Memoir / esej filozoficzny składający się z przemyśleń i wspomnień autora dotyczących jego życia, myśli samobójczych i przemiany światopoglądowej. Rozpaczliwy rozrachunek sumienia. Proces sądowy, w którym Tołstoj jest oskarżycielem, oskarżonym i sędzią. Z perspektywy czasu i osobistych rozczarowań autor kwestionuje swoje młodzieńcze poglądy dotyczące wiary, wartości moralnych i opowiada o poszukiwaniach odpowiedzi na pytanie o sens egzystencji. W efekcie wyszedł z tego trochę intelektualny wysryw, który zaczyna się logcznie, ale na końcu się zapętla jak Paolo Coelho i w związku z tym nie polecam.
Kontynuując postanowienie noworoczne, by sięgać po książki, które mam na półce, wybór padł na powieść historyczną "Czarna kropla". Od dłuższego czasu byłem mega ciekaw jak to wyjdzie, bo jest to jeden z moich ulubionych klimatów w książkach, grach i serialach.
Nattrass serwuje kapitalny mariaż faktów i fikcji: Londyn roku 1794, wojna z Francją, procesy o zdradę stanu, pamfleciarze i salony polityczne, a w tym wszystkim nasz protagonista - Laurence Jago, urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który po uszy pakuje się w spisek i działania, które mogą go skrócić o głowę. "Czarna kropla" to tu nie tylko mroczny eliksir - laudanum, od którego Jago jest uzależniony - ale i metafora atramentu, kłamstw i depesz pisanych piórem w nim maczanym, które mogą przesunąć oś geopolityki europejskiej. Mamy tajemniczą śmierć z pozoru samobójczą, znikające listy, wyścig o poufne papiery związane z negocjacjami obcymi mocartswami i cieniem francuskich agentów w tle. Fabuła świetnie meandruje: im więcej śladów, tym mniej pewny staje się narrator (uzależnienie od czarnej kropli robi swoje), a drobne detale zasłyszane przypadkowo, na spotkaniach i w kuluarach składają się w większą układankę.
Najmocniejsza strona książki to klimat i realia epoki. Czuć uliczny kurz i brud, zimną mgłę nad Tamizą i nerwowość tamtejszej polityki: mowy w parlamencie, ulotki, podsłuchane szepty w prywatnych gabinetach. Świetnie wypada też konstrukcja pół-wyznania: pierwszoosobowy Jago jest niejednoznaczny, przerażony, naćpany i przez to wciągający, a jego błędy i nawyki realnie wpływają na śledztwo.
To wszystko dało mi mocne skojarzenia z grą "The Council" czy serialem "Tabu" – podobne przecięcie dyplomacji, salonowych intryg i tajemnych sojuszy, tylko tu całość jest mniej barokowo zagmatwana i bardziej przyziemna, zakotwiczona w dokumentach, pieczęciach i poczcie dyplomatycznej. Nałóg i psychoza w jaką popada Laurence świetnie gra z czytelnikiem w kotka i myszkę, a do tego sprawia, że nie do końca wiemy, czy serio oni coś na niego mają.
To czemu nie dyszka? Tempo bywa nierówne. Środek potrafi się dłużyć, gdy bohater krąży między kolejnymi biurkami i drukarniami, a kilka dygresji historycznych brzmi jak bardzo rozległy aneks czy DLC - świetny dla budowania klimatu, ale dużo gorszy dla tempa. Końcówka jednak ładnie spina wątki, a twist nie jest z czapy, tylko wynika z ziarenek rozsypanych wcześniej, po których czytelnik mógł trafić do prawdy.
Jest to pierwszy tom trylogii i chętnie sprawdzę jak rozwinie się akcja w kolejnych tomach.
Bardzo udany heist z kobiecą perspektywą, który działa właśnie dlatego, że nikt tu nie jest niezniszczalny i nieomylny.
"Wdowy" to kryminał od drugiej strony barykady. Po nieudanym napadzie, w którym giną ich mężowie, trzy kobiety (i przypadkowa prostytutka) - z Dolly Rawlins na czele - znajdują plany kolejnego skoku i decydują się dokończyć spartaczoną robotę. London noir, w którym zamiast białych rękawiczek dostajemy: dokładnie zaplanowany rekonesans, szyfry, logistykę napadu, zgrzyty w zespole i narastające ryzyko, że ktoś pęknie i wygada się policji lub innemu gangowi, który próbuje przejąć interesy po mężu Dolly.
Najbardziej kupiło mnie ujęcie tych złych bez komiksowości. Bohaterki nie są superwoman - mają chwile słabości, paniki, żałoby czy żalu, codzienne kłopoty i całkiem ludzkie wątpliwości. Dolly jest twarda, ale rozdarta, Linda, Shirley i Bella mają kotwice w postaci własnych demonów i licznych wątpliwości. Ta mieszanina kompetencji i kruchości sprawia, że kibicuje się im mimo moralnych wątpliwości. Świetnie wypada Dolly, która próbuje przejąć przywódczą rolę męża, też jako jedyna była w pełni świadoma, skąd się bierze kasa w domu i ten kontrast między nią, a jej koleżankami robi ogromną robotę w tej historii.
Mocne strony: mechanika skoku (planowanie, próby, improwizacja), szorstki klimat Londynu i napięcie wynikające z psychologii, nie tylko z pościgów. La Plante utrzymuje napięcie scenami, w których coś może się sypnąć jednym złym gestem czy słowem.
Słabsze strony: środek potrafi się rozciągnąć, a kilku antagonistom brakuje głębi przestępczego półświadka. Czuć momentami telewizyjny rodowód opowieści (zbiegi okoliczności tu, pójście na skróty tam). Finał domyka historię solidnie, choć bez nokautu.
Ciąg dalszy nadrabiania klasycznych dzieł literatury sci-fi.
Antyutopia totalna, przedstawia świat w którym wszystko zostało zaprojektowane, a społeczeństwo jest wynikiem genetycznej architektury i warunkowania do predeterminowanej roli społecznej. Realizacja maksymy “Wspólność, identyczność, stabilność” dotyczy wszelkich warstw życia, zarówno zawodowego jak i prywatnego. Wszyscy są użyteczni i szczęśliwi, są perfekcyjnymi konsumentami o przewidywalnych i stabilnych potrzebach. Indywidualizm nie istnieje, a uczucia są korygowane farmakologicznie.
Co ciekawe, mimo, że książka została napisana w 1931 roku, to zestarzała się bardzo wdzięcznie. Ba, obserwując dzisiejszą inżynierię społeczną, śmiem twierdzić, że jej treść stała się nawet bardziej aktualna, że miała być ostrzeżeniem, a stała się podręcznikiem.
Dzieło wybitne, któremu jednak nie dam najwyższej oceny, bo choć doceniam fakt, że wizja świata przedstawiona została perfekcyjnie i ponadczasowo, to strona fabularna jakoś mnie nie porwała i momentami robi się z tego rozprawa o religii i moralności.
I nawet pasuje do #czytelniczebingo - SF, w którym technologia jest moralnym problemem
Przeczytałem po raz pierwszy stosunkowo niedawno. Bardzo mi się podobała.
Zresztą podobnie jak „Limes Inferior” Zajdla.
Widzę, że masz ciekawe bingo.
Polecam dorzucić do którejś kategorii „Trylogię Husycką” Sapkowskiego (wszystkie 3 tomy), jeśli jeszcze nie znasz. Możesz użyć jako polecajka z Hejto ;)
Najlepsza rzecz jaką przeczytałem w ostatniej dekadzie
Wracam do Oranu (od którego zaczynałem ten rok w Hurysce) i do lektury sprzed ponad 20 lat, żeby sprawdzić jak wypadnie tym razem, już w przypadku dorosłego (podobno) czytelnika, które miał szansę obserwować jedną pełnoskalową pandemię na własne oczy 5-6 lat temu.
To jest kronika miasta i jednocześnie kronika jednostek, które nagle zostają wrzucone w "nowy porządek" (a może chaos) - taki, w którym nie da się już żyć na autopilocie. Narrator od początku uprzedza, że nie będzie tu legendy o herosach, tylko zapis tego, jak na prawdę wygląda życie ludzi, gdy świat przestaje udawać przewidywalny. Narrator zbiera dla nas świadectwa, notatki, zwierzenia - bo sam jest "wmieszany" w to, co nam opisuje, choć na początku jeszcze o tym nie wiemy.
Oran jest banalny, wygodny w swojej rutynie i prostocie. To miasto nawyków, które uspokajają swoim rytmem. I właśnie dlatego pierwszy znak przychodzi jak dysonans: szczury. Martwe, wyłażące z kubłów, żerujące na śmieciach - coś, co miało „nie istnieć”, a jednak zalega na schodach i ulicach. Z początku jest w tym więcej irytacji niż strachu. Bo jeśli uznasz, że to tylko delikatny odbieg od rutyny - to przecież nic się nie stanie, prawda?
Kiedy choroba zostaje nazwana w końcu po imieniu, miasto zaczyna się zamykać: bramy, ograniczenia, kolejki, braki w sklepach. Ale sedno Camusa jest gdzie indziej: dżuma w tej książce jest abstrakcją, która miażdży rutynę jednostki, jeśli chce żyć tak, jakby nic się nie stało. Każdy z głównych bohaterów reprezentuje zgoła odmienne podejście, które uznaje za jedyne słuszne, a argumenty innych traktuje bardziej jako ciekawostkę, niż realną alternatywę.
Świat może być absurdalny i okrutny, ale człowiek nie jest zwolniony, z tego powodu, z decyzji. U Camusa godność nie polega na tym, że wygrywasz z dżumą. Polega na tym, że nie klękasz przed nią - stajesz do walki, wybierasz działanie, solidarność i uczciwość nawet wtedy, gdy nie masz gwarancji sensu swoich poczynań ani tym bardziej nagrody za taką postawę.
Świetna wizja apokalipsy w małej skali i to apokalipsy, która nie przychodzi nagle, przeradza się w nią z czasem. Zaczyna się jako obrzydzenie, zdziwienie, trochę śmiechu, trochę wstrętu. Szczury wyskakują z piwnic, wiją się na chodnikach, leżą martwe pod drzwiami. Ktoś zaczyna zamiatać. Ktoś przeklina. Ktoś żartuje, że "natura robi porządki". I w tej zwyczajności jest pierwsza wielka myśl książki: katastrofa długo wygląda jak usterka w codziennym planie. Dopóki nie nazwiesz jej po imieniu, możesz udawać, że nic nie wymaga zmiany i nic specjalnego się nie dzieje.
Dla mnie główna różnica w czytaniu tej książki po 20 latach, jest taka, że wtedy czytałem o ideach i zbiorowości. Teraz czytałem o mechanice psychiki i roli jednostki. "Dżuma" nie daje happy endu w stylu: a po apokalipsie wróciliśmy do normy. Bo ta książka jest o tym, że norma jest krucha i nie trzeba wiele, by ją zburzyć.
Postanowiłem powalczyć z #czytelniczebingo i spróbować je ukończyć w styczniu, zobaczymy czy się uda Trzymajcie kciuki
Tym razem pole 14 - Książka starsza od ciebie (16/25)
Inteligencja i wykształcenie niewzbogacone ludzkimi uczuciami nie mają żadnego znaczenia.
To jedna z tych niepozornych książek, które widzi się, że inni czytają, a zdecydowanie za mało się o nich słyszy. A przy okazji jest to klasyka science fiction — pierwsze wydanie pochodzi z 1966 roku.
Charlie Gordon jest upośledzonym umysłowo mężczyzną po trzydziestce. Został porzucony przez rodzinę. Jego codzienność to praca w piekarni, gdzie zamiata podłogi i dostarcza zamówienia. Uczęszcza do szkoły — bardzo zależy mu na tym, by nauczyć się pisać i czytać. Jego nauczycielka zachęca go do wzięcia udziału w eksperymencie doktorów Straussa i Nemura, którzy chcą wykonać na nim operację mającą zwiększyć jego IQ.
Operacja się udaje, i Charlie staje się inteligentniejszy. Odkrywa przy tym jednak niewygodną prawdę o sobie i świecie, o swojej przeszłości i tym, jak naprawdę do tej pory postrzegali go ludzie.
Powieść ta ma formę pamiętnika, dzięki czemu znajdujemy się w centrum wydarzeń i jeszcze silniej empatyzujemy z Charliem. Śledzimy jego rozwój z każdą przewróconą stroną. Czujemy jego dylematy moralne, wątpliwości, frustracje. Jest to naprawdę fenomenalna książka, napisana lekko i przemyślanie.
@Wrzoo jako, że to wpisy pamiętnika to początki były dla mnie trudne, a zanim zrozumiałem że błędy to celowy zabieg to myślałem że mam jakieś upośledzone wydanie xd
Anthony Hopkins mógłby napisać dobrą autobiografię, bo pamięć ma bardzo dobrą, a życie miał pełne wielu dobrych i złych momentów. Zamiast tego dostaliśmy przeciętną książkę ze wspomnieniami.
Hopkins pisze o swoim życiu oszczędnie, tylko tyle aby nakreślić kontekst i nie wchodzi w zbytnie szczegóły. Skupia się przede wszystkim na początkach kariery i alkoholizmie. Hopkins napomina jedynie o swoim pierwszym małżeństwie. O swojej córce, którą zostawił, pisze odrobinę więcej. Drugiemu małżeństwu nie poświęca wiele uwagi. O tym, że swoją drugą żonę zdradzał wielokrotnie, wspomina w jednym zdaniu i przechodzi nad tym do porządku dziennego. O Stelli (aktualnej żonie) pisze już więcej, wspomina o tym jak się spotkali... a to już coś xD
Więcej jest tutaj o grze w teatrze, niż o filmach. Z wspomnień wychodzi, że Hopkins miał relację "trochę cię kocham, a trochę nienawidzę" z teatrem. Wiele ról filmowych nawet nie jest wspomniana. Jedynie kreacje oskarowe zostały bardziej opisane, szczególnie wcielenie się w Hannibala Lectera.
W książce widać bardzo wielką miłość aktora do poezji i Szekspira. Na końcu książki jest wybór ulubionych wierszy autora.
Jak ktoś jest fanem aktora, to polecam. Reszta może sobie podarować.
Dystopijna wizja przyszłości. Korporacja Rosen wypuszcza nowy model androidów, które są tak doskonałe, że według najnowszych testów od ludzi odróżnia je już tylko brak empatii. Zawodowy łowca androidów - Rick Deckard dostaje zadanie wyeliminowania grupy zbuntowanych replikantów.
“Czy Androidy marzą o elektrycznych owcach?” nie jest przeciętnym sci-fi, tylko wybitnym thrillerem psychologicznym, w którym autor buduje mroczną i paranoiczną atmosferę, a poczucie rzeczywistości systematycznie się rozpada. Jeden z największych klasyków Philipa K. Dicka, ikona popkultury i źródło inspiracji dla całych pokoleń twórców - w tym dla Williama Gibsona do napisania “Neuromancera”, w pewnym sensie to więc duchowy dziadek cyberpunka.
Audycja przygotowana została rewelacyjnie: monotonna narracja Więckiewicza, świetna gra aktorska w dialogach i jazzowa oprawa muzyczna Pink Freud znakomicie uzupełniają mroczną atmosferę noir.
#czytelniczebingo - książka, która została zekranizowana
@saradonin_redux Stare czasy - przeczytałem niedługo po tym, jak "Łowcę Androidów" obejrzałem na VHS i pamiętam, że bardzo mi się to podobało - no ale z tego co zapamiętałem:
książka była straszliwie krótka - to raczej nowela, a nie powieść
film był jednak lepszy niż pierwowzór literacki - po prostu, z genialnego, ale nie do końca (moim zdaniem i w mojej opinii (-;) rozwiniętego pomysłu, w filmie powstało wręcz całe uniwersum tamtego świata.
...tera czekam na serial - to może będzie prawdziwa post-apokalipsa i artystyczny koniec tego uniwersum (coś w podobie, jak np. odjebali z Alien: Earth)
Chciałem przeczytać "Zombie", które ostatnio wróciło na półki w księgarniach, ale okazało się, że to 2 tom serii, więc trzeba zacząć od 1.
Razem z prywatnym detektywem Dawidem Wolskim trafiamy do Gliwic, gdzie spróbujemy rozwiązać zagadkę samobójczej śmierci Mateusza i kilka innych pomniejszych spraw, które trafiły na biurko Dawida. Niestety nasz bohater, prowadząc śledztwa, wpląta się w kilka spraw, które nabiją mu na głowie niejednego guza. Okaże się, że miasto kryje drobne tajemnice, a kolejne poznane osoby rzucą odrobinę światła lub mroku na całą sprawę.
Trochę jest to typowy Chmielarz, książka bez fajerwerków, ale bardzo płynna, która właściwie czyta/słucha się sama. Nie ma tu przesadnych dłużyzn, a autor wie, kiedy podkręcić tempo i jak je dawkować, żeby utrzymać uwagę czytelnika.
Ale to tyle z plusów właściwie, bo cała reszta jest już mniej angażująca - główny bohater, to taka trochę ciapa, która w kilku momentach służy za worek bokserski, a raz nawet stoi nad grobem i to dosłownie. Historia jego przeszłości i tego, czemu jest detektywem nie porywa, choć z lekkim twistem dało się to fajnie wyprostować, ale autor chyba nie chciał, no trudno. Wyjaśnienie zagadki i to jak tropy się łączą, wiemy/domyślamy się dość szybko.
Natomiast to jest dobra książka do wciągnięcia na spacerze, w trakcie jazdy autem, czy komunikacją, bo nie ma tu wątków, których trzeba słuchać ze 100% zaangażowaniem i tropów, które łatwo przegapić. Bawiłem się przy niej nieźle i polecam, jeśli nie masz ogromnych wymagań co do kryminału.
"Kat Gaudiego" to pierwszy tom serii kryminalnej Morderstwa w Barcelonie z powracającycm do służby policjantem - Milo Malartem, jako głównym bohaterem.
Seria morderstw (płonących ciał) inscenizowanych przy ikonach Gaudíego, od secesyjnych fasad po kręte parki, uruchamia śledztwo, w którym inspektor Milo Malart i zespół śledczy muszą czytać architekturę jak zaszyfrowany list. Sprawca zostawia tropy w ornamentach, symbolach i liniach miasta. Z ogólnodostępnych zabytków tworzy przerażające miejsca zbrodni. To właśnie ten pomysł - zagadka oparta na estetyce i geometrii Gaudíego - niesie nas przez książkę najmocniej.
Do pewnego stopnia stajemy się Robertem Langdonem z "Aniołów i Demonów" Dana Brawna i razem z Milo spróbujemy rozwikłać zagadkę. A podobieństw do tej serii, jest tu dużo więcej, bo nasze ofiary również są przetrzymywane przed staniem się płonącym symbolem. Barcelona, podobnie jak Watykan/Rzym, odgrywa rolę kolejnego bohatera i świetnie buduje klimat.
Na plus były: klimat Barcelony, nocne zaułki, architektura, śledztwo jako łamigłówka - z symbolami i fałszywymi tropami, a także protagonista - człowiek z przeszłością, który jest genialnym śledczym, ale nie umie pracować w zespole i nie ma daru przekonywania szefostwa, co do swoich podejrzeń i tropów, którymi chce podążać.
Małymi, ale jednak minusami są: tempo, które momentami siada, zakończenie, które nie jest tak satysfakcjonujące, jak bym się mógł spodziewać i wątki poboczne, które nie są w pełni wykorzystane. Jest też sporo powtórzeń, jak to, że Milo zostaje dołączony do śledztwa na prośbę sędziny i od tego momentu każdy nazywa ją jego sędziną. Podkreślenie tego 2-3 razy miało sens, ale po raz 30 już zrobiło się nudne i zbędne.
Natomiast dla kontrastu świetnie wypada podkreślanie, że Milo był w przeszłości rewelacyjnym śledczym, ale po sprawie, w której zginęła matka 2 dzieci, a której śmierci jego zdaniem mógł uniknąć, zamknął się w sobie, obarczył winą i odsunął od pracy w policji.
Książka, porównując ją do "Aniołów i Demonów", czy do "Lontano", wypada słabiej, a szkoda, bo ma sporo potencjał, ciekawego bohatera i mam nadzieję, że autor wykorzysta go w kolejnych tomach.
Solidny, mroczny i gęsty kryminał z bardzo fajnym rdzeniem zagadki i wyrazistym miejscem akcji, któremu chwilami szkodzi rozwlekłość. Ksiązka niemal obowiązkowa dla fanów miejskich thrillerów, a tym bardziej Barcelony jako bohatera. Czekam na kolejne tomy i mam nadzieję, że seria nabierze tempa i rozmachu.
Miał być mój ulubiony klimat postapo: lepka, przyziemna codzienność w trakcie i po końcu świata, opowieści o zwykłych ludziach próbujących przetrwać, ciężar epidemii, który czuć w każdym oddechu. A tymczasem dostałem opowieść, która - mimo rozmachu - rzadko pozwala poczuć klimat świata, o którym tak dużo mówi.
Bohaterowie są jak figury na wielkiej szachownicy dobra i zła, trudno się do nich naprawdę przywiązać, a sama zaraza szybko ustępuje miejsca alegorii i "wielkim ideom". W efekcie, jak na powieść o końcu cywilizacji, zaskakująco mało tu postapokaliptycznej samotności i jednocześnie dusznośći, które lubię najbardziej.
Wielka mapa Ameryki po epidemicznym ciosie, kilka naprawdę mocnych scen. Ale kiedy liczyłem na obezwładniający, namacalny koniec świata, Bastion coraz częściej uciekał mi w przypowieść. Jeśli szukasz esencji postapo (gnuśnego chłodu, logistyki przetrwania, brudu codzienności) - to nie tutaj. Jeśli natomiast kręci Cię monumentalna, symboliczna walka dobra ze złem, to jest szansa, że ta książka przypadnie Ci do gustu.
Bardzo duży zawód, bo książka mianuje się jednym z kilku Opus Magnum autora, a w wielu elementach ustępuje innym pozycjom, które nie przytłaczają tak rozmachem i na siłę nie starając się być epickim dziełem. Respekt dla skali, ale niedosyt emocji, postaci i świata, którego nie czuć pod palcami. A dodam, że książka w ebooku na legimi dobija do 2000 stron
Osobisty licznik: 13/128
#czytelniczebingo i Bingo! (pierwsza kolumna z lewej 1+6+11+16+21) ;)
Oznaczam jako: 1 - książka, która sprzedała się w milionach
Elina musi co roku wrócić w swoje rodzinne strony, do Laponii, aby złowić szczupaka żyjącego w jeziorku Oś. Zależy od tego jej życie. Do tego ściga ją policjantka w sprawie o morderstwo. Jak to się wszystko ze sobą wiąże? O tym dowiadujemy się już w trakcie tej magicznej podróży w te tajemnicze regiony.
Książka jest pełna lokalnego folkloru wymieszanego z magią, mitologią i gwarą w której porozumiewają się mieszkańcy tych ziem. Wszystko to daje specyficzną, ale bardzo smaczną mieszankę. Mamy tu niepowtarzalny klimat - zastanawiałem się jak to opisać i powiedziałbym, że to mieszanka świata Wiedźmina, lekko doprawiona przaśnością Jakuba Wędrowycza, osadzona na dalekiej północy Finlandii.
Czytało się to bardzo przyjemnie, jedynie wspomniana gwara którą pisane są wszystkie dialogi na początku ciekawiła, po chwili zaczęła trochę irytować, ale szybko się do niej przyzwyczaiłem i później wydawała się już naturalna. Z resztą bez niej była by to kompletnie inna książka, co fajnie opisuje w posłowiu polski tłumacz.
Dołączam też do czytelniczego bingo. Książka pasowałaby mi do kilku kategorii, ale niech będzie "nowy autor"
@onpanopticon no tak, to 3 raz w tym miesiącu się pojawia. Ale zacząłem to czytać przed pierwszym wpisem xD https://www.hejto.pl/wpis/15-1-16-tytul-polowanie-na-malego-szczupaka-autor-juhani-karila-kategoria-fantas?commentId=d17b0340-3f37-4d0c-bc1a-183ecd7afcd8
Zachęcony #czytelniczebingo postanowiłem przełamać nieco ciąg sci-fi/fantasy i dla odpoczynku spróbować czegoś zupełnie innego. To nie jest gatunek, którego regularnie słucham, czy czytam, więc dla mnie była to miła odskocznia.
Reportaż podany w lekkostrawnej, przyjaznej formie, bardzo na luzie. Autorka zaczyna od pełnych kontrastów Chin, następnie przechodzi do Tybetu, by w końcu dotrzeć do Nepalu, a na koniec nawet do Indii. Poszczególne rozdziały opatrzone zostały krótkimi encyklopedycznymi wtrąceniami, rozwinięte w formie osobistych wspomnień z wyprawy. Bardzo podobały mi się spotkania ze zwykłymi ludźmi i przelotny wgląd w codzienność tak bardzo odmienną od tej, którą znam. W efekcie wyszło jednak średnio, gdyż oczekiwałem bardziej szczegółowej relacji z pobytu w samym Tybecie, natomiast spore fragmenty dotyczące Chin i Nepalu rozmyły obraz i pozostawiły niedosyt.
Jeśli jeszcze nie czytaliście książki Wrony, o której pisałem - TU , a macie ją w planach przeczytać, to nie czytajcie tego, co napisze poniżej, bo jednak nie da się opisać drugiego tomu, bez zaspoilerowania pierwszego.
Nie ma opcji oznaczenia treści jako spoiler, więc zaufajcie mi, że jest to SPOILER i to ogromny
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
W poprzednim wpisie napisałem, że zakończenie jest otwarte, co do nie końca było prawdą, bo można się było domyślać, co ostatnie zdanie książki oznacza, a brzmi ono tak:
"Wylatuję przez okno i jest mi dobrze, bo wiem, że już nigdy tu nie wrócę"
Więc tak, zgadliście, Basia "wyleciała" z okna, co niestety zakończyło się jej śmiercią. Tom 2, tej historii, czyli "W rany" opowie nam o dalszym życiu rodziny po jej śmierci. Zaczynamy narrację dwutorową, z perspektywy Kasi (siostry Basi - tej "lepszej" według rodziców) i matki (tej wiecznie pokrzywdzonej). Matki, która po wydarzeniach z poprzedniego tomu wylądowała w szpitalu psychiatrycznym, z którego dość szybko wyszła.
Kasia i matka naprzemiennie będą nam opowiadać o swoim bólu po stracie siostry i córki, choć ból tylko jednej z nich jest realny, bo druga próbuje zamienić ten ból na współczucie, które powinni jej okazywać inni i to nie z powodu straty córki, a z powodu tego, że to się przydażyło jej. Z powodu tego, że miała wredną córkę, która nie dość, że za życia dostarczała jej masę cierpienia, to jeszcze odeszła zadając ogromne rany całej trójce. Do tego zrobiła z nich rodzinę patologiczną, w której na pewno działo się coś złego od dłuższego czasu (udajmy, że jednak tego nie wiemy). Teraz są na językach wszystkich, a nie o taką atencję zabiegała matka.
Ten tom jest lepszy i jednocześnie gorszy od poprzedniego:
- Lepszy, bo tu dość dosadnie widzimy toksyczność zachowań matki i próbę bycia zawsze w centrum, łącznie z wybielaniem winy, za śmierć córki, której, jej zdaniem, wcale nie ponosi, bo z Basią było coś nie tak od urodzenia. Lepszy również pod względem kreacji Kasi, która nie tylko wyrosła na bohaterkę pierwszoplanową, ale przestała być skarżypytą i zaczęła uciekać w siostrzaną miłość we własnej wyobraźni.
- A gorszy ponieważ nie dowiemy się tu wiele nowego, rodzina ma dokładnie te same problemy i zaburzenia, co poprzednio, a ojciec odgrywa marginalną rolę, nawet w porównaniu do tej z "Wron". Do zwyczajności dodamy tylko łyżkę żałoby i to żałoby, którą odczuwa właściwie jedynie Kasia i to też bardziej nie per se, ale jako wspomnienie strategii ucieczki siotry i próbę naśladownictwa w tym samym celu. O żałobie ojca wiemy niewiele, choć płacz pod prysznicem, może wskazywać na to, że on jako jedyny ją w pełni odczuwa, choć to tylko mój domysł.
Świetne to były lektury, niestety przywołujące wspomnienia z dzieciństwa mojego czy znajomych, których rodzice na zajęciach Wychowania do życia w rodzinie dojechali z materiałem tylko do rozdziału z "Najlepszymi tekstami twoich starych".
#czytelniczebingo 16 - świeżaczek - książka wydana w/po 2025
Bardzo, bardzo, bardzo podoba mi się gra słów w tytułach obu tych książek. Szacunek dla tłumacza (czy kto tam na ten pomysł wpadł), bo po czesku nie jest już tak fantastycznie.
W przerwie na odsapnięcie od Bastionu postanowiłem przeczytać coś krótkiego, nie to, żeby bingo tego wymagało
Zauważyłem, że im mniej wiem o książkach, tylko większą radochę mam z ich czytania i tak też było tym razem. Zalegała na mojej półce od jakiegoś czasu, więc postanowiłem dać jej szansę.
Książka jest o dzieciństwie, o takim dzieciństwie jakie wiele dzieci urodzonych w latach 80-90. miało na co dzień. Dzieciństwie z brakiem przejawów miłości rodzicielskiej. O życiu z rodzicami, dla których dziecko nigdy nie jest wystarczająco ambitne, dobre, poszłuszne, nie uczy się zbyt dobrze i nie chce realizować niezrealizowanych ambicji swoich rodziców. O dzieciństwie, w którym jest się nieustannie porównywanym do rodzeństwa.
Książka porusza trudne tematy, do tego pokazuje jak wielkim ciężarem jest samotność w tak młodym wieku, jak brak zrozumienia u najbliższych przesuwa kolejne granice i sprawia, że dziecko może się czuć dobrze tylko w swoim towarzystwie, a każdy przejaw bycia miłym przez obcych ludzi, traktuje jak coś czego nigdy nie zazna od rodziców.
Książka krótka acz intensywna, czyli punkt 11 #czytelniczebingo
@WujekAlien "Książka jest o dzieciństwie, o takim dzieciństwie jakie wiele dzieci urodzonych w latach 80-90. miało na co dzień. Dzieciństwie z brakiem przejawów miłości rodzicielskiej." Zawsze jak czytam takie opisy, to dochodzę do wniosku, że miałem farta życiowego pod tym względem.
O tak! To ejst fantastyczna książka! Czytałem kiedy, z jakiegoś powodu, już nie pamiętam jakiego, chciałem sprawdzić co tam teraz każą młodzieży w szkole czytać. I tak, myślę, że ta książka to akurat jest dobry wybór. Tylko żeby jeszcze komuś chciało się ją sensownie z tą młodzieżą omawiać.
Wedle wszelkich źródeł Zstąpienie Aniołów miało być 6. częścią Herezji Horusa, ale powieść ta w zasadzie nie ma nic wspólnego z głównym wątkiem Herezji. Jeśli dobrze zrozumiałem, to akcja ma miejsce długo przez Wywyższeniem Horusa i historia dotyczy Liona El'Jonsona i Legionu Mrocznych Aniołów.
Forma literacka również dalece odbiega od dotychczasowej stylistyki wzniosłej, militarnej opery kosmicznej, a zwraca się ku przygodowemu fantasy osadzonemu w realiach bliższych późnemu średniowieczu z odrobiną technologii.
Większa część książki jest bajką o Tarzanie odnalezionym w dżungli na feudalnej planecie Caliban, który nagle ucywilizował się, a następnie został mistrzem Zakonu Krzyżackiego, opowieścią o chłopcach trenujących na rycerzy, by w końcu udowodnić swoją wartość i zostać wojownikami. Dopiero pod sam koniec robi się znacznie ciekawiej. Co gorsza, nie potrafiłem też odnaleźć żadnego dodatkowego filozoficznego podtekstu.
Zstąpienie Aniołów prezentuje wyraźny spadek jakości względem poprzednich książek serii, nie wnosi nic wartościowego do Herezji Horusa i spokojnie można tę książkę pominąć.
@Pouek czy ja wiem, początkowa trylogia była zajebista. Fakt, że forma jest przesadnie pompatyczna, nadęta i teatralna, ale jeśli komuś taki styl pasuje to super. Zstąpienie Aniołów to na razie pierwsze większe potknięcie, ale i tak wcale nie wypada poniżej popularnego fantasy pokroju Mistborna (ten to dopiero był YA). Dalej, to z tego co przeglądałem jest już pudełko czekoladek i większość z ponad 60 książek chyba sobie daruję, ale np. Mechanikum i Pierwszy Heretyk też zapowiadają się ciekawie.
@saradonin_redux bardzo mnie rozczarowała motywacja Horusa do zdrady w cyklu Herezji. Na poziomie trzylatka. Od tamtego momentu wciągnąłem jeszcze dwie książki z rozpędu i już nigdy nie wróciłem
Przeglądam czasem Reddita, w tym społeczność /r/ireadabookandadoredit. Niedawno ktoś wrzucił tam post na temat książki "Convenience store woman" i z miłym zdziwieniem odkryłam, że została przetłumaczona na polski. A że opis mnie zainteresował, to stwierdziłam, że machnę ją przy okazji.
W książce tej śledzimy losy 36-letniej Keiko, która od dziecka ma trudności ze zrozumieniem reguł i norm panujących w społeczeństwie. Kobieta ewidentnie jest w spektrum, co jednak nie przeszkadza jej znaleźć swojego miejsca na ziemi: sklepu konbini, czyli japońskiego całodobowego odpowiednika naszej Żabki na sterydach, w którym pracuje dorywczo.
Keiko mierzy się z pytaniami bliskich, nie traktujących jej zatrudnienia i stanu panieńskiego poważnie, o jej plany na przyszłość. Czy ugnie się i dostosuje do wymagań społeczeństwa? I jaką rolę w jej decyzji będzie miał redpillowiec, który zatrudnia się w tym samym konbini?
Jest to książka lekka i przyjemna, w sam raz na raz, nie wymaga zbyt wiele od czytelnika. Ot, miły przerywnik.
Tytuł: »Mama, bitte lern Deutsch«: Unser Eingliederungsversuch in eine geschlossene Gesellschaft
Autor: Tahsim Durgun
Kategoria: Memoir
Wydawnictwo: Knaur
Format: audiobook
Liczba stron: 209
Ocena: 9/10
Prywatny licznik: 5/48
Znalazłem złoto! A wszystko przez Spotify i #czytelniczebingo! Zastanawiając się nad książką z kategorii "książka spoza strefy komfortu" zdecydowałem, że przeczytam/przesłucham coś po niemiecku. Od 12 lat siedzę w Niemczech, jednak jest to jedyny język w którym czytam bardzo mało i zawsze się przed tym wzbraniałem. Na "Mama, bitte learn Deutsch" trafiłem przypadkiem na Spotify i zaciekawiła mnie ta pozycja. Niestety autora (twórcę internetowego) nie znałem, bo i w niemieckim TikToku/Instagramie nie siedzę. Zacząłem słuchać i jak już napisałem - znalazłem złoto!
Tytuł dobrze odzwierciedla o czym będzie ta książka: "Mamo, proszę naucz się niemieckiego: Nasza próba integracji z zamkniętym społeczeństwem". Tahsim (ur. 1995) opowiada o życiu w Niemczech z perspektywy dziecka kurdyjskich jazydów, którzy wyemigrowali do Niemiec na początku lat 90tych. Książka ma podobny klimat jak "Born a Crime: Stories from a South African Childhood" Trevora Noah (link), którą słuchałem w zeszłym miesiącu. Tahsim poprzez swój humor opowiada o bardzo trudnych i wciąż aktualnych tematach: wykluczeniu społecznym, rasizmie i problemach integracji w niemieckim społeczeństwie. Pisze o swoim dzieciństwie i o swojej matce - kurdyjce, która przez 35+ lat nie nauczyła się niemieckiego, i problemach jakie z tego wynikają.
Najgorsze, że historie jakie Tahsim opisuje, wciąż są aktualne. Na moim własnym osiedlu widzę (i znam) rodziny, które są poprzez barierę językową wykluczone ze społeczeństwa, gdzie dzieci muszą przejąć rolę tłumacza, aby cokolwiek załatwić. Niestety uprzedzenia społeczne do emigrantów są wciąż silne. Ja staram się mieć otwarty umysł, bo pamiętam wiele historii z placu zabaw, gdzie "przejechałem" się na stereotypach. A i też temu, że sam jestem emigrantem...
#czytelniczebingo 5/25 - Książka spoza strefy komfortu
P.S. Od własnego syna też usłyszałem, że powinienem się nauczyć języka niemieckiego (a śmigam na poziomie +/- B2).
Książka spodobała mi się przez okładkę i wrzuciłem sobie na czytnik w zeszłym roku. Nie czytałem nawet o czym jest, a powinienem był. Szukając czegoś na #czytelniczebingo do kategorii "z Ameryki Południowej" z tego co już na czytniku miałem, mogłem wybrać między tym, a Paulo Coelho xD
Autorka chciała połączyć dystopię z kanibalizmem i hodowlą ludzi na "mięso specjalne", jednak zabrakło jej dobrego światotwórstwa. Dostałem za mało informacji, aby ot tak przyjąć prawie natychmiastowe przejście społeczeństwa na jedzenie ludzi. Wprawdzie mamy powiedziane, że panuje wirus który roznoszą zwierzęta i dlatego zostały one wybite na całym świecie. Nie jest to dla mnie wystarczający powód, aby od razu przechodzić na kanibalizm.
Kolejnym minusem jest opowiedziana historia. Marcos pracuje w rzeźni, niedawno zmarło mu dziecko, zostawiła go żona i przechodzi mały kryzys. Od hodowcy dostaje specjalny prezent - niemodyfikowaną genetycznie "samicę". Historia idzie w przewidywalnym kierunku, a zakończenie nie jest satysfakcjonujące w żaden sposób. Autorka próbuje być szokująca na siłę. Zamiast skupiać się na bohaterach i opowiedzeniu fajnej, ciekawej historii, to kładzie nacisk na opisy pracy rzeźni, procesu uboju, sprzedaży, polowań na ludzi, itd.
Nie polecam.
Jak ktoś chce przeczytać coś ciekawszego w temacie hodowli ludzi na mięso, to polecam mangę The Promised Neverland (link) dużo lepiej i ciekawiej podchodzi do tematu (mimo swoich wad).
#czytelniczebingo 4/25 - Książka autora/ki z Ameryki Południowej
@Vampiress ta książka nie ma świata przedstawionego, pokazuje tak proste założenia, jakby autorka ją na papierze toaletowym spisywała i w pewnym momencie zabrakło
Czasami książki wpadają w nasze ręce przypadkiem. Tak było i z "Wierną rzeką" Żeromskiego — krótkim dziełem tego autora, którego wcześniej nie kojarzyłam. Podobno było ono dawniej lekturą szkolną (choć nie za moich czasów). A że Żeromskiego lubię, to stwierdziłam, że czemu nie.
W "Wiernej rzece" poznajemy historię księcia Józefa Odrowąża, który, będąc ciężko ranionym w trakcie powstania styczniowego, trafia do majątku państwa Rudeckich. Pod ich nieobecność dworkiem opiekuje się ich krewna, panna Salomea Brynicka. Salomea przyjmuje Józefa, pielęgnuje go i w wielkiej konspiracji ukrywa go przed wojskami rosyjskimi.
Dalszy opis wydarzeń byłby solidnym spoilerem, dlatego zwieńczę go tylko tym, że książka nie jest przewidywalna, a końcówka przynosi niespodziewany zwrot akcji.
Bardzo lubię Żeromskiego za język, którym się posługuje. Jego dialogi są oszczędne, a przy tym naturalne; drobne opisy przyrody tchną wrażliwością i czułością. Może i "Wierna rzeka" nie jest najbardziej porywającym dziełem autora, ale po prostu dobrze się je czyta.