Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

No dobrze. Jakem wczoraj obiecał, tako i dzisiaj czynię. Zakładam tag #naczteryrymy, w którym to chciałbym się bawić (i gorąco zachęcam do dołączenia do zabawy!) w proste rymowanki. Chodzi o to, że codziennie (mam nadzieję) wieczorem będzie pojawiał się zestaw dwóch par rymów, do których trzeba będzie ułożyć czterowiersz na zadany temat. Temat też się pojawi jakby co. Próbka tego, jak może to wyglądać i ile frajdy może dawać znajduje się tutaj .


Założenie tagu wiąże się jednak z pewnymi obowiązkami. Bo jak by to miało wyglądać? No i to, co sobie wymyśliłem mogłoby wyglądać tak, że na podane w komentarzach do wpisu wierszyki głosujemy piorunkami. Osoba, która na godzinę 20 zbierze tych piorunków najwięcej ma prawo (ale nie obowiązek) w ciągu godziny (czyli do 21) podać nowy zestaw rymów i nowy temat. I zabawa zaczyna się od nowa.

Co się dzieje, jeśli osoba, która zwyciężyła danego dnia nie zada nic do 21? Ano wtedy prawo, z którego nie skorzystał zwycięzca, staje się prawem dżungli i nowe zadanie może podać wówczas każdy. A co wówczas, jeśli dwie osoby z prawa dżungli skorzystają i podadzą nowe rymy i tematy? Wówczas konkursowym jest to zadanie, które pojawiło się wcześniej. Ale na to drugie też można rymować! Tego prawo dżungli nie zabrania.


No i, żeby od czegoś zacząć, podaję zestaw na dziś, choć nic jeszcze nie wygrałem:

rymy: złagodził – wodził, ciosem – głosem;

temat: insekty.


Jak być może ktoś zauważy, wczoraj bawiliśmy się rymami w układzie ABAB, dziś podaję AABB. Jako że tym wpisem ustalam zasady, to ustalam, że każdy układ jest dopuszczalny. Nawet ABBA (O mamma mia!).


Co tam dalej? Jako, że to ma być zabawa, to zasady są giętkie i płynne. I w każdej chwili mogą się zmienić. Demokratycznie albo przez aklamację (czyli w zasadzie też demokratycznie). Tyrania mam nadzieję na tagu się nie pojawi.


Aha! Ten tag, #naczteryrymy – bardzo bym tego chciał! – jeśli się przyjmie, choćby w małym gronie, będzie, dotyczył będzie wyłącznie tych krótkich czterowierszowców. Ale – tego bym chciał jeszcze bardziej! – mam też pomysły (ukradzione) na inne zabawy i zbiorczo planuję je umieszczać w tej wirtualnej kawiarni, którą zamarzyło mi się założyć: #zafirewallem. I ten tag też można we pisach dodawać.


Wołam tych, którzy wczoraj do zabawy dołączyli: @moll, @UmytaPacha. Innych, których nie wołam, do dołączenia zachęcam.


Wołam tych, którzy wyrazili chęć czytania efektów naszych zmagań: @Sielski_Chlop

Wreszcie taguję: #tworczoscwlasna #poezja


Przy okazji: @UmytaPacha. Nikt już wczoraj nic nie ułożył, a żeby takie z trudnością dobrane rymy się zmarnowały, to szkoda by było. I się nimi zaopiekowałem (bo do swoich rymów nie będę nic układał – a szkoda i przykro!). No i wyszło mi takie coś, o miłości niespełnionej, bo – wiadomo – taka się najlepiej sprzedaje:


Ortografię wbijałaś mi do łba, jak młotem.

Z miłości, wytrwałem – choć z trudem, o Boże...

Kosza mi dałaś dopiero potem,

kiedy Cię chciałem zabrać nad może.


Dziękuję za uwagę i zapraszam do zabawy!



#zafirewallem

@George_Stark xD fajny wiersz, przewrotny. W pierwszej chwili to "może" zabolało, ale zaraz skapnęłam skąd wynika.


Mol spożywczy spór złagodził;

zamiast podniesionym głosem,

żuka zwalił jednym ciosem,

za to, że go za nos wodził.

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Przychodzę do Was z propozycją! Tak się składa, że od jakiegoś czasu czytam sobie wspaniałą książkę Pegaz dęba autorstwa jeszcze wspanialszego pana Juliana Tuwima. Porcjuję ją sobie i dozuję powoli, żeby zbyt szybko przyjemność mi się nie wyczerpała, a z każdą porcją podziw mój i zachwyt rośnie. Rośnie też i zazdrość. Zazdrość, że oni wtedy to, z tym panem Antonim Słonimskim to tak fajnie mieli (te niefajne części życiorysów obu panów – żeby utrzymać idylliczny obraz – wypieram), że spotykali się tam pod tym Pikadorem i że żarty sobie robili pisząc wspólnie. I że mieli tak wesoło. I że ja to w zasadzie też tak bym chciał. Spróbować przynajmniej.


Pytałem znajomych, ale nikt nie był zainteresowany (to smutasy!), więc teraz, w ramach desperacji niemal (albo w szaleństwie pogoni za marzeniami), pytam nieznajomych. Nie chciałby się ktoś w coś takiego pobawić? Zdaję sobie sprawę, że spotykanie się w kawiarni „Pod Pikadorem” byłoby dość trudne, zwłaszcza że ta została ostatecznie zamknięta w roku 1919. Bez wehikułu czasu nie obejdzie się, a w moim akurat wczoraj pasek strzelił pasek rozrządu. Taki pech! I, w dodatku, nie mogę cofnąć się do przedwczoraj żeby go zawczasu wymienić, bo wehikuł przecież popsuty! Ale nie ma co rozpaczać nad zerwanym rozrządem i tym czego zrobić nie da się, tylko zastanowić się co zrobić da się. Da się więc skorzystać z możliwości jakie daje nam współczesna technologia informatyczna i założyć swoją własną, wirtualną kawiarnię. „Za Firewallem” na przykład. Czy coś takiego.


Jak to sobie wyobrażałbym? Ano, jako zabawę. Oczywiście, kiedy już byśmy się wyrobili, zbieramy to, publikujemy, a gdy już dołączamy do panów Sienkiewicza, Reymonta, Miłosza, do pań Szymborskiej i Tokarczuk (no i do Lecha Wałęsy), to nagrodą dzielimy się sprawiedliwie. Mój partner bierze złoty medal z podobizną Alfreda Nobla, a ja 11 milionów koron szwedzkich. A tak formalnie (i poważnie) to pomysły zaczerpnąłem z pierwszego rozdziału Pegaza dęba. Autor opisuje tam dwie zabawy, popularne przede wszystkim we Francji. Pierwszą z nich jest układanie sonetów di proposta e di risposta. Pozwolę sobie zacytować fragment wspomnianej książki, bo nie wytłumaczę tego lepiej niż pan Tuwim.


Przyjemną zabawą towarzyską może stać się układanie sonetów di proposta e di risposta. Zasada ich budowy polega na tym, że zwracam się do kogoś z sonetem di proposta o rymach, dajmy na to następujących (wybieram najpospolitsze):


….. złoty

….. morze

….. tworzę

….. cnoty


….. tęsknoty

….. łoże

….. zboże

….. loty


….. swoboda

….. poda

….. wieniec


….. syty

….. obfity

….. jeniec.


Korespondent mój musi mi odpowiedzieć sonetem opartym na innych słowach, rymujących się z poprzednimi i ułożonych w tej samej kolejności. W tym więc wypadku rymy sonetu di risposta brzmieć będą na przykład (ale niekoniecznie, gdyż mogą być i inne):


….. powroty

….. Boże

….. noże

….. istoty


….. sploty

….. pokorze

….. hoże

….. zaloty


….. uroda

….. zgoda

….. szaleniec


….. szczyty

….. ukryty

….. młodzieniec.


Druga z zabaw jest prostsza. Francuzi zwali ją bouts-rimés, w Polsce gdzieniegdzie znana była jako rym-dany. Polega to na niczym innym jak na tym, że jedna osoba zadaje drugiej zestaw rymów i temat wiersza, który owe rymy ma zawierać. Zadaniem drugiej jest sobie z tym zadaniem poradzić. Jakie mogą być efekty? Podzielę się kolejnym wyjątkiem z Pegaza dęba, ale tym razem w postaci zdjęcia, bo nie chce mi się już przepisywać (cholerne książki na papierze!).


To jak? Byłby ktoś zainteresowany udziałem w tych (bez kosmatych myśli, poproszę!) językowych zabawach rodem z Francji? Może być publicznie, może być przez wiadomości prywatne, maile, Messengery, What’sAppy, pocztę tradycyjną lub lotniczą, również w postaci gołębi pocztowych. Mnie wszystko jedno, byleby się pobawić. Tylko, w tych dwóch ostatnich przypadkach, kawiarnia nasza musiałaby się nazywać inaczej niż zaproponowane wcześniej „Za Firewallem”.


#ksiazki #poezja #tworczoscwlasna #czytajzhejto

c4cd4f29-68cc-4955-813f-8bea959d2b1d

@George_Stark jak ty byś kawę stawiał to ja jestem chętny tylko geografia może stanąć na przeszkodzie.


Jak chcesz coś naprawdę ogarniać to Discords zakładaj.

@DiscoKhan 


Co to znaczy "naprawdę ogarnąć"? Mnie już ten portal przerasta, a co dopiero czegoś nowego się uczyć. Ale, odpowiedzi się tutaj pojawiły, nawet nie "jakieś", a świetne, więc może się coś uda?

@George_Stark naprawdę jakąś społeczność budować z takimi zainteresowaniami.


Jak się boisz nowych rzeczy to co z ciebie za artysta, do odważnych świat należy. Ja jestem leniwy z natury to mam wymówkę. Ale ostatnio coś mnie bierze na pisanie, masz moje referencje:


Mój głos: https://www.hejto.pl/wpis/troche-dykcje-sobie-rozgrzalem-ostatnimi-czasy-i-moj-autorski-cover-nagrany-na-t


Moje teksty:


https://www.hejto.pl/wpis/dziatwy-siadajcie-to-wam-opowiem-legende-o-tym-jak-w-nocy-tagow-nie-uzywano-za-g


Ten być może czytałeś, bo miał lepszy odbiór chociaż z tego wyżej, pomimo paru baboli, bardziej byłem zadowolony ale jeszcze myślę go lekko poprawić, dodać grafikę i wtedy wrzucać. Ale pa tego:


https://www.hejto.pl/wpis/z-kulinariow-to-chyba-nic-mnie-tak-nie-smieszy-jak-to-cale-suszi-nie-to-zeby-byl


Także rób serwer na Discordzie za tym Firewallem i sobie tam podyskutujemy.

@UmytaPacha możesz ode mnie pociągnąć, bo pod swoim wierszykiem rzuciłam kolejne wyzwanie ( ͡° ͜ʖ ͡°) i potem wymyślasz zestaw dla kolejnego śmiałka


Kurła, lepsze od łańcuszków na naszej klasie xD

@moll


Ja już ułożyłem do Twojego!:


Patrz Miła za okno! Przyleciał ptaszek!

Na zewnątrz majowa dzisiaj pogoda.

Chodźmy! Tak miły cień rzuca tam daszek!

W domu rodzice, a tam swoboda!


No ale, mnie się coś kosmate myśli trzymają, więc kończę chyba na dziś i nie dam propozycji swoich, wobec czego @UmytaPacha, jeśli oczywiście chce, to może może z Twoich rymów skorzystać. Zobaczymy, w którym kierunku to pójdzie i jakie się "zasady" wyklarują.


I jeszcze jedno, @UmytaPacha, jeśli chcesz się z sonetem zmierzyć, to jakiś Ci ułożę. W tym tygodniu być może, ale nie obiecuję w jaki dzień.

Ze mnie taki wierszokleta jak z koziej d⁎⁎y trąbka, ale bardzo chętnie poczytam takie zabawy. Zresztą już po przeczytaniu powyższego posta poczułem jak bym otarł się o literaturę - dobrze się czyta Szanownego Pana.

Zaloguj się aby komentować

641 + 1 = 642


Tytuł: Fabryka Absolutu

Autor: Karel Čapek

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


 – Dalej, że na zjeździe Siódmej Międzynarodówki delegat rosyjski Paruskin-Rebenfeld zaproponował oddawanie czci Towarzyszowi Bogu, który sympatie swoje dla ludu robotniczego objawił tym, że wstąpił do fabryk.


Na początek uwaga taka, żeby niezainteresowanym tematem nie zabierać ich cennego czasu. Otóż książka ta, wbrew być może skojarzeniom, jakie może wywoływać tytuł, nie traktuje wcale o szwedzkiej gorzelni . Tyle tytułem ostrzeżenia. A teraz, napisawszy o czym książka nie jest, zabieram się za przedstawienie w kilku słowach o czym ona jest.


Otóż, czeski wynalazca, nazwiskiem Marek, wynalazł rewolucyjne urządzenie pozwalające uzyskiwać energię ze „spalania” atomów dowolnego materiału. Problem w tym, że tak jak przy rafinacji ropy naftowej produktem ubocznym procesu jest gaz ziemny, tak jak przy zwykłym spalaniu – to wiedza z lekcji chemii – otrzymuje się produkty uboczne, tak wynalazek pana Marka jako odpad czy produkt uboczny emitował Absolut. Boga inaczej.

Wynalazek, mimo sprawiana pewnych jednak problemów przez te odpady poprodukcyjne, zainteresował biznesmena, pana G.H. Bondy. Ów pan Bondy, kierując się zasadą jaką sam wygłosił, a mianowicie że „Ostatecznie ja przeciwko Bogu nic nie mam. Chodzi tylko o to, żeby nie przeszkadzał w pracy”, rozpoczął seryjną produkcję urządzenia zwanego (błędnie, co wyjaśnia przypis) Karburatorem. I tak karburatory zaczęły pracować w coraz to nowych obszarach przemysłu przynosząc wymierne skutki ekonomiczne i przynosząc zakładom MEAS, których to pan Bondy był prezesem spektakularne wyniki finansowe. Jednocześnie stężenie Absolutu w atmosferze wciąż rosło, co zapoczątkowało zmiany w ludziach na lepsze. Pijacy przestawali pić, awanturnicy przestawali się awanturować, niewierzący zaczynali wierzyć.

Proces jednak trwał, i tak jak przesuwanie kolejnych granic produkcyjnych doprowadziło wreszcie do nadpodaży i związanych z nią, łatwych do przewidzenia, skutków ekonomicznych, tak zbyt duża gęstość Boga w atmosferze doprowadziła do związanych z nią, łatwych do przewidzenia skutków społecznych. No i właśnie o tych skutkach społecznych jest druga połowa książki – rozwiązanie akcji, więc dalej już o fabule pisał nie będę.


Jest w tych książkach pana Čapka coś takiego, że chce się śmiać i płakać (bynajmniej nie ze śmiechu!) jednocześnie. Jest w nich świetna obserwacja, tak pojedynczego człowieka, jak i społeczeństw z ich żądzami czy innymi dążeniami, dość zresztą uniwersalnymi, niezależnie od miejsca w czasoprzestrzeni, w jakie by akurat nie spojrzeć. Jest też w niej przerysowanie tego wszystkiego przesunięte do granic absurdu (ale bez ich przekraczania – to mogłoby spowodować, łatwe do przewidzenia, skutki literackie) i po prostu konsekwentne wyprowadzenie z tego wszystkiego dalszej części historii. Do mnie pan Čapek trafia zupełnie. I, mimo że w Fabryce Absolutu nie prezentuje on żadnych rewolucyjnych myśli (zresztą, nie to jest zadaniem satyry) ani nie odkrywa niczego nieznanego, to i tak czytało mi się ten utwór bardzo przyjemnie. Nie ma to jak się pośmiać z, własnych w zasadzie, obserwacji codzienności przedstawionych przez kogoś innego. I to przedstawionych wyjątkowo zgrabnie. A i z samego siebie czasem też.

Nie przeszkadza też, że historie opowiadane przez pana Čapka, a przynajmniej te, które do tej pory czytałem (wcześniej Inwazja jaszczurów i R.U.R.) zbudowane są dokładnie według tego schematu. Różnią się tylko rodzajem absurdu. No ale to o ten absurd właśnie w nich chodzi. Przynajmniej moim zdaniem.


Tak że, Panie i Panowie, w obliczu wyprodukowanego Absolutu, Čapki z głó... To znaczy z półek! I zabierać się za czytanie! Przynajmniej jeśli kogoś takie absurdalne pochylenie się nad kondycją świata (również tego współczesnego, choć książka sprzed stu lat) interesuje.


***


EDIT: O, a co to się za definicja jakaś z Wikipedii na końcu wstawiła? I jak ją usunąć?


#bookmeter

2a823e47-0415-4e4f-9314-ff859b592627

@George_Stark dzięki, leci na listę do przeczytania, tym bardziej, że ebooki są za darmo legalnie. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

A co do definicji to chyba jakiś bug, bo jeśli już to powinno dać tę wódkę, do której link dałeś w treści. xD

@cotidiemorior 

tym bardziej, że ebooki są za darmo legalnie.


Tylko będziesz miał wtedy tłumaczenie okrojone z odniesień do komunizmu, bo ta książka po polsku wydana była po raz pierwszy w 1947, kiedy to Polsce zaczynał bratnio patronować Związek Radziecki i część rzeczy została w tamtej wersji wycięta, o czym pisze we wstępie do tego wydania, które teraz czytałem pan Mariusz Szczygieł. Podejrzewam, że legalne wersje ebooków są oparte właśnie o tamto, ocenzurowane. To tłumaczenie przywraca wszystko to, co napisał autor.

Zaloguj się aby komentować

639 + 1 = 640


Tytuł: Chaplin. Przewidywanie teraźniejszości

Autor: Paweł Mościcki

Kategoria: film, kino, telewizja

Ocena: 7/10


 Niezależnie od tego, jakie wypadki i katastrofy (fizyczne, psychiczne czy emocjonalne) dotykają komicznych bohaterów, zawsze podnoszą się oni z chaosu całkowicie nienaruszeni i nieustępliwie dążą do swoich celów, gonią za marzeniami albo po prostu pozostają sobą.


Z racji mojej nowej-starej pasji bardzo mocno zajmują mnie między innymi możliwości ekspresji jakie tkwią w ciele. Temat drążę dwutorowo, to znaczy w chwilach kiedy nie zgłębiam tej dziedziny aktywnie, w praktyce, staram się od czasu do czasu popodglądać jak robią to inni. A jeśli już uczyć się od kogoś, to tylko od najlepszych. I właśnie dlatego, mimo mojego nikłego zainteresowania kinem jako takim, ostatnimi czasy często wieczory zdarza mi się spędzać na oglądaniu filmów z panem Charlesem Chaplinem. Normalną u mnie koleją rzeczy jest to, że jeśli jakiś temat mnie zainteresuje, to zaraz chciałbym o nim przeczytać. W ten właśnie sposób urodziła się myśl o tym żeby zapoznać się może z jakąś biografią tego aktora? Wpisałem więc jego nazwisko w wyszukiwarkę Legimi i tak oto znalazłem tę pozycję. Mnie kupić (albo zainteresować) jest bardzo łatwo, jeśli tylko zna się sposób. A jednym z takich sposobów jest zastosowanie właśnie takiego pięknego, absurdalnego zestawienia słów. Bo i co takie „przewidywanie teraźniejszości” może oznaczać? Zauroczony tym tytułem i z nadzieją, że to jednak trochę o panu Chaplinie się dowiem, nie sprawdzając opisu zabrałem się za czytanie.


„Komedia to jest poważna sprawa” – takie słowa zwykł powtarzać instruktor w czasie jednego z kursów komedii, w jakich dane było mi uczestniczyć. I autor książki, pan Paweł Mościcki, wydaje się wychodzić z takiego samego założenia. Bo to, co dostałem bardzo dalekie było od tego czego mógłbym się spodziewać. Ta książka to jakaś turbonaukowa analiza nie tyle życia czy twórczości jej tytułowego bohatera, co raczej epoki w jakiej pan Charles Chaplin żył i tworzył oraz filmu (a szczególnie burleski filmowej) jaki w tej epoce był tworzony. Tak jakby postać pana Chaplina była tylko pretekstem do opisu i analizy zjawiska z uwzględnieniem całego (bardzo szerokiego!) jego tła. Czy to źle? Absolutnie! Lektura była fascynująca, ukazująca różne spojrzenia na temat, często z bardzo szerokiego kąta i dużej odległości. Nigdy bym się nie spodziewał, że w książce dotyczącej komedii będę czytał o polemice Marksa z filozofią Hegla, że pojawi się tam nazwisko Kierkegaarda (i to niejednokrotnie!) czy że rozważane będą ideologie komunizmu i amerykańskiego antykomunizmu (tak mocno zideologizowanego, że sam stał się ideologią – tyle że z przeciwnego bieguna) czy odwołania do obu wielkich wojen XX wieku! No ale, jeśli „w każdej komedii zawarty jest element naśladownictwa”, jak pisze pan Mościcki, to te dwie ostatnie rzeczy nie mają co dziwić – w końcu to rzeczywistość była paliwem dla Chaplina-reżysera. Te pierwsze z kolei pokazują nie tylko jak daleko zabrnął autor w swoich poszukiwaniach (czasami przypuszczeniach) istoty filmowej burleski i humoru w ogóle, ale pokazują też jak złożoną sprawą jest komedia. A wszystko to napisane w sposób być może nie porywający, ale co najmniej zajmujący. Nie bardzo potrafię nazwać swoje wrażenia z lektury. Myślę, że najbliższe temu co czułem w kwestii języka byłoby określenie „rozprawa naukowo-liryczna”. O ile takie określenie ma w ogóle rację bytu.


No ale, po kolei. Co znajduje się w książce? Ano pięć (liczbowo: 5) rozdziałów. Pierwszy opowiada o tym skąd w ogóle wzięła się filmowa burleska. Autor w swoich poszukiwaniach nie tylko sięga do wcześniejszych niż dwudziestowieczne form sztuki, takich jak pantomima, commedia dell'arte, czy cyrkowa klaunada, ale też bardzo szczegółowo analizuje karnawał z jego wszystkimi ludowymi konotacjami, z tym co niskie i bliskie prostemu człowiekowi. Innymi słowy, tak mi się wydaje, przedstawia burleskę filmową jako twórczość prostą, wręcz owoc związku tych najprostszych form ekspresji, raczej z ulic niż z salonów. Sztuka niska – i w tym jej cały urok.

Później, w drugim rozdziale mowa o środkach wyrazu tego gatunku. Ciało i gag – to dwa tematy, którymi przez ponad sto stron zajmuje się autor. Podaje mnóstwo przykładów, głównie z twórczości pana Chaplina, ale nie tylko. Nad tym rozdziałem spędziłem mnóstwo czasu, bo odrywałem się od lektury po to żeby obejrzeć omawiane sceny i przeanalizować je, parząc w taki sposób, jaki zasugerował pan Mościcki. A że wciągały mnie te filmy i często później oglądałem je do końca, to już zupełnie inna sprawa.

Trzeci rozdział traktuje przede wszystkim o czasie. Bohaterowie burleski żyją w teraźniejszości, nie mają żadnej przeszłości ani przeszłości – to też myśl z książki – są tu i teraz ze swoimi potrzebami, marzeniami i słabościami. Są proste. Możliwie najprostsze. I to jest jedna z rzeczy, które stanowią cechę charakterystyczną gatunku, a dla mnie jego siłę jako odmiany komedii.

Rozdział czwarty to rzucenie cienia historii na filmy pana Chaplina. Bo ile sama akcja w filmach dotyczy tylko teraźniejszości, tak jednak dzieje się w jakimś świecie. A świat, w punkcie w jakim zastaje go bohater, ma jakąś historię. Z jakiegoś powodu jest taki, jaki jest. To jedna rzecz, druga natomiast jest taka, że w późniejszych, głównie „mych” – to przeciwieństwo „niemych” – filmach pana Chaplina pan Mościcki dopatruje się nie tylko odniesień do wydarzeń historycznych – głównie traumatycznych, bo śmiech i komedia są rozpatrywane tutaj również jako metoda radzenia sobie z trudną nieraz rzeczywistością – ale też pewnego rodzaju przewidywania przeszłości. Przykład? Powojenny film Pan Verdoux, którego akcja dzieje się przed wojną, ale jego bohater ze swojego punktu widzenia przewiduje wydarzenia (a może ich konsekwencje?), które dla reżysera są już przeszłością.

Wreszcie rozdział piąty, najkrótszy, ale też najbardziej z mojego punktu widzenia interesujący, opisujący postacie burleski. Pan Mościcki próbuje w nim nazwać postawy, jakie przyjmuje postać grana przez Chaplina. Nie że w jakichś konkretnych filmach, raczej podaje przykłady na to, że postać Charliego (sam Chaplin, co uświadomiła mi lektura, nigdy nie nadał imienia granemu przez siebie bohaterowi, to imię nigdy nie pojawia się w napisach – końcowych lub początkowych – ani w oryginalnych tytułach filmów) można przyporządkować do trzech postaw (typów? archetypów?). Czasami nawet do wszystkich jednocześnie.

Na sam koniec czytelnik dostaje niemal sto stron przypisów i bibliografii. To świadczy o tym, jak ogromną pracę wykonał autor i jak ta książka szeroko traktuje (choć chyba nie wyczerpuje, to wydaje mi się niemożliwe) temat. Aha, są jeszcze zdjęcia (czy fotosy? – to przecież kadry z filmów) wplecione w tekst. Dużo zdjęć!


Świetna lektura, biorąc pod uwagę moje zainteresowanie tematem. Rzeczy, o których już wiedziałem, pozwoliła sobie powtórzyć czy przypomnieć, czasami też pokazywała je w nowym świetle albo na innych, niż do tej pory znałem, przykładach. Otworzyła mi oczy na kilka nowych spraw, które, jeśli nawet mi się nie przydadzą, to bardzo interesujące było samo czytanie o nich.


I jeszcze w kwestii formalnej. Ten cytat otwierający wpis to nie są słowa autora, ale przywołana przez niego w książce myśl pani Alenki Zupančič. Pozwoliłem sobie na to, bo ten podtytuł książki, który tak mnie zafascynował, to „przewidywanie teraźniejszości”, to też nie jest pomysł pana Mościckiego, ale sformułowanie autorstwa pana Gershoma Scholema, cytowane w książce. Z podaniem autora oczywiście.


#bookmeter

015a5ab9-3973-43b6-b0fe-b15ddcd70093

Zaloguj się aby komentować

Parada wspomnień


Nie, nie, nie, nie, nie!

Nie, nie, nie, nie, nie!

Nie, nie, nie, nie, nie!

Te czasy już nie powtórzą się!


Ten tekst powyżej to refren Parady wspomnień, mojego ulubionego utworu zespołu Kult. Trochę wbrew tym słowom, wczorajszy, haski koncert tej grupy, sprawił, że pewne czasy dla mnie się powtórzyły. Choć ciut-ciut.


Żeby coś się mogło powtórzyć musi jednak wcześniej jakoś zaistnieć. No i teraz chwila wspomnień. Tych które wczoraj przeze mnie przeparadowały. Zespół Kult w moim życiu po raz pierwszy zaistniał koncertowo w czasie Pomarańczowej Trasy w 2003. 18 października dokładnie – nie to żebym aż tak dokładnie pamiętał, sprawdziłem sobie po prostu na archiwalnym plakacie – w Hali Widowiskowo-Sportowej MOSiR w Kielcach. Mój pierwszy biletowany koncert w życiu! Zresztą, wcześniej, poza jakimiś przypadkowymi występami gdzieś po miejskich czy wręcz małomiasteczkowych festynach, celowo wybrałem się tylko na jeden: Elektryczne Gitary i Lady Pank, które to występowały na finale WOŚP. Również w Kielcach, wtedy przed Urzędem Miasta, na tym placu, który dziś szpeci betonowy parking.


To, co dokładnie z tego 18 października 2003 pamiętam, to emocje, które rosły już przed koncertem. Jakieś wina pite ze znajomymi gdzieś po krzakach, choć z umiarem, dyskusje o muzyce (jak głębokie i natchnione!, takie, jakie chyba tylko między nastolatkami, i to jeszcze niepełnoletnimi, a w dodatku tym winem lekko zaprawionymi, mogły się odbywać!), później miejscowych (chyba już pełnoletnich) punków próbujących skroić nas z biletów. Te „egzaminy”, które nam robili: „pięć pierwszych płyt Kultu?”; „nazwisko gitarzysty?” – którego, bo jest ich dwóch, chciałoby się dziś powiedzieć. Ale wtedy się tak nie cwaniakowało. Jedna błędna odpowiedź i szczęśliwy posiadacz biletu stawał się mniej szczęśliwy, bowiem ten bilet tracił – wtedy były jeszcze papierowe.


Mnie bilet udało się zachować. Czy odpowiadałem dobrze, czy miałem szczęście i mnie akurat „egzamin” ominął, czy po prostu oddaliłem się gdzieś w krytycznym momencie – tego nie pamiętam. W każdym razie na bramce mogłem okazać się nim, wyciągając go (a jak!) z mojego plecaka typu kostka (z pomarańczową naszywką Kultu, między innymi – kolaż tych naszywek i napisów na moim plecaku był iście eklektyczny!). Z samego koncertu teraz, po 20 latach, nie pamiętam też wiele. Na pewno zespół zaczął Elektrycznymi nożycami. Na pewno zagrali Generała Ferreirę. Na pewno też Baranka. Prawdopodobnie również Wolność, Polskę, Wód_kę, Arahję, Hej, czy nie wiecie?_, Do Ani, Krew Boga… Choć te ostatnie tytuły to raczej wymieniam z doświadczenia, niż ze wspomnień.


Na pewno było też pierwsze pogo, w którym brałem udział. I wszystkie jego następstwa w kolejnych dniach: obolałe ciało, zdarte gardło, gdzieś jakiś siniak. Wtedy znoszone jeszcze dość łagodnie. Ale było warto! Jaka to była energia! Ile radości! Jak wspaniała zabawa! Nie wspominając już o tym, że dane było mi przeżyć to, co z taką fascynacją oglądałem wtedy na ekranach komputerów (miałem już komputer, czy chodziłem oglądać do kolegów?) wyświetlających jakieś tam nagrania koncertowe zdobywane nie wiadomo skąd i krążące po osiedlu (a nawet po całym mieście) na dyskach twardych przenoszonych w kieszeniach (takich blaszanych, nie że od spodni; to były normalne dyski, nie przenośne – choć, z braku innych możliwości, a potrzeby naglącej, przenosiliśmy je tak, jak wtedy mogliśmy).


Minęły długie lata i nie ma już gościńca,

w tym samym teraz miejscu przebiega wzdłuż ulica


A! Nie! To co prawda fragment z mojej kolejnej ulubionej piosenki Kultu, Ręce do góry, ale ja nie o gościńcach miałem pisać, a wykonać skok narracyjny przez te dwadzieścia lat, które dzielą pierwszy koncert tego zespołu od tego wczorajszego. Co się działo z Kultem w tym czasie, to można sobie sprawdzić, co się działo ze mną to po krótce napiszę. W tym czasie widziałem Kazika na scenie kilka, jeśli nie kilkanaście, razy. W dwóch różnych odsłonach: głównie z Kultem, ale miałem też przyjemność zobaczyć efekt jego współpracy z (pięcioosobowym! – niezmiennie mnie to zachwyca!) Kwartetem Pro Forma. O ile ten ostatni koncert był wspaniały, tak z Kultem bywało różnie. No ale, od kiedy żyję poza granicami Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, czasami brakuje mi trochę kultury znad Wisły (bo, mimo wielu wad życia w Polsce, które sprawiły, że wyjechałem szukać szczęścia gdzie indziej, tak akurat polską kulturę uważam za wspaniałą; a może po prostu mocniej do mnie przemawia, bo w niej się wychowałem i zwyczajnie jest mi bliższa niż jakakolwiek inna?). To dlatego, kiedy tylko zauważyłem, że w okolicy będzie występował Kult, bez zastanowienia kupiłem bilet.


Wczoraj do Hagi dotarłem dość wcześnie, bo koło 14. Poszlajałem się trochę po mieście, bo nigdy tam jeszcze nie byłem – nie lubię zwiedzać miast, a jeśli już do jakiegoś przez przypadek trafię, to po prostu łażę po nim nie tylko bez sensu, ale też bez ładu i składu i podglądam sobie ludzi na ulicach. Tak już mam i to chyba najlepsze doświadczenie, jakie mogę mieć z miastem jakimkolwiek. O 17 otwarto klub (koncert zaplanowany był na 18) i byłem w środku jako jeden z pierwszych. Wszystko było już przygotowane. Instrumenty rozstawione, nad sceną wyświetlone logo zespołu. Dalej patrzyłem sobie na ludzi, tym razem jednak w środku i w cieple. Fajnie było widzieć uśmiechy, zadowolenie i czuć to delikatne napięcie związane z oczekiwaniem na coś, za czym – tak mi się wydaje – nie tylko ja tęsknię na obczyźnie (ale zawiało Mickiewiczem!).


Wreszcie, kilka minut po 18, po sali rozeszły się pierwsze, nieśmiałe dość brawa. A to dla tego, że na scenie pojawiła się część zespołu. Z generatorów pary wypuszczono pierwsze obłoki, a z głośników dobiegły pierwsze takty. No to zaczęło się! Dźwięki ułożyły się w Kastę pianistów, w czasie której do sekcji rytmicznej dołączali kolejni muzycy. Naprawdę głośno zrobiło się, kiedy zza kulis wyszedł Kazik Staszewski. Nie żeby wokal miał jakoś za mocno ustawiony (technicznie koncert świetny, realizator naprawdę się spisał!), nie zaczął jeszcze nawet śpiewać. Ta ogromna liczba decybeli wywołana była reakcją publiczności. Zresztą, mimo pochwał w kierunku realizatora, część konferansjerki Kazika była niewyraźna. Znów za sprawą owacji, jakie zespół dostawał po każdym numerze. I to nie jest narzekanie, to pochwała w kierunku tej publiczności!


Póki co za nami jednak Kasta pianistów, a tutaj ze sceny zapowiedziana zostaje kolejna piosenka. O młodzieży, która, wbrew oczekiwaniom starszych i rozumnych, traci wiarę. Czyli Brooklińska Rada Żydów! No i nie wytrzymałem! Stałem gdzieś na końcu sali, ale kiedy zobaczyłem co się zaczęło dziać pod sceną natychmiast przebiłem się przez tłum. I do końca już pod tą sceną zostałem.


I znów, z samego koncertu, mimo że miał miejsce wczoraj, nie potrafię podać konkretnych faktów. Nie potrafię napisać kompletnej listy piosenek (jeszcze w kolejności!). Nigdy nie byłem miłośnikiem statystyk i innych setlist. Na pewno zespół zagrał Gdy nie ma dzieci, na pewno Paradę wspomnień, Polskę, Wolność, Wódkę, Arahję, Prawdę, Madryt, Hej czy nie wiecie. Tak naprawdę większość utworów to były starocie. Takie, które spokojnie mogli zagrać też wtedy w Kielcach, w tym 2003 roku. Na pewno było też Komu bije dzwon, zadedykowane zmarłemu niedawno autorowi tego (mojego ulubionego) utworu, Januszowi Grudzińskiemu, w czasie którego Kazik wycierał łzy. Ale poza tym sentymentalnym momentem, koncert przepełniony był energią. Tak pod sceną, jak i na scenie. Czy to się udziela, czy wzajemnie napędza – nie mam pojęcia. Dawno jednak na żadnym koncercie nie widziałem u muzyków aż tyle radości. W tych, rzadkich jednak, momentach, kiedy odpoczywałem od „tańca” pod sceną i spoglądałem na nią widziałem kilka pięknych obrazków. A to Kazik Staszewski, który z ogromnym uśmiechem spoglądał po sali albo śpiewał prosto do kamery w telefonie kogoś, kto akurat pod samą sceną filmował (swoją drogą, jak nie oglądam za bardzo filmów, a filmowy termin „zdjęcia” to już dla mnie czarna magia, tak niesamowicie podobało mi się ujęcie w filmie Kult. Film wykonane kamerą umieszczoną na mikrofonie Kazika). A to Wojtek Jabłoński, gitarzysta – gdyby jakiś punk się pytał, który po zapowiedzianej solówce zamiast ją zagrać, poszedł się napić. Który pozwalał publiczności grać na swojej gitarze. Który w końcu zostawił tę gitarę na scenie i skoczył w publiczność. Pierwszy raz widziałem coś takiego na żywo!


Wreszcie kończy się ostatnia piosenka (Wolność chyba, ale nie jestem pewien; tańcem byłem opętany), zespół schodzi, a ja zaczynam się zastanawiać co zagrają na bis. Bo to, że bis będzie, to rzecz pewna. Bo tak: Polska była, Lewe lewe loff było, Wolność była, Wódka też. No ja już Kultu sobie raczej w domu za często nie włączam, sporo pozapominałem. I kiedy zespół rzeczywiście wyszedł jeszcze raz pozytywnie mnie zaskoczył. Bo zapomniałem, że przecież Kult nagrał swoją wersję Zegarmistrza światła. Świetną zresztą! Zawsze lubię takie zaskakujące covery, a w tym akurat to pierdolnięcie (bo nazwanie tego mniejszym słowem nie oddałby istoty) w drugiej zwrotce jest po prostu cudowne! Później było coś jeszcze, chyba Krew Boga i Czarne słońca. No i na sam koniec, już chyba tradycyjnie, Sowieci.


Jednym zdaniem: fantastyczna był to koncert! I tak, czuję dziś lekki niedosyt, bo, mimo wszystko, mam dalej takie marzenie, żeby usłyszeć na żywo w wykonaniu Kultu jeszcze kilka moich ulubionych utworów (nie wiem nawet, czy jeszcze je grają), jak na przykład Leave the kids alone, Dzieci wiedzą lepiej czy choćby ich kapitalną aranżację Modlitwy o wschodzie słońca. Ale nie będę sprawdzał, czy zdarza się zespołowi wykonywać to jeszcze na żywo. Najlepiej przy najbliższej okazji pójdę i przekonam się na własne uszy.


I już po koncercie, w aucie, kiedy wracałem do domu, próbowałem sobie przypomnieć kiedy ostatni raz tańczyłem pogo. Wyszło mi na to, że musiało to być przed rokiem 2014 w którym to skończyłem studia, bo było to w Łodzi, na jakichś juwenaliach, w czasie koncertu Illusion, jakoś niedługo po powrocie tego zespołu na scenę. Czyli po 2011. Więc tak koło 10 lat bez tego pogo. Sam się podziwiam, bo, mimo mojego wieku, większość tego niemal trzygodzinnego koncertu (wracam do wczorajszego Kultu) większość czasu, jeśli nie spędziłem w „młynie”, to przynajmniej przeskakałem. I żyję! I sprawiło mi to mnóstwo przyjemności. I myślę, że tym, co wczoraj przeżyłem, mogę zadać kłam kolejnemu wersowi z mojej kolejnej ulubionej piosenki Kultu, tym razem Knajpy morderców: tak tylko można znowu być młodym: zabić i dumą czekać nagrody. Bo tak, poczułem się młodo. Tylko dlatego, że znów mogłem być częścią tej niesamowitej energii, jaka wytworzyła się wczoraj pod sceną w haskim klubie PAARD.


#muzyka #koncert #kultura

936f4fb0-f282-41f5-87da-dd2b01b10304

Zaloguj się aby komentować

625 + 1 = 626


Tytuł: Spacerujący z książkami

Autor: Carsten Henn

Kategoria: Literatura piękna

Ocena: 8/10


– Zabawnie się śmiejesz – stwierdziła Schascha. – Tak jakbyś nie do końca umiał.


Starszy mężczyzna spotyka młodą kobietę. Mało tego! To ona sama go zauważa i wręcz narzuca mu się ze swoim towarzystwem! A później zupełnie odmienia jego życie. Całkiem kiepski pomysł na książkę (choć nie z tak kiepskich pomysłów jakiś pisarski geniusz potrafi wycisnąć coś przynajmniej ciekawego, jeśli nie jeszcze więcej). Co jednak jeśli w tym całkiem kiepskim pomyśle pójść dalej? Jeśli starszy mężczyzna na przykład jest rzeczywiście starszy – na tyle, że śmiało można nazywać go staruszkiem – a kobieta na tyle młoda, że w zasadzie nie jest jeszcze nawet kobietą, a tylko dziewczynką? Dokładnie właśnie w tym kierunku postanowił pójść autor Spacerującego z książkami, pan Carsten Henn. I zaszedł w bardzo piękne miejsce!


Spacerujący z książkami to lektura o tym, że spokój i stabilność dają jakiś komfort, z którego czasami ciężko wyjść, a może warto. O tym, że to, czego sami dla siebie chcemy niekoniecznie jest tym, czego tak naprawdę potrzebujemy i że może warto spróbować czegoś innego. I o tym, że tego „czegoś innego” niekoniecznie trzeba szukać samemu. Że to „coś innego” czasami przychodzi z zupełnie niespodziewanej strony i może warto się tylko na to otworzyć? A przynajmniej, mimo spokoju, stabilności i własnych przyzwyczajeń, tego „czegoś innego” spróbować. Kto wie co wtedy może się stać?

Poza tym, nie mógłbym tutaj nie wspomnieć o tej wspaniale wykreowanej postaci dziewczynki! To właśnie ona, wkradająca się z impetem w życie staruszka, tak bardzo uosabia dziecięcą energię, błyskotliwość i sposób widzenia świata, że jest całym motorem napędowym tej historii. Nic, tylko się od niej uczyć! A przynajmniej cieszyć zaskoczeniami, jakie – głównie w dialogach – przynosi śledzenie jej rezolutności!


Całość tego wszystkiego, o czym mowa wyżej, ubrana została przez autora w lekką, ciepłą, uroczą, trochę naiwną, może nawet cukierkową (choć nie przesłodzoną!) oprawę. I jest to tylko kolejna zaleta tej książki! To wspaniałe remedium na szarość, jaka panuje za oknem. Taka niewymagająca książka-pocieszacz, że pozwolę sobie użyć określenia, jakie to gdzieś kiedyś przeczytałem. U mnie kapitalnie sprawdziła się w momencie tego zawsze osłabiającego jesiennego przesilenia pogody! Śmiało stawiam ją na swojej wirtualnej półce obok takich pozycji jak Smażone zielone pomidory czy Lekcje chemii. I niech tam sobie stoi, bo pomimo jej uroczości, raczej do niej nie wrócę. Tego typu książki to nie są lektury na wiele razy, przynajmniej nie u mnie. Chętnie za to przeczytałbym coś, co wywoła we mnie podobne emocje. Nie wspominając już o uśmiechu tak szerokim, że aż porobiły mi się zakwasy na policzkach!


EDIT: Swoją drogą, to że akurat w Niemczech taka książka zostanie napisana, to bym się nigdy nie spodziewał. Ech, to myślenie stereotypami.


#bookmeter

e241b831-6482-4e0e-925d-6eca1692c98a

Zaloguj się aby komentować

624 + 1 = 625


Tytuł: Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane

Autor: Tove Ditlevsen

Kategoria: Literatura piękna

Ocena: 8/10


Leżał i obserwował śpiącą żonę z taką powagą i intensywnością, jakby była zadaniem matematycznym, które należy rozwiązać, nim będzie mógł się zająć innymi rzeczami.


W tym tomie redaktor jakiś, zatrudniony w wydawnictwie Czarne, zgodnie z praktyką – jak to zwykle robi się w wyborze opowiadań – zamieścił opowiadania wybrane. Z czterech zbiorów wydanych przez panią Ditlevsen mniej więcej w połowie XX wieku konkretnie. Jeśli traktować to co przeczytałem jako reprezentatywną próbkę twórczości autorki, to wychodzi na to że jest mi z nią zupełnie po drodze i pewnie zagości jeszcze kiedyś w moim czytniku. Autorka była to bowiem dość płodna, przynajmniej literacko (biologicznie to nie mam pojęcia), jednak po polsku zostało wydane jedynie kilka jej dzieł. Może i szkoda? Tak przynajmniej teraz, na gorąco, zaraz po lekturze, sobie myślę.


Co mnie urzekło w tych króciutkich tekstach jakie zastałem między okładkami? Kilka rzeczy. One wszystkie oparte są na podobnym schemacie (co nie znaczy, że w jakimkolwiek momencie stają się nudne!, absolutnie!), to jest zastajemy bohatera (albo bohaterkę – gdzieś czytałem, że ta proza została sklasyfikowana jako feministyczna, z czym się nie zgadzam, przynajmniej w wypaczonym – moim zdaniem – pojęciu współczesnego feminizmu, jakie gdzieś tam sobie zbudowałem na podstawie obserwacji formy tego ruchu czy zjawiska na dziś) w momencie kiedy jego (albo jej) życie z jakiegoś powodu się sypie. Rozpada na okruchy. I właśnie jeden z takich okruchów autorka znajduje, podnosi i zaczyna mu się przyglądać. Najpierw powoli, rozwijając opowieść (albo opowiastkę – bo, jak pisałem, teksty są krótkie, ale nie małe) od szczegółu do ogółu. Ten ogół też nie jest jakoś wyjątkowo spektakularny. To po prostu zwyczajne fragmenty życia, które mogą się przydarzyć wszędzie, nie tylko w Danii, skąd pani Ditlevsen pochodziła. A jednak szczegółowa analiza tych uczuć, relacji, stanów, kondycji psychicznej, przytłoczenia, nieradzenia sobie z uczynieniem tego bardzo ważnym zupełnie mnie kupiła.


Nie jest to lektura łatwa i przyjemna, wręcz przeciwnie. Ze względu na ciężar tematu i pewną dozę empatii, jaką we mnie te historie obudziły nie byłem w stanie przeczytać naraz więcej niż dwóch, może trzech tekstów. Mimo wszystko mocno wciągnęły mnie te mini-światy bohaterów opowiadań i co dzień do nich wracałem. Bo prawie każdy z nich zostawiał we mnie jakiś ślad. Wymagał przemyślenia, zastanowienia się, a czasami po prostu odpoczynku, bo zwyczajnie bywało ciężko.


Jest to książka – tak myślę – w sam raz jeśli ma się za mało własnych problemów i chciałoby się przeżyć trochę cudzych. Albo przeciwnie: kiedy ma się swoje problemy, które być może wszystkim wokoło, oprócz samego siebie wydają się nieistotne. Można wtedy w niej zobaczyć, że nie ma uniwersalnej, obiektywnej miary dla tego co jest trudne, a co nie jest. Bo nie wszystkie opisane sytuacje były dla mnie odpowiednie do zrozumienia. Wczucia się w nie. Ale już w to, że dla bohaterów (albo bohaterek) opowieści są one ważne, wierzyłem bezgranicznie.


#bookmeter

6be821de-4c7b-469e-af8f-03ce1fa8d475

Zaloguj się aby komentować