Indiana Jones z losową lochą i losowym gówniakiem stara się wyrwać cenny artefakt z rąk krwawego kultu bogini Kali.
Napiszę to samo, co w poprzednim wpisie, absolutny klasyk kina przygodowego i must watch.
Swoją drogą, szkoda, że w latach 80. nie wprowadzili w Hollywood jakiegoś nakazu dla aktorek mających grać w filmach z akcją osadzoną w przeszłości, aby na czas produkcji nie robiły trwałej. Zawsze mnie ten ejtisowy pudel na głowie wybija z klimatu retro
Pierwszy film z serii o Indianie Jonesie, w którym archeolog usiłuje odnaleźć Arkę Przymierza przed hitlerowcami.
Na kanale Paramount Network jest dzisiaj maraton filmów z Indianą, to grzech nie obejrzeć. Film zredefiniował kino przygodowe i wprowadził standardy powielane przez blockbustery w kolejnych dekadach, więc to absolutny must watch.
Powiem tak, póki ten film był thrillerem, miał detektywistyczne elementy to był dobry, nawet bardzo, ale potem jak pojawił się pewien plot twist mniej więcej w połowie to moim zdaniem zepsuło bardzo wrażenie i oglądało mi się gorzej. Niepotrzebne czarymary.
@kopytakonia moim zdaniem bardzo dobry. Ten główny motyw super tzn bardzo chciałem się dowiedzieć jak to się zakończy i w sumie zakończenie nie było spieprzone.
Przeczytałem kiedyś w „Fantastyce” bądź „Nowej Fantastyce”, już nie pamiętam, opowiadanie o misji kolonizacyjnej wysłanej z Ziemi. Na statku znajdowała się określona liczba przyszłych kolonistów pogrążonych w hibernacji, a o ich bezpieczeństwo miało zadbać dwóch wyselekcjonowanych mężczyzn, dobranych tak, że uzupełniali się doświadczeniem i umiejętnościami. Wszystko zostało doskonale zaplanowane... oprócz jednej rzeczy. Nikt nie wziął pod uwagę tego, że załoganci mogli najzwyczajniej w świecie się nie polubić.
Przypomniało mi się to, gdy akcja „Interstellar” przeniosła się na drugą z trzech obiecujących planet. Zastanawiałem się, dlaczego obecny tam doktor Mann wysyłał informacje o tym, że da się tam założyć kolonię, skoro wszystko na pierwszy rzut oka wskazywało, że wcale tak nie jest. Do misji samobójczej wybrano najlepszych z najlepszych, mimo to chyba nie przewidziano, jak ewentualne fiasko może wpłynąć na ich psychikę.
Nie będę wypowiadał się o zgodności z ówczesnym stanem wiedzy, ponieważ nie jestem na tyle mądry. Jednakże chciałem docenić to, że sceny w przestrzeni kosmicznej były... ciche. Nie słychać było wybuchów, co dobrze podkreślało ciszę panującą w kosmosie.
Niestety, nie jestem fanem podróży w czasie czy międzywymiarowych, dlatego wyjaśnienie głównego wątku nie przypadło mi do gustu. Tworzy się swego rodzaju pętla, która nie ma najmniejszego sensu. Naoglądałem się tego wystarczająco dużo w różnych „Star Trekach” i zawsze uważałem takie odcinki za jedne z gorszych.
Film dobry, muzyka epicka, dobrze się ogląda z słuchawkami na uszach.
Abstrahując od poprowadzenia fabuły to poszczególne wątki są dające do myślenia.
Początek mnie przygniótł, perspektywa (która dla pokolenia naszych dzieci może być realna), kiedy wiadomo, że klimat Ziemi został już tak zachwiany, że nie ma odwrotu i trzeba szukać planety B - przerażające, bo możliwe.
Londyn, lata 50. Zapijaczony inspektor i młoda, energiczna policjantka rozwiązują zagadkę morderstwa reżysera popularnej sztuki opartej na powieści Agathy Christie.
Zdjęcia i scenografia w stylu Wesa Andersona oraz duet Rockwell-Ronan są jedynymi godnymi uwagi elementami tego filmu. Mimo kilku ciekawych kwestii, scenariusz leży i kwiczy, nieciekawy i chaotyczny, z intrygą poprowadzoną na odpierdol. Dodatkowo, film wpisuje się w nurt woke - w tym wydaniu zmieniono kolor skóry postaci drugiego męża Agathy Christie (jak widać na zdjęciach na anglojęzycznej Wikipedii, chłop był biały https://en.wikipedia.org/wiki/Max_Mallowan ).
Nie będę pisać, gdzie ten film jest dostępny, naprawdę szkoda polecać taką szmirę. W kategorii pastisze whodunitów nieodmiennie polecam Zabitego na śmierć z 1976.
Co się obejrzało, to się obejrzało. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Tenet
Rok produkcji: 2020
Reżyseria: Christopher Nolan
Kategoria: #scifi #akcja
Czas trwania: 150 min
Moja ocena: 5/10
Światu grozi zagłada, bo można odwrócić @entropy_
Unikałem tego obrazu, bo spodziewałem się, że będzie zbieraniną najgorszych reżyserskich nawyków Nolana, ale w końcu postanowiłem dać mu szansę i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że miałem rację. Beznadziejne dialogi, źle poprowadzeni aktorzy, kiepska choreografia, zauważalnie słabi statyści, chaotyczny montaż, przekombinowany prosty pomysł. To nie jest film, który trudno zrozumieć, on zwyczajnie jest beznadziejnie nakręcony. Ładne zdjęcia i kadry? Owszem, jak zazwyczaj u Chrisa, ale poza zwykłym "patrzcie co mogę" nic nie wnoszą, to tylko wydmuszka. Wisienką na torcie jest wręcz tragiczny Washington, prawdziwy charisma void. Dałbym mu niższą ocenę, ale patrząc na lokalizacje podejrzewam, że Nolan wyciągnął kasę od studia, żeby sobie pojeździć po świecie i nie mogę go za to nie szanować. Polecam tylko zatwardziałym, ale to naprawdę mocnym fanboyom Nolana.
@Piechur Totalnie się nie zgadzam. Tenet dla mnie to arcydzieło, a ludzie oceniający po statystach i innych rzeczach o których piszesz po prostu przegapili monumentalną historię i scenariusz. Tenet wykręca mózg i to jest to co w filmach Nolana jest najlepsze - wszystkie są ambitne, mają świetne plot twisty i zaskakujące rozwiązania. Jak chcesz oglądać idealnie nakręcone firmy rzemieślnicze, to nie oglądaj Nolana, proste. Jego się ogląda dla historii.
@Budo Nie uważam, żeby wykręcał mózg, nie miałem jakiegoś specjalnego problemu, żeby nadążyć za tym co się działo. A wszystko, co wymieniłem, niestety składa się na ogólny odbiór filmu, zwłaszcza męczący i chaotyczny montaż. Nolan zresztą sam powiedział, żeby nie próbować filmu zrozumieć, tylko go poczuć, bo wie, że przy skrupulatnej dekonstrukcji nie będzie trzymać się kupy, jak zwykle filmy, w których podróż w czasie jest głównym motywem. Koncept ok, realizacja taka sobie. Nie zmieniam zdania co do filmów Nolana, które jak już napisałem traktuję jako wydmuszki.
Wielki gad, czyli Gadzilla. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Godzilla
Rok produkcji: 2014
Reżyseria: Gareth Edwards
Kategoria: #scifi #akcja
Czas trwania: 123 min
Moja ocena: 5/10
Po katastrofie w japońskiej elektrowni jądrowej pracujący w niej naukowiec próbuje dotrzeć do prawdy na temat jej przyczyny. A był nią duży potwór.
Co za paździerz. Nic w tym filmie nie gra, a zwłaszcza główny bohater, którym nie jest o dziwo Cranston. Scenariusz pisany na kolanie wypełniony po brzegi banałami, sceny nie wywołujące w widzu żadnych emocji, brak jakiegokolwiek napięcia i jedna myśl - po co to właściwie oglądam? Byle jakość bije z tego filmu na kilometr i nie ratują go sceny z olbrzymimi potworami ani pojawiająca się w końcu Godzilla. Aktorsko bardzo słabo. Szkoda czasu ogólnie. Nie polecam, może jako film w tle, na który zerka się co kilkanaście minut się nada.
Fun fact: Pomysłem naczelnego Japończyka amerykańskich produkcji było wprowadzenie nazwy tytułowego potwora nie jako "Godzilla", ale "Gojira", czyli tak jak w oryginale.
@PaczamTylko wcześniej też potrafił zaskakiwać, chociażby What Dreams May Come czy też oskarowy Good Will Hunting - nie wspominając już o The Fisher King
@deafone a tak, jak najbardziej. Ale dość rzadko grywał czarne charaktery, co w zestawieniu z jego bardziej typowymi rolami, sprawia że widz (przynajmniej ja) czuję pewnego rodzaju dyskomfort - ale w pozytywnym znaczeniu, bo dzięki temu dana rola działa mocniej. Będę musiał sobie coś odświeżyć z jego filmografii...
Kiedy Viktor Navorski przylatuje z Europy Wschodniej do US, władze nie uznają jego paszportu, gdyż w kraju Viktora wybuchła wojna. Navorski zostaje zatrzymany na nieokreślony czas na lotnisku, gdzie zaczyna się urządzać i poznaje nowych przyjaciół.
Tak to nawet spoko film, ale strasznie mi przeszkadzało nierówne poprowadzenie protagonisty - raz scenariusz robił z niego debila, by w następnej scenie Navorski wykazać się miał niezwykłym sprytem, takie chamskie naginanie charakteru postaci pod widzimisię twórców. Mogli też mniej polukrować finał, bo mimo braku romantycznego happyendu z winy logiki różowych pasków, i tak wyszło za słodko.
Fajna bajka, postanowilem ocenic z poziomu wewnętrznego dziecka i kurcze, az odlozylem telefon. Stestuje w niedziele na rodzicach. Wpadl za free na sweettv wiec skorzystalem.
Nie wiem, jak to się stało, że kompletnie ominął mnie ten film. W czasie, gdy się pojawił przypadł moment mojej sporej deskorolkowej zajawki. No ale do brzegu i bez dygresji. Film opowiada historię trzech skaterów, którzy odmienili na zawsze ten sport a są to Stacy Perlata, Tony Alva i Jay Adams. Chłopaki wraz z jeszcze kilkoma kumplami i kilka lat starszym Skipem, swoim mentorem ze sklepu z deskami do surfingu, bujają się po mieście na deskach, przeżywają typowe nastoletnie problemy i sytuacje. Całość fabuły jest prosta jak przysłowiowa budowa cepa. Chłopaki tworzą zgraną ekipę, wszędzie są razem, jeżdżą, podrywają dziewczyny, żartują... Problem pojawia się, gdy zaczynają być mistrzami w swoim fachu i zaczynają się o nich bić sponsorzy. Kasa niszczy przyjaźń i więzi. Nie ma tutaj nic rewelacyjnego jeśli chodzi o scenariusz. Film jednak może się podobać. Świetnie wypadają sekwencje z jazdą na deskach, a główni bohaterowie dają się lubić i cały czas im kibicujemy. Ponadto fajnie oddano klimat kalifornijskiego, gorącego lata i nastoletnich problemów. Całości dopełnia fajna ścieżka dźwiękowa z hitami klasyki rocka i klimat lat 70.
Taki sobie film. Trzyma w napięciu nawet, dobrze zagrany, muzyka mi się w nim podobała, ale fabularnie ogólnie taki średni. W ogóle to był mój pierwszy film Polańskiego jaki oglądałem w życiu chyba. Zaintrygował mnie opis, pomysł na fabułę, ale rozegrane to zostało małostkowo, spodziewałem się czegoś więcej
Obsada: Peter Ustinov, Dean Jones, Suzanne Pleshette
Czas trwania: 1h 46min
Ocena: 8/10
Trener lekkoatletyczny kupuje na wyprzedaży prastary podgrzewacz pościeli, a wraz z nim ducha słynnego pirata, Czarnobrodego, który został przeklęty i musi błąkać się w nicości, dopóki nie spełni dobrego uczynku.
Zakupiony przez pewną rodzinę Android zaczyna zachowywać się w dość nieoczekiwany sposób, przejawiając oznaki inteligencji.
Mam słabość do tego filmu. Ja wiem, że jest ckliwy, naiwny, w wielu momentach ociera się o żenadę, ale ma w sobie coś przytulnego, ciepłego, coś co sprawia, że czuję się dobrze. Polecam na wieczór z drugą połówką, najlepiej pod kocem i z kubkiem kakao.
Fun fact: Naturalnie włochaty Williams musiał zgolić włosy ze swojego ciała, żeby zagrać robota Andrew, gdy ten zaczyna już modyfikować swój wygląd tak, aby być bardziej podobnym do ludzi.
Jak usłyszałem na start Country Roads, to myślałem, że coś jest nie tak ze ścieżką dźwiękową. Pogodna historia. Dużo w niej codzienności pomieszanej z tajemnicami i wyobraźnią.