Las Skund istotnie był zaczarowany, co na Dysku nie jest niczym niezwykłym. Był to również jedyny las w całym wszechświecie, zwany – w miejscowym języku – Twój Palec, Durniu. To dokładnie oznacza słowo Skund.
@moll Żona czyta potomstwu Eryka na dobranoc. Doszła odruchowo do kawałka o książkach o seksie tantrycznym, i dopiero się kapneła. "eee, może to jednak za trudne, dużo skaplikowanych słów"
Trymon ostrożnie przewracał kartki. Nie miał zdolności do języków. Zawsze uważał, że są mało efektywne i należałoby je zastąpić jakimś łatwym do zrozumienia systemem numerycznym.
To miejsce budziło lęk [biblioteka NU]. Wiele ksiąg było magicznych, a nie wolno zapominać, że grimoire’y byłyby śmiertelnie groźne w rękach bibliotekarza, który dba o porządek. Dlatego mianowicie, że z pewnością próbowałby je ustawić na jednej półce. Nie jest to dobry pomysł przy książkach, z których wycieka magia. Więcej niż jedna, najwyżej dwie obok siebie tworzą Czarną Masę Krytyczną. W dodatku wiele pomniejszych zaklęć jest bardzo wybrednych w kwestii sąsiadów, a niezadowolenie wyrażają zwykle, ciskając swe księgi po całej sali. I oczywiście zawsze trwa na wpół wyczuwalna obecność stworów z Piekielnych Wymiarów, które gromadzą się wokół magicznych przecieków i bezustannie sprawdzają szczelność murów rzeczywistości.
Słońce wzeszło wyżej, tocząc się przez opary i dym niby zerwany balon.
Oddział Straży siedział w cieniu komina, czekał i na różne sposoby zabijał czas. Nobby w zadumie badał zawartość dziurki w nosie, Marchewa pisał list do domu, a sierżant Colon się martwił.
Po chwili przesunął się trochę i na głos wypowiedział swoje wątpliwości.
— Coś mi przyszło do głowy.
— Co takiego, sierżancie? — zainteresował się Marchewa. Sierżant Colon zrobił zbolałą minę.
— No… A jeśli to nie jest szansa jedna na milion? Nobby spojrzał na niego zdziwiony.
— Co pan ma na myśli?
— No wiecie, prawda, rzeczywiście ostatnia rozpaczliwa szansa jedna na milion zawsze się sprawdza, to fakt, jasna sprawa, ale… Zasada jest bardzo, jak jej tam, szczegółowa. Jest?
— Pan wie lepiej.
— A jeśli to szansa tylko jedna na tysiąc?
— Co?
— Czy kto słyszał, żeby szansa jedna na tysiąc się sprawdziła? Marchewa podniósł głowę znad listu.
— Niech pan nie żartuje, sierżancie — powiedział. — Nikt jeszcze nie widział, żeby spełniła się szansa jedna na tysiąc. Szansa na to jest jak,… — Bezgłośnie poruszył wargami. — Jak jeden do milionów.
— Tak. Milionów — zgodził się Nobby.
— Czyli uda się tylko wtedy, kiedy mamy szansę dokładnie jedną na milion — podsumował sierżant.
— Chyba rzeczywiście — przyznał Nobby.
— Zatem, na przykład, dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset czterdzieści trzy do jednego… Marchewa pokręcił głową.
— To beznadziejne. Nikt jeszcze nie powiedział: to szansa jedna na dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset czterdzieści trzy, ale może się udać.
Spoglądali na miasto, pogrążeni w gorączkowych obliczeniach.
— To może być prawdziwy problem — stwierdził po chwili Colon.
Marchewa zaczął pisać coś gorączkowo. Zapytany wyjaśnił dokładnie, jak należy obliczyć łączną powierzchnię smoka, a następnie ocenić szansę, że strzała trafi w konkretne miejsce.
— W takim razie szansa jest o wiele większa niż jeden do miliona — stwierdził Marchewa. — Może nawet jedna na sto. Jeżeli smok leci wolno, a czułe miejsce jest duże, może sięgnąć niemal pewności. Colon poruszał wargami, wypróbowując w myślach brzmienie zdania „To prawie pewne, ale może się udać”. Pokręcił głową.
— Nie.
— W takim razie musimy… — oświadczył wolno Nobby — …poprawić nasze szansę.
* * *
(...)
* * *
Oddział ocenił swoje wysiłki.
— No dobra — rzekł Nobby. — Jaka jest szansa, że trafi smoka w czułość człowiek stojący na jednej nodze, w hełmie włożonym tyłem do przodu i z chusteczką w ustach?
— Mmf — powiedział Colon.
— Bardzo mała — przyznał Marchewa. — Myślę, że z chusteczką trochę przesadziliśmy. Colon wypluł ją.
— Decydujcie się szybko — poradził. — Noga mi drętwieje.
* * *
(...)
* * *
Nobby przechylił głowę.
— Wygląda obiecująco — ocenił krytycznie. — Chyba mamy to, o co chodzi. Szansa, że człowiek z twarzą umazaną sadzą, z wysuniętym językiem i śpiewający Pieśń o jeżu trafi smoka w czułe miejsce będzie jakaś… Jak myślisz, Marchewa?
— Myślę, że jedna na milion.
Colon spojrzał na nich podejrzliwie.
— Chłopcy, nie nabieracie mnie chyba, co?
* * *
(...)
* * *
Colonowi drżały ręce. Miał wrażenie, że smok celuje mu prosto w gardło, że leci szybko, za szybko… — To jest to! — zawołał Marchewa. Spojrzał jeszcze przelotnie w stronę Osi, na wypadek gdyby bogowie zapomnieli o swoich obowiązkach. Po czym dodał, powoli i wyraźnie:
— To szansa jedna na milion, ale może się udać!
— Niech pan strzela! — wrzasnął Nobby.
— Wybieram odpowiednie miejsce, mój chłopcze. Wybieram miejsce — bełkotał Colon. — Nie martwcie się, chłopcy, mówiłem przecież, że to moja szczęśliwa strzała. Strzała pierwszej klasy, nie ma co, mam ją od dzieciństwa, zdziwilibyście się, gdybym wam powiedział, do czego nią strzelałem, nie ma się o co martwić…
Urwał, a koszmar zbliżał się do niego na skrzydłach grozy.
— Tego… Marchewa — szepnął słabym głosem.
— Słucham, sierżancie?
— Czy twój dziadek nie wspomniał ci przypadkiem, jak wygląda takie czule miejsce?
I wtedy smok już się nie zbliżał, tylko był, sunął nad ich głowami — lśniąca mozaika łusek, przesłaniająca całe niebo.
Wspomniano już, że bractwem magów wstrząsały w tym czasie dyskusje na temat metod praktykowania czarów.
Szczególnie młodsi magowie powtarzali, że sztuka czarnoksięska powinna zmienić swój wizerunek. Dość już zabaw z kawałkami wosku i kości. Należy wszystko odpowiednio zorganizować, uruchomić programy badawcze i trzydniowe konferencje w dobrych hotelach, gdzie uczestnicy mogliby wygłaszać referaty, jak choćby „Dokąd zmierza geomancja” albo „Rola butów siedmiomilowych w społeczeństwie opiekuńczym”.
(...) w Głównym Holu, ośmiu najpotężniejszych magów na Dysku stanęło w ramionach ceremonialnego oktogramu. Prawdę mówiąc, nie byli chyba najpotężniejsi, posiadali jednak niezwykłe zdolności przetrwania, co w pełnym współzawodnictwa świecie magii wychodzi praktycznie na to samo. Za każdym magiem ósmego stopnia stało przynajmniej pół tuzina magów stopnia siódmego, którzy próbowali zrzucić go ze stanowiska. Dlatego u poważnych czarowników rozwijała się swego rodzaju podejrzliwość wobec, dajmy na to, skorpionów znajdowanych w łóżku. Stare przysłowie podsumowuje to następująco: kiedy mag ma już dość szukania tłuczonego szkła w jedzeniu, ma już dość życia.
– No cóż... Niektórzy twierdzą, że Stwórca Wszechświata zrobił Dysk i wszystko, co się na nim znalazło. Inni uważają, że to bardzo skomplikowana historia, w której ważną rolę grają jądra Boga Niebios i mleko Niebiańskiej Krowy. Jeszcze inni przekonują, że powstaliśmy wszyscy dzięki absolutnie przypadkowej koncentracji cząstek prawdopodobieństwa. Ale jeśli pytasz, dlaczego jesteśmy tutaj, zamiast spadać z Dysku... nie mam bladego pojęcia. Pewnie zaszła jakaś straszliwa pomyłka.
Wtem coś zadrżało w powietrzu i nastąpiło zjawisko, które później opisał jako „coś w rodzaju jakby eksplozji, tylko na odwrót, rozumiecie”. I nagle tam, gdzie przedtem niczego nie było, pojawiła się duża, poobijana, drewniana skrzynia.
Wylądowała ciężko na kupie liści, wysunęła dziesiątki małych nóżek i odwróciła się niezgrabnie, by spojrzeć na szamana. To znaczy, nie miała wprawdzie twarzy, ale nawet wśród grzybowej mgiełki młody człowiek był przeraźliwie pewien, że skrzynia mu się przygląda. I to nie z sympatią. Zadziwiające, jak złośliwie może wyglądać dziurka od klucza i kilka otworów na sznury.
@moll aż mi się przypomniało jak grałem w Minecrafta na modach i ktoś zrobił w pełni działający bagaż, łącznie z tymi małymi nóżkami, nawet sam przedmioty zbierał 😁
[Dwukwiat]Był turystą, pierwszym z gatunku, który na Dysku ewolucja miała dopiero stworzyć. Podstawę jego istnienia stanowiło niewzruszone przekonanie, że nic złego nie może mu się przytrafić... ponieważ on się nie miesza. Wierzył także, że każdy może zrozumieć, co się do niego mówi, pod warunkiem że mówi się głośno i powoli. Jak również że ludzie są generalnie godni zaufania i że między ludźmi dobrej woli można rozwiązać każdy problem, jeśli tylko będą kierowali się rozsądkiem.
Pozornie dawało mu to szansę przetrwania minimalnie mniejszą niż, powiedzmy, śledzia w mydlinach. Jednak ku zdumieniu Rincewinda wszystko to zdawało się sprawdzać. Całkowite lekceważenie wszelkich zagrożeń sprawiało jakoś, że zagrożenia zniechęcały się, rezygnowały i znikały.
Jakąś wskazówkę dotyczącą sensu tych zdarzeń można dostrzec w fakcie, że Rincewind stwierdził, iż wcale nie kona, ale zwisa głową w dół z gałęzi sosny. I to w chwili, gdy jego przeszłe życie dotarło właśnie do całkiem interesującego fragmentu, kiedy miał piętnaście lat. (...) Leżał tam nieruchomo, dyszał ciężko i żałował, że nie był lepszym człowiekiem.
Poza tym było w Trymonie coś niepokojącego. Nie palił i pił wyłącznie przegotowaną wodę. Galder żywił niemiłe podejrzenie, że jest sprytny. Nie uśmiechał się zbyt często, lubił liczby i przedziwne schematy struktur organizacyjnych, na których była masa kwadracików i strzałek wskazujących inne kwadraciki. Krótko mówiąc, był takim człowiekiem, który potrafi użyć słowa „personel” i nie żartować.
@moll Coś w tym jest, nie raz w robo mi się zmieniał szef, przyszedł, przedstawił się i zaczyna "cośtam cośam zczallendżować coś tam cośtam deliwery cośtam cośtam asapem cośtamcośtam nasze risursy"
Ciężko brać było na poważnie, tera jest dyrektorem i do dziś mnie w duszy jego skorpolenie śmieszy
"Besides, there was something disquieting about young Trymon. He didn’t smoke, only drank boiled water, and Galder had a nasty suspicion that he was clever. He didn’t smile often enough, and he liked figures and the sort of organisation charts that show lots of squares with arrows pointing to other squares. In short, he was the sort of man who could use the word ‘personnel’ and mean it"
@CzosnkowySmok nie, mamy do czynienia z podejściem korporacyjnym, a tam członków masz na samym szczycie, reszta to personel, albo zasoby ludzkie, co by zachować humanistyczne przesłanki i odpowiedzialność społeczną xD
– Niech to... – mruknął Galder. – W końcu po co jestem magiem? Aviento, thessalous! Będę latał! Do mnie, duchy powietrza i ciemności!
Wyciągnął pomarszczoną dłoń i wskazał fragment pokruszonego parapetu. Spod poplamionych nikotyną palców strzelił oktarynowy płomień i uderzył o nadgniły kamień w górze.
Kamień runął. Dzięki precyzyjnie wyliczonej wymianie pędów Galder uniósł się w górę, a nocna koszula trzepotała mu wokół chudych nóg. Wyżej, wciąż wyżej wzlatywał, pędząc przez bladą poświatę niczym... no dobrze, niczym podstarzały, ale potężny mag, unoszony dzięki mistrzowskiemu pchnięciu kciukiem wagi wszechświata.
Za panowania Olafa Quimby II, Patrycjusza Ankh, wydano odpowiednie prawa ograniczające użycie tego typu wyrażeń i wprowadzające do opowieści pewną dokładność. Stąd też, gdy legenda mówiła o znanym bohaterze, że „wszyscy sławili jego męstwo”, każdy ceniący swe życie bard dodawał szybko: „z wyjątkiem kilku osób z rodzinnej wioski, które uważały go za kłamcę, oraz tych – a było ich niemało – którzy wcale o nim nie słyszeli”. Poetyckie metafory zostały ściśle ograniczone do sformułowań typu: „jego wspaniały rumak był chyży jak wiatr w dość spokojny dzień, powiedzmy – wiatr o sile trzech stopni”. Każda przypadkowa uwaga o pięknolicej, której twarz tysiąc okrętów wyprawiła w morze, musiała zostać poparta dowodem, że obiekt pożądania istotnie przypomina butelkę szampana.
(...) Ankh-Morpork, największe miasto na ziemiach wokół Okrągłego Morza, spało.
To zdanie nie jest całkiem prawdziwe.
Z jednej strony ci obywatele miasta, którzy zwykle zajmują się, na przykład, sprzedażą warzyw, podkuwaniem koni, rzeźbieniem wyszukanych ozdób z nefrytu, wymianą pieniędzy czy produkcją stołów – ogólnie rzecz biorąc, spali. Chyba że cierpieli na bezsenność. Albo wstali nocą – co się zdarza – żeby wyjść do toalety. Z drugiej strony wielu mniej praworządnych mieszkańców było całkiem przytomnych i – na przykład – przechodzili przez cudze okna, podrzynali gardła, toczyli ze sobą bójki i w ogóle znacznie lepiej się bawili. Spała za to większość zwierząt, z wyjątkiem szczurów. I nietoperzy, ma się rozumieć.(...)
Obywateli Dysku z pretensjami do wyższej kultury zawsze irytowała myśl, że rządzą nimi bogowie, dla których przykładem wzniosłego przeżycia artystycznego jest dzwonek do drzwi z melodyjką.