(...) Potwór ruszył prosto na nich. Zanim w pełni zrozumiano jego straszliwą naturę, kilku ludzi spróbowało ataku siekierami. W rezultacie porzucił wytrwałe przeszukiwanie statku i albo wypchnął ich za burtę, albo... pożarł? Kapitan nie był całkiem pewien. Potwór wyglądał jak zwykły kufer, może nieco większy niż przeciętny, ale nie aż tak, by wzbudzić jakieś podejrzenia. Co prawda, czasami zawierał w sobie takie rzeczy jak stare skarpety, jednak kiedy indziej... kapitan zadrżał... wydawał się... zdawał się mieć... Spróbował o tym nie myśleć. Tyle że ludzie, którzy utonęli za burtą, mieli chyba więcej szczęścia od tych, których dogonił. O tym również spróbował nie myśleć. Tam były zęby, straszne zęby podobne do drewnianych, białych nagrobków, i jęzor czerwony jak mahoń...
(Woda na Dysku ma niezwykły, czwarty stan skupienia, wynikający z intensywnego upału oraz wysuszającego działania oktarynowego światła; pod wpływem tych czynników odwadnia się, pozostawiając srebrzysty pył podobny do płynącego swobodnie piasku. Dobrze zaprojektowany kadłub może bez wysiłku sunąć po takim podłożu. Odwodniony Ocean to dziwne miejsce, lecz nie aż tak dziwne, jak żyjące w nim ryby.)
[Rincewind] Zastanawiał się, co to właściwie za życie, kiedy trzeba płynąć bez przerwy, by pozostać w tym samym miejscu. Bardzo podobne do jego życia, uznał.
Coś szło stamtąd do przodu. Coś dużego, podłużnego, drewnianego i obitego mosiądzem. Miało setki nóżek. I było tym, czym się wydawało: chodzącym kufrem tego rodzaju, jakie występują w książkach o piratach, po brzegi wypełnione zdobytym nieuczciwie złotem i drogimi kamieniami...
A potem to, co pewnie służyło za wieko, otworzyło się szeroko.
Nie było tam żadnych klejnotów. Było za to mnóstwo wielkich, kwadratowych zębów, białych jak sykomor. I jeszcze pulsujący jęzor, czerwony jak mahoń.
Rzecz w tym, że kilka kwintylionów atomów zmaterializowało się właśnie (chociaż z drugiej strony wcale nie; patrz poniżej) we wszechświecie, gdzie, formalnie rzecz ujmując, być ich nie powinno. Na ogół rezultatem takiego zjawiska są potężne eksplozje. Ponieważ jednak wszechświaty są dość elastyczne, ten szczególny uratował się, natychmiastowo rozwijając swe czasoprzestrzenne kontinuum w tył, aż do miejsca, gdzie dodatkowe atomy mogły zostać bezpiecznie przyjęte. Potem szybko przewinął z powrotem do tego kręgu blasku, który z braku lepszego terminu jego mieszkańcy zwykli nazywać Teraźniejszością. Oczywiście, zmieniło to historię: wybuchło parę wojen mniej, żyło parę dinozaurów więcej i tak dalej, ale ogólnie rzecz biorąc, cały epizod minął zadziwiająco spokojnie.
Rincewind próbował wypchnąć z umysłu to wspomnienie, ale ono najwyraźniej świetnie się tam czuło, terroryzowało innych mieszkańców i kopało meble.
Niejaki Moist von Lipwig, po sukcesach na stanowisku głównego poczmistrza, w ekstraordynaryjnych okolicznościach otrzymuje propozycję zarządzania Królewskim Bankiem i Mennicą w Ankh-Morpork. Propozycja kusząca, ale już na wstępie mnożą się problemy. Główny kasjer wygląda na wampira, w piwnicach Igor z Hubertem budują tajemniczą machinę która nazywają Chluperem, w mennicy okazuje się że produkcja monet kosztuje więcej niż są one warte, a na dodatek codziennie trzeba wyprowadzać prezesa na spacer. Sprawy nie ułatwia też fakt, że sam Lipwig to były oszust, a w tych okolicznościach jego mroczna przeszłość jest o krok od ujawnienia.
Nie nazwałbym się jakimś wielkim fanem Pratchetta, czytałem w życiu kilka tomów, ale to tak od przypadku do przypadku z różnych serii - ot co wpadło w ręce. Z tym bohaterem jeszcze się nie spotkałem, ale z miejsca zaskarbił sobie moją sympatię. Książka
zdecydowanie jedna z lepszych z tych które czytałem. Mamy wszystko z czego słynie Świat Dysku - specyficzny humor, świetne postacie i trzymającą w napięciu fabułę. Serdecznie polecam, a na zakończenie podaję przepis na kanapki wykonywane przez Golema, w sam raz na tag #uuk
"Zabrzmiało dyskretne pukanie do drzwi i weszła Gladys. Z najwyższą ostrożnością niosła tacę kanapek z szynką, bardzo, bardzo cienkich, jak tylko Gladys potrafiła robić - wkładała jedną szynkę między dwa bochenki chleba i bardzo mocno przyciskała swoją dłonią wielkości łopaty.
- Domyśliłam Się, Że Nie Jadł Pan Drugiego Śniadania, Poczmistrzu - zadudniła.
- Dziękuję Ci, Gladys - Moist otrząsnął się w myślach
(...)
Kiedy wyszła, Moist wyjął z szuflady biurka pęsetę, rozłożył kanapkę i zaczął wyciągać z niej kawałki kości, będące skutkiem stosowanej przez Gladys techniki młota parowego.
Idę po kolei. Jestem już po 8 tomie. Straż straż. Świat ankh jest super, ale coś czuję, że muszę zrobić sobie odskocznię. Podziwiam tych, którzy ciągiem idą 50 sztuk.
Powiem Ci, że teraz jak czytam Kolor magii i co jakiś czas natrafiam na znajomy fragment i mogę go zobaczyć w szerszym kontekście to całkiem przyjemnie się czyta po tych Twoich 'spojlerach'
(Ze względu na wysokie natężenie otaczającego Dysk pola magicznego, samo światło porusza się tam z prędkością poddźwiękową. Ta interesująca właściwość została pożytecznie wykorzystana, na przykład przez lud Sorca z Wielkiego Nefu. Przez stulecia konstruowali oni delikatne i skomplikowane tamy, a doliny wykładali polerowaną miką, by schwytać powolne słoneczne światło i jakby zmagazynować je. Migotliwe rezerwuary Nefu, przelewające się po kilku tygodniach słonecznej pogody, stanowią z powietrza widok doprawdy wspaniały. Pechowo się zatem złożyło, że Dwukwiat i Rincewind jakoś nie spojrzeli w tamtą stronę.)
Hrun patrzył jej w oczy i myślał o swym dotychczasowym życiu. Nagle odniósł wrażenie, że pełne było długich nocy przesypianych pod gołym niebem, zaciętych walk z trollami, strażą miejską, niezliczonymi bandytami i złymi kapłanami, a także, przynajmniej trzykrotnie, z prawdziwymi półbogami. I po co to wszystko? Trzeba przyznać, że zdobył całkiem spore skarby... ale co się z nimi stało? Ratowanie uwięzionych dziewic dawało przelotne korzyści, ale na ogół kończyło się tym, że lokował je w jakimś mieście z niezłym posagiem. Głównie dlatego, że po pewnym czasie nawet wyjątkowo zgodna eks-dziewica stawała się zaborcza i nie wykazywała zrozumienia dla jego wysiłków, by ocalić jej siostry w nieszczęściu. Krótko mówiąc, życie dało mu niewiele ponad reputację i pajęczynę blizn.
Terry Pratchett, Kolor magii
#uuk
------------
Ogłoszenie!
Śpieszę zawiadomić z tygodniowym opóźnieniem (xD) że tag #uuk przebił 150 obserwujących!
Na krótkich dystansach stworzenie dwunogie zwykle potrafi wyprzedzić stworzenie czworonogie, a to z powodu czasu, jaki zajmuje czworonogowi zorientowanie się w tych wszystkich nogach. Jest to fakt bez wątpienia prawdziwy, choć niezbyt powszechnie znany.
– Przedłużasz tylko walkę, barbarzyńco. Dlaczego się nie poddasz? Spaliłem już mnóstwo ludzi; zapewniam cię, że to wcale nie boli – zawołał Liartes, spoglądając kątem oka na krzewy.
– Byłem kiedyś wyjątkowo potężnym magiem. Oczywiście, córka mnie otruła. W naszej rodzinie to powszechnie uznana metoda przejęcia władzy. Ale... – Zwłoki westchnęły, a przynajmniej westchnienie rozległo się w powietrzu kilka stóp nad nimi. – Wkrótce stało się jasne, że żadne z trójki moich dzieci nie jest dostatecznie silne, by zwyciężyć pozostałych dwoje i zapanować w Zmokbergu. Nieprzyjemna sytuacja. Takie królestwo jak nasze musi mieć jednego władcę. Postanowiłem więc pozostać przy życiu, nieoficjalnie, ma się rozumieć. Niezwykle ich to irytuje. Nie dam moim dzieciom satysfakcji pochowania mnie, póki do spełnienia tej ceremonii nie zostanie tylko jedno.
– No cóż – wyjaśnił głos. – Rozumiesz, jednym z problemów bycia martwym jest uwolnienie z więzów czasu. Tym samym, potrafię równocześnie dostrzec wszystko, co się wydarzyło bądź wydarzy. Chociaż wiem, oczywiście, że z praktycznego punktu widzenia Czas nie istnieje.
– To chyba niezbyt wielki problem.
– Tak sądzisz? Wyobraź sobie, że każda chwila jest równocześnie odległym wspomnieniem i paskudną niespodzianką, a zrozumiesz, o co mi chodzi. (...)
Zapewne w tym miejscu granica pomiędzy myślą a rzeczywistością jest nieco rozmyta. Wiem tylko, że kiedyś mnie nie było, a potem pomyślałeś mnie i już byłem. Zatem, naturalnie, jestem na twoje rozkazy.
@moll teraz jakbym był w takim miejscu to bym miał dookoła siebie orientalny pałac, 10 kobiet by tańczyło taniec brzucha, z tyłu gdzieś by się leniwie lampart przeciągał a ja bym tak jak teraz sobie pomarańcze jadł, ehh...
Hrun podłubał w uchu i z roztargnieniem obejrzał palec.
– No... – stwierdził. – Pewnie za chwilę otworzą się drzwi i strażnicy zaciągną mnie na jakąś arenę w świątyni. Pokonam tam parę gigantycznych pająków albo niewolnika z dżungli Klatchu mającego z osiem stóp wzrostu. Potem ocalę jakąś księżniczkę, przeznaczoną na ofiarę, zabiję kilku strażników albo co, a ta dziewczyna pokaże mi tajemne wyjście. Zdobędziemy parę koni i uciekniemy ze skarbem.
Hrun wsparł głowę na splecionych dłoniach i zapatrzył się w sufit, pogwizdując fałszywie.
@Mr.Mars W świecie dysku występuje magiczny pierwiastek "narrativum" który generując pole magiczne „mówi” obiektom, czym mają być - w tym wypadku Hrun ma być barbarzyńcą, a więc czekają go przygody jak dla barbarzyńcy.
– Proszę o uwagę – zawołał Lio!rt. Odebrał od któregoś z jeźdźców coś długiego i owiniętego czerwonym jedwabiem. – Walczymy do ostatniej krwi – dodał. – Twojej.
– I pewnie będę wolny, jeśli zwyciężę? – upewnił się Rincewind, choć bez wielkich nadziei.
Lio!rt skinieniem głowy wskazał stojących dookoła jeźdźców.