Skończyła się pierwsza kolejka fazy grupowej Mundialu, czas na jakies podsumowanie naszej dotychczasowej zabawy w #hejtotyper
#pilkanozna #mundial #mecz
Najwięcej dokładnych trafień (za 3 pkt)
5 - @Mordi @ZohanTSW
Nie wiem ilu jest tu kibiców Milanu i interesuje się co dzieje się w klubie, ale obecna sytuacja jest trochę śmieszna trochę smutna.
Milan dzien po ostatnim meczu sezonu zwolnił CEO, dyrektorów technicznego i sportowego i trenera. Jest 18 czerwca. Zarządu dalej nie ma.
Miał być Rangnick ze swoim sztabem, ale za nic nie odpowiadający a mający najwięcej do gadania niejaki Zlatan Ibrahimovic go nie lubiał.
Teraz zabawna część. Negocjowali z dyrektorem eintrachtu Krösche, który polecił im zatrudnienie Amorima jako trenera. Zatrudnili Amorima a negocjacje z dyrektorem upadły xD
Biedny ruben, pierwsze zarzad manu mu zjebal kariere to teraz poszed do wlosniego manu gdzie zarzad niewiele lepszy, wiem ze ich niema ale statystycznie to bonus bo zero decyzji to lepsze niz same zle decyzje
Włoska piłka poleciała na łeb na szyję i Milan jest idealnym tego przykładem. Patrząc na karuzelę trenerską we Włoszech to już wolę kogoś spoza tego kurwidołka. Fabregas pokazał, że w tej lidze można awansować do LM opierając grę na młodych piłkarzach i nowoczesnym podejściu.
Na drużyny Allegriego nie dało się patrzeć chyba nigdy, żeby to jeszcze było catenaccio... ale nie, to było męczenie buły i liczenie, że coś wpadnie. Conte? Wygrywa tylko we Włoszech ostatnio (mam na myślę ligę, bo w LM to on jest od podawania punktów). Sarri, Spaletti... szkoda słów. Oby Gasperini wykorzystał możliwości jakie daje mu Roma. Więc lepiej ktoś spoza Włoch. Ale przy tych właścicielach i Zlatanie... to nie może się udać :(
@wewerwe-sdfsdfsdf Od kiedy Berlu sprzedał klub to już jest tylko gorzej - z jednym przeblysmiem z Piolim i Maldinim. Ale ten drugi im chyba nie pasował bo miał większy posłuch w klubie niż właściciel (I dobrze).
I zdecydowanie lepiej próbować z kimś z zewnątrz, niż z kimś kto już w tym cyrku się śmieje.
Pięć miesięcy przed mundialem do Santiago przyjechali na losowanie grup włoscy dziennikarze Antonio Ghirelli i Corrado Pizzinelli. Tekst, który napisali, był nie tylko krytyczny pod względem infrastrukturalnym, ale wręcz rasistowski: Pizzinelli opisał stolicę Chile jako symbol kraju rozwijającego się, dotkniętego niedożywieniem, prostytucją, analfabetyzmem i nędzą. Gdy chilijski ambasador w Italii przesłał te artykuły do lokalnej gazety „El Mercurio", wywołało to falę oburzenia. Skutki ujawniły się pięć miesięcy później, podczas meczu Chile–Włochy.
Przed sześćdziesięciopięciotysięczną widownią Włosi wyszli na boisko z białymi kwiatami na znak pokoju – kibice odrzucili je z powrotem. Mecz zamienił się w serię bójek: obrońca Mario David sfaulował Leonela Sáncheza, gdy gracze otoczyli angielskiego sędziego Kena Astona, pomocnik Humberto Maschio uderzył pięścią Sáncheza, a po dziesięciu minutach od czerwonej kartki dla Giorgia Ferriniego ten odmówił zejścia z boiska, eskortowany w końcu przez policję. Sánchez, syn boksera, zrewanżował się Maschiowi i Davidowi serią uderzeń, a David przed przerwą posłał kopniaka w głowę Sáncheza i sam dostał czerwoną kartkę. Aston świadomie zagwizdał koniec meczu punktualnie po dziewięćdziesięciu minutach i pobiegł do tunelu, zanim za jego plecami wybuchły kolejne bójki. Chile wygrało 2:0. Brytyjski komentator David Coleman nazwał to spotkanie „najgłupszym, najbardziej obrzydliwym i haniebnym widowiskiem w historii futbolu".
Bitwa nie wydarzyła się w izolacji – w 1954 roku padało średnio 5,38 gola na mecz, w 1962 roku już tylko 2,78. Piłka stała się bardziej defensywna, cyniczna i brutalna, co Coleman uznał za egzystencjalną groźbę dla przyszłości mundiali.
Wybór Chile jako gospodarza nie był oczywisty – kraj rywalizował z faworyzowaną Argentyną. Szef chilijskiej delegacji Carlos Dittborn odpowiedział na przytyk prezydenta argentyńskiej federacji, że Argentyna „ma wszystko", słowami: „Właśnie dlatego, że my nie mamy nic, chcemy zrobić wszystko." Chile wygrało głosowanie FIFA 32 do 10, wykorzystując zręczną dyplomację między blokiem wschodnim i zachodnim. W maju 1960 roku kraj uderzyło najsilniejsze trzęsienie ziemi w historii pomiarów, zabijające tysiące osób. Dittborn proponował prezydentowi zrzeczenie się organizacji turnieju na rzecz pomocy ofiarom, ale ten odmówił, twierdząc, że ludzie potrzebują radości mundialu. Liczbę miast-gospodarzy zmniejszono z ośmiu do czterech. Sam Dittborn nigdy nie zobaczył turnieju – zmarł na zawał miesiąc przed jego rozpoczęciem, w wieku trzydziestu ośmiu lat. Reprezentacja Chile nosiła na koszulkach czarną opaskę na jego pamiątkę.
Brazylia przygotowywała się drobiazgowo jak w 1958 roku, choć tym razem bez Pelégo, który doznał urazu pachwiny w meczu towarzyskim i ostatecznie zagrał tylko jeden mecz fazy grupowej. Jego miejsce zajął inny bohater z 1958 roku: Garrincha. Manuel dos Santos – jego prawdziwe imię – urodził się z deformacją obu nóg, dzięki czemu obrońcy nie potrafili odgadnąć, w którą stronę zamierza ruszyć. Żył chaotycznie: miał co najmniej czternaścioro dzieci z pięcioma kobietami, pił, nie interesowały go pieniądze ani sława. Krótko przed wyjazdem do Chile na przyjęciu w Rio zafascynował się ptakiem gwarkiem, który umiał szczekać jak pies, gwizdać i wypowiadać zdania. Gubernator Rio Carlos Lacerda obiecał mu ptaka, jeśli wróci z pucharem.
W Chile, podbudowany przyjazdem swojej kochanki, piosenkarki Elzy Soares, Garrincha rozegrał serię występów uznawanych za jedne z najlepszych indywidualnych popisów w historii mundiali do czasów Maradony. Strzelił dwa gole w ćwierćfinale z Anglią – w tym samym meczu, gdy na boisko wbiegł bezpański pies, którego złapał, czołgając się i ujadając, Jimmy Greaves (pies się na niego wysikał). Rywalem Brazylii w półfinale było Chile, które wcześniej w ćwierćfinale pokonało ZSRR 2:1 dzięki dwóm strzałom z dystansu. Po powrocie do Moskwy radziecki bramkarz Lew Jaszyn został kozłem ofiarnym tej porażki – kibice wybijali szyby w jego mieszkaniu, a na jego samochodzie pisano obelgi. Jego żona wspominała, że bez telewizji Rosjanie znali ten mecz jedynie z relacji korespondenta agencji państwowej, znającego się bardziej na polityce niż na futbolu, co skłoniło opinię publiczną do obwinienia Jaszyna o utratę mistrzostwa.
W półfinale z Chile Garrincha strzelił dwa kolejne gole, ale za kopnięcie kolanem rywala otrzymał czerwoną kartkę – swoją czwartą w karierze, choć szef delegacji Brazylii utrzymywał przed komisją dyscyplinarną, że to pierwsza, a zdarzenie było tylko żartem. Dzięki naciskom dyplomatycznym – łącznie z biletem do Montevideo przez Paryż dla peruwiańskiego sędziego liniowego, który przezornie po meczu zdążył ulotnić się do Peru – karę umorzono i Garrincha zagrał w finale.
Czechosłowacja, niedoceniana finalistka, dotarła do finału dzięki ogromnemu szczęściu, jak sam zauważał w swoim dzienniku dwudziestodwuletni Jozef Štibrányi, autor zwycięskiego gola z Hiszpanią: „Nasz styl gry nie jest piękny, ale fortuna jest zawsze po naszej stronie." Reprezentacja przyjechała bez masażysty, ale z dwoma agentami służb bezpieczeństwa pilnującymi zawodników. W finale Josef Masopust dał Czechosłowacji prowadzenie, lecz Brazylia odpowiedziała golami Amarilda, Zita i Vavá (pierwszego zawodnika w historii ze strzelonym golem w dwóch różnych finałach), wygrywając 3:1.
Po powrocie do domu Štibrányi odkrył, że ojciec wydał już premię mundialową na parkiet do domu. Spółdzielnia w Trnawie podarowała mu i koledze Adamcowi żywe prosięta z czerwoną kotylionową kokardą na szyi – co wywołało gniew lokalnych komunistycznych urzędników, niezadowolonych, że spółdzielnia rozdaje świnie piłkarzom, choć nie wypełniła planu produkcyjnego. Policja musiała ścigać uciekające z chlewika prosię po ogrodzie.
Po finale gubernator Lacerda wysłał Garrinsze telegram: ptak gwarek czeka na odbiór. Elza Soares wmaszerowała do szatni mistrzów świata, mimo protestów nagich zawodników, i pocałowała Garrinchę. Zgodzili się wziąć ślub.
Turniej zapamiętano jednak przede wszystkim jako moment przełomowy dla taktyki futbolu – rekordowe sześć czerwonych kartek, fala kontuzji odnotowywanych przez chilijską prasę i spadek liczby goli świadczyły o nadchodzącej erze systematyzacji i defensywnego cynizmu, symbolizowanej przez triumf catenaccio kilka lat później. Anglik Bobby Charlton nazwał bezbarwny remis swojej drużyny z Bułgarią „żałosną zdradą wszystkiego, co powinien reprezentować angielski futbol" – nie wiedząc, że właśnie w Anglii rodził się system, który cztery lata później odbierze Brazylii tytuł.
Tekst został skompilowany przy użyciu AI oraz książki "Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata" Jonathana Wilsona. Zdjęcia zaczerpnięte ztejstrony.
@boogie widziałeś ceny biletów na mecze, nie dziwi, że pusto :)
przy okazji któregoś meczu rozkminiałem czy mieli algorytm przy kupnie biletu celowo rozrzucał ludzi by sprawiać wrażenie bardziej pełnego stadionu
No i portugalczycy tracą głupią bramkę bo przez pół godziny kopali piłkę od bocznej do bocznej linii. Cóż jak nie chcieli grać w piłkę to kongijczycy zagrali.