Mile się rozczarowałam gdy włączałam wczoraj wieczorem "cokolwiek do obejrzenia" w postaci "Life". Spodziewałam się miernego scajfaj, ale oglądalnego, tymczasem dostałam całkiem niezły kosmiczny dreszczowiec.
Zapewne duża w tym zasługa solidnych aktorów zatrudnionych do tego filmu. Sama historia prosta jak cep - próbka z Marsa przybyła na stację kosmiczną zawiera żywą istotę w postaci jednokomórkowca, która przebudzona z hibernacji zacznie się rozrastać i z czasem stwarza niebezpieczeństwo.
Takie połączenie Obcy + Sunshine, ale w dobrym stylu. Postacie są jakoś rozrysowane by nie być jednowymiarowymi, ale zapewne dzięki dobremu aktorstwu dają jeszcze więcej. Efekty na plus, świetnie ogląda się sceny dziejące się przy stacji, czyli w kosmosie. I całkiem satysfakcjonujące zakończenie, choć niestety domyśliłam się końcówki tak z 10 minut wcześniej, ale to nie rozchodzi się o mój zmysł, a o fajny the end, pasujący do klimatu dreszczowca SF.
Możliwe, że przesadziłam z oceną o jeden punkt, ale wyznaję zasadę, że lepsze każde SF niż żadne - jeśli chodzi o filmy. A na tym akurat bawiłam się całkiem nieźle.
@Mahjong A dla mnie cały film to nielogiczna idiotyczna padaka. Leży i kwiczy zarówno scenariuszowo jak i aktorsko. Postaci są tragicznie napisane. 4/10
Anthem bohaterów kina akcji przełomu lat 80/90. Co ciekawe podobnie jak film, do którego został napisany przypada na okres schyłku popularności tego gatunku w kinie. Prosty, genialny wpadający w ucho riff i potężny tekst napisany na chwałę ikon akcji.
Największy hit w historii kapeli, zawierający w sumie wszystko za co jest ceniona.
Zespół jednak nie grywa tego kawałka na żywo. Wg Angusa dlatego, że to jeden z tych utworów, ktore lepiej wypadają studynjnie, ale w kuluarach mówi się, że to wina basisy, ktory nienawidzi grać utworów skomponowanych z poprzednikiem.
Alice In Chains - What the hell have I (1993r.) 3:58
Piosenka napisana przez Cantrella specjalnie dla Staleya, który już wtedy bardzo nie domagał zdruzgotany śmiercią swojej partnerki i popadajacy w coraz większą degradację heroinową. Pierwotnie był to utwór komponowany na solowy album Cantrella, ale tak spodobał się muzykom, że postanowili skorzystać z propozycji nagrania go na soundtrack. Tekstowo opowiada o sławie, osiągnięciach i oczywiście jak zwykle o tym, że Staley cierpi. Niesamowity klimat utworu podbija świetnie wykorzystane elektryczne sitario.
Rudy w najwyższej formie z czasów Countdown to extincion i Youthanasi. Piosenka powstała na potrzeby tego pierwszego gdy Dave był wkurwiony na wszystkich (co u niego chyba normalne). Napisał ją w jeden dzień słuchając przy tym "Should i stay or should i go" grupy The Clash.
Wpadający w ucho energetyczny kawałek ze wszystkim co najlepsze u Mustaina.
4. Queensryche/Michael Kamen - Real World (1993r.) 4:21
Utwór napisany na potrzeby albumu Promised land tejże kapeli, jednak znalazł się dopiero na jej wznowieniu. Opowiada o zagubieniu po utraconej miłości, ale daje się doskonale zinterpretować na potrzeby filmu. Balladę przepięknie uzupełnia orkiestra pod batutą Kamena. Duży zasłużony hit.
Napisany na potrzeby kompilacji "Retro Active" potwornie cringeowy tekstowo kawałek o stalkerze przeglądającym kobietę jeszcze nachalniej niż Sting w "Every breath you take".
Pomimo to bardzo doceniony i mający na koncie kilka nagród. Muzycznie to porządna ballada Elliotowa ballada.
Utwór był nagrany na "Sound of white noise", ale nigdy tam nie trafił. Przegenialny jak dla mnie i najlepszy w całym porrfolio kapeli, choć nie da się ukryć, że ma trochę komercyjne zakupy. Wspaniałe zmiany tempa, genialny wokal. Aż szkoda, ze chłopaki nie zrobili albumu w tym stylu. Wyczuwa sie tu trochę wpływ mezaliansu waglikowcow z Public Enemy. Monumentalny utwór.
Opus magnum kapeli Tylera i spółki nagrany na debiutancki album, ale doceniony dopiero po latach. Tu w wresji live. Piosenka o sile marzeń i konsekwęntnemu dążeniu do ich spełnienia.
Przepiękny utwór idealnie pasujący do filmu.
Joe Perry tak bardzo nienawidził tego utworu, że tylko cudem trafił do nagrań. Dziś to jeden z najważniejszych wkładów w muzykę rockową wogle.
8. Alice in chains - A little bitter (1993r.) 3:52
Kolejny wielki utwór Alicji, pochodzący z tej samej sesji co poprzednik i podobnie jak tamten pisany z myślą o solowym albumie Cantrella. Dołujacy jak zwykle. Szkoda, ze Staley się zaćpał bo słychać, ze kapela rozkreciła się już całkiem i tylko można marzyć jaki kolejny album studyjny wyszedł by spod ich rąk.
Hiphopowy rodzynek na albumie, w wykonaniu latynosów z cyprysowego wzgórza. Pierwotnie trafił na ich drugi album "Black Sunday", na którym wyróżniał się mrokiem, jaki stał się ich znakiem firmowym od trzeciej plyty dlugogrającej. Genialny basowy sampel pochodzący z utworu "Uri" brazylijskiej wokalistki jazzowej Flory Purim.
Dodany dźwięk burzy z ulewą i tekst o mordowaniu tchórzy idealnie wkomponowują się w jego mroczny klimat. Nijak ma się jednak do filmu.
Potężny metalowy utwór od funkującej kapeli będący jak dla mnie prekursorem grindcorów itp. Pochodzi z albumu grupy " Give a Monkey a Brain and He'll Swear He's the Center of the Universe”.
Dla fanów ciężkiego grania. Tekst mówi o płynięciu z muzyką metalową i co tu dużo mówić, po prostu się przy tym płynie.
Piosenka napisana dla kulminacyjnych scen filmu ostatecznie trafiła na napisy końcowe zaraz po AC/DC, więc znana tylko ze ścieżki dźwiękowej. Słychać, że to taki typowy szlagier na potrzeby filmu, choć sukcesu nie odniósł. Piosenka powstała bez udziału wokalisty, który po prostu zaspiewał to co kapela mu zaproponowała.
12. Michael Kamen - Jack the Ripper (feat. Buckethead) (1993r.) 3:43
Utwór instrumentalny.
Kamen w najwyższej formie. Piękna kompozycja pełna napięcia i niepokoju na cześć jednego ze złoli w filmie. Zdecydowanie zachęca do przesłuchania całej ścieżki dźwiękowej skomponowanej przez Kamena.
Film dla mas jak większośc nowości, które wpadają na Netflix, przewidywalny. Pomysł na fabułe moim zdaniem dobry, ale zbyt prosto to pokazano. Zmarnowany potencjał moim zdaniem. Natomiast bardzo mi się podobała tutaj jak zagrała Keira Knightley główną rolę i zjawiskowo tam wygląda, bardzo kobieco co jest na plus dla tego filmu.
Jak ktoś chce obejrzeć coś prostego i wyluzować trochę nie wytężając za bardzo mózgu to film na takie chwile.
Nie ma to jak na odmóżdżenie puścić sobie starą polską przedwojenną komedię. Tym razem wybór padł na "Papa się żeni" - śmieszne, że ten tytuł w moim zdaniu niewiele oddaje o co chodzi w filmie.
Oczywiście jak to bywa w tym specyficznym gatunku (polskie przedwojenne komedie) to po prostu komedia omyłek.
Gwiazda rewiowa ma dorosłą córkę, ukrywa jej istnienie, każe jej udawać jej młodszą siostrę. Tymczasem do miasta przyjeżdża znany śpiewak, który jest ojcem owej młodej Lilli - z panią gwiazdą łączyły go 17 lat temu mocne więzi miłosne ale kłótnia poróżniła ich i rozstali się. Młoda postanawia pogodzić rodziców, sama też wpada w sidła miłości.
Na filmwebie pokazuje 1h 18m, ale na Ninateka jest wersja o 5 minut dłuższa - tak to bywa z tymi starymi filmami, które często poginęły w czasie wojny - ale czasem udaje się odzyskać trochę więcej taśm. Mimo to film nadal jest mocno pocięty, ale nie przeszkadza to w oglądaniu i śledzeniu fabuły.
Żyjący w małym niemieckim miasteczku pod koniec II WŚ 10-letni Johannes, zwany Jojo, szczerze wierzy w nazizm i Hitlera. Jego życie zmienia się kiedy odkrywa, że jego matka ukrywa w zakamarkach domu młodą Żydówkę.
Fabularnie w konwencji Życie jest piękne Benigniego, a wizualnie w konwencji Wesa Andersona.
Szczerze mówiąc obawiałam się, że reżyser nie dźwignie tematyki i konwencji, ale wyszło bardzo spoko.
Jest jednak parę rzeczy, które tak mi się rzuciły w oczy podczas seansu, że aż je muszę wylistować w tym wpisie, chociaż nie przyczyniły się one do finalnego obniżenia mojej oceny:
Zaburzona chronologia: pory roku Vivaldiego zmieniające się jak światło w twoich oczach wskazywałyby, że akcja filmu toczy się z dużymi przerwami na przestrzeni roku, tymczasem pod koniec okazuje się, że minęło ledwie 6 miesięcy - tutaj twórcy mogli lepiej dopracować scenografię, albo zmienić timeline historii.
[lekki spoiler] Dziwi mnie, jakim cudem Jojo i Żydówka nie zostali aresztowani po wsypie ruchu oporu.
Trzecioplanowy wątek LGBT nie dość, że wciśnięty na siłę, to jeszcze będący chamskim feminine gay trope.
Film, który jakoś w momencie premiery mnie ominął. Może dlatego, że uznałam go za hollywódzki chłam odcinający kupony z "wikingomanii" (znane nazwiska - Nicole Kidman, Ethan Hawke, Bjork itp). Dopiero niedawno gdzieś mignęło mi w komentarzach na fejsie, przy jakimś wpisie związanym z historią/archeologią, że ktoś go poleca. Akurat pojawił się na jednym ze streamingów.
No cóż, zdecydowanie nie jest to kolejny hollywódzki film, z oklepaną historią podlaną heroicznym sosem, z kosztowną scenografią i kostiumami z popkulturowych wyobrażeń o tej epoce. Tak, jak osoba polecająca pisała - całość bardzo dobrze oddaje ducha epoki. Przypomina teatr (Szekspir vibe mocno) - bohaterowie mają teatralne wypowiedzi, co przywodzi na myśl właśnie sagi, poematy skandynawskich skaldów. Z jednej strony jest to początkowo nienaturalne w dialogach, jeżeli spodziewamy się kolejnego filmu akcji osadzonego w historycznej epoce, ale z drugiej strony doskonale nawiązuje do tego, jak prowadzona była narracja epicka w tamtych czasach. Dla przykładu, w realistycznym współczesnym filmie zabijany czlowiek raczej coś wyrzęzi czy rzuci krótkim przekleństwem, a nie będzie wygłaszał teksty w stylu "biada ci, mój syn mnie pomści". Jednak skaldowie włożą w usta bohaterów takie słowa, opowiadając tą historię swoim słuchaczom. Oglądając ten film, słyszymy ją w takiej formie, w jakiej usłyszeliby ludzie słuchający jej osiemset lat temu, przy ognisku od wędrownego barda.
Jeśli chodzi o realizm tła historycznego, kostiumów i rekwizytów, to faktycznie jest jednym z lepszych. Nie poszli po ścieżce łatwizny najbardziej znanych szerokim rzeszom klisz - czasów/postaci historycznych (typu Rzym-Cezar, Egipt-Kleopatra albo Tutanchamon). Fakt migracji "królów" na Islandię po zjednoczeniu Norwegii przez Haralda Pięknowłosego, połowu słowiańskich niewolników na Rusi, realistyczne budowle i wnętrza, nawet takie detale tylko krótko migną na drugim planie i zostaną zauważone tylko przez znawców tematu, jak - z braku łodzi - przygotowanie miejsca pochówku z ułożonych kamieni po obrysie kształtu łodzi, czy drzwi skonstruowane tylko na drewnianych elementach bez użycia metalowych okuć. Mamy też nawiązanie do opisu pogrzebu wikinga na Rusi, zapisanego przez arabskiego podróżnika. Mamy też motyw przeznaczenia, przewijający się mocno w historiach i wierzeniach skandynawów.
Zdaję sobie sprawę, że niekoniecznie będzie się podobał wszystkim, jednak subiektywnie daję 8/10.
@Villdeo "Originally a theatre director, scenic designer and costume designer, he transitioned to film in the late 2000s."
Ha, to właśnie ten teatralny rodowód widać w tym filmie.
Niebawem Chicago zniknie z map. W stronę miasta zmierza rakieta z nieznanego źródła. My oglądamy co dzieje się zanim to się stanie, obserwując wicie się w pułapce niewiedzy i paranoi pracowników rządowych i wojskowych.
Bardzo sprawnie skonstruowany thriller, w rękach profesjonalistki Bigelow jednak pozostawia lekki niedosyt i nie chodzi o to, że nie dostaliśmy na koniec tego wielkiego "boom", tylko za mało przychodzi myśli i refleksji po tym filmie. Może dlatego, że my już żyjemy w takim świecie i naprawdę mamy dość straszenia? Nie wiem. Niby cały film jest naprawdę dobry, z plejadą świetnych aktorów, ale czegoś zabrakło.
Ktoś fajnie napisał na filmwebie, że ten film to taki "Dr Stranglove" na poważnie.
Po opuszczeniu aresztu w wigilijny wieczór, prostytutka poszukuje swojego niewiernego partnera.
Kolejny film Bakera, została mi już tylko Anora. Z dotychczasowych ten podobał mi się najmniej, rzuca się w oczy jak zwykle jaskrawa kolorystyka, ale tematyka do mnie nie przemawia. Niemniej ładnie nagrany film i nawet ma momenty, że bawi, choć stawia bardziej na dramat. Ogólnie Baker umie w dramaty prostych ludzi z ameryki, o ludziach, którzy są na dnie życiowym i kolejny raz to pokazał. Jednak w innych filmach jak Red Rocket było pokazane to wszystko lepiej.
Jestem smakoszką gatunku i uważam, że i tak mamy dobry okres horrorowy w ostatnich latach (przypomnijcie sobie ile było gówna gatunkowego w latach 90. poprzedniego wieku, dziś pamięta się tylko jakieś kultowe tytuły, reszta zaginęła sprawiedliwie w oparach niepamięci).
Po prostu jest dużo więcej ciekawych horrorów. Nawet franczyza może wypluć coś za⁎⁎⁎⁎⁎tego, jak np. "Omen: Początek".
Więc tym bardziej cenię "Zniknięcia" bo nie jest to do końca typowy śrredni-ale-dobry horror.
To raczej film-układanka, a potem dostajemy dopiero gatunkowe flaki i krew. Czytałam, że wielu wybawiło się dobrze na samej układance a potem było "bleh", rozczarowanie, no ale halo? To dalej jest po prostu horror i tak występują przeróżne elementy przecież.
Na pewno na spory plus realizacja - same ujęcia oraz montaż są topowe, zaspokoją czujne oko kinomana. Scenariusz, fabuła - jak zwykle, znajdzie się sporo dziur, które każą utykać nieco filmowi - pewnie dlatego tylko 9/10 ode mnie a nie 10/10.
@Mahjong Przecież ten film jest co najwyżej średni. Dopóki nie wiadomo o co chodzi, jeszcze ujdzie ale jak się wyjaśnia to już po emocjach i jest równia pochyła.
@Dybala "przecież" co? Nie generalizuj proszę, nie każdy ocenia tak samo.
Na tym polega urok filmów - każdy obejrzy sobie sam i oceni Ja bawiłam się wyśmienicie, nie było dla mnie równi pochyłej, klimacik ładnie skręcił na tory horroru i zabawa trwała dalej tylko już na nieco innym polu niż w pierwszej połowie.
@Mahjong Po prostu nie rozumiem zachwytów nad nowymi horrorami typu, które rzekomo są powiewem świeżości a dla mnie są co najwyżej zmarnowanym potencjałem. Fajnie się zaczynają a zakończenia jakby ktoś na szybkiego na kolanie robił - patrz "Substance", "Bring Her Back" czy owe "Weapons" (w ogóle ten tytuł oryginalny trafiony jak pięść do oka).
Dobry okres horrorowy? Wg mnie nie straszą w ogóle a gatunek chyba ma straszyć? Oglądałem kilka nowości jak Zniknięcia, Nosferatu, Oddaj ją i nic tam nie straszy. Rozumiem, że jakąś przemianę ten gatunek w dramat i kryminał przeszedł i dla mnie to katastrofa. @Mahjong
@kopytakonia Celem filmowego horroru jest wywołanie u widza klimatu grozy, niepokoju lub obrzydzenia i szoku.
Mnie bardziej straszą amstaffy bez kagańca i ruskie drony niż jakikolwiek horror. Gatunek to nie jest tylko to jedno dla ciebie, w tym przypadku wywołanie strachu.
Wczoraj zapodałem na ruszt. Bardzo dobry film - absolutnie z horrorem nie mający nic wspólnego. Podobała mi się cała oprawa filmu, parę drastycznych mogliby sobie odpuścić, całość spójna - muzyczne tło rewelka. Pozostawienie wielu wątków otwartych również współgra z całokształtem filmu Oczywiście film do jednokrotnego obejrzenia ale przyjemny mix gatunkowy - trochę fantasy, trochę thriller, trochę detektywistyczny, nieoczywisty...
Rzadko oglądam horrory, jak już jakiś wybieram to jest to coś nowego i nie wiem co jest z tymi dzisiejszymi horrorami, ale w ogóle nie straszą. Ten film to nawet nie jest gatunek horroru. Już wolę jump scary, niż coś co nazywają horrorem, a jedyne co mi serwuje to trochę obrzydzenia, bo są tutaj rozrywane ciała itp. Kiedyś filmy potrafiły wystraszyć, a teraz co? Szukałem czegoś, co choć raz mnie przestraszy a tymczasem dostałem niezły dramat. Na filmwebie napisali, że to horror. Jestem zawiedziony.
To jakaś moda dzisiejszych czasów, że horrory to bardziej dramaty, czy thrillery?
Podobnie jest w przypadku "Weapons" z tego roku, w którym praktycznie też zero z horroru.
Powiedzieliby, że nakręcili dramat, to gdybym się nastawił na dramat to bym nie był taki sflustrowany jak po tym seansie. Ehhh.
Jak ktoś szuka horroru to nie polecam, nie wiem skąd taka dobra ocena za ten film na choćby filmwebie
Bardzo możliwe, że ten gatunek ewoluował, na właśnie coś takiego i coś takiego właśnie jest teraz doceniane, a ja jestem w tyle bo rzadko oglądam ten gatunek, niemniej takie "horrory" to nie jest to czego szukam.
Cukierkowa i pokrzepiająca serca historia o dorastaniu w dysfunkcyjnej rodzinie (oksymoron, ale trafny). Myślałam, że film lepiej rozliczy się z mitem amerykańskiego snu, jednak realia ekonomiczno-społeczne rzutujące na sytuację rodziny młodego J.D. pokazano w maksymalnie złagodzonej formie. Mimo to, dobry film, chociaż bardziej niż scenariusz i odtwórca głównej roli ciągną go Glenn Close i Amy Adams.
@Vampiress Podobno film totalnie nie dotknal problemow spolecznych z ksiazki - wszystko zostało ugładzone, coby nie zasiać niepokoju w amerykańskim widzu i nie zburzyć dobrego samopoczucia o własnym narodzie.
No bo jak to tak - bieda w USA? W najwspanialszym miejscu na ziemi? To niemozliwe!
@Vampiress oglądałem ostatnio i dopiero z początkowych napisów zorientowałem się że to o JD Vance - wybierałem kierując się samym opisem fabuły.
Moja główna konkluzja to - jeżeli JD faktycznie ma taką historię, to jakim cudem wyrósł na takiego dupka?
W prowincjonalnym miasteczku dochodzi do kilku morderstw na młodych kobietach. Miejscowi przedstawiciele organów ścigania, wspierani przez detektywa z Seulu, starają się odnaleźć sprawcę, wykorzystując do tego niezgodne z prawem metody.
Specyficzny film, który wymyka się nieco zachodnim konwenansom, do których jesteśmy jednak przyzwyczajeni. Nie powala na kolana (dziwią mnie bardzo wysokie noty), gra jest wielokrotnie przerysowana, co jest już elementem koreańskiego kina, jednak ma w sobie coś ciekawego, właśnie przez tą inność. Bardzo podobało mi się przedstawienie pracy policjantów, którego zwyczajnie się nie spodziewałem - można się zastanowić nad tym, kto jest prawdziwym antagonistą w tej historii. Finał również jest nieoczywisty, pozostawia pole do dyskusji i własnych interpretacji. Ogólnie film na plus, ale w mojej opinii przehypowany. Polecam tym, którzy są ciekawi czegoś innego, momentami chwytającego za przełyk.
Na tapetę wjechała wersja rozszerzona (ok 3h) wersja Diuny, ale niewiele to pomogło. Wiele lat temu oglądałam podstawową wersję i chyba pamięć mi zblakła mocno skoro postanowiłam się ponownie zmierzyć z tym tytułem.
Problem z linczowską Diuną jest taki, że po zobaczeniu adaptacji by Denis Villeneuve to po prostu wygląda miernie. I nie chodzi nawet o te słabe efekty specjalnie, chociaż w sumie tak, chodzi też o nie.
Brak pogłębienia postaci, matka Paula ma niesamowite zdolności a jak mocniej zawieje to krzyczy ze strachu, sam Paul jest bezosobowy, właściwie mało kto ma tam jakąkolwiek osobowość. Możliwe, że to kwestia tego, że zamknięto całą fabułę w 3 godziny - w wersji podstawowej (2 h 17 m) to w ogóle musi wyglądać na pocięte.
Do tego w tej Diunie samego Lyncha jest tyle co kot napłakał, no ale to był dopiero początek jego kariery. Na pewno gwiazdka wyżej za sam fakt, że mimo porażki owa adaptacja była dla Lyncha trampoliną ku karierze, a tam już robił wszystko po swojemu i nie zawitał już pod progi "superprodukcji".
@Mahjong niewiarygodna nędza tamtych efektów specjalnych jest uderzająca, jakby ten film był zrobiony w latach 20, nie wiem jak do tego w ogóle doszło, bo przecież budżet był ogromny. no i ten kretyński design pojazdów przedmiotów itd, to w 90% było obrzydliwe.
@Opornik na YT widziałem dokument o tym i generalnie Lynch nie chciał tego filmu robić i nie do końca był na niego jakiś pomysł. A co do efektów to nie odstawały jakoś mocno od ówczesnych standardów, robienie rzeczy na makietach i kliszy ma duże ograniczenia. Pod tym względem od lat 20. nie było żadnej wielkiej rewolucji i czasem efekty z lat 50. wyglądają lepiej niż te z lat 80.
Ten film to moje guilty pleasure, efekty nie były takie tragiczne jak na rok 84, czerwie wciąż wyglądają ok, szczególnie sceny gdzie wyłaniają się z piasku
@radidadi Dokładnie. Kiedyś mi się podobało. Teraz trąci myszką baardzo, ale patrzę na to z sentymentem, poprzez wspomnienie wytworzonego wtedy wrażenia.
Ocena 4/10? Słabo się zestarzało? Kretyński design pojazdów przedmiotów itp? No aż się zagotowałem. Ale za chwilę cienka zasłona sentymentu opadła i przyszło otrzeźwienie - tak, wszystko się zgadza Poza niektórymi scenami to całość ogólnie oceniam nisko. Chciałem nawet przy okazji nowej Diuny sobie tę starą wersję odświeżyć i nie dałem rady.
Ciekawy serialik komediowy, choć wiecej tu w tych dosyć absurdalnych sytuacjach dramatu. Pokazuje jak wychodzą z człowieka najgorsze demony, co siedzi w nas w środku głęboko. Idealne moim zdaniem wyważenie dramatu i komedii. Polecam gorąco!
No dla mnie to nie to... W jedynce robotę robił brud i surowość. Tutaj tego zabrakło. Nie powiem żeby film był zły, ale na pewno nie zapadnie mi w pamięć tak jak jedynka. Dałbym 5 ale podnosze o jedno oczko za Panią Veronice (Anjela Nedyalkova)
Druga część kultowego filmu lat dziewięćdziesiątych XX wieku, dzięki której poznamy dalsze losy Marka Rentona (Ewan McGregor). Dowiemy się, czy rzeczywiście udało mu się wyrwać na dobre z brudnego, podziemnego życia Edynburga i heroinowego nałogu, przestępczego półświatka, w którym każdy czyn motywowany jest narkotykowym głodem.
@cebulaZrosolu W pełni się zgadzam. Film niezły i dobrze mi się oglądało, ale do jedynki mu daleko. Tak, jak piszesz, nie ma brudu, syfu i surowości poprzednika.