Przypomniała mi się scena z filmu "Maria Antonina".
Młoda Antonina uczy się podstaw zachowania w Wersalu. Gdy wstaje rano już przy jej łóżku czeka chmara kobiet. Najstarsza z nich przedstawia reguły ubierania przyszłej żony króla - owy przywilej przysługuje dworzance o najwyższym stopniu arystokrackim.
Stoi więc naga i czeka aż owa najwyższa stopniem babeczka ją ubierze. Ale w tym czasie do pomieszczenia wchodzi jakaś inna spóźniona dworzanka. Nowo przybyła przewyższa tytułami ową, która miała ubrać Antoninę, więc tamta wycofuje się, biedna Antonina zaczyna drżeć z zimna, a nowa dworzanka już ma ją owdziać, gdy do sali wchodzi kolejna spóźniona o jeszcze wyższym tytule szlacheckim.
-To absurd - mówi zniecierpliwiona młoda Antonina.
Mroczne miasto bardzo mi się podobało jako solidne, klimatyczne kino science fiction. Film wyróżnia się wyrazistymi bohaterami — szczególnie główny bohater oraz doktor, którzy zapadają w pamięć i nadają historii głębi. Choć efekty specjalne miejscami trącą już latami, zupełnie nie przeszkadza to w odbiorze i nie psuje mrocznej atmosfery. Mam wrażenie, że ten film mógłby spokojnie stać w jednym szeregu z Matrixem — tym bardziej zastanawia mnie, dlaczego nie odniósł podobnego sukcesu.
Okupowany Paryż, II Wojna Światowa. Pewna Francuzka Michele de la Becque, prowadząca działalność opozycyjną ukrywa zestrzelonego amerykańskiego lotnika, pracującego dla RAF
Zamożna kobieta (Katharine Hepburn) oferuje wsparcie finansowe lekarzowi (Montgomery Clift) specjalizującemu się w zabiegu lobotomii pod warunkiem, że dokona on operacji na jej siostrzenicy która według niej jest obłąkana (Elizabeth Taylor).
Trafiłem gdzieś na listę najlepszych filmów. Był tam tytuł, którego zupełnie nie kojarzyłem. Nawet niezły, ale jak to w życiu bywa, skiepścili trochę końcówkę.
Uprzedzając: tak, jest wątek homoseksualny. Nie, nie został przerysowany i oglądało się go przyjemnie. Poza tym, kogo dziwi, że w wojsku są homoseksualiści? Młodzi, nabuzowani testosteronem chłopcy zostają zamknięci na kilkanaście tygodni, śpią w jednym baraku, wypróżniają się i biorą prysznice razem (nie ma osobnych kabin). Jak tu się nie skusić na kumpla? ; )
Pomijając już śmieszki, to uważam „Boots” za dobry serial, traktujący o toksycznej męskości, przekazujący pewną naukę o tym, że sami odpowiadamy za swoje życie i nie ma nikogo, kto nas uratuje. Jasne, że znajdą się osoby, które wyciągną pomocną dłoń, jasne, że udzielą wsparcia, ale i tak wszystko zależy od nas samych, od naszej dyscypliny, siły woli, samozaparcia czy czegokolwiek innego.
Jednocześnie to też nauka, że trzeba się dopasować do miejsca, w którym przebywamy, żeby dobrze się tam czuć. Homoseksualizm w marines był (jest?) poważnym wykroczeniem, więc zniewieściały chłopiec, jakim jest główny bohater, w teorii nie ma czego szukać w piechocie morskiej. A mimo to zaciąga się, trochę za namową kumpla, trochę z chęci zmiany czegoś w swoim życiu, przede wszystkim samego siebie. Przez swą zniewieściałość i brak „typowej męskiej energii” był mocno gnębiony w szkole.
Utożsamiam się z tą postacią. W technikum przypięto mi łatkę geja, mimo że byłem wtedy w związku z dziewczyną, i dość mocno obciążało mnie to psychicznie. Nie miałem wtedy na tyle sił, psychicznych czy fizycznych, żeby postawić się prawie że całej klasie, więc poniekąd rozumiem, co muszą czuć osoby, które boją się wyjść z szafy i być w pełni sobą.
Podoba mi się też złamanie stereotypu, że geje to zniewieściali i zmanierowani chłopcy, mówiący wyższym tonem i przesadnie gestykulujący. Okazuje się, że jeden z największych badassów, można powiedzieć, że prawdziwy męski mężczyzna, bezlitosny zabójca i postrach rekrutów, jest homoseksualistą. I jego wątek romantyczny został poważnie poprowadzony.
No i fakt, że cały serial opowiada o treningu rekrutów, bardzo mi przypadł do gustu. Nie wiem czemu, ale to zawsze moje ulubione części filmów czy seriali wojennych. Co prawda drący ryja sierżanci nie umywają się do tego z „Full Metal Jacket”, ale dają radę. Rozbawiło mnie, że kumpel głównego bohatera zapytał go, czy nie obejrzał tego filmu, gdy mu go polecił, żeby wiedział, z czym się spotka. ; )
@cyberpunkowy_neuromantyk poddałem się po dwóch odcinkach. Znudził mnie. Trochę taki serial dla młodzieży. Dorosły człowiek raczej nic w nim nie znajdzie dla siebie.
Jeśli macie problemy ze snem włączcie sobie ten film! Na pewno wam nie pomoże
Klasyka gatunku.
Freddy Krueger, szalony morderca dzieci napastuje grupę nastolatków w snach. Nancy po wielu tragicznych wydarzeniach postanawia stawić czoła władcy koszmarów zanim i ją zdejmie z tego padołu łez.
Miło było wrócić do tego seansu po tak wielu latach - nie oglądałam sama, więc seans był bardziej rozśmieszający. Ale fakt faktem - ten tytuł dalej broni się po latach.
Protip: jeśli wybieracie współpracownika do pokonania Frieddiego, nie idźcie na urodę - Nancy za swojego wartownika wybrała chłopaka Glenna (debiut Johnny Deppa). Glenn zawalił po całej linii, i potem musieli go wynosić wiadrami z domu.
Bardzo punkowy i bardzo queerowy film jak na Jarmana przystało. To opowieść w szatach modernizmu o homofobii, opowieść zrobiona na podstawie prawdziwej historii o angielskim królu Edwardzie II.
Edward miał swojego faworyta, Gavestona, który został wygnany, jeszcze za panowania Edwarda I. Ale po śmierci ojca Edward II sprowadza swojego kochanka z powrotem, nadaje mi znaczące tytuły, czym wzburza angielskich baronów i swoją żonę Izabellę. Możni wraz z żoną zaczynają spiskować by usunąć Gavestona już na zawsze. Oczywiście ku rozpaczy króla, który mimo, że już wcześniej mścił się na biskupie, to jednak nie zmieni decyzji baronów o pozbyciu się królewskiego kochanka.
Dość teatralny film, aktorzy występują często we współczesnych Jarmanowi strojach i film ogólnie oddaje homofobiczną taczerowską atmosferę panującą wtedy w Anglii. Mamy więc nawet marsz równości, a raczej protest antyhomofobiczny, sami aktorzy mówią językiem wystylizowanym na dawną epokę (film powstał na kanwie sztuki Christophera Marlowe’a).
Wiadomo, że takie filmy nie są dla każdego. Jarman ma specyficzny styl, oddający całkiem nieźle nastroje brytyjskie lat 80. Większość jego filmów jest właśnie taka punkowo-queerowa, więc jak kogoś to odrzuca, to wie, że Jarmana trzeba omijać. Do mnie to dociera, bawiłam się dobrze.
To początek mojej przygody z tym reżyserem, widziałam już "Jubileusz" i dawno temu "Caravaggio" (ten rewatch zostawiam sobie na koniec). I na pewno będę dalej oglądać te jarmanowskie obrazy.
Typowi ginie córka. Tkwiąc w żałobie orientuje się, że zmienił się tytuł jednej książki i zaczyna interesować się tzw. efektem Mandeli. Momentami zakrawa na paradokument i zawiera duże ilości pseudonauki nawet jak na standardy gatunku. Z zalet: jest dość krótki.
The Beatles – A Four-Film Cinematic Event to cykl czterech nadchodzących filmów biograficznych, z których każdy reżyseruje Sam Mendes. Produkcją zajmują się Sony Pictures Entertainment, Neal Street Productions oraz Apple Corps. Filmy opowiadają o życiu i karierze zespołu The Beatles.
~
Wszystkie cztery produkcje mają trafić do kin jednocześnie 7 kwietnia 2028 roku. Każdy film zostanie przedstawiony z perspektywy innego członka zespołu: Johna Lennona, Paula McCartneya, George’a Harrisona i Ringo Starra.
Wiele lat temu, na długo zanim jeszcze dostałam hopla na punkcie polskiego kina, miałam jednego ulubionego reżysera - obejrzałam większość jego filmów, w tym te najbardziej znane jak właśnie Dekalog, Trzy kolory czy właśnie Podwójne życie Weroniki. Gdy skończyły mi się ostatnio polskie klasyki do nadrobienia zaczął mi kiełkować pomysł by odświeżyć sobie filmografię Kieślowskiego, ale na samą myśl drżałam ze strachu. To filmy, które bardzo uderzają w moją wrażliwość, bałam się, że po tak wielu latach z takim bagażem doświadczeń te filmy stracą moc rażenia.
Jak widać po mojej ocenie owe lęki były bezpodstawne.
To opowieść o dwóch Weronikach - jedna żyje w Polsce, podąża za miłością oraz swoimi marzeniami, czyli karierą muzyczną. Ale ukryta wada serca przerywa jej młode życie.
Tymczasem we Francji żyje taka sama Veronique. Zawsze wie co ma robić w życiu - podszeptuje jej jakiś dziwny instynkt, nie wie, że to doświadczenia Weroniki przekuwa na własne doświadczenie - więc dzięki temu może uniknąć decyzji, które doprowadzą do czegoś złego, w przeciwieństwie do polskiej Weroniki.
Dziewczyny spotykają się tylko raz - w Krakowie Weronika widzi w autobusie turystów samą siebie. Sama Veronique o istnieniu Weroniki dowie się dopiero gdy zauważy ją na zdjęciach, które zrobiła w Polsce.
Gdy Weronika umiera Veronique doznaje dogłębnego poczucia żałoby. Całe życie czuła podskórnie czyjeś istnienie, teraz tego nie ma. W zrozumieniu tego wszystkiego i jej i nam, widzom, pomaga postać Alexandre, lalkarza, który jak po sznurku doprowadza do siebie dziewczynę, by wyznać jej miłość. Tworzy też dwie lalki na podobieństwo Veronique. Ta zdziwiona pyta czemu dwie. Alexandre odpowiada, że lalki często się psują, więc dobrze mieć kopię.
Alexandre to metafora demiurga, który rozporządza naszym życiem. Jednej się się nie uda, a drugiej tak, bo zyskuje magicznie doświadczenie tej pierwszej - Veronique po śmierci Weroniki postanawia zakończyć swoją karierę muzyczną.
To film skrojony pod różne interpretacje. Każda scena jest ważna, co zresztą widać w filmie, bo każda scena jest celebrowana przez Kieślowskiego. Wszystko w filmie ma znaczenie, można "pobawić" się w szukanie szczegółów. Na przykład: chłopak Weroniki nazywa się Antek i jeździ na motorze - Veroniqe w rozmowie z przyjaciółką próbuje się dowiedzieć kim był lalkarz, który występował w szkole, w której pracują. Przyjaciółka mówi, że na pewno ma imię na "A", Antone albo Alexandre, potem kieruje swe kroki do sypialni córki, bo przypomina sobie, że bajka, którą wystawił lalkarz, to bajka którą czyta dziecku. Gdy kamera podąża za kobietą widzimy na końcu korytarza, że w ostatnim pomieszczeniu stoi motor.
To tylko jeden przykładów, a ile jest więcej wiedział tylko demiurg tego przedstawienia, czyli sam Kieślowski.
Wzruszający, pięknie zrealizowany film ze zdjęciami Sławomira Idziaka i muzyką Zbigniewa Preisnera. Ach ten główny motyw muzyczny!
Ujęcia, zdjęcia, magia kolorów, perspektywy - są bardzo dokładnie i z celem zrobione. Naprawdę potrafią zapaść w serce. Czysta doskonałość. Nawet scena ekshibicjonisty w parku jest swoistym obrazkiem arcydzieła.
To wielkie dzieło światowej kinematografii. To zarazem pierwszy z zagranicznych filmów Kieślowskiego. Jebane wielkie dzieło, że tak znowu się powtórzę! Podejrzewam, że jeszcze wiele dni będę chodzić otumaniona tym obrazem, wciąż szukając nowych ścieżek do znalezienia dowodu na to, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni.
Też tak miałem z Kieślowskim, przy czym chyba najbardziej zapamiętałem Dekalog.
No i zaczynając od niego przesłuchaniem chyba całą dyskografię Preisnera.
Namówiła do powtórki 😃
@Mahjong Myślę, że warto by było czasem z tagu zrobić podsumowanie wszystkich rekomendacji oznaczonych na 10/10. Wiadomo jak jest z różnymi gatunkami filmowymi czy motywami przewodnimi ale coś ocenione aż tak wysoko zasługuje by się z tym zapoznać.
@nbzwdsdzbcps Możliwe, że tak, ale warto pamiętać, że gust filmowy bywa różny u różnych ludzi. Na przykład ja oceniłam "Kreta" Jodorowskiego na 9,5/10 a kolega mi zostawił komentarz, że dla niego ten film to góra 0,5/10....
Ale w sensie takiego eksperymentu by sprawdzić jakie filmy hejtowska społeczność widzi jako sztosy. - to mogło by być ciekawe, byle nie zamieniło się w karuzelę "uja się znasz, ten film to ściek!".
@Mahjong To w sumie zależy od tego jak dana osoba często rzuca 10. Inaczej traktuję taką ocenę od kogoś kto ocenia tak jeden film, a inaczej gdy rzuca tym na prawo i lewo.
Tytuł: Plan dziewięć z kosmosu / Plan 9 from Outer Space
Rok produkcji: 1959
Kategoria: Horror / Sci-Fi
Reżyseria: Ed Wood
Czas trwania: 1h 19m
Ocena: 4/10
Miano jednego z najgorszych filmów świata wbrew pozorom wcale nie jest tak łatwo uzyskać. Bardzo złych filmów jest całkiem dużo, ale tylko niektóre otrzymują honor otrzymania takiej łatki. Jednym z takich tytułów jest "Plan 9 z kosmosu" Eda Wooda.
Przyszło mi się zmierzyć z tym obrazem i daję aż 4/10! Głównie dlatego, że bawiłam się całkiem nieźle - wielką zaletą tego filmu są teksty wypowiadane przez bohaterów (jak np. "gdy grabarze zabrali się do pracy, zaczęły się dziać dziwne rzeczy"). Nie policzę ile razy było zaśmiane z tych ich nadętych, wypowiadanych na serio tekstów.
Kicz, słabe efekty podyktowane marnym budżetem, sztywni bohaterowie rzucający drewnianymi tekstami i kosmici, którzy wyglądają jak parodia kosmitów, do tego zombie chodzący po cmentarzu. Czego chcieć więcej od najgorszego filmu świata?
Kosmici by powstrzymać ludzkość przed wynalezieniem najgorszej bomby, która może doprowadzić do zniszczenia całego wszechświata, ożywiają zmarłych. Świetny plan, kosmici! To oczywiście tytułowy plan 9.
Spodki kosmiczne, które są określane jako kształtu cygara, chociaż wcale nie są w kształcie cygara, jak cudownie widać jak latają na żyłkach. I jeszcze nieszczęsny Bela Lugosi, który zmarł zaraz na początku zdjęć, więc Wood zatrudnił kręgarza swojej żony by zastępował Lugosiego w nienakręconym wtedy jeszcze ujęciach.
Jest to film tak zły, że aż śmieszny. Jednak nie można odmówić Woodowi pasji, którą włożył w ten tytuł. Tylko tyle, i albo aż tyle.
Jeśli więc lubicie zbierać takie "złe kultowe filmy" to Plan 9 jest MUST SEE. Klasyka tego gatunku.
@Mahjong pamiętam, jak mój kumpel masowo ściągał i oglądał horrory klasy B i C. Namówiony przez niego próbowałem się zmierzyć z tą produkcją. Poległem w połowie.
Kiedyś był film o typie, który schował się za biblioteczką. Ten jest o gościu, którego zamknęli w toi toiu. Postapo, lekko klaustrofobiczny i dużo powolnych scen. Nakręcony na podstawie gry o tej samej nazwie.
@2138 Rzadko się spotykam z wysoką oceną dla horroru. Na pewno sprawdzę bo horror jako gatunek ma ogrom tak słabych tytułów, że w porównaniu z uczciwą pracą do 65 roku życia wyglądają jak filmy familijne.
Rodzinny wypad do kina. Typowa animacja Disneya - czasem śmiesznie, trochę smaczków dla dorosłych, historia "meh". Ogólnie dobry film do zobaczenia z całą rodziną, nawet jak się nie widziało pierwszej części (tak jak ja).
Akurat wczoraj w kinie na tym byliśmy 😀 pierwsza czesc filmu, taka 1/3 to dla mnie mega słabe było, nieśmieszne żarty, takie wszystko na siłę, ale ostatnie 2/3 filmu uratowało i śmiało mogę polecić.
Kojarzycie mema z tańczącym Tomem Hardym? To jest powód dla którego sięgnąłem po ten film xD Niestety Amazon rzucił mi kłody pod nogi - brak oryginalnych angielskich napisów. Myślę sobie "nie no, aż tak źle nie będzie, dam radę bez". Taki c⁎⁎j xD Jak Hardy zaczął bełkotać z akcentem z wschodniego Londynu, to musiałem włączyć jedyne dostępne napisy jakie były (niemieckie).
Sam film to taki gangsterski średniaczek z typu "fajne, ale nie rób więcej".
@nobodys ten mem jest związany z tym, że gość spotyka się z dużo młodszą laską:
- on X lat temu - tu scena z tańcem Toma Hardego
- ona X lat temu - laska w przedszkolu
Jak ja kocham takie filmy, o których możesz napisać kilka rozprawek a i tak okazuje się, że wciąż zostało wiele do zauważenia lub zinterpretowania. "Orlando" jest właśnie takim obrazem, który w zaledwie półtorej godziny potrafi zaowocować szczególnymi wizjami i rozmyślaniami nad płcią, miłością, śmiercią, poezją, wojną, historią, polityką. YOU NAME IT!
Orlando poznajemy prawie 400 lat temu jako młodzieńca o androgynicznej urodzie (sprawę ułatwia nam niezwykła i absolutnie rewelacyjna Tilda Swinton w tej roli). Namaszczony do wiecznego życia przez królową Elżbietę I, Orlando poznaje życie z punktu widzenia naiwnego chłopaka.
Wydaje mu się, że może zostać poetą i kochankiem, ale to wszystko bujda. Jego poezja jest toporna jak u kilkuletniego dziecka, a miłość okazuje się fasadą. Dopiero jako ambasador w obcym kraju Orlando pozna mroczniejszą stronę męskiego życia, czyli politykę i wojnę. Odrzuca to natychmiast, zrażony niesprawiedliwością i budzi się w kolejnym stuleciu jako kobieta.
Jako kobieta odkrywa problemy związane z nierównością płciową tamtych czasów - wśród towarzystwa kobieta jest zrównywana do pięknego lecz głupiutkiego zwierzątka. Więc i ten czas Orlando porzuca, by zaraz znowu poznać miłość, tym razem z żeńskiego punktu widzenia. I tą miłością jednak obrywa delikatna dusza Orlando, który jednak tutaj radzi sobie o wiele lepiej z rozstaniem, którego sama jest inicjatorem. Jest w końcu świadoma i dojrzalsza - wie, że może sama ustanawiać sam los, a nie rzucać się bezwiednie w wir wydarzeń. Prawdziwą miłość odnajdzie w macierzyństwie.
Film o płynności płci - tak można napisać na pierwszy rzut klawiaturą - ale moim zdaniem można to też potraktować nie tak dosłownie jak w sensie rozumienia adaptacji książki Virginii Woolf. To raczej droga poszukiwania własnej tożsamości, dojrzewania samego siebie, bez względu na płeć.
Do tego mamy Tildę Swinton w roli Orlando, która przebija czwartą ścianę kilka razy zwracając się do nas widzów, lub puszczając znaczące spojrzenie w oko kamery.
Nie chcę rozwarstwiać tego filmu, bo to chyba by należało napisać pełnoprawny felieton na kilkanaście stron - tak wiele ten film ma do zaoferowania w sensie przekazu.
Realizacyjnie to absolutne dzieło - piękne kostiumy, zdjęcia, muzyka. Ciekawe pomysły, kompozycja, wręcz malarsko oddająca odpowiednie epoki w kadrach. Ten film daje tak wiele dla zmysłowego poczucia widza, że potrafi wręcz oszołomić.
W przerwie między Strasznymi Filmami film uważany za straszny, strasznym nie będąc. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Matrix: Revolutions
Rok produkcji: 2003
Reżyseria: Larry (Lana) Wachowski, Andy (Lilly) Wachowski
Kategoria: #akcja #scifi
Czas trwania: 129 min
Moja ocena: 7/10
Neo wie już, co musi zrobić, aby dać ludzkości szansę i zapanować nad panoszącym się bez kontroli Smithem. W międzyczasie Zion walczy o przetrwanie w nierównym starciu z maszynami.
Krążą opinie, że jest to najgorsza część z oryginalnej trylogii, z czym od dawna się nie zgadzam. Początek jest dość toporny, to fakt: Neo na stacji, beznadziejnie grająca dziewczynka, niezręczne tłumaczenie zmiany aktorki grającej wyrocznię (Gloria Forester niestety zmarła w 2001 roku), cały wątek z klubem i Merovingianinem... Ech, ciężko się to gryzie, ale później jest już dużo lepiej. Osobiście podobało mi się skupienie bardziej na walce mieszkańców Zionu z maszynami - akcja wylewa się z ekranu, cały czas coś się dzieje, dodatkowo mamy statek prowadzony przez Niobe, jest fajnie. Mocnym elementem jest również postać Bane'a, a konkretnie to jak fenomenalnie Ian Bliss, który się w niego wciela, zdołał emulować grę Hugo Weavinga. Finalna walka jest spoko, choć zdecydowanie bardziej w napięciu trzymała mnie konfrontacja Neo ze Smithem w pierwszej części. Polecam jako dobry akcyjniak na wieczorny seans.
Lubię filmy Sofii Coppoli za to, że się po prostu toczą. Nie potrzebują być dynamiczne by zaspokoić dopaminowe pragnienia widza. Ale tutaj akurat "Maria Antonina" jest dość dynamiczna.
Nie jest to typowa biografia, nie poznajemy Antoniny od dzieciaka, ale dopiero od progu wejścia w dorosłość, gdy jako podlotek wybiera się z Wiednia do Wersalu, gdzie wyjdzie za mąż za następce francuskiego tronu. Nie oglądamy też jej smutnego i tragicznego końca - ten film to wyłącznie wyjęty obrazek z życia młodej Austriaczki w Wersalu.
Gdy zasiadałam do tego seansu nie widziałam za bardzo Kirsten Dunst w takiej klasycznej kostiumowej roli, nie z tą typową amerykańską słodką buzią. A jednak Dunst świetnie się sprawdziła i jest wielkim, wręcz ogromnym filarem tego filmu. Zresztą to chyba najlepsza rola tej aktorki, przynajmniej peak za czasów jej młodości.
Copolla proponuje nam wycinek życia młodej królowej. Więc oglądamy jej wejście na Wersal, to jak przyzwyczaja się do życia na nowym terenie, jak w końcu odnajduje się tam i czerpie ile można z życia - jako nastolatka, jako młoda kobieta, jako żona, kochanka i matka. I nagle okazuje się, że mimo innej pozycji społecznej, innej aury, innych czasów ta młoda kobieta niewiele się różni od innych młodych kobiet.
W filmie mamy całą paletę kolorów, która ma oddać przepych dworskiego życia, jest to specjalnie ograne w filmie, chociaż na koniec wiemy, że to nie te piękne bogate wnętrza, ale wschód słońca na tle wielkiego budynku będą podsumowaniem tego cudownego okresu życia Marii w tym miejscu. W każdym razie skrupulatnie poznajemy szczegóły wnętrz, wyglądu pomieszczeń, potraw, które spożywa młody król z królową, albo jak wygląda rytuał ubierania Marii.
Film Coppoli nie ocenia żony francuskiego króla - to po prostu rzucona w wir historii młoda dziewczyna, która potrafi się adaptować, ale też bawić się tym, co dostała. Więc Maria, gdy w końcu poczuje się swobodniej, zyskuje przyjaciół, baluje, imprezuje. Nawet z mężem się dogadują, może poza sprawami łóżkowymi, ale i te w pewnym momencie dojdą do skutku.
"Maria Antonina" jakby przedstawia nam kolorową młodość ze współczesnym sznytem - na przykład w tle nie leci muzyka tamtego okresu, ale jakieś młodzieżowe piosenki rockowo-popowe.
Piękne zdjęcia, wspaniała rola Dunst i kunszt reżyserski Sofii - czego chcieć więcej. Aż dziwne, że wcześniej tego filmu nie obejrzałam.
Podobną rzecz, z tym wycinkiem życia kobiety towarzyszącej, zrobi wiele lat później Coppola w dość niedocenianej "Priscilli", tyle że tam dynamika filmowa nie będzie nam ułatwiać seansu jak w "Marii Antoninie".