W tym wpisie opowiem o jednej z nielicznych górskich wypraw, na które udało się wybrać mojemu rodzeństwu i mnie w komplecie. Zapraszam na #piechurwedruje
---------
Szczyt: Łopień (Beskid Wyspowy)
Data: 3 stycznia 2021 (niedziela)
Staty: 14.5km, 4h30, 600m przewyższeń
Nowy Rok ledwo się zaczął, ale człowieka już nosiło. Rozpoczęło się sprawdzanie warunków pogodowych, możliwych do przejścia tras, poszukiwanie szczytów, na których się jeszcze nie było. Jak się okazało, nie byłem jedynym, który myślał w tym czasie o górach - w sobotę zadzwoniła do mnie siostra z propozycją uderzenia na szlak. Po szybkiej konsultacji z żoną potwierdziłem chęć wyjścia.
Ekipa uzbierała się konkretna i poza siostrą poszli jeszcze: córka jej partnera wraz ze swoją kuzynką, brat oraz dwójka jego znajomych z psiakiem. Auta zostawiliśmy przy ulicy Kościelnej w Tymbarku (chyba, nie pamiętam dobrze) i ruszyliśmy w trasę.
Mróz dopisywał i szczypał w policzki, ale szybko rozgrzaliśmy się żwawym marszem. Śniegu było jednak tyle co na lekarstwo i szło się głównie po jego zlodowaciałych resztkach oraz ściętych zimnem grudach błota. Nie wziąłem ze sobą raczków, ale jakoś dało radę bez nich iść. Czarny szlak prowadził lasem, pnąc się bezpardonowo w górę. W którymś momencie trochę się zagalopowaliśmy i zboczyliśmy z niego, ale dzięki GPS wkrótce wróciliśmy na właściwą ścieżkę.
Humory dopisywały, dużo rozmawialiśmy i czas mijał szybko. Doszliśmy do polany Cechówka, przy której znajdowała się ambona leśna, więc rzecz jasna kilkoro z nas weszło na nią, żeby zobaczyć okolicę z innej perspektywy. Niebawem minęliśmy także polanę Myconiówkę i dotarliśmy na rozległą polanę Jaworze, gdzie znajduje się szczyt.
Kawałek za nią znajdowało się miejsce widokowe, z którego podziwialiśmy widok na Ćwilin, Śnieżnicę i Lubogoszcz. Następnie zrobiliśmy krótką przerwę na herbatę i czekoladę przy jednej z dostępnej na szczycie ław. Po uzupełnieniu zapasów energii ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę przełęczy Rydza-Śmigłego. W ogóle nie pamiętam tego odcinka, więc pewnie nie działo się nic wyjątkowego.
Z przełęczy udaliśmy się w kierunku Tymbarku czerwonym szlakiem, który przez około 3.5km prowadził ulicą. W miejscu nazwanym Świstak odbiliśmy w szlak żółty, który na szczęście skręcał w las i w taki sposób znaleźliśmy się ponownie przy samochodach. Bardzo fajne rozpoczęcie Nowego Roku, polecam każdemu.
W poprzednim wpisie w #piechurwedruje było o ostatniej górskiej wyprawie z moją córą, więc teraz będzie o pierwszej.
---------
Szczyt: Łysica (Góry Świętokrzyskie)
Data: 24 sierpnia 2020 (poniedziałek)
Staty: 4km, 1h30, 250m przewyższeń
Mysza miala już prawie 7 miesięcy i dalsze wyjazdy zaczęły być w zasięgu naszych rąk: znosiła dobrze dłuższą jazdę i spała bez problemu w łóżeczku turystycznym, co testowaliśmy kilka razy jadąc do rodziców żony w odwiedziny. Sezon wakacyjny chylił się ku końcowi i rozglądaliśmy się za miejscem, gdzie moglibyśmy spędzić kilka dni.
Nasz wybór padł na Kielce. Kilkoro znajomych śmiało się z nas i pukało w głowy zastanawiając się, co też będziemy robić u scyzoryków. Do tej pory tego nie rozumiem, bo miasto i jego okolice są na prawdę fajne, a dla chcącego nic trudnego w znalezieniu czegoś ciekawego. W planach mieliśmy zwiedzenie Muzeum Wsi Kieleckiej, odwiedzenie zamku w Chęcinach, wejście na Łysą Górę i zobaczenie klasztoru Święty Krzyż, spacer do rezerwatu Kadzielnia, czy wreszcie wejście na Łysicę, która jest najniższą górą zdobywaną w ramach #koronagorpolski. Jak widać, atrakcji sporo, a wszystkie nadające się na realizację z małym brzdącem.
Trzeciego dnia od przyjazdu wyjechaliśmy do miejscowości Święta Katarzyna, gdzie zostawiliśmy auto na przykościelnym parkingu. Zapakowałem młodą w chustę i ruszyliśmy w stronę wejścia do Puszczy Jodłowej, znajdującej się na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Zarówno wiązanie chusty jak i przyzwyczajanie do niej Myszy testowaliśmy wcześniej w domu - nie było przed nią większych oporów.
Mimo tego, że był poniedziałek, ludzi było sporo. Wchodziliśmy połączonymi szlakami czerwonym i niebieskim. Trasa była łagodna, dobrze oznakowana. W wielu miejscach zrobione były stopnie, drewniane barierki oraz miejsca do siedzenia, także ktoś ładnie zadbał o ludzi starszych, którzy z pewnością gęsto tam przyjeżdżają.
Po drodze minęliśmy źródełko, a chwilę później drewnianą kapliczkę (była zamknięta, więc nie wiem jak wyglądała w środku). Dość szybko miarowe bujanie ukołysało Myszorka, który zasnął słodko oparty o poduszkę, którą dałem jej pod policzek.
Zanim się obejrzeliśmy, a byliśmy już na szczycie. Przybiliśmy pieczątkę, która dostępna była w klubowej skrzynce, i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Następnie tą samą ścieżką zeszliśmy do samochodu. Córa przespała praktycznie całą trasę, więc zakładam, że jej odpowiadała. Jakoś na wiosnę 2024 planuję odtworzyć tę samą drogę, tym razem z drugą Myszką w chuście, a pierwszą dreptającą obok.
Dzisiaj opowiem o wczorajszej wycieczce, póki pamięć świeża. Zachęcam do czytania i obserwowania tagu #piechurwedruje
---------
Szczyt: Luboń Wielki (Beskid Wyspowy)
Data: 30 października 2023 (poniedziałek)
Staty: 9km, 6h30, 570m przewyższeń
Plan na wyprawę zrodził się dzień wcześniej - akurat byłem u rodziców i okazało się, że tata ma następnego dnia wolne. Ja również wziąłem na ten dzień urlop i myślałem jak wykorzystać dobrą pogodę. Szybko przeszedłem w pamięci część tras w okolicy, na których już byłem, i stwierdziłem, że ta na Luboń Wielki będzie najlepsza pod względem kilometrów, przewyższeń i czasu.
W poniedziałek wstałem przed 6, przygotowałem prowiant i inne potrzebne rzeczy, a następnie obudziłem Mysz i przygotowałem ją do wyjścia. Pojechaliśmy po tatę i ruszyliśmy w stronę Rabki-Zarytego. W międzyczasie żona została w domu z mniejszym stworkiem.
Zaparkowaliśmy przy Lewiatanie na parkingu dla turystów (10 zł za dobę) i rozpoczęliśmy wycieczkę. Wejście zaplanowaliśmy szlakiem żółtym, czyli percią Borkowskiego. Krótka część trasy prowadziła przy ulicy, ale dość szybko skręciła w górę. Pogoda była wspaniała, temperatura odpowiednia i ostatecznie zostaliśmy w samych podkoszulkach. Droga szybko zrobiła się błotnista i Mysz wykorzystała okazję, żeby się w to błoto wywalić, także już od początku wycieczki wyglądała jak mała świnka.
Już niedługo błoto zostało przykryte liśćmi i szło się znacznie lepiej. Trasa prowadziła przy rozległym polu, z którego można było podziwiać widoki na okoliczne góry. Barwy dostępne wokół nasączały nam oczy intensywnymi odcieniami żółci i pomarańczy. Na skraju lasu była ława, przy której zrobiliśmy krótką przerwę (nie licząc wcześniejszych Myszowych postojów).
Weszliśmy do lasu i rozpoczęliśmy zdobywanie wysokości. Na razie, oprócz błota, droga nie sprawiała żadnych problemów. Tylko młoda wpadła w tryb zaciętej płyty powtarzając, że się nudzi, bolą ją nóżki itp. Na szczęście las oferował na tyle dużo elementów odwracających uwagę, że jakoś udawało się iść do przodu.
Od pewnego momentu trasa zmieniła się odczuwalnie - nachylenie zwiększyło się, a na drodze pojawiły się duże głazy. Córce coraz bardziej plątały się nóżki, więc cały czas szliśmy za rękę. Wkrótce dotarliśmy na ten rezerwatu Luboń Wielki, który olbrzymimi głazami był już usiany. Powoli wchodziliśmy coraz wyżej, aż naszym oczom ukazała się główna atrakcja szlaku, czyli największe gołoborze Beskidu Wyspowego.
Na ogromnym skałach zrobiliśmy dłuższą przerwę na posiłek, a także ubraliśmy się w bluzy, bo wiatr zaczął być bardziej odczuwalny. Następnie rozpoczęliśmy wspinaczkę. Klimat był świetny, kolory wspaniałe, widać też było Tatry skąpane w chmurach. Trasa dała mi jednak po głowie, bo ciężko mi było zachować równowagę trzymając cały czas Myszę za rękę i uważając, gdzie stawia kroki, jednocześnie samemu nie patrząc pod nogi. Ten etap trochę nas spowolnił i mimo, że daliśmy radę, nie wiem czy poleciłbym go osobom z małymi dziećmi. Co prawda minęła nas dwójka innych dzieciaków, jednak trochę starszych od mojej córy, która dopiero w przyszłym roku kończy 4 lata.
Malowniczość i różnorodność trasy nie skończyła się jednak na gołoborzu. Zaraz za nim wkroczyliśmy w piękny las złożony w głównej mierze z wysokiej buczyny karpackiej. Widać go dobrze z samego dołu góry, zwłaszcza jesienią, bo tworzy rdzawą plamę przy szczycie. Tutaj również czekała nas wspinaczka stromo pod górę - noga nie jeden raz mi się ześlizgnęła, ze względu na wysoką sypkość podłoża. Był to jednak ostatni ostrzejszy moment i za nim droga już się wypłaszczała.
Tak dotarliśmy do schroniska na Luboniu Wielkim. Przed wejściem do niego jest mała drewniana platforma, z której można podziwiać szczyty m.in. najbliżej położony Szczebel czy Lubogoszcz. W schronisku zjedliśmy pyszną szarlotkę na ciepło z bitą śmietaną, przybiliśmy pieczątki (to już trzeci szczyt młodej w tym roku), po czym ruszyliśmy w drogę powrotną do samochodu.
Schodziliśmy niebieskim szlakiem, który przez pierwszy etap był usiany kamieniami. Nie szło się zbyt komfortowo, zwłaszcza komuś z bardzo małymi stopami. Mysz trochę się złościła, ale i tak była dzielna i wytrzymała. Wkrótce jednak zrobiło się znośniej i tempo mieliśmy względnie szybkie. Las wyglądał przepięknie, dzięki czemu droga zyskała wiele uroku - gdy wchodziłem nią rok wcześniej w lecie nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Aż ciężko uwierzyć, że trasy, które biegną na ten sam szczyt niemal równolegle do siebie, tak bardzo się różnią.
Im niżej, tym więcej było błota ze względu na przecinające ścieżkę strumyki. Na szczęście w niektórych momentach dało się iść poboczem. W końcu dotarliśmy do samochodu, zapłaciliśmy za parking i odjechaliśmy. W drodze powrotnej wykończony Myszor odleciał nawet nie wiem kiedy.
Podsumowując: trasa, która według map zajmuje przeciętnemu turyście 2h40, nam pochłonęła 6h30. Mój standardowy przelicznik trochę mnie zawiódł, ale głównie przez to, że nie wziąłem pod uwagę błota oraz tego, jak bardzo spowolni nas wychodzenie po dużych głazach, gdzie musiałem dobrze asekurować córkę. Perć Borkowskiego polecam każdemu, jest niesamowita i chyba nie ma takiej drugiej trasy w Beskidzie Wyspowym.
Zapraszam na #piechurwedruje , w którym opiszę jedną z tras, którą można wejść na najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego.
---------
Szczyt: Mogielica (Beskid Wyspowy)
Data: 27 lipca 2019 (sobota)
Staty: 15km, 5h30, 850m przewyższeń
Lato było ciepłe i nawet nie tak deszczowe, więc w głowie pojawił się pomysł na wykorzystanie sprzyjających warunków pogodowych. Żona była już w 3 miesiącu ciąży, ale czuła się całkiem nieźle, więc pomyśleliśmy o wypadzie w góry. Skonsultowaliśmy plany z ginekologiem, który nie widział przeszkód, także pozostało znalezienie odpowiedniej trasy.
Nasz wybór padł na Mogielicę, która jest jednym ze szczytów należących do #koronagorpolski . Była to pierwsza góra, którą miałem zdobyć w ramach klubu, do którego zapisałem się miesiąc wcześniej. Do wycieczki dołączyli także kuzynka oraz brat.
Do Jurkowa, z którego startowaliśmy, dojechaliśmy około godziny 8:00. Sprawdziliśmy ekwipunek i ruszyliśmy w trasę. Pierwszym problemem okazało się odnalezienie, którędy biegnie szlak - początki zawsze wyglądają w ten sposób. Na szczęście napotkani mieszkańcy wskazali nam drogę i mogliśmy kontynuować.
Szliśmy szlakiem niebieskim, który prowadził cały czas pod górę. Ze względu na stan błogosławiony, w jakim była żona, nie forsowaliśmy się i tempo było raczej leniwe, także trasa nie była męcząca. Myślę, że idąc normalnym tempem możnaby się tam jednak trochę zmachać. Po drodze przechodziliśmy przez małą polanę, na której zdecydowaliśmy się zrobić krótką przerwę. I tak, powolutku i krok za krokiem, dotoczyliśmy się do rezerwatu Mogielica.
W kilku miejscach ścieżka prowadziła stromiej pod górę i te fragmenty były już jednak dla mojej żony wyzwaniem - zaczęła słabnąć, także robiliśmy częstsze przerwy i pilnowaliśmy, aby była najedzona i nawodniona. Ostatecznie dała sobie radę, ale z dzisiejszej perspektywy myślę, że lepiej było wybrać jakąś trasę o mniejszym nachyleniu.
Na szczycie wspięliśmy się na wieżę widokową, co dla dziewczyn okazało się być sporą trudnością ze względu na ich lęk wysokości, jednak przemogły strach i nie żałowały - widoki były tego warte. Od tamtej pory wieża przeszła remont i jej konstrukcja została wzmocniona, także śmiało można na nią wchodzić.
Po krótkiej przerwie na posiłek ruszyliśmy dalej. Byłem trochę niezadowolony, bo nie udało mi się przybić pieczątki do książeczki - nie wiedziałem, gdzie jest. Okazało się, że była w skrzynce na słupku z nazwą szczytu, czyli prawdopodobnie w najbardziej oczywistym miejscu. Nie wiem, co mnie wtedy przyćmiło, że jej nie zauważyłem.
Zaczęliśmy schodzić żółtym szlakiem prowadzącym przez rozległą Polanę Stumorgową. Widoki były piękne i szło się żwawo. Dotarliśmy do przełęczy pod Małym Krzystonowem, spod której znów czekał nas krótki fragment wchodzenia pod górę, jednak bez żadnych tragedii.
Niedaleko Krzystonowa na Polanie Wały jest baza namiotowa i postanowiliśmy pójść tam na chwilę zobaczyć jak wygląda. A wyglądała jak baza namiotowa. Zdobyłem tam pieczątkę, a następnie zielonym szlakiem zeszliśmy do miejscowości Półrzeczki, po drodze maczając stopy w płynącym obok strumieniu.
Z Półrzeczek do Jurkowa prowadziła już droga asfaltowa. Po prawie 3 kilometrach dotarliśmy do samochodu i odjechaliśmy w kierunku Krakowa. Byliśmy zadowoleni zarówno z wypadu, jak i z tego, że udało nam się spędzić razem czas. Jak się również okazało była to ostatnia wycieczka w góry mojej żony przed porodem, także tym bardziej cieszyliśmy się, że udało się na nią wybrać.
Pod ostatnim wpisem z #piechurwedruje padło pytanie o to, czy na odcinku pomiędzy Bulą a Rysami, gdzie na łańcuchach tworzą się kolejki, można ominąć je przechodząc obok szlaku. Napisałem w tej sprawie do TPN i poniżej wklejam odpowiedź, jaką otrzymałem. Dotyczy ona oczywiście także innych szlaków na terenie parku.
Wołam @mihaz, który pytanie zadał oraz @Pirazy, który zasugerował kontakt z TPN. Dzięki!
Wymijanie tworzących się na łańcuchach kolejek wiąże się z zejściem ze znakowanego szlaku turystycznego, który biegnie przy łańcuchach. Oprócz niestosowania się do regulaminu Parku, turyści wyprzedzający innych, powodują ogromne zagrożenie spuszczenia kamieni na tych, którzy są w dole - w wielu miejscach jest to teren osuwiskowy. Reasumując, należy iść wyznakowanym szlakiem, przy łańcuchach - aby zminimalizować ryzyko tworzenia się zatorów, najlepiej zarezerwować nocleg w schronisku i wyjść stamtąd o świcie lub udać się tam poza najwyższym sezonem.
W dzisiejszym wpisie będzie nostalgicznie. Zapraszam na #piechurwedruje
---------
Szczyty: Jaworzyna Krynicka (Beskid Sądecki)
Data: 18 września 2018 (wtorek)
Staty: 12.5km, 4h30, 670m przewyższeń
Mijał już miesiąc od mojego ślubu i w oczekiwaniu na podróż poślubną postanowiliśmy z żoną gdzieś się wyrwać na kilka dni. Udało mi się namówić ją na miejsce, które znaczy dla mnie bardzo dużo ze względów sentymentalnych i tak trafiliśmy do Krynicy-Zdroju.
Już jadąc tam miałem w planach odtworzenie trasy, którą praktycznie każdego roku przemierzałem z rodzeństwem i rodzicami, gdy ci zabierali nas na coroczne wakacje w Muszynie. Trzeciego dnia pobytu warunki były sprzyjające, więc złapaliśmy autobus i pojechaliśmy na Szczawnik, z którego rozpoczęliśmy wycieczkę.
Do schroniska pod Wierchomlą prowadzi szeroka droga, której pierwsza część pokrywa się z czerwonym szlakiem spacerowym. Taka właśnie jest ta trasa - spacerowa, w sam raz na rodzinne wycieczki z dziećmi. Droga nadaje się także do wjeżdżania rowerem, pamiętam, że kilka razy tak właśnie ją pokonywałem za młodu. Obok szumiał wartki potok, dookoła kołysały się drzewa, było miło i przyjemnie.
Mniej więcej dwa kilometry przed bacówką była Betlejemka, czyli mały drewniany domek, czy też wiata, w którym można się schować w przypadku deszczu. Tam szlak czerwony skręcał na Bukową, ale my poszliśmy dalej tą samą szeroką drogą i wkrótce dotarliśmy do schroniska, w którym odpoczęliśmy i podziwialiśmy widoki. Pogoda dopisywała, było ciepło, a po niebie plątały się nieliczne puchate chmury. Przy bacówce było dużo miejsca, było pole namiotowe, ławy do siedzenia i wyznaczone miejsca na ognisko.
W końcu ruszyliśmy dalej - najpierw niebieskim szlakiem na Runek, z którego odbiliśmy na czerwony prowadzący w kierunku Jaworzyny. Szło się pod górę, ale bez jakichś dramatycznych nachyleń, głównie lasem, z którego od czasu do czasu wychodziło się na polanki. Temperatura do marszu była wręcz perfekcyjna i nie zgrzaliśmy się w ogóle.
Tym sposobem dotarliśmy na Jaworzynę Krynicką. Przez chwilę nasyciliśmy oczy panoramą na okoliczne góry, po czym zdecydowaliśmy, że czas już wracać. Na szczycie znajduje się stacja kolei gondolowej i stwierdziłem, że fajnie będzie zjechać zamiast schodzić. Spod stacji dolnej do Krynicy wróciliśmy zielonym szlakiem prowadzącym przez przełęcz Krzyżową, zadowoleni z mile spędzonego czasu.
Zapraszam na szybkie podsumowanie okołomiejskich wycieczek z #piechurwedruje w cyklu #poradnikpiechura
---------
13. Wpis: Las Wolski
Wnioski:
W Lesie Wolskim w Krakowie są na prawdę fajne szlaki, które wcale nie prowadzą asfaltowymi alejkami. Z odpowiednią fantazją można zrobić 800 m przewyższeń - tyle co na normalnej wyprawie w Beskidy.
14. Wpis: Tyniec
Wnioski:
W mieście też można natknąć się na dziki
15. Wpis: Las Zabierzowski
Wnioski:
Nie ma to jak gorąca kawa o północy przy świetle księżyca.
16. Wpis: Nielepice
Wnioski:
Warto otworzyć mapy, zobaczyć co czai się w okolicy i pojechać to zobaczyć - można natknąć się na ciekawe miejsca, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia.
17. Wpis: Górka Pychowicka, Fort Bodzów
Wnioski:
Przy jakimkolwiek wyjściu dobrze dokładnie przeanalizować, co ciekawego można zobaczyć w okolicy planowanej trasy i po prostu tam pójść (np. zobaczyć kawerny).
Nie bagatelizować mokradeł, oznaczonych na mapach - można się nieźle naciąć.
W miejskich warunkach lepiej dokładnie przeanalizować trasę, bo może się okazać, że prowadzi przez teren prywatny.
18. Wpis: Las Wolski (Wolski Dół)
Wnioski:
Szlaki w Lesie Wolskim świetnie nadają się na spacery z dziećmi, nie są wymagające ani zbyt długie. Dodatkowo, oferują na prawdę świetny klimat (zwłaszcza szlak żółty prowadzący przez rezerwat Panieńskich Skał).
-------
Ogólnym wnioskiem niech będzie to, że całkiem blisko swojego miejsca zamieszkania można znaleźć ciekawe miejsca do pochodzenia, a radość, jaką z takich wypraw wyciągniemy, zależy głównie od naszego nastawienia.
W kolejnych wpisach wracam już do wycieczek stricte górskich. Do zobaczenia!
Dzisiaj znów Las Wolski, ale tym razem sam odcinek, który polecałem na spacer z dziećmi. Zapraszam na #piechurwedruje
---------
Miejsce: Las Wolski (Pomost Krakowski)
Data: 14 października 2023 (sobota)
Staty: 5.5km, 2h45, 170m przewyższeń
Był sobotni październikowy poranek, ale pogoda zapowiadała się letnia, także korzystając ze sprzyjających warunków postanowiłem pojechać na krótki spacer z Myszą. Po krótkich namowach zdecydowała się pojechać z nami również moja mama.
Początkowo planowałem wystartować z parkingu, który prowadzi do Zoo, lecz był on zajęty - duża część krakowian zdecydowała się spędzić prawdopodobnie ostatnie chwile ciepła w tym właśnie miejscu. Szybko poszukałem innego parkingu i tak udało nam się zostawić samochód na Woli Justowskiej, skąd rozpoczęliśmy wycieczkę.
Do ogrodu Zoologicznego biegnie żółty szlak, który prowadzi Wolskim Dołem, częściowo przez rezerwat Panieńskich Skał. Według mnie trasa na spacer z dzieciakami - ale nie tylko - jest po prostu fantastyczna. Idzie się jarem, klucząc wąską ścieżką między starymi, porośniętymi grubym mchem pniami. Drogę okalają piękne skały wapienne, również pokryte warstwą mchu. Oczy chłoną, umysł odpoczywa, dusza się raduje.
Praktycznie całą trasę można przejść samym dołem jaru, ale my zdecydowaliśmy się iść tak, jak prowadził szlak, który troszkę wije się dookoła. Mysz dreptała bez problemu, chociaż raz upadła potykając się o wystające korzenie. Na szczęście płacz szybko się skończył dzięki przechodzącemu nieopodal pająkowi, który skutecznie odwrócił jej uwagę.
Tak doszliśmy do północnego ogrodzenia Zoo, spod którego czerwonym szlakiem udaliśmy się na Kopiec Piłsudskiego. Jest tam mały placyk zabaw, przy którym dzieciaki mogą trochę poszaleć. Weszliśmy także na sam kopiec, ale wiało okrutnie, także nie zabawiliśmy tam długo.
Spod kopca zielonym szlakiem udaliśmy się do Panieńskich Skał, skąd żółtym szlakiem - tym samym co poprzednio - wróciliśmy do samochodu. Trasa łatwa, przyjemna, bezproblemowa, czasowo i odległościowo idealna na spacer z dziećmi. Co ciekawe, minęliśmy na niej ledwo kilka osób, więc wygląda na to, że jest z kategorii tych kameralnych (chociaż może to przez porę roku).
W tym wpisie z serii #piechurwedruje zapraszam do lasu i fortu.
---------
Miejsce: Górka Pychowicka, Fort Bodzów (Pomost Krakowski)
Data: 22/23 maja 2023 (poniedziałek/wtorek)
Staty: 13.5km, 3h45, 240m przewyższeń
Parę dni po mojej wycieczce do Nielepic zdzwoniliśmy się z tatą, żeby chwilę pogadać i tak, od słowa do słowa, stwierdziliśmy, że trzeba znowu wyskoczyć gdzieś razem. Popatrzyłem na mapę Krakowa w poszukiwaniu miejsca, gdzie jeszcze nie byłem i w ten sposób natknąłem się na uroczysko Górka Pychowicka.
Klasycznie już wieczorową porą podjechałem pod tatę i udaliśmy się w stronę Tyńca. Uroczysko znajduje się kawałek za Zakrzówkiem i auto trzeba zaparkować przy ulicy.
Naszym pierwszym celem były kawerny położone niedaleko wejścia do uroczyska. Nie było problemu z ich odnalezieniem. Niestety, jak zwykle przy tego typu miejscach, wejście do nich usłane było pustymi butelkami i innymi śmieciami. W środku było jednak super klimatycznie, zwłaszcza dzięki panującej na zewnątrz ciemności. Kawerny były obszerne i połączone wąskim korytarzem, a ja w każdym momencie spodziewałem się, że wyskoczą na mnie zbiry z Salamandry.
W dalszej części udaliśmy się na zachodnią część uroczyska. Ścieżki w nim dostępne nie są asfaltowe, na wyjście z wózkiem raczej się nie nadają, ale jest to dobry teren do spacerów np. z psem.
Miejsce, do którego zmierzaliśmy, było oznaczone na mapach jako mokradło, ale stwierdziliśmy, że nie może być tak źle. Weszliśmy na spulchnioną drogę i kontynuowaliśmy spacer. Wkrótce było jednak na niej coraz więcej kałuż, a my musieliśmy chodzić poboczem, w którym buty również powoli zaczynały się zapadać. Tak dotarliśmy do miejsca, w którym nie było opcji na dalszą wędrówkę - przed nami rozpościerało się bagno, a buty tonęły w błocie i wodzie. Nie uśmiechało nam się, żeby wracać, więc zamiast tego zaczęliśmy się przedzierać przez chaszcze i po zwalonych pniach przeszliśmy na drugą stronę.
Północną stroną uroczyska poszliśmy w stronę Górki Pychowickiej, ale tam też straciliśmy trochę czasu na odnajdywaniu dróżki, która była słabo wydeptana i zarośnięta. Z Górki udaliśmy się zobaczyć kolejne kawerny - odszukanie ścieżki, która do nich prowadziła, nie było łatwe. Same kawerny położone były w niecce i otoczone skałami, klimacik był całkiem ciekawy.
W końcu opuściliśmy teren uroczyska i poszliśmy w stronę Fortu Bodzów. Trasa, którą znalazłem na mapie, okazała się prowadzić przez teren kamieniołomu, także "trochę" na nielegalu przemknęliśmy szybko przez niego i przechodząc pod płotem znaleźliśmy się na właściwej drodze prowadzącej do fortu.
Teren był trochę rozjeżdżony, wydaje mi się, że przez quady i motory. Minęliśmy ruiny fortu i skierowaliśmy się do kaplicy pw. Matki Boskiej Częstochowskiej, przy której również znajdowała się kawerna, do której można było wejść. Ta droga była normalna, momentami prowadząca między drzewami, w kilku miejscach oferująca widoki na Kraków i klasztor Kamedułów.
Spod kaplicy wróciliśmy do Fortu Bodzów, pochodziliśmy trochę po jego ruinach, a następnie spróbowaliśmy odwiedzić pozostałe kawerny widoczne na mapach, niestety wejścia do wszystkich były zakratowane. Postanowiliśmy, że czas wracać, i tą samą drogą udaliśmy się do samochodu. Tym razem jednak, przechodząc przez teren kamieniołomu, uruchomiło się nagłośnienie i zostaliśmy poproszeni o jego szybkie opuszczenie, co też uczyniliśmy niezwłocznie.
Ogólnie wyprawa była raczej średnia pod względem jakościowym, ale wycisnęliśmy z niej wszystko, co można było wycisnąć, także pod tym względem byliśmy zadowoleni.
@Piechur Wszystko super, ale ta kawerna wywołuje u mnie niepokój i z moją klaustrofobią nie ma bata, żebym tam się dobrze czuł w nocy Otwarta przestrzeń w nocy za to bardzo na plus
Dzisiaj o krótkiej trasie w niewielkiej mieścinie, czy może raczej wsi. Zapraszam na #piechurwedruje
---------
Miejsce: Nielepice (Garb Tenczyński)
Data: 19 maja 2023 (piątek)
Staty: 10.5km, 2h15, 320m przewyższeń
Tamtego piątku poczułem w nogach, że trzeba je trochę rozruszać. Poszukałem szybko jakiegoś miejsca, w którym jeszcze nie byłem, i tak natknąłem się na miejscowość Nielepice. Pojechałem do niej o zmroku, gdy już udało mi się uśpić Mysz, i zostawiłem samochód na parkingu przy pętli autobusowej.
Zielonym szlakiem udałem się w stronę Bukowej Góry. Przez około 2 kilometry trzeba było iść chodnikiem i asfaltem pomiędzy domami, i oprócz bunkrów nie widziałem nic ciekawego.
W końcu dotarłem do lasu. Ścieżka do Bukowej Góry była ok, na początku nieco wąska, później rozszerzyła się już znacznie. Z góry udałem się, w dalszym ciągu zielonym szlakiem, do Pańskich Kątów - to zespół skalny z małą jaskinią wielkości psa. Po drodze minąłem małą polankę z wiatą, miejscami do siedzenia i tablicami zawierającymi informacje na temat leśnych zwierząt. Widać było, że miejscowość stara się jakoś ściągnąć do siebie turystów, także na plus.
Doszedłem do ulicy Ruczaj, z której odbiłem na niebieski szlak w ulicę Dębową. To był jedyny odcinek, który był trochę ostrzej nachylony. Trafiłem na skałę na Górze Dębowej, gdzie był mały punkt widokowy na okolicę. Dalsza droga na parking prowadziła jeszcze chwilę przez las, po czym znów zmieniła się w asfalt.
Zanim odjechałem, poszedłem jeszcze na chwilę na Skałę z Krzyżem. Fajne miejsce - oprócz ławeczek do siedzenia jest też miejsce na ognisko. Na samą skałę można także wyjść i stanąć pod samym krzyżem, spod którego rozpościera się ładna panorama.
Wróciłem w końcu do samochodu i pojechałem do domu. Wyprawa była krótka, ale satysfakcjonująca - odkryłem kolejne miejsce, do którego prawdopodobnie nigdy bym nie trafił, gdybym nie szukał szlaków w okolicy. Spróbuję pojechać tam w dzień z Myszą i zobaczyć, co ta miejscowość ma do zaoferowania gdy nie śpi.
W dzisiejszym #piechurwedruje kolejna porcja krakowskich okolic.
---------
Miejsce: Las Zabierzowski (Garb Tenczyński)
Data: 5/6 kwietnia 2023 (środa/czwartek)
Staty: 14km, 4h, 370m przewyższeń
Zakosztowaliśmy z tatą uroku odkrywania okołomiejskich tras, a jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia, także korzystając z dobrej pogody postanowiliśmy pochodzić troszkę na terenie Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego. Nasz wybór padł na Las Zabierzowski.
Z parkingu w Dolinie Grzybowskiej, w której zostawiliśmy samochód, udaliśmy się żółtą ścieżką dydaktyczną na Skałę Kmity. Jest tam fajny punkt widokowy z małą polanką. Skała jest okazała i wbity jest w nią duży krzyż. Ciszy się tam nie uświadczy, ponieważ poniżej przebiega droga.
Zrobiliśmy pętelkę i wróciliśmy na parking, z którego czerwoną ścieżką skierowaliśmy się do źródła Studzienki. Droga była asfaltowa, co i rusz przygotowane były ławeczki do odpoczynku. Niezłe miejsce na spacer z dziećmi w wózku lub naukę jazdy na rowerze.
Dotarliśmy do źródełka (kawałek mokrej ziemi), z którego wąską ścieżką między drzewami poszliśmy do bazy wojskowej. Droga szybko się rozszerzyła i już wkrótce zobaczyliśmy między gałęziami czerwoną kopułę radaru, nazywanego Zapałką. Nazwa bardzo adekwatna.
Przeszliśmy obok i asfaltową drogą udaliśmy się do zalanego kamieniołomu w Zabierzowie. Zanim tam jednak dotarliśmy zrobiliśmy przerwę na kawę, którą przygotowaliśmy sobie na kuchence turystycznej. Akurat wybiła północ, a zza chmur wyłonił się piękny, okrągły księżyc. Niesamowita synchronizacja, dzięki której kawa smakowała jeszcze lepiej i wspaniale nas rozgrzała.
Kamieniołom w Zabierzowie, do którego poszliśmy później, był całkiem fajnie zagospodarowany. Nie można w nim co prawda pływać, ale była mała piaszczysta plaża, dużo ławeczek, dwa miejsca na ognisko, wszystko nowe.
Z kamieniołomu, w dalszym ciągu czerwoną ścieżką dydaktyczną, poszliśmy już w stronę parkingu. Po drodze nie było zbyt ciekawie, może przez porę roku, bo drzewa jeszcze nie miały zbyt wielu liści. Myślę, że zimą (jeśli akurat spadnie śnieg) musi być tam urokliwie.
Dzisiaj w #piechurwedruje o krótkiej trasie po Tyńcu. Zapraszam!
---------
Miejsce: Tyniec (Pomost Krakowski)
Data: 29 marca 2023 (środa)
Staty: 12.5km, 3h15, 300m przewyższeń
Na tę szybką wyprawę wybrałem się ze szwagierką i tatą celem odkrycia ciekawych miejsc położonych w niedalekiej okolicy. Samochód zaparkowaliśmy przy Opactwie Benedyktynów i ruszyliśmy ulicą Benedyktyńską w stronę uroczyska Wielkanoc.
Tyniec okolony jest zielonym szlakiem prowadzącym przez okoliczne uroczyska i rezerwat. Fajne miejsce na niedzielny spacer, chociaż część trasy prowadzi chodnikiem i uliczkami.
Do Wielkanocy dotarliśmy szybko. Widać z niej ładnie klasztor Kamedułów i Las Wolski, znajdujące się po drugiej stronie Wisły. Schodząc z uroczyska widziałem w krzakach małe warchlaczki, ale wolałem nie drażnić ich mamy, która rozzłoszczona pochrumkiwała groźnie, więc nawet się nie zatrzymywałem.
Następnie udaliśmy się do uroczyska Kowadza znajdującego się w rezerwacie Skołczanka. Jest tam fajny punkt widokowy na okolicę. Schodząc do Podgórek Tynieckich mija się leśny ołtarz oraz masowe groby Żydów pomordowanych w okresie II Wojny Światowej.
Dalsza część trasy prowadziła już głównie między drzewami, na których nieśmiało zaczęły zielenić się już pierwsze listki. Zeszliśmy do ulicy Bogucianki, z której skierowaliśmy się na Górę Grodzisko. Szlak poprowadził nas do bulwarów nad Wisłą, z których widać było okazałe Opactwo - szkoda, że nocą nie jest lepiej oświetlone, no ale prąd kosztuje.
Kompleks budynków Opactwa Benedyktynów wznosi się na dużej wapiennej skale. Z ciekawostek - w dalszym ciągu leżą pod nim oderwane bloki skalne po trzęsieniu ziemi z 1786 roku. W ten oto sposób nasza wycieczka prawie dobiegła końca. Prawie, bo poszliśmy jeszcze kawałek dalej zobaczyć ściankę wspinaczkową o wdzięcznej nazwie Sk⁎⁎⁎⁎syn. Pewnie na nią zasłużyła.
Kolejnych kilka wpisów w #piechurwedruje będzie poświęconych odkrywaniu krakowskich okolic. Zapraszam do czytania!
---------
Miejsce: Las Wolski (Pomost Krakowski)
Data: 2/3 stycznia 2023 (poniedziałek/wtorek)
Staty: 25km, 6h, 800m przewyższeń
Nowy Rok chcieliśmy zacząć z tatą z przytupem i rozpoczęliśmy rozmyślania nad wyprawą, która sprosta naszym oczekiwaniom. Przeglądając wcześniej zaplanowane trasy natknąłem się na potworka, którego kiedyś przygotowałem w ramach żartu. W głowie zaświtała mi myśl: "To jest to."
Wieczorową porą, po uśpieniu Myszy, ruszyliśmy w stronę zamku w Przegorzałach. Zostawiliśmy auto na parkingu i rozpoczęliśmy naszą wędrówkę.
Las Wolski przecina masa szlaków. Zaskoczeniem dla niektórych może być to, że większość z nich nie prowadzi wcale asfaltowymi alejkami ale lasem - są to ścieżki między drzewami, prowadzące klimatycznymi jarami.
Naszym pierwszym celem był kopiec Kościuszki. Aby do niego dojść musieliśmy zejść do ulicy Starowolskiej, z której ponownie zaczęliśmy wchodzić do góry aleją Jerzego Waszyngtona. Po drodze minęliśmy uroczysko Sikornik, w którym znajduje się duża wapienna skała Strzelnica, służąca jako ścianka wspinaczkowa dla amatorów tego sportu.
Po niedługiej chwili dotarliśmy pod kopiec, spod którego zielonym szlakiem udaliśmy się w stronę Zoo. Ta część była najmniej ciekawa, szło się trochę ulicą między domami. Spod Zoo żółtym szlakiem skierowaliśmy się znowu w stronę Przegorzał. Po drodze co i rusz mijaliśmy stada sarenek, które czujnymi oczami świeciły na nas spomiędzy drzew.
W następnej kolejności planowaliśmy zaliczyć klasztor Kamedułów. Doszliśmy do niego niebieskim szlakiem, który okala Las Wolski od południowej strony. Czerwone światła na szczycie wież klasztornych migały nam między drzewami, gdy powoli się do niego zbliżaliśmy. W końcu znaleźliśmy się pod jego bramami - w panującej ciemności wyglądał niezwykle, jak wyciągnięty z powieści Kinga.
Ruszyliśmy dalej, żółtym szlakiem kierując się do rezerwatu Panieńskie Skały. Jest to zdecydowanie najfajniejszy, najbardziej klimatyczny szlak w całym Lasku, zwłaszcza na odcinku od Zoo do Woli Justowskiej. Świetne miejsce, żeby wyjść z dzieciakami - idzie się jarem, dookoła pełno dużych skał, polecam.
Z Panieńskich Skał poszliśmy na kopiec Piłsudskiego, który był zwieńczeniem naszej nocnej eskapady. Księżyc świecił jasno, ale zrobiło się trochę wietrznie, więc nie siedzieliśmy na nim długo. Miksując szlak niebieski, czerwony i znowu niebieski wróciliśmy do samochodu, odprowadzani tam przez okoliczne sarny.
W taki oto sposób przeszliśmy większość szlaków dostępnych w Lesie Wolskim. Było super, zaskoczyliśmy się mnogością dostępnych tras, ich różnorodnością, a także tym, że udało nam się zrobić 800 metrów przewyższeń - normalnie jak w Beskidach. Polecam dostępne w lesie szlaki wszystkim, którzy mieszkają w Krakowie lub okolicach, albo je odwiedzają - zwłaszcza wspomniany wcześniej szlak żółty. Czasami można się pozytywnie zaskoczyć tym, co ma się praktycznie pod nosem.
Kolejne podsumowania #piechurwedruje w ramach #poradnikpiechura a w nich: wnioski z błędów, wskazówki do podobnych sytuacji, trochę refleksji. Zapraszam!
---------
7. Wpis: Skrzyczne
Wnioski:
Picie alkoholu w górach (w rozsądnych ilościach) to nic strasznego, ale ja raczej odradzam robienie tego w trakcie wchodzenia.
Chodzenie we mgle po zmroku może być nieco uciążliwe ze względu na to, jak rozprasza się światło czołówki. Lepiej w takich warunkach niech nieść ją w ręce lub przypiąć do paska od plecaka na klatce piersiowej lub biodrach - kwestia własnych preferencji.
8. Wpis: Szczebel
Wnioski:
To, że nie ma śniegu w mieście, nie oznacza, że nie ma go w górach, a kto szuka ten znajdzie.
Należy uważać na lód na drodze, nie tylko na trasie w lesie, ale może zwłaszcza na asfalcie, jeśli trzeba takim odcinkiem iść. Żeby się nie potłuc dobrze iść z kijkami i nakładkami antypoślizgowymi na butach (jeśli się ma).
Po górach można chodzić nie tylko głównymi szlakami, chociaż tak jest najwygodniej. Warto jednak mieć dostęp do map i GPS, żeby się nie zgubić. Nie we wszystkich miejscach można jednak zbaczać ze szlaku (np. Parki Narodowe).
9. Wpis: Potrójna
Wnioski:
Góry czasem pomagają na kaca, a czasem nie.
10. Wpis: Sarnia Skała
Wnioski:
Parkingi niedaleko głównych wejść na szlaki w Tatrach trzeba rezerwować internetowo z wyprzedzeniem.
Mimo zapowiadanej ładnej pogody w górach, zwłaszcza wysokich, zawsze będzie chłodniej, tym bardziej rano - dobrze przygotować sobie ciepłe okrycie na wszelki wypadek.
Po każdym postoju należy sprawdzić, czy rusza się dalej z całym ekwipunkiem.
W sezonie lepiej unikać najpopularniejszych tras jeśli nie chce się stać w kolejkach, a jeśli już to wybierać się na nie jeszcze przed świtem.
11. Wpis: Leskowiec
Wnioski:
Jadąc gdziekolwiek warto sprawdzać na bieżąco pogodę i radary burzowe - również w samym dniu wyjazdu. Pogoda bywa zmienną.
Wycieczki z małymi dziećmi są jak najbardziej możliwe, dobrze jest dobrać odpowiednią dla nich trasę, aby się nie zanudziły i nie zamęczyły. Warto zadbać też o atrakcje odpowiednie dla ich skali: rzucanie kamyków do potoku czy kałuży, zbieranie patyków, szukanie żuczków itd.
12. Wpis: Sarbsko
Wnioski:
Praktycznie wszędzie, gdzie jedzie się na urlop, można w niedalekiej okolicy znaleźć jakąś ciekawą trasę do pochodzenia. Dobrze zobaczyć dostępne opcje jeszcze przed przyjazdem, żeby odpowiednio się przygotować.
Strach ma wielkie oczy i zwykle idąc po ciemku jedyne dzikie zwierzęta, jakie się napotka, to sarny, ptaki albo zające. Jednak w terenach, gdzie występują także drapieżniki takie jak wilki czy niedźwiedzie lepiej mieć przy sobie mocny gaz pieprzowy i petardy hukowe.
-------
Na dzisiaj to koniec. W kolejnych kilku wpisach opowiem o tegorocznych wycieczkach wkoło komina - więcej w najbliższych dniach. Pozdrawiam!
W dzisiejszym bonusowym #piechurwedruje opowiem o krótkiej trasie, którą przebyłem dzisiaj, także można powiedzieć, że relacja na świeżo.
---------
Cel: Obwodowa Komisja Wyborcza (Okręg 15)
Data: 15 października 2023 (niedziela)
Staty: 2.5km, 1h, 30m przewyższeń
O tej wyprawie myślałem już od jakiegoś czasu. Poranek był leniwy, a dzień chłodny, aż nie chciało się wychodzić spod pierzyny, ale szkoda było przegapić taką okazję. Po obfitym śniadaniu (jajecznica na bogato) wraz z żoną ubraliśmy dziewczynki i ruszyliśmy w drogę.
Trasa do OKW prowadziła w dół. Z pozoru było to fajne, ale wiedziałem też, że wszystko będzie trzeba odpracować podczas powrotu. Szliśmy chodnikiem, cały czas przy drodze, co chwila mijały nas auta, także warunki były zdecydowanie mało przyjemne. Dodatkowo wiał chłodny wiatr, a ja zacząłem żałować, że nie wziąłem cienkiej czapki.
Zanim się jednak obejrzeliśmy, byliśmy już na miejscu. Mysz nawet nie narzekała, a drugi Kiciuś spał grzecznie w gondoli. Weszliśmy do budynku, gdzie panowało przyjemne ciepło. Dzięki strzałkom łatwo trafiliśmy do odpowiedniej sali, więc do oznaczeń trasy nie mam zastrzeżeń.
Ludzi było pełno i musieliśmy odstać swoje w kolejce. Po otrzymaniu kart do głosowania (oprócz jednej, co zostało odnotowane w protokole) usiedliśmy przy stoliku i szybko zaznaczyliśmy krzyżyk przy wybranym kandydacie. Następnie Mysz wrzuciła karty do urny i udaliśmy się do wyjścia, żeby nie robić niepotrzebnego tłumu. Cała sprawa poszła całkiem sprawnie.
Nadszedł czas na to, żeby wracać do domu. Z braku innych możliwość udaliśmy się tam tą samą trasą, którą przyszliśmy, i rozpoczęliśmy wspinaczkę. Nie było jednak tak źle i jedynie zimne wietrzystko trochę nam dokuczało. W końcu dotarliśmy do mieszkania, gdzie wypiliśmy ciepłą herbatę.
Ogólnie jestem zadowolony z wypadu, mimo, że warunki pogodowe i drogowe mogłyby być lepsze. Myślę, że za kilka lat wybiorę się ponownie. Z technicznego punktu widzenia raczej każdy powinien sobie poradzić.
W tym #piechurwedruje dość nietypowo, bo zamiast o górach będzie o trasie nad morzem.
---------
Jezioro: Sarbsko (Wybrzeże Słowińskie)
Data: 24 marca 2023 (piątek)
Staty: 25km, 4h30, 75m przewyższeń
W marcu pojechaliśmy z żoną i córką na krótki urlop nad morze w poszukiwaniu jodu. Wybór padł na Łebę, w której niestety nie było w tym czasie zbyt wiele do roboty - było wietrznie, mroźno i deszczowo, a większość atrakcji była pozamykana poza sezonem.
Na szczęście - przyjechałem przygotowany. Już przed wyjazdem zetrknąłem na okoliczne szlaki celem znalezienia fajnej trasy, a wybór padł ostatecznie na pętlę Sarbską. W jeden z ładniejszych wieczorów uśpiłem córę i ruszyłem w drogę.
Z miejsca, w którym się zatrzymaliśmy, musiałem przejść jakieś 2km zanim dotarłem do lasu, a po kolejnym kilometrze wkroczyłem już na teren rezerwatu Mierzei Sarbskiej. Prowadził tamtędy niebieski szlak. Szło się bezproblemowo, bo (jak to nad morzem) przewyższenia były niewielkie. Trochę dziwnie chodziło mi się z początku po piaszczystym podłożu, ale szybko się przyzwyczaiłem. Dodatkowo, przez cały odcinek w rezerwacie słychać było szum morza, co było całkiem przyjemne.
Wizualnie nie było jednak zbyt ciekawie - wygląda na to, że takie nocne wycieczki bardziej pasują mi w górzystym terenie, tutaj nie potrafiłem znaleźć jakiegoś interesującego punktu zaczepienia. W dzień kolory były przepiękne i jednak mi ich brakowało.
Największą różnicą między moimi nocnymi wyprawami w góry a tą było jednak przenikające mnie do kości uczucie niepokoju. Nie wiem czemu, ale towarzyszyło mi całą drogę. Może było spowodowane obecnością na "nie swoim" terenie, a może informacją o tym, że niedługo przed naszym przyjazdem wyciągnięto z portu ciało wilka, o czym wspomniała nam właścicielka wynajmowanego apartamentu. Niezależnie od przyczyny byłem spięty i lekko zdenerwowany.
Niedaleko końca rezerwatu skręciłem w stronę morza i doszedłem na plażę. Księżyc świecił jasno, w oddali było widać światła kilku statków oraz falochronu w Łebie. Fajny klimat. Odwróciłem się i poszedłem w kierunku wyjścia. Po drodze przez ścieżkę przebiegł mi chyba zając, czym podrażnił moje i tak naderwane nerwy.
Opuszczając samą mierzeję zobaczyłem w oddali grupkę patrzących na mnie oczu i zacząłem wkręcać sobie, że to wilki. W tym momencie rozległ się głośny alarm z mojej kieszeni - telefon musiał się jakoś odblokować i włączyć sygnał SOS. Prawie dostałem zawału, ciśnienie tysiąc.
Dalsza część drogi do Łeby prowadziła głównie asfaltem, chociaż tam, gdzie się dało, skręcałem w szlak prowadzący przy jeziorze. Nie było mi go jednak dane zobaczyć ani razu, poza małym kawałkiem widocznym z Nowęcina. Ta trasa była raczej nieciekawa i jeśli miałbym kiedyś iść tamtędy ponownie, to wracałbym tak jak przyszedłem, czyli rezerwatem.
Chwilę po północy byłem już z powrotem w Łebie. Ogólnie oceniam całą wyprawę jako średnio ciekawą (mimo, iż emocji nie brakowało) i żałuję, że nie udało mi się jej przejść w dzień - myślę, że miałaby wtedy znacznie więcej uroku.
Motyw ze świecącymi oczami w mroku miałem w Bieszczadach. Z tą różnicą,że tych połyskujących w świetle latarki par oczu było kilkanaście. Akurat schodziliśmy z odcinka 25 km późnym wieczorem i było naprawdę ciemno. Tempo pod koniec mieliśmy naprawdę niezłe. Już nie mówiąc o tym,że mózg w ciemnościach płata nam figle i w cieniach/konturach drzew dostrzegamy sylwetki postaci. Także wiem o czym mówisz.
@Rmbajlo Do oczu jestem przyzwyczajony, zwykle to sarny, ale ten nocy było jakoś inaczej.
W Bieszczadach to pozdro 600 i krzyżyk na drogę xD Ja bym już pewnie nagrywał film pożegnalny. Kolega ma tam rodzinę i mi czasem podeśle co wilczki potrafią zostawić z przydomowych piesków.
W tym krótkim wpisie opowiem o trasie na Leskowiec, którą przeszedłem w zeszłym roku. Zachęcam do czytania i obserwowania mojego tagu #piechurwedruje
---------
Szczyt: Leskowiec (Beskid Mały)
Data: 3 maja 2022 (czwartek)
Staty: 10.5km, 3h45, 450m przewyższeń
Od nastania wiosny czekałem na odpowiednie warunki, żeby wziąć moją (wtedy) dwulatkę na pierwszą wycieczkę w góry w sezonie. Niestety, albo pogoda nie dopisywała, albo córa była chora. Los uśmiechnął się do mnie w końcu w dniu Święta Konstytucji.
Razem z tatą i Myszą zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy w drogę. Podczas jazdy w kilku miejscach trafiliśmy na obfite ulewy i zacząłem się zastanawiać, czy nie powinniśmy jednak zawrócić. Ostatecznie po ponownym sprawdzeniu radarów burzowych postanowiliśmy, że zaryzykujemy, co okazało się być dobrą decyzją - na miejscu było sucho i pomimo chmur w miarę pogodnie.
Zaparkowaliśmy w miejscowości Targoszów, zapakowałem młodą do nosidła i ruszyliśmy w stronę żółtego szlaku. Po jakimś kilometrze asfaltowej drogi wkroczyliśmy w końcu do lasu. Ścieżka była szeroka, płaska, w sam raz na leniwy spacerek. Córa miała dobry humor, śpiewaliśmy razem, próbowaliśmy odnaleźć stukającego w drzewo dzięcioła, rozglądaliśmy się za świergoczącymi ptaszkami. Do samego szczytu minęliśmy może cztery osoby.
Na samym Leskowcu ludzi było już dużo. Zrobiliśmy tam dłuższą przerwę - chodziło głównie o to, żeby Mysz mogła rozprostować trochę nóżki. Poszukaliśmy patyków, porzuciliśmy kamieniami, była zadowolona. Szczyt był niezalesiony i można z niego było podziwiać okoliczne widoki.
Niedaleko było też duże schronisko, do którego zeszliśmy, żeby zjeść szarlotkę. Na tym odcinku jak i w samym budynku panował już istny tłok. Nie wiem, który ze szlaków prowadzących do tego miejsca cieszył się aż taką popularnością, ponieważ tym, który wybraliśmy my, szło raczej mało turystów.
Tak samo było w drodze powrotnej. Wróciliśmy na Leskowiec, z którego zaczęliśmy schodzić czerwonym szlakiem. Nad Przełęczą Beskidek odbiliśmy w czerwoną ścieżkę dydaktyczną, którą dotarliśmy z powrotem do Targoszowa. Po drodze córa zasnęła w nosidle, uśpiona rytmicznym bujaniem, a tata wykorzystał okazję i zanurzył stopy w płynącym przy ścieżce potoku.
Największą atrakcją z całej wycieczki - z punktu widzenia mojej małej - była chwila przed odjazdem, którą przeznaczyliśmy na wrzucanie kamyków do położonej obok rzeczki. W ten oto sposób każdy wrócił do domu zadowolony.
@Piechur ale nostalgłam, jeden z pierwszych zdobytych szczytów, wieeeeeele lat temu.
Też byłam takim szkrabem, może nieco starszym. Schronisko wtedy inaczej wyglądało, nie było też kapilicy na Groniu która w dużej mierze przyciąga turystów i pielgrzymów.
Najwięcej osób wychodzi z Rzyk, bo trasa to tylko kilka kilometrów i jest relatywnie łatwa
@ciszej No proszę Takie wspomnienia są bezcenne i często kluczowe w kształtowaniu pasji do gór. Dzięki za wyjaśnienie odnośnie trasy Jesteś z okolic czy po prostu byłaś na jakimś wakacyjnym wyjeździe?
W tym wpisie opowiem o urodzinowej wyprawie, którą zorganizowałem dla mojego taty. Polecam ją tym, którzy po Tatrach jeszcze nie chodzili, ale chcieliby zacząć. Zapraszam na #piechurwedruje
---------
Szczyt: Sarnia Skała (Tatry)
Data: 9 września 2021 (czwartek)
Staty: 18km, 6h15, 1.135m przewyższeń
Trasę rozpoczęliśmy ok. 6:00 z parkingu przy dolinie Strążyska. Należy w tym miejscu pamiętać o konieczności wcześniejszej rezerwacji miejsca postojowego przez Internet. Drogą pod Reglami (czarny szlak) ruszyliśmy w stronę Gronika. Była raczej płaska i spacerowa, w sam raz na rozruszanie się.
Pomimo tego, że w ostatnich dniach pogoda była względnie ciepła, to powietrze okazało się przenikliwie zimne (jak to w górach). Skręciliśmy żółtym szlakiem w stronę doliny Małej Łąki. Tam było jeszcze chłodniej i w końcu zdecydowałem się założyć czapkę. Trasa w dalszym ciągu nie była wymagająca, szło się przyjemnie. Słońce delikatnie lizało już wierzchołki gór, a płynący potok szumiał kojąco.
Po niecałych dwóch godzinach dotarliśmy na Wielką Polanę Małołącką. Zrobiła na nas wrażenie: otoczona wysokimi szczytami, pokryta jeszcze szronem, powoli wypełnianiała się ciepłymi promieniami wschodzącego słońca. Zrobiliśmy krótką przerwę na posiłek i ciepłą herbatę, a następnie czarnym szlakiem skierowaliśmy się do przełęczy w Grzybowcu.
Odcinek ten był krótki, więc w miarę szybko dotarliśmy na miejsce. Rozebraliśmy się trochę, bo zaczęło się robić ciepło, i zaczęliśmy schodzić czerwonym szlakiem do polany Strążyska. Kameralny klimat wyprawy, który do tej pory nam towarzyszył, zmienił się momentalnie i zaczęliśmy mijać tabuny innych turystów, idących w przeciwną niż my stronę. Otóż czerwony szlak jest jednym z najpopularniejszych jeśli chodzi o zdobywanie Giewontu, który stał się swego rodzaju mekką niemal każdego mieszkańca kraju nad Wisłą. Latem ludzie potrafią stać w kolejce 3h, a czasem nawet dłużej, żeby na niego wejść, co jest dla mnie zwyczajnie niepojęte.
Droga w dół prowadziła po dużych kamieniach, odpowiednie górskie obuwie z twardą, grubą podeszwą jest tu wskazane. Od czasu do czasu słońce przebijało przez gałęzie migocząc w płynącym obok strumyku.
Byliśmy już praktycznie obok polany, gdy tata zorientował się, że zapomniał wziąć z przełęczy swoich kijków. Rozpoczęliśmy powrotną wspinaczkę, ale na miejscu okazało się, że ktoś już się nimi poczęstował.
Zeszliśmy ponownie do polany Strążyska, gdzie panował istny harmider - rodziny z dziećmi, wycieczki szkolne, masa turystów wszelkiego rodzaju. Obejrzeliśmy leżąca niedaleko skałę Sfinks, za którą wznosił się majestatycznie Giewont, usiedliśmy na chwilę, po czym skierowaliśmy się w stronę wodospadu Siklawica, do którego trzeba odbić żółtym szlakiem. Jest to krótki kawałek, idzie się szybko. Uważam, że warto się przejść, zwłaszcza, że w Polsce nie ma zbyt wiele tego typu miejsc.
Obejrzeliśmy wodospad, przemyliśmy dłonie i twarze w lodowatej górskiej wodzie i wróciliśmy na polanę, skąd czarnym szlakiem rozpoczęliśmy wspinaczkę na Sarnią Skałę. Szło się niecałą godzinę, ale można było się zmęczyć - trasa wyłożona była dużymi głazami, które układały się w stopnie, zmuszając do dużych kroków. Czy była jednak trudna? Według mnie absolutnie nie i to samo myślała zapewne grupka dzieciaków, która brykała po kamieniach niczym górskie kozice pod czujnym okiem przewodnika.
Podejście pod sam szczyt było odsłonięte i strome, szło się już po samej skale i czasami trzeba było się jej dobrze przytrzymać. Łańcuchów chyba nie było, nie pamiętam. Na szczycie masa ludzi, z których każdy chciał wykorzystać dobre warunki pogodowe. I teraz znowu coś o Giewoncie - zawsze myślałem, że to taka tam górka, na którą każdy z rodziną może wyjść po niedzielnym kotlecie. Otóż będąc na szczycie Sarniej Skały zdałem sobie dopiero sprawę z jego rozmiarów i zdecydowanie nie jest jakąś górką, ale dużym górzyskiem.
Na Sarniej zabawiliśmy nieco dłuższą chwilę, bo widoki były wspaniałe. Powspinaliśmy się nieco na trochę bardziej eksponowane fragmenty, nie przesadzając jednak z brawurą. W końcu jednak uznaliśmy, że czas już schodzić i skierowaliśmy się do Czerwonej Przełęczy, z której czarnym szlakiem odbijającym później w żółty udaliśmy się do doliny Białego.
Po drodze można zobaczyć Sarni Wodospad, przy którym zgodnie z tradycją, o której do tej pory nie wspominałem, zanurzyliśmy nogi w zimnym strumieniu (robimy to przy praktycznie każdej wycieczce). Dalsza część trasy przebiegła bez problemów, chociaż momentami zaczynałem już czuć nieprzyjemny ucisk w kolanach. Słońce świeciło wysoko, strome zbocza okalały szlak, obok wartko płynął potok.
Tak właśnie doszliśmy do wejścia do doliny Białego, skąd drogą pod Reglami trafiliśmy na parking przy dolinie Strążyska, gdzie czekało na nas auto. Po drodze można było odbić jeszcze niebieskim szlakiem do jaskini Dziura, co miałem w początkowych planach, jednak przez wcześniejszą akcję z kijkami nie mieliśmy już czasu, aby do niej podejść.
Ogólnie wypad udał się znakomicie i obydwoje byliśmy usatysfakcjonowani. Pogoda na prawdę dopisała, a nasza potrzeba chodzenia została zaspokojona. Sarnią Skałę polecam, ponieważ jest to szczyt w zasięgu prawie każdego (babci bym już tam nie brał, chociaż schodząc doliną Białego mijaliśmy jakąś odważną seniorkę).
Za oknem jesień, także dzisiaj o krótkiej jesiennej wyprawie w nowym #piechurwedruje
---------
Szczyt: Potrójna (Beskid Mały)
Data: 16 października 2021 (sobota)
Staty: 15.5km, 4h, 630m przewyższeń
Podczas corocznego wyjazdu resetującego w gronie bliskich znajomych zapadła decyzja o konieczności zrobienia czegoś innego niż konsumpcja alkoholu i pochłanianie kilogramów różnego rodzaju mięsiw z grilla. W ramach detoksu postanowiliśmy wybrać się więc w okalające naszą siedzibę góry.
Chłodnego, jesiennego poranka pozbieraliśmy porozrzucane po podłodze myśli i ruszyliśmy na leżący w niewielkiej odległości czarny szlak. Orszak bladych, wymęczonych i pomiętych mieszczuchów ruszył chwiejnie wąska drogą, będąc smutnym obiektem szczeknięć okolicznych Burków.
Dość szybko asfalt zmienił się w błoto usłane opadniętymi z drzew liśćmi. Wkroczyliśmy w las, gdzie rześkie powietrze powoli zaczęło przywracać nam zarówno kolory jak i kształty czegoś, co z dużej odległości mogłoby łudząco przypominać ludzi. Trasa była raczej niewymagająca, także człapiąc niespiesznie bez większych problemów zdobywaliśmy wysokość.
Tak dotarliśmy do przełęczy Kocierskiej, z której odbiliśmy na czerwony szlak w stronę Potrójnej. Tu zaczęliśmy dostrzegać już piękno otaczającego nas świata - wściekłe żółcie i pomarańcze atakowały nas z każdej strony. Teren przez długi czas był płaski i szło się przyjemnie. Odzyskiwaliśmy nie tylko siły, ale co gorsza wiarę w to, że odzyskaliśmy je zupełnie. Ta ułuda miała później zebrać swoje żniwo.
Wychodząc z lasu dotarliśmy w końcu do szczytu, na który tak na prawdę składają się trzy mniejsze wierzchołki - stąd też nazwa Potrójna. Na oddalonym niedaleko wzniesieniu dostępny był punkt widokowy, także skierowaliśmy się w jego kierunku. Niektórzy z nas poczuli się na tyle pewnie, że postanowili się do niego ścigać. Nieszczęśnicy zostali za to ukarani przez los i niedługo później błąkali się po krzakach niczym duchy, bladzi, o podkrążonych oczach i szamoczących się żołądkach.
Widoków było tyle co na lekarstwo. Niebo pokryte chmurami hamowało dostęp promieni słonecznych, także ogólne wrażenia były raczej ponure. Nieusatysfakcjonowani, ruszyliśmy w stronę widocznej ze szlaku chatki prowadzonej przez bardzo miłe małżeństwo, w której zregenerowaliśmy się kilkoma łykami gorącej herbaty. O dziwo, była też dostępna pieczątka.
Nie zabawiliśmy tam długo, ponieważ nasze brzuchy w sposób zdecydowany zaczęły domagać się napełnienia. Nie tracąc czasu skierowaliśmy się w stronę przełęczy, a stamtąd udaliśmy się do imponującego i okazałego zajazdu, w którym liczyliśmy zdobyć jakąś (jakąkolwiek) strawę. Jakie było nasze rozczarowanie, gdy okazało się, że jest on zamknięty dla zewnętrznych gości ze względu na odbywające się wewnątrz wesele.
Zrezygnowani i głodni wyruszyliśmy w drogę powrotną do naszej rezydencji, wracając dokładnie tą samą trasą, którą wcześniej z takim poświęceniem i mozołem pięliśmy się w górę. Droga ta pochłonęła swoje ofiary, ciężkie to były chwile, ale mimo wszystko uważam, że warto było się wybrać.
Kolejny dzień - kolejny post w #piechurwedruje Zachęcam do czytania i obserwowania.
---------
Szczyt: Szczebel (Beskid Wyspowy)
Data: 26 stycznia 2023 (czwartek)
Staty: 12km, 4h, 670m przewyższeń
Był koniec stycznia, a w mieście cały śnieg już stopniał. Nosiło nas z tatą niemiłosiernie, także podjęliśmy dość szybką decyzję, żeby wyskoczyć na którąś z pobliskich górek i tam poszukać białego puchu.
Padło na Szczebel, szczyt znajdujący się niedaleko Lubnia i Mszany Dolnej. Po uśpieniu córeczki przebrałem się w swój zimowy zestaw, wziąłem plecak i pojechałem po tatę.
Zaparkowaliśmy w Lubniu na przykościelnym parkingu i po wstępnych przygotowaniach (założenie czapek, rękawiczek, czołówek, stuptutów) ruszyliśmy czarnym szlakiem w stronę szczytu. Początkowe 1.5km trzeba było przejść drogą asfaltową i tu bardzo przydały się kijki, bo kilka razy prawie wywinęliśmy orła na oblodzonej miejscami nawierzchni.
Asfalt zmienił się w końcu w leśną drogę. Niestety, była rozjeżdżona przez traktory, a śnieg na tej wysokości zaczął już topnieć, więc przez jakiś czas kluczyliśmy próbując nie utknąć w błocie.
W końcu doszliśmy do miejsca, w którym mróz ładnie trzymał podłoże i chodzenie zrobiło się przyjemniejsze. Podejście momentami było bardziej nachylone, a droga usiana licznymi kamieniami, do pełni szczęścia brakowało nam większej ilości śniegu. Na szczęście już niedługo mieliśmy go pod dostatkiem. Pełno było go zarówno na drzewach, których gałęzie uginały się pod jego ciężarem, jak i na drodze, gdzie skrzypiał pod butami. Szło się znakomicie.
Warto wspomnieć, że na tej trasie można zobaczyć małą jaskinię, nazwaną Zimna Dziura. Nazwa była jak najbardziej adekwatna, zwłaszcza biorąc pod uwagę warunki, w jakich ją odwiedziliśmy.
Szliśmy dalej i już niedługo minęliśmy Mały Szczebel, a następnie dotarliśmy na sam Szczebel. Było po prostu bajkowo, śnieg wspaniałe skrzył się w świetle latarek, gałęzie oblepione były kryształkami lodu. Na szczycie zrobiliśmy krótką przerwę na gorącą herbatę. Jest tam dość dużo miejsca, są ławeczki i można z niego podziwiać widoki na okolicę. Ciekawym elementem była flaga Polski, która całkowicie zamarzła i ocierając się o maszt wydawała dość upiorne dźwięki.
Po tej chwili przerwy ruszyliśmy w drogę powrotną, jednak aby nieco ją sobie urozmaicić postanowiliśmy nie wracać szlakiem, a zboczyć z niego i podążając trochę leśnymi dróżkami, a trochę na dziko, odwiedzić inne okoliczne szczyty oznaczone na mapie: Czechówkę, Mały Groń i Działek. Nie ma na nich nic interesującego, ale przynajmniej droga była ciekawsza, zwłaszcza, że momentami przedzieraliśmy się przez zupełnie nieuczęszczane rejony, obserwując na śniegu ślady łapek leśnych mieszkańców.
W końcu dotarliśmy do asfaltowej drogi i o północy byliśmy już przy samochodzie. Wyprawa była super i dostaliśmy dokładnie to, czego oczekiwaliśmy. Dodatkowo dla mojego taty była to również wycieczka lekko sentymentalna, ponieważ kilkadziesiąt lat wcześniej tą samą trasą szedł ze swoją mamą, a moją babcią (do której zresztą zadzwoniliśmy ze szczytu).