Ebook z dwoma mikro powieściami Pereca. "Rzeczy" to bardzo specyficzna powieść eksperymentalna i jak dla mnie, jest to przerost formy nad treścią. Podobnie z "Człowiek, który śpi" (propozycja z #klubczytelniczy - dyskusja w niedzielę), zupełnie do mnie nie trafiła.
P.S. W Polsce oczywiście jak w lesie - żadnego ebooka Pereca nie znalazłem -.-
Kojarzycie polski kabaret i "hahaha, chłop za babe przebrany, nie wyczymie no ze śmiechu..."? To tutaj mamy na odwrót: baba się za chłopa przebrała. Nic ciekawego moim zdaniem. No ale była to pozycja z #klubczytelniczy
Syn dostał tę część "Animal Heros" jako nagrodę w szkole. Pierwszą część "Falkenflügel" czytali w szkole z nauczycielką. "Rochenstachel" przeczytaliśmy wspólnie, a rzadko czytam mu niemieckie bajki, bo młody za często mnie poprawia xD Typowa opowieść dla chłopców - grupa nastoletnich bohaterów walczy z grupą nastoletnich złoczyńców. Wiadomo kto wygra, a wszystko dzięki współpracy i przyjaźni.
Czytana z młodym i była ciekawsza niż "Twoja Anatomia". Pewnie dlatego, że po raz pierwszy czytaliśmy o wynalazkach. Typowy humor Kaya, dostajemy zabawne rysunki i wiele, na prawdę wiele opisów i historii o codziennych przedmiotach - od toalety, prysznica, suszarki do włosów, żarówki, mostów, wieżowców, samolotów, aż do komputerów i robotów. Polecajka!
Gdyby nie to, że była to propozycja w ramach klubu czytelniczego (#klubczytelniczy), to bym rzucił tę książkę w cholerę. Sam historia ciekawa i dość tragiczna, ale sposób jej opowiedzenie odpychał i był nie do zniesienia.
Ze zbiorami opowiadań Gaimana zawsze mam mały problem. Opowiadania są spoko - czasem trafi się perełka ("Październik w fotelu "), w większości są to ciekawe historie ("Problem Zuzanny "), a czasem dostajemy chłam ("Jak myślisz, jakie to uczucie?"). Ale dlaczego Gaiman dodaje tam wiersze i inne tego typu teksty, to nie zrozumiem.
Kolejna książka przeczytana z synem. Autor w dość zabawny sposób opisuje po kolei kolejne układy narządów, nie szczędząc tych obrzydliwych informacji. Wiele śmiesznych określeń i zabawnych opisów plus masa rysunków. Młodemu najbardziej podobały się wszystkie żarty, szczególnie jak były o kupie, wymiocinach, smarkach, etc. Polecam dla dzieciaków 8-12 :)
Pierwsze podejście do audiobooka, a że za darmo na Spotify, to grzech nie skorzystać. Lektor dał radę i bardzo przyjemnie się go słuchało. Co do samej biografii i treści, to spore zaskoczenie. Lema znałem jedynie jako pisarza s-f i z przeczytanych za dzieciaka "Opowieści o pilocie Prixie". Z biografii dowiadujemy się o dzieciństwie i młodości Lema we Lwowie oraz perypetiach podczas II WŚ. Chociaż informacji na ten temat nie ma za wiele, to Orliński zabawił się w detektywa. Zebrał wszystkie dostępne mu informacje, wziął pod uwagę wątki biograficzne w dziełach Lema (szczególnie z "Szpitalu Przemienienia") i różne fakty historyczne, aby z odrobiną domysłów odtworzyć w logiczną całość losy Lemów do lata 1945 roku. I powiem wam, że była to najciekawsza część książki. Powojenne losy Lema nie są już aż tak ciekawe, ale Orliński stara się przedstawić go jako zwykłego człowieka, ze wszystkimi swoimi dziwactwami, pasjami i problemami. Polecam!
Książka przeczytana w ramach naszego klubu czytelniczego. Mam co do niej mieszane odczucia. Z jednej strony historia do mnie nie przemówiła. Nic ciekawego się nie działo, nie dostałem też żadnych ciekawych przemyśleń bohatera. Podczas lektury myślałem sobie, że na końcu wszystko się wyjaśni i nabierze sensu. Po lekturze zadałem sobie pytanie: a co jeśli to nie miało mieć sensu i nie da się tego zrozumieć?
O Grze o Tron po raz pierwszy usłyszałem około 2007/2008 roku. Ot, natrafiłem na recenzję na jakimś portalu internetowym, szukając kolejnej lektury po Tolkienie i Sapkowskim. Pamiętam, że autor zachwycał się światem wykreowanym przez George’a R. R. Martina. Moje kolejne spotkanie to już kultowy serial — po obejrzeniu pierwszego sezonu sięgnąłem po książki i przeczytałem wszystko aż do Uczty dla wron — ściągnięte w formacie .doc, co czytało się fatalnie na moim laptopie xD. W tym roku nadszedł czas na ponowną lekturę.
Gra o Tron to jak dotąd mój faworyt w kategorii epic fantasy, choć książkę można równie dobrze określić mianem dreszczowca politycznego. To wielowątkowa opowieść o władzy w brutalnym wydaniu — pełna rycerskich ideałów zderzających się z rzeczywistością w krwi i błocie.
Już od prologu autor zapowiada mroczną, ponurą opowieść — zwiadowcy giną za Murem z rąk Innych, dezerter Nocnej Straży zostaje ścięty przez Neda, podejrzenia morderstwa Jona Arryna, zrzucenie Brana z wieży... Martin powoli rozwija główne wątki w Królewskiej Przystani i wśród Dothraków, nie zapominając o wątkach pobocznych. W sprytny sposób domyka niektóre z nich, zostawiając jednocześnie dużo przestrzeni na rozwój historii w dalszych częściach cyklu. Fabuła w GoT ukazywana jest z wielu perspektyw, co daje pełną paletę bohaterów, których można pokochać albo znienawidzić. Mówiąc o bohaterach, nie sposób nie wspomnieć o największym idealistycznym głupcu całej opowieści — Nedzie, którego zabił jego własny honor. Choć moim ulubieńcem i tak pozostaje Tyrion.
Czas zabrać się za Starcie królów i dalsze walki o władzę nad Westeros.
Chciałabym to kiedyś w końcu przeczytać, ale że nie lubię niedokończonych serii, to chyba pozostaje mi czekać, aż Martin przeniesie się do krainy wiecznych łowów i serię przejmie Sanderson albo Abercrombie 🥲
@AndzelaBomba przeczytałam to co do tej pory wyrzeźbił i jakoś mi nie tęskno do zakończenia tak szczerze mówiąc. Jak napisze spoko, jak nie to płakała nie będę
Tukidydes niczym Herodot mnie wymęczył, bo czytałem te książkę przeszło 3 miesiące (z drobnymi przerwami na inne lektury). Chyba antyczne książki historyczne nie są dla mnie :F
Ale przejdźmy do rzeczy, jak sam tytuł wskazuje, Tukidydes opisuje perypetie wojny peloponeskiej - konfliktu zbrojnego pomiędzy Spartą (+ sprzymierzeńcy), a Atenami (+ sprzymierzeńcy). Stara się przedstawić wszystkie wydarzenia najdokładniej jak tylko potrafi. Już na początku tekstu oznajmia, że przemowy które zawarł, będą jego interpretacją przedstawiającą sens rzeczywistej przemowy. Tukidydes skupia się jedynie na wydarzeniach historycznych i nie zawiera zbędnych opisów geograficzno-etnograficznych. Jest to wielki plus w porównaniu do Herodota.
Do najciekawszych fragmentów zalicza się przemowę pogrzebową Peryklesa (księga II 35-46) i dialog melijski (księga V 85-113). Jeszcze do nich wrócę i przeczytam je bardziej krytycznie, niż za pierwszym razem. Ale to za jakiś czas
Przyjemna opowieść o 10-letnim doktorze, który stara się rozwiązać tajemnicę biegunki u grona pedagogicznego. Przy okazji musi zmierzyć się z Doktorem Drakiem, który chce się go pozbyć ze szpitala. Jak na książkę dla dzieci napisana dobrze (młody approved)
Miało być 10 ciekawych biografii o osobach, które zmieniły świat na zawsze. Niestety autor napisał to po łebkach. Wygląda to bardziej na krótkie streszczenie artykułów z Wikipedii, niż ciekawe i sensowne opisanie postaci. A szkoda, bo był potencjał.
Kolejny klasyk Astrid Lindgren przeczytany wspólnie z synem. Bawiłem się świetnie, a młody też dał się wciągnąć w historię. Mam jednak pewien problem z tak pesymistycznym wydźwiękiem opowieści i jej zakończeniem - moim zdaniem nie do końca pasuje ono do książki dla dzieci.
Spośród komiksów Itō, które czytałem (Gyo, Uzumaki, Tomie), ten podobał mi się najbardziej. Itō stworzył tu prawdziwy horror — każda opowieść budzi niepokój, tak jak powinna. W przeciwieństwie do Gyo, nie popadamy w absurd, a całość utrzymana jest w odpowiednim, mrocznym tonie.
Czytanie młodemu na dobranoc to nasz mały rytuał – i mam nadzieję, że potrwa jak najdłużej. A przy „Dzieciach z Bullerbyn” bawiliśmy się naprawdę świetnie! To niby klasyka literatury dziecięcej, ale magia tej książki nadal działa. Młody od razu się wkręcił – śmiał się z przygód bohaterów, zadawał pytania, a czasem nawet nie chciał kończyć, bo „jeszcze jeden rozdział!”.
Dawno temu oglądałem anime, ale nie skończyłem. Postanowiłem więc wrócić do tej historii – tym razem od początku, z mangą – i dać jeszcze jedną szansę Nanom: Komatsu (Hachi) i Osaki.
Co mi się podobało:
Postacie – każda z nich jest wyrazista, z mocno zarysowaną osobowością. Nawet postacie drugoplanowe mają swoje unikalne cechy i problemy.
Początek historii – moment, w którym drogi Hachi i Nany się przecinają, ich wspólne mieszkanie, kiełkująca przyjaźń… to wszystko wciąga od razu. Szczególnie podobała mi się dynamika między nimi – zupełnie różne charaktery, które pięknie się dopełniają.
Wielowymiarowe spojrzenie na miłość – Ren i Nana, Hachi i Takumi, Reira i Takumi, Yasu i Nana… Każda z tych relacji jest inna, ma swój ciężar emocjonalny i pokazuje różne oblicza miłości – tej namiętnej, bolesnej, platonicznej, przyjacielskiej, niedojrzałej i tej dojrzałej.
Co mi zgrzytało:
Kreska – styl Yazawy ma swój urok, lecz przy większej liczbie postaci łatwo się pogubić. Niektóre wyglądają zbyt podobnie i trzeba się nieźle skupić, żeby połapać się, kto jest kim.
Zagmatwana fabuła – z czasem relacje między bohaterami stają się tak złożone i emocjonalnie poplątane, że łatwo stracić orientację co się dzieje.
Hachi jako postać – z początku jest to impulsywna i romantyczna dziewczyna, która ma niezdrowe relacje z mężczyznami. Niestety… nie przechodzi większej przemiany, a szkoda, bo był w tym duży potencjał.
Zakończenie – nie daje satysfakcji. Czułem, jakby historia została po prostu przerwana, a nie domknięta. Dużo wątków pozostaje niedopowiedzianych.
„NANA” to mieszanka emocji, świetnie wykreowanych postaci i dramatycznych relacji. Ale też historia, która z czasem traci rytm i nie do końca spełnia obietnice, jakie daje na początku. Mam bardzo mieszane uczucia.
@l__p Też cenię „NANĘ” właśnie za to, że postacie miały swoje wady, decyzje, które trudno zrozumieć, ale dzięki temu wydawały się prawdziwe. Mimo że manga i anime pozostały niedokończone (anime nawet bardziej) to zostawiły we mnie silne emocje. Kreska rzeczywiście była staroświecka w obu ale i tak to jest tytuł z jakim warto się zapoznać.
Kreskę Itō rozpoznam chyba wszędzie – jego styl jest nie do podrobienia i graficznie "Gyo" naprawdę robi wrażenie.
Sama historia zaczyna się bardzo dobrze – tempo, niepokój, tajemnica… wszystko grało, a atmosfera budowała się tak, jak na dobry horror przystało. Niestety, w pewnym momencie wszystko skręca ostro w stronę absurdu. "Gyo" przypomina mi horror klasy B – z jednej strony mocno kiczowaty, z drugiej… nie mogłem przestać czytać
Główny bohater? No cóż… raczej nijaki. Ani nie irytuje, ani nie zachwyca – po prostu jest.
Z ciekawości - ile średnio zajmuje wam przeczytanie 100 stron książki powiedzmy lub po prostu tej książki (120 stron) w takim spokojnym tempie bez pośpiechu? Lubimyczytać niby ma jakiś tam przelicznik, ale nie wierzę, że przeczytam to w 2 godziny