonety !


Jakiś czas temu, w obawie żeby forma nam się nie przejadła, proponowałem, mimo nazwy tagu, żeby może wrzucić utwór rymowany w gatunku innym niż sonet. Nikt nie posłuchał tej sugestii, no to teraz sam ją siłą przeforsuję.


Ostatnia, czwarta, edycja przyniosła nam kilka utworów nostalgiczno-smutnych, więc dziś, żebyście na przyszłość wiedzieli jak sobie z tym radzić, zaproponuję tekst do utworu muzycznego pod tytułem Odrobinka winka autorstwa wspaniałego polskiego autora, pana Piotra Bukartyka. Tekst ten jest dość długi, więc, na potrzeby konkursu postanowiłem skrócić go do szesnastu wersów, żeby to układanie nasze było jednak przyjemnością, a nie męką. Oto i rzeczone wersy konkursowe:


Kiedy życie ci dokuczy,

a jak doświadczenie uczy,

takie rzeczy się zdarzają:

choćby chandra, znam i ja ją.


I tu spieszę z wiadomością,

że pomoże ci z pewnością

przykre losu znieść kuksańce

poncz, czasami zwany grzańcem.


Odrobinka winka.

Odrobinka winka.

Może być zaledwie krzynka,

lub, gdy wolisz, cała skrzynka.


Do tak powstałego płynu

dodajemy setę ginu.

Zapomniałem o koniaku!

No co ci szkodzi, lej chłopaku!


Powodzenia i dobrej zabawy!


***


Rzecz o zasadach


Ograniczyłem ten utwór do szesnastu wersów, ale oczywiście nie mam nic przeciwko, jeśli ktoś ułoży coś do całości. Albo do innego fragmentu. Jeśli ma ochotę: proszę bardzo. Nie wymagam też zachowania rytmu i długości frazy, to zresztą mogłoby być w tym przypadku dość trudne. Ale, tutaj również, jeśli ktoś ma ochotę: proszę bardzo.


Ponieważ z tym liczeniem plusów, jak sami widzieliśmy, to bywa różnie, więc w tej edycji zrobimy inaczej. Konkurs kończy się w przyszły piątek (05.01.2024) o godzinie o 18:00. Po tej godzinie, pewnie całkiem niedługo po niej, dodam ankietę, za pomocą której w głosowaniu proporcjonalnym, równym, powszechnym, bezpośrednim i tajnym (chyba tajnym – nie jestem pewien czy te ankiety tutaj gwarantują anonimowość) wspólnie wybierzemy zwycięzcę, którego ogłoszę w sobotę rano. Godziny nie podaję, bo zrobię to jak wstanę, a sobota to mój święty dzień bez budzika choćby-nie-wiem-co. Aha, nawet jeśli ja coś ułożę (a pewnie ułożę, bo straaasznie to lubię), to mnie w ankiecie nie będzie. Bardzo zależy mi na tym, żeby, w miarę możliwości, co edycję w każdym z naszych konkursów wygrywał ktoś inny. Takie podejście ma mnóstwo zalet, mogę je wymienić na żądanie.


Tyle w sprawie formalnej. Chyba że komuś bardzo zależy na zwycięstwie, to proszę dać mi znać i wtedy autorytarnie ogłoszę tę osobę zwycięzcą. Decyduje kolejność zgłoszeń.


***


Rzecz o twórczości pana Piotr Bukartyka


Wzorem kolegi @Piechur , który kiedyś przypomniał – a niektórym może przedstawił – postać pana Jeremiego Przybory, ja chciałbym Wam przybliżyć postać pana Piotra Bukartyka. No, nie samą postać może, bo poza tym, że jest ona łysa i całkiem sympatyczna (kilka razy miałem przyjemność porozmawiać, a nawet wspólnie planować projekt, który nie wyszedł, z racji – a jakże! – finansowej), ale tejże postaci twórczość, bo tutaj to już wiem jednak trochę więcej.


Otóż, człowiek ten sporą część twórczości swojej zrymował w podobnych do nas okolicznościach, bowiem przez wiele lat bywał (a może nadal bywa – tego nie wiem, bo radia już nie słucham – wówczas jednak nie: „przez wiele lat”, ale: „od wielu lat”) gościem porannych piątkowych audycji pana Wojciecha Manna, w których to prezentował swoje utwory. – Nic szczególnego to! – być może powiecie, i nawet bym się z tym zgodził, gdyby nie pewien szkopuł. Bo on ten utwór, prezentowany w piątek rano to zaczynał pisać w czwartek wieczorem! Ten dzisiejszy tekst jest między innymi przykładem tych nocnych objawów talentu pana Bukartyka. Z tej to twórczości powstały dotychczas dwie płyty długogrające: Z czwartku na piątek oraz Ja, wolny człowiek; Z czwartku na piątek vol. 2.


Pozwolę sobie również, być może ku inspiracji przedstawić tutaj kilka z wielu moich ulubionych utworów autorstwa tego grajka, jak sam o sobie mówi. Oto i one:


W sprawie sztuki filmowej – jeden z moich ulubionych przejawów tej wspaniałej dziedziny twórczości, jaką jest (tak przeze mnie nazywana) sztuka ch⁎⁎⁎wa; proszę szczególnie zwrócić uwagę na tę piękną chwillę w refrenie, wstawioną tam chyba na niezwykle kreatywnej licencji poetica;


Łysa piosenka – to już z przyczyn czysto osobistych, bo przecież to, na co nie mogę nic poradzić, to najlepiej jest po prostu wyśmiać; budujące jest też w tym wszystkim to, że z artystą takiego kalibru, jak pan Piotr Bukartyk, mamy pewne punkty wspólne;


Luz i zapał – myślę, że ten utwór (również napisany z czwartku na piątek) mógłby zostać hymnem naszej kawiarenki; i wcale pan Tuwim z tego powodu by się nie obraził.


Zawsze zastanawiało mnie, jak to jest możliwe, że ten sam człowiek może mieć tak różne oblicza. Tak jak pan Axl Rose, który z jednej strony imprezował tak, że w hotelach przewody ze ścian wyrywał , a z drugiej potrafił napisać coś tak pięknego, jak tekst do utworu November rain . Nie wiem jak wyglądały imprezy z udziałem pana Bukartyka (wiem natomiast, że kiedyś sam Joka z Kalibra 44 proponował mu jaranie; jak to się skończyło – nie mam pojęcia, ale być może pan Piotr nie odmówił, bo ma przecież w repertuarze utwór, dość znany zresztą, zatutułowany Sznurek ), ale ten człowiek, który potrafi tak świetnie napisać teksty żartobliwe, nie jest również bezsilny na drugim biegunie twórczości. Za przykład niech posłużą takie utwory jak:


Małgocha Biuro Ludzi Zagubionych to jedno z najlepszych zestawień słów, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się słyszeć;


Kup sobie psa – w ogóle cała płyta O zgubnym wpływie wyższych uczuć, utrzymana w takim klimacie, jest kapitalna;


czy Nie wszystko jest na sprzedaż / Ja tu tylko gram – tutaj akurat w wykonaniu pana Marka Dyjaka, który tekst ten zinterpretował kapitalnie, lepiej – moim zdaniem – od autora nawet.


Dobra, jako teaser tyle wystarczy. Jeśli ktoś jednak chciałby więcej poleceń w temacie twórczości pana Bukartyka, to ja zawsze chętnie. Jest to bowiem jeden z moich ulubionych autorów.


Dziękuję za uwagę.


KONIEC


Nareszcie!


#poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


***


Od Autora


Drodzy Czytelnicy!


Nie spodziewaliście się zapewne kolejnej części przygód pana Jerzego tak prędko, prawda? Bo ja, prawdę powiedziawszy, zupełnie się nie spodziewałem. Zabrałem się jednak za porządkowanie notatek, szkiców i pomysłów do tego poematu doniosłego na d⁎⁎ie opartego (i to, na dodatek, w rozmaitych tej d⁎⁎y aspektach) i jakoś tak z rozpędu przy tym zajęciu machnęła mi się cała księga piąta (a i z pół szóstej przy okazji; no i spora część dwunastej też), którą to teraz do rąk Waszych oddaję.


Jest taki stary dowcip (ja to znam chyba tylko stare dowcipy): – Co ma wspólnego Grecja i trwający jeszcze, świąteczny weekend? – Długi (hahaha!). Możemy więc ująć sprawę tej księgi, która to przyszła na świat trochę jako wcześniak, w taki oto sposób: cztery dni wolnego – to tak jakby dwa weekendy zeszły się do kupy. A skoro dwa weekendy, no to i dwie księgi Pana Jerzego! Zupełnie tak, jak kiedyś wychodziły, z okazji wakacji czy świąt właśnie, podwójne numery czasopism. A może dalej tak wychodzą? Nie mam pojęcia, od jakiegoś czasu prasy nie czytam już żadnej.


Wyjątkowo płodny był dla mnie ten okres świąteczny, i to płodnością najlepszą i najbezpieczniejszą z możliwych! Bowiem płodny był płodnością taką, po której nie zachodzi obawa o to, że kiedyś przyjdzie mi jakieś alimenty płacić, a za to może i jakieś tantiemy mi wpadną? Nie licząc jednak na nie, a także nie przedłużając, zapraszam oto do lektury! Przyjemności! – w miarę możliwości.


Wasz Autor.


***


Spis treści


Księga I – Zwycięstwo

Księga II – Do Grecji!

Księga III – W Grecji

Księga IV – Nadal w Grecji


***


Księga V

Ciągle w Grecji


Spacer – Rozmowa – Zdrada? – Spadek


Bez żadnych awantur pod prysznic Pacha poszła.

– „Długo coś jej tam schodzi” – myślę – „może doszła?

Ale jakby tam doszła, Pacha ma kochana,

kiedy to ona przecież nie ma bakłażana?”

(I całe szczęście! Bowiem: ja nie jestem fanem

tychże nowoczesnych kobiet z bakłażanem.)

Aż w końcu wychodzi: umyta, pachnąca.

– Zimna woda! – tak woła – Słońca, Dżordżu! Słońca!

Tak na ateński spacer my poszliśmy razem

a @moll się w tym czasie zajęła obiadem.

Po Atenach bez celu troszeczkę chodzimy,

podjąć temat drażliwy jakoś się boimy.

Ciszę Pacha przerywa: – Dobła, Dżordżu Starku,

by pogadać spokojnie, to chodźmy do parku.

Tam, w cieniu platanu, razem usiądziemy

i naszymi problemami wspólnie się zajmiemy.

Zgadam się na to, mówiąc: – Dobrze, me kochanie,

podoba mi się bardzo twoje rozwiązanie.

Niezwykle delikatne, tak subtelne prawie

jakoby ten ptaszek, co się zmoczył w trawie.

Na takiej to konkluzji więc poprzestajemy

i poszukać gdzieś parku wraz się udajemy.

A dzionek był to piękny, raz jeszcze powtarzam:

gdzieś mijamy kurę, co się w piachu tarza

a gdzie indziej okazy ateńskiej przyrody:

tutaj narcyz piękny, tam piękny łabędź młody!

Aż po godzinie gdzieś, za teatrem, z lewa,

dostrzegamy w końcu jakieś krzaki, drzewa

i tam, pomiędzy nimi, i ławeczka pusta:

ja silę się na uśmiech, wykrzywiając usta

bo strach mi przed rozmową którą odbyć mamy.

Mówię jednak po męsku: – Pacha! Tam siadamy!


Pozycję startową, nim siedliśmy wygodnie,

zająłem właściwą. Niech Pacha wie, kto spodnie

w tymże związku nosi! Kto tu dzierży władzę!

A i czytelnikowi to samo ja radzę:

pomimo tego, co ci może mówi serce,

kobitę trzymaj krótko, niech zna swoje miejsce!

Siedliśmy na tej ławce no i nagle: cisza!

Cisza tak przejmująca, że i bym usłyszał,

gdybym tylko się skupił, gdybym złapał fokus,

jak ósemkę mą niszczą wredne streptococcus

ze szczepu bakterie. Tego jednak nie słyszę,

a słyszę za to Pachę, bo przerywa ciszę

gdy w końcu się odzywa, mówiąc do mnie tak:

– No to proszę, zaczynajmy, panie Dżordżu Stark.

Co masz do powiedzenia, tak jak tego chciałeś,

powiedz. Bo, że chcesz mówić, to sam powiedziałeś.

Cóż było robić kiedy (może tego chciała?)

Pacha takimi słowy mnie sprowokowała?

A więc, cichutko i nieśmiało, ja, Stark Jerzy,

wyrzucać począłem to, co na sercu leży:

– Na początek chciałem poruszyć jedną sprawę:

czemuż to swym ryżykiem karmisz obcą babę?

I jeszcze na dodatek, o tym wiedzą wszyscy,

do ryżyku miłosne jej dołączasz listy!

Recz druga: twoja pamiętliwość. Powiedz, proszę

DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY złote? Jakieś gorsze,

to są. My! Nie ja! Słyszysz? My! Bogaci teraz!

No przecież masz noblistę. No i milionera!

A ty wszystko pamiętasz, tak jak Mnemosyne

i jeszcze na dodatek tylko moją winę

w stracie upatrujesz! I tak mi z płaczem

mówisz: za taką sztukę, może ci wybaczę.

Ty tylko o pieniądzach! Marność! Wszystko marność!

Ja to dla ciebie wiersze pisałbym za darmo!…

Mógłbym jeszcze i długo ciągnąć tę przemowę

lecz nagle twarz mej Pachy barwy fioletowe,

przyoblekać zaczyna, takie jak Jagoda,

– się dziewczyna przejęła, nawet mi jej szkoda –

a łydki jej łyse (bo suknię za kolana

wdziała, więc było widać) już tańczą kankana.

I cała już się trzęsie, zaczyna ją nosić,

wzruszyła się pewnie i chce mnie przeprosić.

I usta otwiera, w ton uderza taki:

Sorry! Wybacz, Dżordżu, ale muszę w krzaki!


Nie jest ze mnie aż taki wredny okaz knura

żeby ją zatrzymywać, gdy wzywa natura.

– Dobrze, ja poczekam – rzucam w odpowiedzi

której Pacha nie słyszy, albowiem już siedzi

w krzakach. Albo, nie wiem, może i tam kuca?

Nie będę tego drążył, spojrzeniem nie rzucam

w tamtym kierunku. A niechże prywatności

ma też trochę dziewczyna. Jeszcze się rozzłości.

Ale, w tymże miejscu, prawem narratora,

uznajemy, że przyszła odpowiednia pora

by przedstawić Wam tutaj Pachy rozmyślania,

które poczyniła w krzakach podczas srania:

– „Ech, widać że Dżordż to wszystko mocno przeżywa

ale może i ja też ciut niesprawiedliwa

jestem, bo, choć nieudolnie, ale się stara

przecież, a nie nagroda, a coś jakby kara

go za to spotyka. No, trochę chłopa szkoda.

Niechże więc zamiast kary, czeka go nagroda.

Teraz więc postanawiam sobie postanowić

trochę się postarać i przyjemność mu zrobić.

Niechże więc pomyślę, w czymże się lubuje

gdy akurat się do mnie przyssać nie próbuje?

Wiem! Przecież to czytelnik namiętny książkowy

sprawię mu w prezencie jakiś wyjątkowy

egzemplarz! Pomysł świetny! To się chłop ucieszy!

Z tym pomysłem kończyć wypróżniać się spieszy

i, załatwiwszy sprawę, przeczesuje torbę

żeby znaleźć chusteczki. Nagle: Greka Zorbę

widzi, który w ten dzień piękny spacerował

nosząc na papierze wydrukowane słowa

o sobie, w rzadkim, a wspaniałym wydaniu,

równym wręcz jego własnym o sobie mniemaniu.

– Zorbo! Zorbo! Chodź no tu! – tak to woła Pacha

i, by uwagę zwrócić, rękami mu macha.

A myśli tak sobie: – „Tym szczęśliwym to trafem

będzie miał Dżordż książkę i to z autografem!

I to nie autora, lecz protagonisty!

Tylko najpierw se wytrę tyłek swój nieczysty!”

Niestety, nie ma jednak Pacha na to czasu,

Zorba bowiem, zwabiony ogromem hałasu

jaki uczyniła, z alejki zstępuje

i już wprost ku niej żwawe swe kroki kieruje.

W tym czasie ja, na ławce sam pozostawiony,

nieobecnością długą leciutko zmartwiony,

idę jej poszukać i… o żesz ja pi⁎⁎⁎⁎lę!

Zorba obok Pachy, Pacha: gacie w dole!

Pod wpływem zazdrości w sprawie mojej Pachy,

wstyd się trochę przyznać: narobiłem w nachy.

I myślę: – „Rację miał pan Wergili! Człowieku!,

wiedz: Timeo Danaos! czyli: strzeż się Greków!”

I, w rozpaczy pogrążon, tak jej mówię: – „Paszka!

Co z ciebie za kobieta?! Co z ciebie za Laszka?!

Żeby tak z Grekiem chować się po krzakach?!

Kiedy ty fajnego z Polski masz chłopaka!

Przy mnie, takim Polaku, każdy Grek się chowa:

nie dość, żem z Polski, to jeszcze z Gorzowa!

I nie tylko w spodniach, ale i na duszy

jest mi jakoś tak ciężko. Pacha: się nie puszy

tylko przemowę swoją taką rozpoczyna:

– Otóż, mój kochany, to nie jest moja wina

i ja, tak jak i wódka, czyste mam sumienie,

zaszło nam tutaj bowiem nieporozumienie!

Było tak: jak sam wiesz, w krzaki poszłam sobie

za potrzebą mą pilną, ale tam o tobie

jedynie i dla ciebie prezencie myślałam,

z nikim w tych krzakach ciebie nie zdradzałam.

A że ten Zorba obok? Zupełny przypadek!

Tak samo też i zresztą, jak mój goły zadek.

Bo on tylko przechodził tutaj obok, mimo.

No, sam mi powiedz, Dżordżu, czy to moją winą

że tę książkę, co dzierży, sam ją sobie zobacz,

tak bardzo właśnie tobie chciałam podarować?

I, tak całkiem bezmyślnie, wołać go zaczęłam

i później ty tu wpadłeś, i książki nie wzięłam,

a że ten prezent tak ci bardzo zrobić chciałam

to w tym wszystkim majtek wciągnąć zapomniałam.

No nie gniewaj się! Zrozum i nie bądź na mnie zły

Pamiętasz przecież? Na zawsze: tylko ja i ty!

A chcesz, to wyślemy dziś @moll pod most na spanie

i wtedy wieczorem będziesz miał… – Niech zostanie!

Znam te obietnice, rodem jakby z bajek

A kiedy @moll z nami: przynajmniej się najem.

Poza tym, muszę przyznać, tak zupełnie szczerze:

dla mnie brzmi to rozsądnie. No i ja ci wierzę.


Lecz na wszelki wypadek, Pasze ufam bowiem,

ale tym wokół Grekom, to jakoś nie mogę,

pytam się tak jej: – Paszko ma wierna, wspaniała,

może już wracajmy? Chyba już zgłodniałaś?

Entuzjastycznym ona wręcz na to skinieniem

zgadza się, a i jeszcze żołądka burczeniem

aprobatę potwierdza całkiem niewerbalnie.

– Tak, świetny to jest pomysł! Chodźmy! Ale fajnie!

Po tej rozmowie razem, wesoło na chatę

wyruszyliśmy. Choć, w tych uliczkach Aten

kilka razy to żeśmy trochę się zgubili;

nie zepsuło to jednak nam nastroju chwili.

A pod drzwiami pokoju: cudne aromaty!,

zupełnie inne, aniźli te, co spod pachy

w dzionek taki piękny się wydobywają.

– „Ciekawe co za cuda tam na nas czekają?”

Z taką myślą, głodny, ja do kuchni wchodzę

i – o moja rozpaczy! – bo tam na podłodze

siedzi @moll i płacze! – No, co się tutaj stało? –

pytam @moll , której to twarz łzami już zalało.

– Widzisz, Jerzy, na obiad pierogi być miały

ale mi jakiś łobuz farszyk wyżarł cały!

No i co też ja teraz, co ja biedna zrobię?

Mogę wam tylko podać ciasto pierogowe!

– Nie szkodzi – mówi Pacha – i ciasto nam starczy

tym bardziej, że do niego czuję także barszczyk!

I siadamy we trójkę żeby obiadować

ten posiłek wspaniały, co przy nim się schować

mogłyby wszystkie greckie te niby-ambrozje.

Nagle Pacha powstaje no i swoje spodnie

po kieszeniach nerwowo jakoś przeszukuje,

a na nasze zdziwienie: – Coś mi tu wibruje –

wyjaśnia i ze spodni wyjmuje komórkę.

Czyta coś na niej, a warg kąciki w górkę

jej się nagle unoszą, i twarz promienieje:

– Wiecie wy co się stało? Szczęliwam, ojeje!

Podwójnie ja się cieszę, bo i ten obiadek

od @moll jest fantastyczny, ale też i spadek

właśnie otrzymałam. Dżordż! Ty jesteś noblistą,

a ja? Ja to od teraz zamku żem dziedziczką!


***


Stopka redakcyjna


Oficyna Wydawnicza Kawiarnia #zafirewallem

Internet, 2023


@George_Stark , 2023

Redakcja: @George_Stark

Korekta: @George_Stark


#tworczoscwlasna #poezja

Zaloguj się aby komentować

Ten poprzedni miał być ostatni, ale coś wczoraj nie mogłem usnąć i, tak jak to śpiewał pan Tom Waits w pięknej piosence I hope I don’t fall in love with you (to w ogóle dla mnie jeden z lepszych muzycznych tekstów, jakie kiedykolwiek słyszałem): the night does funny things inside a man, to mi się w głowie układało to, co dziś rano spisałem. Tym to sposobem nie dotrzymuję słowa i oto znów coś zamieszczam.


Myślę, że w tym wytworze jest kilka inspiracji: nastrój sonetu di risposta od kolegi @Piechur ; gdzieś mi tam pewnie po głowie chodziła mi Tolerancja pana Stanisława Soyki, gdzieś Wieża radości, wieża samotności Sztywnego Palu Azji (to jest w ogóle kapitalna nazwa zespołu!), gdzieś tam pewnie echo myśli pana Andrzeja Stasiuka że życie to jednak strata jest. No i powstała mi z tego wszystkiego taka di risposta do sonetu di proposta koleżanki @moll . Konkursowa chyba nawet, bo nic się tutaj, o dziwo, nie powtarza.


***


Twierdza


A gdy wciąż boli po ostatniej stracie

to wytycz sobie na ziemi krąg,

materiał, narzędzia zgromadź gdzieś w wiacie,

fundament wykop, dwa metry w głąb.


Później mozolnie jest murowanie

i wypaloną gliną dachu pokrycie

i okien, ze szkłem grubym, wstawianie

żeby się zamknąć móc należycie.


Na koniec: drzwi. W solidnej ramie,

z zamkiem, co jak go sforsować, nikt nie wie.

A klucz? Do fosy! Niech tam zostanie!

Nie będziesz przecież wychodzić od siebie.


No, to masz już twierdzę, że pozazdrościć!

Siedź sobie tam teraz, w swej Samotności.


***


#nasonety #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

@George_Stark nie mogę się powstrzymać, musiałam to skontrować


Obok twierdzy ziemi w wakacie,

Z potu i włosów na karku już strąk,

Pracuję w trudzie, choć gdzieś to macie,

Będzie stał dworek pękaty jak bąk.


Nie będzie mozolne jego meblowanie,

Bo marzę o tym całkiem nie skrycie,

Że chętni zajrzą na wierszowanie,

Na kubek kakauko wymienią w progu okrycie.


I sąsiad z zamku też się złamie!

Przerzuci kładkę przez fosę, gdy się dowie

O naszej zabawie. Przywitam go w bramie,

Bo kto chce być pozostawiony sam sobie?


Dlatego chętnych chcę ugościć,

Każdemu się wygodny fotel umości.

@moll Ale piękna kontra!


Tak mi się skojarzyło z piosenką zespołu TSA 52, dla przyjaciół .


Może pod względem treści, a może dlatego, że to 52 to taka trochę autokontra tego zespołu na ich smutniejsze 51 ?


Choć, ten mój wiersz, przynajmniej w zamiarze, wcale nie miał być smutny. Ale nie będę się z niego tłumaczył, niech sobie czytelnik interpretuje jak chce. W końcu to jego święte prawo.

@George_Stark nie był smutny, był mało towarzyski i zamknięty w sobie. A czasami warto zostawić sobie opcję wychylenia nosa zza warót

Zaloguj się aby komentować

729 + 1 = 730


Tytuł: Pokora

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 10/10


#bookmeter


Pan Jezus Golgoty nie przeżył, odpowiedziałem wtedy z goryczą


Żaden z ciebie pan Alojzy Pokora, jakim chciał cię widzieć Dionizy Braun-Towiański, ten, który w Glewitz organizował Dionizje Polskie, a który później i Śląska chciał polskiego; żaden z ciebie też Herr Alois Pock, choć to „Pock”, brzmi nieco z austriacka, ale porządnie, niemiecko, lepiej niż ta słowiańska „Pokora”, jak twierdził dobry Niemiec, Herr Kullrich, który nienawidził i Polaków, i socjaldemokratów, a i Francuzów i wielu innych też nienawidził, a który to z domu nazywał się jednak Kulik; żaden z ciebie też Alois Pokora, jakbyś po tatulku swoim, Antonie Pokorze z Nieborowitz, mógł się nazywać; i żaden z ciebie też Lojzik, Lojzikiem przestałeś być dawno temu, Lojzikiem przestałeś być wtedy, kiedy to farŏrz pilchowicki, ksiądz Scholtis, zabrał cię z domu do siebie, na farę, żebyś, jako ten najzdolniejszy z rodzeństwa, mógł pobierać nauki w szkole lepszej niż szkoła ludowa; choć Lojzikiem dobrze byłoby być, oj dobrze, tak jak wtedy, kiedy to żonie swojej, Emmie, na piersiach po nocach się wypłakiwałeś.


Żaden z ciebie absolwent filozofii na uniwersytecie w Breslau, bo żeś jej zwyczajnie nie skończył, choć później, w ogłoszeniu matrymonialnym przesłanym do Der Oberschlesische Wanderer skłamałeś, żeś jednak skończył; żaden też z ciebie żołnierz pruski, bo, mimo żeś ochotniczo do armii wstąpił, mimo żeś kajzerowi przysięgał, to kajzera przecież już nie ma, kajzer uciekł do Holandii; żaden z ciebie też leutant, mimo żeś nominację oficerską dostał, mimo żeś zug na Anglików prowadził; żaden też z ciebie bohater wojenny bo, mimo żeś odznaczony Krzyżem Żelaznym, i to i pierwszej, i drugiej klasy, to po wojnie przystałeś do bolszewików, choć i do nich żeś się nie zapisał, więc i bloszewik też z ciebie żaden; wreszcie żaden też z ciebie mąż, bo choć żeś Emmie przed ołtarzem przysięgał, to na pierwsze skinienie Agnes do niej pobiegłeś, jak ten pies, i jak ten pies żeś tam przed nią klęczał i stopy jej całował.


Kim wobec tego, Aloisie Pokoro, jesteś? Jesteś nikim. Jesteś wrakiem człowieka zagubionym we wraku świata.


***


Wspaniała to była książka, czego zresztą po książce, na której okładce widnieje nazwisko Twardoch, zupełnie się spodziewałem. Podobało mi się w niej wszystko. Od języka, tego wspaniałego, literackiego języka, jakim Autor operuje, tej mieszany polskiego, niemieckiego, i tego wasserpolen, którego, choć nie umiem, to z taką przyjemnością zawsze słucham. Podobały mi się te piękne, długie zdania, w których pan Autor potrafił zawrzeć tyle emocji, skrajnych nieraz, ani razu żadnej z tych emocji nie nazywając. Dalej, podobała mi się kreacja bohaterów, tak głównego, który, jak to pan Twardoch mnie przyzwyczaił, jest zagubiony, rozdarty między nie tylko swoją tożsamością narodową leżącą gdzieś pomiędzy Śląskiem, Polską a Niemcami, ale też jest zagubiony w swoim życiu; podobało mi się to, że choć jego decyzje i wybory z moralnego punktu widzenia można oceniać co najmniej jako wątpliwe (a i to tylko ze względu na okoliczności), tak wzbudził ku sobie co najmniej moje współczucie, jeśli nie sympatię nawet. Podobała mi też się kreacja postaci drugoplanowych, a nawet epizodycznych, wśród których szczególnie podobała mi się kreacja Kiesela, tak wspaniale, choć krótko (to też ogromna sztuka!) zbudowanego tylko po to, żeby za chwilę tak wspaniale go skontrować. Podobało mi się przedstawienie świata, tego walącego się świata po Wielkiej Wojnie (wtedy jeszcze nie nazywanej I Wojną Światową, bo druga dopiero miała nadejść) i wyłaniającego się w nim nowego porządku w wyniku walki tych wszystkich sił, które chciałby, żeby ten porządek wyglądał właśnie tak, jak to one tego chcą. Podobała mi się szczegółowość przedstawienia tego świata, bo u pana Twardocha to nie ma tak, że ktoś bierze do ręki pistolet; nawet nie bierze, po śląsku, pistōli, ale bierze Parabellum; i to nie jakieś tam Parabellum, ale konkretny model: P08 na przykład, a najczęściej bierze nullachtę. To naprawdę mocno buduje tło.


Pochłonąłem tę książkę, nie taką znowu krótką, praktycznie na raz. Ciężko się było od niej oderwać, tak bardzo podobało mi się to, co pan Twardoch w niej zaproponował. Trochę nawet żałuję, że się już skończyła, bo choć kompozycyjnie również wspaniała, to jednak chętnie bym w tym paskudnym, ale pięknie opisanym świecie został dłużej. To najlepsza – według mnie – wśród innych kapitalnych, które do tej miałem przyjemność przeczytać, książka tego autora. I, bez żadnego wahania, w mojej prywatnej biblioteczce, gdzie mogę sobie, nie przejmując się niczyim zdaniem i opinią, stawiać co chcę i gdzie chcę, stawiam tego Autora wśród Autorów takich jak pan Victor Hugo czy Fiodor Dostojewski. Bo naprawdę uważam, że wielkiego powieściopisarza ta Ziemia Śląska wydała. Co mnie ogromnie cieszy.

aac6c675-bb94-4133-abba-cdf7d044e415

Zaloguj się aby komentować

Szanowni!

Pod wpływem inspiracji kapitalnym tytułem sonetu di risposta kolegi @plemnik_w_piwie (uwielbiam takie matrioszkowe słowa ukryte w słowach!) przyszedł mi do głowy tytuł tego poniższego wytworu (bo przecież nie utworu). A później to już samo jakoś poleciało.


Były już wiersze z odrobiną konotacji w kierunku defekacji; była wybitna poezja vomitna; były nawet, że przeproszę, wiersze olewane moczem (dziś wyjątkowo się powstrzymam i o seksie nie wspominam). Więc czas teraz ażeby tematyka pojawiła się i inna: oto przed Państwem – zupełna nowość! krwią okupiona! – poezja menstruacyjna:


O kresie


We krwi troszeczkę brudne mam gacie

i w brzuchu od comiesięcznych skręca mnie mąk.

A nie zrozumiesz ty tego, bracie,

jak boli damskiej płodności krąg.


I nie pomaga tabletek ćpanie,

ani uśmierzających herbatek picie.

Ten ból przez kilka dni ze mną zostanie:

to cena za to, że mogę dać życie.


Przez tych dni kilka ty będziesz skaranie

mieć ze mną, a nie tak jak w niebie.

Lecz ty nie jesteś zły na mnie, kochanie,

bo wiesz, że to przez hormony nie ręczę za siebie.


Więc ci dziękuję za gest wyrozumiałości

i za tę cierpliwość twoją, w imię miłości.


***


Ten wiersz (chyba już mój ostatni w tej edycji), ponieważ znów, niezgodnie z zasadami, powtórzyłem w nim dwa rymy ze (wspaniałego!) sonetu di proposta koleżanki @moll , uznaję, że też jest poza konkursem #nasonety . Ale chciałem się nim z Wami podzielić, ponieważ ta #poezja powstała jako #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem .

Zaloguj się aby komentować

Dziś taki wieczór, że ponoć nawet zwierzęta (w tym i erosomańskie świnie) mówią ludzkim głosem, wobec czego wyjątkowo nie będę łajał wczorajszych zwycięzców naszej zabawy #naczteryrymy za niewywiązanie się z odbioru nagrody i sam zadam dzisiejsze zadanie:


temat dziś zupełnie dowolny, a


rymy: anioły – stąd – wesołych – świąt!


#tworczoscwlasna czyli #poezja pod choinką w kawiarence #zafirewallem .

@George_Stark 

Z ziemii wyłażą czarne anioły,

Kto żyw niech czym prędzej ucieka stąd.

Krew z ropą się sączy z ich mord wesołych,

Siłą orzekły kres wszelakich świąt.

@splash545 @Piechur @plemnik_w_piwie jeśli poczwórny remis się utrzyma, zrzekam się na Waszą korzyść swojej części zwycięstwa i macie idealnie - temat i po parze rymów

Zaloguj się aby komentować

Jeszcze jeden machnąłem, z rozpędu, pod wpływem podwójnej inspiracji: raz tym komentarzem sentymentalnym o świętach minionych i pieniądzach od babć i wujków, dwa tym wspaniałym fragmentem z No speaking inglese pana Kazika Staszewskiego: najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę. Oto proszę:


Sonet starego pierdziela


Moje drogie dzieci, czy wy jeszcze gracie

w gry takie na podwórku, jak klasy albo bąk?

A może już tylko świat wirtualny znacie

w tych tabletach waszych, przyklejonych do rąk?


Albo, trochę później, w bramie wystawanie

i w nich z kolegami potajemne picie

pierwszych alkoholi, podebranych tacie,

które to na całe zapamiętam życie.


W koleżance z klasy pierwsze zakochanie,

o którym przecież ona wcale nie wie!

Bo tylko to się końskie do niej zalecanie

było wszystkim co ku niej wydobyłem z siebie.


OK, boomer – nie mówcie. Nie róbcie przykrości

staremu pierdzielowi, co tęskni do młodości.


***


Znów to jest sonet pozakonkursowy ze względu na użycie słów ze (wspaniałego!) Sonetu Słów Zakazanych. Niemniej, zdecydowanie jest to #tworczoscwlasna w kawiarence #zafirewallem . I może nawet #poezja , gdzieś obok naszej zabawy #nasonety.

Zaloguj się aby komentować

Ależ mam dzisiaj wenę! A ten temat to mi się chyba nigdy nie znudzi! – czego zresztą wyraz dałem w poniższym wierszydle. Kolejna di risposta do wspaniałego sonetu di proposta , tylko tym razem poza konkursem #nasonety , a to przez powtórzenie, proszę ja ciebie, „rąk”, „gniewie” i „ciebie”.


***


– No nie podołam kolejnej racie!

Banknotów plik z portfela mi wsiąkł!

Ale tak to już jest, gdy się odprawiacie

z pomocą naziemnej obsługi rąk.


Kiedy to spóźnionego sonetu pisanie

zupełnie pochłonie was, całkowicie.

Kiedy to ciętej risposty składnie

rozpoczynacie w dzień lotu o świcie.


A wiersz ten wspaniały! – to moje wyznanie,

mimo że ku mnie utrzymany w gniewie.

Na wieczność masz teraz moje uznanie:

przez jego to pryzmat właśnie ja będę już zawsze wspominał Ciebie.


Więc, droga Pacho, nie ma co się złościć

o te DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY złotości.


***


Do pozdrowień spod poprzedniego wierszydła dołączam więc Wam teraz kolejne życzenia. Tym razem pieniędzy. Może nawet więcej niż DWUSTU SZEŚĆDZIESIĘCIU CZTERECH złotych.


#poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Oto przed Państwem moja pierwsza propozycja sonetu di risposta w czwartej edycji bitwy #nasonety . Jest to mniej wspaniała odpowiedź na wspaniały sonet di proposta koleżanki @moll .


W ostateczności


I jak tam, mordo? – Słabiutko, wariacie.

Słyszałeś może, że Łysy gdzieś wsiąkł?

Tak kminię, że może pierdzieć przy kracie

i zacząć sypać, gdyby się zląkł


kiedy sam prorok tam przed nim stanie

i gadkę zapoda, że będzie bicie,

kiedy mu powie, że przesłuchanie

jak prowadzone jest, nie stoi na kwicie.


Nazwiska, adresy psiarnia dostanie

i przyjdzie kitrać się nie u siebie.

Czas ciężki wtedy dla nas nastanie,

czas będzie tak ciężki, że o ja j⁎⁎ię!


Nie peniaj, mordo! Ot, co tam: to tylko paru skrojonych gości.

Po wadze najwyżej w zawiasach będzie. A to i tak tylko w ostateczności.


***


Pozostając w klimacie powyższego wierszydła, zamiast życzyć Wam wesołych świąt, przesyłam pozdrowienia do więzienia.


#poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

@George_Stark za Łysego mieliby niby wsadzać, za czterdziestkę piątkę? Sam się poszedł pruć na psy, frajer.


Zresztą po mieście chodziły słuchy, że włosy stracił jak głową robił przy psim sprzęcie i mu od takich przetarć owłosienie się wytarło. Męskiego uda potrafią być dosyć szorstkie.

Zaloguj się aby komentować

Pan Jerzy

czyli ostatni slam w Gorzowie


Od Autora


Najdrożsi Czytelnicy! Jest już sobota, czyli weekend, wobec czego – jak to w weekend – oddaję w Wasze ręce kolejną księgę tego lirycznego gniotu pisanego ku eozśmieszeniu serc, a więc trochę inaczej niż robił to pan Sienkiewicz. Zresztą, on nie pisał wierszem, to po co gościa w ogóle wspominać? Wcześniejsze zdanie – to piszę dla własnego bezpieczeństwa – to zdanie o publikowaniu w weekendy, nie oznacza jednakowoż, że jeśli Pan Jerzy do tej pory ukazywał się w miarę regularnie, to dalej tak będzie. Nie mogę tego obiecać, bo nie jestem tego pewien. Ale się postaram. Niemniej mam nadzieję, że jesteście z premiery kolejnej księgi choć trochę zadowoleni, bo choć trochę na nią czekaliście. Tak jak, mam nadzieję, będziecie na pozostałe księgi również trochę (chociaż krótko, bo tylko tydzień) czekać.


Wspaniały czeski autor, pan Jaroslav Hašek we wstępie do wspaniałego zbioru swoich wspaniałych tekstów, które pisywał do rozmaitych czechosłowackich gazet, a który to wstęp również sam napisał (jak w nim przyznał, z racji tego, że nie potrafił znaleźć nikogo, kto zrobiłby to lepiej – któż bowiem wie lepiej, co autor chciał powiedzieć, niż samże autor właśnie), zawarł myśl, że w dobrym tonie jest kiedy autor we wstępie podziękuje komuś (najlepiej redaktorowi), a w tonie jeszcze lepszym jest, jeśli wszelkie błędy weźmie na swój kark. Wobec powyższego: dziękuję za owocną współpracę redaktorowi tej księgi. Bez Ciebie nie wyglądałaby ona tak, jak wygląda i nie odniosła by takiego sukcesu, jaki być może odniesie. Wszelkie natomiast nieścisłości, pomyłki czy błędy są tylko i wyłącznie winą moją, czyli winą autora.


Ten wspaniały zbiór wspaniałych tekstów pana Haška, gdyby kogoś to interesowało, w Polsce został wydany pod wspaniałym tytułem Medytacje nad kuflem piwa. Polecam lekturę. Choć, tak mi teraz przyszło do głowy, że mogłem się pomylić i tej obserwacji nie opublikował wcale pan Hašek (nie mówię, że nie poczynił: mógł przecież poczynić, a nie opublikować), a ja czytałem to w którymś ze wspaniałych zbiorów wspaniałych felietonów wspaniałego pana Umberta Eco: Zapiski na pudełku od zapałek lub Jak podróżować z łososiem. To są te same teksty, tylko w innych tłumaczeniach. Ich lekturę również polecam.

Albo może to było jeszcze gdzie indziej? Nie jestem pewien. No cóż: późno już jest. Mogło mi się coś tam pomylić, prawda?


No właśnie: jest już późno, więc tyle tytułem wstępu. Wy pewnie, jeśli w ogóle to przeczytacie, to zrobicie to raczej rano. Mam nadzieję, że lektura tego gównianego poematu umili Wam ten Wasz poranek. Na przykład umili poranny pobyt w toalecie, które to miejsce gorąco polecam jako idealne do oddania się lekturze tego wiekopomnego dzieła pisanego, brawurowym momentami, ale jednak trzynastozgłoskowcem.


Wasz Autor.


***


Spis treści


Księga I – Zwycięstwo

Księga II – Do Grecji!

Księga III – W Grecji


***


Księga IV

Nadal w Grecji


Koniec imprezy – Noc w apartamencie – Śniadanie – Awantura


Impreza trwa na dobre: lekko już wstawieni

rzeczną wodą: tańczymy! Się przekrzykujemy:

– Jakie twoje imię? – pada gdzieś tam z sali

– wybacz mi, bom zapomniał. Chyba nam tu dali

wody prosto z Lete, rzeki zapomnienia!

Z drugiej strony: dobrze! Wyrzutów sumienia

nie będzie na myśl co my też tutaj robimy.

A więc i my, narrator, zasłonę spuścimy

milczenia na to, co też wtedy tam się działo.

Jedna tylko rzecz jeszcze: wpada bowiem śmiało

na salę dwóch gości, a wściekłość na ich licach,

zmusza mnie wręcz do tego, bo o nich napisać.

Bo w krzyk oni tak: – Jest już w pół do trzeci!

Można tak trochę ciszej? Usypiamy dzieci!

A byli to, fakt ten sam zaświadczam uczciwie,

ci panowie: @Piechur oraz @plemnik_w_piwie .

I cóż mieliśmy zrobić? Impreza skończona!

– I dobrze – tak mówi @moll – bom trochę zmęczona.

Chodźmy już do pokoju, muszę się położyć

bo inaczej do jutra to mogę nie dożyć.

Ja, w odruchu rozpaczy, pytam się jej wprost:

– W pokoju jest gorąco, nie wolisz pod most?

I argumentów mnóstwo mam jeszcze, lecz milczę

bo Pacha mi posyła spojrzenie swe wilcze.

Mówić mi nic nie musi: jeszcze słowo jedno,

nigdy już się nie przyssam – ja wiem to na pewno.


A więc znów nasz apartament, numer sto dziesięć.

Panie, to widać: zmęczone. Na sen mają chęć.

Ja natomiast przeciwnie: Pachę bym wymłócił

i – po prawdzie – to później i na @moll się rzucił.

– „A może by tak trójkąt?” – myśl przychodzi chora;

w końcu: skoro Grecja, to i Pitagoras!

No przypiliło mnie mocno, karwasz jego twarz!

Przypiliło tak, że dobry byłby nawet Splash!

– „Tak, w ramach zwiedzania, może bym spróbował

i tej miłości greckiej? Splash! Gdzieś ty się schował?!”

Nic z tego jednak! @moll , choć lekko utyka

zmierza wprost do sypiali, krokiem lunatyka.

(Z jakimś kajakarzem tak się wytańczyła,

że aż sobie kolano ciut nadwyrężyła.)

I pada na wyro! A nim dotknie pościeli,

Morfeusz i Hypnos w objęcia ją wzięli.

A ja? Patrzę na Pachę i wzrok mam maślany:

– Nie takie, miła – mówię – były nasze plany.

– No wiem. Wiem, kochany – Pacha na to rzecze –

Ale, co się odwlecze, to nam nie uciecze.

Aż nagle z sypialni, piekielnym odgłosem,

który @moll wydaje gdy, miast oddychać nosem

przez sen, uszy nasze kala: chrapać zaczyna!

– „Miały być wakacje” – myślę. – „A co jest? Kpina!”

@moll dźwięki wydaje, tak jakby w Hadesie

męki jakieś cierpiała. Albo na sedesie.

Ja z Pachą czułości wymieniamy trochę:

– Dobrze – mówię w końcu – idę spać na sofę.

A Pacha do sypialni, tam gdzie @moll tak chrapie

i usnąć tam nie może, pod pachą się drapie.

Aż nagle: chwila ciszy! Pachy sen już bliski,

ale: nic z tego! Z @moll bowiem głos niski

dobywa się, w mroczne wkraczający basy:

– MEMENTO, K⁎⁎WA, MORI! WY GŁUPIE K⁎⁎⁎SY! –

Pacha z półsnu wyrwana, zaczyna się trzęść

bo przez @moll przemówił straszny sam Pratchetta Śmierć!

– Śmierć! Chcę z nim pogadać! Jestem tego łasy! –

to krzyczy nagle Splash, wyskakując z szafy,

tak jak z Kition Zenon czy z konopi Filip.

– Dajcie, dajcie pogadać! Dajcie moi mili!

Lecz ze strony @moll : cisza. Splash: gęba niczym karp.

Nie pogada z kostuchem, jak mistrz Polikarp.

– Splash – miast śmierci, ja pytam – pojąć nie potrafię

co ty, do cholery, robisz w naszej szafie?!

– Sonet tam układam! I jeszcze wersów parę:

a zamknę rozważania! Jak Aureliusz Marek!

– To układaj – mówię. – Tylko cicho. Chcemy spać.

Tym bardziej, że – szczęśliwie! – @moll przestała chrapać.

I tak to właśnie minęła nasza grecka noc:

Splash: szafa, panie: łóżeczko, ja: sofa i koc.


Rano (o trzynastej) obudził nas śpiew cykad.

Nie żeby za oknem, tylko jakby z Cyklad

niesiony z leciutką był bryzą przez morze.

Tylko zapachu bryzy nie czuć… O mój Boże!

Bo zaraz po słuchu, z lekkim opóźnieniem

to wyrwało się ze snu i me powonienie.

Te zapachy: poezja! Rymy aromatów!

Ryb pieczonych, warzyw, przypraw… chyba z kwiatów?

Choć po spaniu na sofie trochę źle się czuję,

radość mnie rozpiera! @moll w kuchni króluje!

Zupełnie niewyspana, no i całkiem bosa,

moja Pacha wychodzi, a czubek jej nosa

robi za przewodnika. – Ryżyk daje radę

zawsze. Lecz tutaj czuję pieczoną doradę.

Musiałam, widzicie, w Grecji wylądować

żeby podniebieniu trochę pofolgować –

tak mówi. A ja na to krótko: – Moje damy,

gadać to tu nie ma co. Siadamy! Śniadamy!

I choć lewą ósemkę toczy mi erozja,

to istna się w gębie rozpływa ambrozja!

– @moll ! To było wspaniałe! Jak ci wynagrodzę

ten posiłek poranny? – A, pozmywać możesz –

tak mi odpowiada z uśmiechem złośliwym.

A i jeszcze dodaje: – Czas uczynić żywym

feminizm nowoczesny. Tak chce bowiem naród:

kobiety na traktory, mężczyźni do garów.

Ale to tylko w kwestii jest zmywania

bo się nie nadajecie nic do gotowania.

W kuchni innego pożytku z was nie ma

niechże w bój nas wiedzie Figur Magdalena!


Zaskoczony co nieco tą-że jej przemową

zmywam cicho talerze pod bieżącą wodą.

A duma moja męska katusze przeżywa

aż tu nagle myśl taka do głowy przybywa,

i zwracam się z nią do Pachy: – Moja miła!

Gdybyś tak gotować od @moll się poduczyła…

No nie dała mi skończyć, już przeszła do krzyku:

– Jeszcze jedno słowo i, jak ten od cyników,

no, jak mu? Diogenes! – dziś będziesz spać w beczce!

No? Słucham? Chciałbyś może dodać tu coś jeszcze?

– Nie – odpowiadam chłodno, jak pomnik ze spiżu –

ale, skoro o żarciu, do tematu ryżu

może byśmy przeszli? Tego, co żonie Splasha

ukrycie przesyłasz. Gdzie w tym miłość nasza?!

Gdzie są nasze śniadania, obiady, kolacje?!

Pacha, gdzie jest to wszystko? Ja cię na wakacje…

– Hola, hola! – przerywa – pamiętaj ty o tem

że też i moje ciężko zarobione złote

w kołchozie, całe DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY,

poszły na te wakacje! Do jasnej cholery!

– Te złote to była w konkursie nagroda! –

ja atak jej odpieram. – Nie! Nagrody szkoda

byłoby na wyjazd z takim niewdzięcznikiem,

co docenić nie umie kiedy go ryżykiem

dla zdrowia jego tylko leciutko podtuczę!

Od @moll się ucz, mi mówi! Lecę i się uczę!

Na to @moll się wtrąca: – Wiecie, ja wam z rana

gotuję, a wy? Takie, żem zakłopotana,

awantury tu przy mnie sobie urządzacie.

Serio, gdy już musicie, gdy kłócić się macie,

róbcie to sobie gdzie indziej. Gdzie? Ja tam nie wiem.

Radę dam wam tylko: nie utknijcie w gniewie.

Kłótnie wam się zdarzą, tak bywa w miłości.

Lecz gódźcie się po nich z pomocą czułości.

Mnie na to łzy w oczach niemęskie stanęły:

mało brakło a miłość diabły by nam wzięły.

Pacha jest przytomniejsza, słowa te gorące

wypowiada: – Przepraszam, me kochane słońce.

– Nie, to ja cię przepraszam – tak odparowuję

i ten wzrok już jej widzę, i że się szykuje

nam tu spięcie kolejne: kto winien przeprosić.

Tak jak i wiatr przed burzą zaczyna przynosić

na spokojne niebo znikąd ciemne chmury,

tak wieje nam tu grozą nowej awantury.

Szczęściem znowu w rozmowę @moll nam wtrąca się:

– Fajnie, że tak oboje siebie przepraszacie!

To teraz razem idźcie gdzieś pospacerować

a ja tymczasem obiad będę nam gotować.

To będzie uczta która wzruszy wasze wargi,

choć niewyszukana, jak w barze u Hargi

z najlepszymi żeberkami; w książce Mort,

pisał o nim sam sir Pratchett. Szkoda, że nie lord.

Ogromnie mi tenże @moll pomysł przypasował

więc do Pachy kieruję takie oto słowa:

– Ja przecież wiem o tym, dobrze cię znam, kochana,

ty bywasz coś rankami zwykle niewyspana

a wtedy pokazujesz drugie swe oblicze.

–„Chociaż – tak myślę sobie – „przecież na to liczę

że po nocach wysypiać ci się raczej nie dam.

Tak źle i tak niedobrze! Bieda, będzie bieda!

Mąż taki ze mnie będzie trochę pokrzywdzony:

albo się wcale przyssać nie uda do żony

albo co rano znosić jej humory będę.

I jeszcze ten ryżyk. I Splasha żona! Błędem

czyżby jednak było się na nią zdecydować?

Głupim! To moja Pacha! Umie oczarować!”

Z wnioskiem takim to z myśli monologu

przechodzę więc dalej z Pachą do dialogu:

– Wiesz, myślę, że @moll ma rację, dość już tej wojnie,

naprawdę powinniśmy pogadać spokojnie.

Dzień dzisiaj jest tak piękny, może na spacerze

wyjaśnimy tę sprawę, pogadamy szczerze?

Pacha się na to zgadza, biegnie do sypialni.

Za chwilę w outficie, prosto jak ze szwalni

w drzwiach się pojawia i zęby do mnie szczerzy:

– Ja jestem już gotowa! Gdzie idziemy, Jerzy?

Coś mi tu nie gra. I mówię: – Pacho, ma miła,

może byś tak przed wyjściem chociaż się umyła?


***


Stopka redakcyjna


Oficyna Wydawnicza Kawiarnia #zafirewallem

Internet, 2023


@George_Stark , 2023

Redakcja: @George_Stark

Korekta: @George_Stark


#tworczoscwlasna #poezja

Wspaniały odcinek. Za Zenona, Marka no i Diogenesa też, daję 11/10!

– MEMENTO, K⁎⁎WA, MORI! WY GŁUPIE K⁎⁎⁎SY! –

A to, to już w ogóle mistrzostwo Nawiązanie do mojego soneciku i Śmierci Pratchetowskiej oraz późniejsze bezpośrednie wspomnienie o książce "Mort", którą to niedawno skończyłem czytać. A jest to pierwsza książka Terrego, którą przeczytałem w życiu.

Przypasował mi ten odcinek mocno, poranek umilony bardzo.

Czekam niecierpliwie na dalsze części.

@George_Stark nie dodam niczego ponad to, co już napisali poprzednicy. Świetnie się czytało i humorek z rana od razu lepszy

@UmytaPacha daj spokój, dzisiaj od rana z kuchni praktycznie nie wychodzę xD teraz przerwa na usypianie młodego i dalej do roboty. A starszy młody właśnie na kolację zżera mi farsz do pierogów

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry drodzy Rymokleci!


Dopadły mnie na tej emigracji jakieś tęsknoty za ojczyzną – jak Mickiewicza normalnie! A że okres świąteczny, to mi się jedno z drugim jakoś połączyło. Proszę, oto poniżej moja ostatnia propozycja w bitwie #nasonety:


***


Święta w domu


Parasol w kącie stoi zmoczony

a deszcz za oknem jak szum pacierzy:

kolejny grudzień deszczem kreślony,

tęsknię za takim, co śnieżył.


Brakuje tego, co człowiek już przeżył

gdy jeszcze nie był zmęczony,

gdy jeszcze "że wszystko mogę" wierzył

w naiwność swą zanurzony.


Kiedy kolędy fałszował o świętym,

albo choinkę ubierał przejęty;

głos siostry: – Na czubek: ta gwiazdka z kartonu.


Nie brakiem potraw dwunastu jestem przejęty,

nie brakiem prezentów ogromu;

ja tęsknię za dziecka świętami w domu.


***


Dziękuję.


#poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować