„Do sprzedaży trafił właśnie grudniowy numer "Nowej Fantastyki". Jego okładkę zdobi plakat nowego polskiego filmu SF "W nich cała nadzieja", który można - i warto - już obejrzeć w kinach. A w naszym magazynie możecie przeczytać obszerny wywiad z jego reżyserem, Piotrem Biedroniem.
Oprócz tego w numerze świętujemy 60-lecie "Doktora Who" - najdłużej tworzonego serialu SF w historii. Mamy też artykuł, w którym Jacek Inglot zadaje pytanie, czy religia Jedi stanie się wyznaniem na miarę nowej, przesiąkniętej popkulturą ery. na pograniczu gatunków zaś gości tym razem Jakub Szamałek, autor znakomitej "Stacji".
W dziale opowiadań proponujemy aż osiem tekstów, wśród nich opowiadania Clarka Ashtona Smitha, Amal El-Mohtar, Justyny Hankus i dawno niewidzianego weterana Klubu Tfurców, ukrywającego się pod pseudonimem Sohei.
Ponadto w numerze tradycyjnie proponujemy felietony Aleksandry Klęczar, Rafała Kosika, Łukasza Orbitowskiego i Witolda Vargasa, kolejne przygody Lila i Puta oraz garść świeżych recenzji.
"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach, empikach i w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka, przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Niezmiennie najlepszą metodą zakupu jest roczna prenumerata - gorąco zachęcamy do niej i kusimy dołączanym prezentem książkowym. Przy okazji przypominamy, że w związku z likwidacją księgarni internetowej Inverso, obsługę naszej prenumeraty przejęła Gildia.pl. Linki do miejsc, w których możecie zaopatrzyć się w nasz miesięcznik w wersji papierowej i w formatach cyfrowych i audio znajdziecie tradycyjnie w komentarzu poniżej.
Zapraszamy do lektury. Bądźcie z nami!”
Spis treści:
PUBLICYSTYKA
DOBROCHOCZY Witold Vargas
BAŚNIE-NIEBAŚNIE Aleksandra Klęczar
JAK ZROBIĆ FILM SF ZA MILION ZŁOTYCH Wywiad z Piotrem Biedroniem
JEŚLI JESIENNYM WIECZOREM PODRÓŻNY Klara Cykorz
RELIGIA NOWEJ ERY Jacek Inglot
LUBIĘ ZARAŻAĆ ZAJAWKAMI Wywiad z Jakubem Szamałkiem
zfjecia krecili na terenie kopalni Bolesław śmiały w Łaziskach i w elektrowni łaziska a także plan zewnętrzny na hałdzie obok pra premiera miała miejsce w lato tez na tej hałdzie
Nie jestem płodnym twórcą, co też widać, ponieważ poprzedni wpis na bloga wrzuciłem... prawie rok temu. :')
Dzisiaj nareszcie kończę z pisaniem o „Ghostrunnerze”. Przynajmniej na bliżej nieokreślony czas, ponieważ mam w planach rozprawić się z sequelem, jak twórcy zakończą prace nad nim. Mam na myśli popremierowe wsparcie, bo sama gierka już się ukazała, miesiąc temu.
#cyberpunkstories - piszę o rzeczach związanych z cyberpunkiem
Oczywiście zachęcam do przeczytania wpisu na moim blogasku:
„Project Hel” to pierwszy i jedyny fabularny dodatek do gry „Ghostrunner”. Ukazał się 3 marca 2022 roku i stanowi wstęp do wydarzeń znanych z podstawki.
Fabuła:
Mara, główna antagonistka, chce stłumić bunt Wspinaczy. Przeciwny temu jest jeden z podległych jej dowódców – Bakunin – który sprzeciwia się Marze, argumentując, że zaatakowanie buntowników może przemienić się w regularną wojnę, co z kolei przyniesie ogromne straty w ludności cywilnej. Oczywiście Marze to się nie podoba, więc spuszcza ogara ze smyczy – w tej roli tytułową Hel, która była jednym z bossów w podstawce.
Muszę dodać, że Hel jest o wiele ciekawszą „bohaterką” niż Jack.* Dialogi z nią zabarwione są niewymuszonym humorem, wynikającym z logicznego i trochę niepokojącego (w końcu to maszyna do zabijania) rozumowania Hel. Przykładem niech będzie jej odpowiedź na pierwszy „problem”. Ojciec ma dwójkę dzieci, syna i córkę. Jednak bardziej kocha dziewczynkę. Doszło do katastrofy i nie mają wystarczająco dużo jedzenia, by nakarmić oboje. Które z dzieci poświęci ojciec? Odpowiedź Hel: grubsze.
Nie ukrywam, że niezmiernie mnie to rozbawiło. :’)
Ponownie do znalezienia są dwa rodzaje znajdziek – fabularne, rozszerzające trochę uniwersum gry, czyli różnego rodzaju przedmioty z krótkimi opisami oraz nagrania ludzi z otoczenia Mary; i kosmetyczne, czyli skórki mieczy.
Niestety, dialogi wciąż nie zatrzymują/resetują się w momencie powrotu do poprzedniego checkpointu. Z jednej strony jesteśmy zachęcani do pędzenia do przodu, co jest o wiele fajniejsze, zważywszy na większą mobilność Hel; z drugiej postacie rozmawiające w tle zmuszają do zatrzymania się w miejscu, w celu skupienia się na dialogach. Ponownie utrudnia to śledzenie fabuły i zaburza płynność rozgrywki.
Za to podobała mi się historia, która rozjaśniła niektóre kwestie i niejako zapowiedziała niektóre z wydarzeń w podstawce (chociażby sabotaż wentylatorów, które naprawiamy jako Jack). W szczególności polubiłem jedno odniesienie – jeden z poziomów zaczyna się w tym samym miejscu, w którym zaczyna się przygoda Jacka. Niby nic wielkiego, ale jednak.
Gameplay:
Zaszły zmiany drobne, ale mające spory wpływ na rozgrywkę.
Przede wszystkim Hel jest bardziej skoczna – skacze wyżej i dalej. Dodatkowo jej pasek Szału zapełnia się jedynie poprzez zabijanie przeciwników i odbijanie pocisków mieczem, a Furia z czasem spada. Te dwie zmiany sprawiają, że rozgrywka jest o wiele szybsza – Hel skacze jak głupia od przeciwnika do przeciwnika i tnie niemilców bez litości. Im więcej wrogów zabitych w krótkim czasie, tym więcej wygenerowanego Szału, który można wykorzystać do aktywowania dwóch umiejętności:
Pierwszą jest klasyczna Fala, czyli strumień energii przecinający przeciwników. Najlepsze jest to, że nie ma cooldownu – ogranicza nas wyłącznie ilość pozostałego Szału. Gdy mamy go sporo, można wysyłać Fale jedna po drugiej.
Drugą jest tarcza. Wymaga posiadania ponad połowy paska Szału, jednak powstrzymuje pojedynczy atak wroga, co czasami ratowało mi życie.
Za umiejętnościami pojawił się także przemodelowany system ich ulepszeń, który już nie przypomina Tetrisa, a… cóż, najlepiej to zobrazować screenem. Odpowiednie ułożenie ulepszeń wokół trzech kafelków skutkuje odblokowaniem bonusów, czyli tak samo, jak w podstawce.
Wachlarz przeciwników również został rozszerzony, choć nie jakoś znacząco.
Pojawili się wrogowie z jetpackami, którzy wiszą nad arenami i wypuszczają gromady granatów, przyklejających się do podłoża. Na szczęście nigdy nie są zbyt wysoko, żeby Hel nie mogła do nich doskoczyć. Przypominają mi trochę latające drony, bo też można się nimi „przelecieć” przez chwilę.
Są też tacy przyziemni, z młotami, które po uderzeniu w podłoże wywołują energetyczną falę.
O typowym mięsie armatnim chyba nie ma co wspominać, bo to najczęściej grupki buntowników z niewyróżniającą się niczym bronią. Bezrefleksyjnie rzucają się na Hel i nie stanowią żadnego zagrożenia. Tak po prawdzie, to są wyłącznie źródłem generowania Furii.
Skoczność Hel wpłynęła także na projekt poziomów. Areny są bardziej rozległe i otwarte, żeby Hel miała wystarczająco dużo miejsca na swoje susy. Fragmenty stricte zręcznościowe również mają większy „rozmach”.
Jednocześnie sam dodatek wydał mi się o wiele łatwiejszy od podstawki. Może to kwestia mojego „doświadczenia”, a może zamierzona decyzja twórców. W końcu wiele osób narzekało na wysoki poziom trudności podstawki, o trybie hardcore już nie wspominając.
Bossowie
Obowiązkowy punkt programu, także z mojej strony, ponieważ bardzo narzekałem na projekt bossów w podstawowej kampanii i trybie hardcore. W przypadku „Project Hel” nie jest inaczej.
Pierwszy z bossów, Bakunin, jest banalny. Walka z nim to dwa quick time eventy (mam przebłyski z walki z Hel z podstawki, jak ironicznie…) i radosne skakanie od wroga do wroga, żeby podbić pasek szału, wykorzystywanego do atakowania Bakunina Falą, z jednoczesnym unikaniem granatów przeciwnika, które wybuchają w narysowanym okręgu na podłodze. Przy powtórnym przejściu dodatku, w ramach przypomnienia, nie zauważyłem, kiedy pokonałem tego bossa. Nuda.
Drugi i zarazem ostatni również nie należy do trudnych. Unikanie poziomego lasera wystrzeliwanego przez Golema, mecha, w którym siedzi jeden ze Wspinaczy, bardzo przypomina walkę z Marą. Tak samo, jak przeskakiwanie z platformy na platformę, gdy te rażone są prądem. Twórcy też na chwilę przed walką dodali nową mechanikę… uderzanie w „przekaźnik” w celu wygenerowania Szału. Zrobili to chyba tylko po to, żeby gracz wiedział, że musi to samo zrobić także podczas walki z bossem.
Podczas tej walki pojawił się także plot twist – Golem okazał się na tyle trudnym przeciwnikiem (dla protagonistki), że Hel ponowiła prośbę o uwolnienie jej potencjału, na co Mara niechętnie, ale jednak się zgodziła. Od tego momentu Hel mogła bez przerwy atakować przeciwnika Falą, co zdecydowanie ułatwiło i tak już prostą walkę.
Drugi raz z rzędu twórcy nie wykazali się pomysłowością przy projektowaniu walk z bossami, za co ogromny minus. Na ich obronę mogę powiedzieć, że w sumie sam nie wiem, jak zaprojektowałbym swoją własną walkę… ale to nie moje zmartwienie. :P
Muzyka:
Tak samo jak w podstawce, także tutaj za soundtrack odpowiada Daniel Deluxe. Co tu się więcej rozpisywać: ponownie wykonał bardzo dobrą pracę. Poniżej link:
Dodane zostały także nowe osiągnięcia, z czego niektóre skłaniają do powtórnego przejścia poziomu w określony sposób.
Chociażby moje ulubione, które wymaga od gracza… niezabijania nikogo/niczego oprócz generatorów tarcz. Bardzo logiczne, jako że w trakcie misji mamy do czynienia z co prawda wrogo nastawionymi jegomościami, którzy jednocześnie teoretycznie wciąż są naszymi sprzymierzeńcami (trochę zawiłe, ale to wynika z fabuły). Takie jest też nasze zadanie: „spróbuj uniknąć strat w ludziach”, nieprzypadkowo sformułowane w taki właśnie sposób. Gdy gracz zawiedzie (czytaj: nie powstrzyma się od zabijania), Mara po pewnym czasie zapyta Hel o status, na co Hel odpowie, że liczba zlikwidowanych do tej pory rebeliantów wynosi na przykład siedemnastu. Gdy Mara zapyta, czy tak właśnie wygląda unikanie strat w ludziach, Hel odpowie, że rozkaz brzmiał „spróbuj”, a ona zawiodła.
Oprócz tego były też takie jak „nie zgiń w pierwszym poziomie”, „nie korzystaj z ulepszeń/Fali” czy „pozostań w trybie Szału przez 20 sekund”. Nie należały do trudnych, chociaż nie ukrywam, że przy nieginięciu potrzebowałem kilku czy nawet kilkunastu podejść. Jednakże na Steamie zaledwie 3% graczy pokonało finałowego bossa, co jest kiepskim wynikiem. Analogicznie podstawkę ukończyło 25% graczy.
Stosunek ceny do oferowanej zawartości
Prawdopodobnie powodem**, dlaczego dodatek nie cieszy się równie dużym zainteresowaniem (40 tysięcy recenzji na Steamie vs… 428) jest jego zaporowa cena***. Za 59,99 złotych dostajemy zawartości na 2-3 godziny – i mam tu na myśli przejście dodatku na 100% (znalezienie znajdziek i zrobienie osiągnięć). Tymczasem podstawka wraz ze wszystkimi trybami dodanymi po premierze wystarcza na luźno dwadzieścia kilka godzin, a na początku kosztowała zaledwie dwa razy więcej.
Podsumowanie
Mimo że dodatek wniósł trochę świeżości i bawiłem się świetnie, to nie jestem w stanie go polecić z czystym sercem, głównie przez wysoką cenę, jak na oferowaną zawartość. W przecenie na 20-30 złotych jeszcze ujdzie****, ale nie radziłbym kupować go po wyższej cenie.
*OGROMNY SPOILER
Pod koniec dodatku Hel trafia do kryjówki Wspinaczy, w której znajduje się jeszcze nieuruchomiony Jack. Myślę, że wiedziała, do kogo należy ciało, jednakże nie zniszczyła go, ani tym bardziej nie poinformowała swojej przełożonej o tym. Prawdopodobnie dlatego, że była już zdecydowana zdradzić Marę.
Co lepsze, po finałowej walce Hel zostaje zabita przez… drugą Hel, swoją bardziej posłuszną kopię. Chwilę po tym, jak główna bohaterka wyłącza się po wskoczeniu do lawy, słychać charakterystyczne „you’re… alive”, znane z początku podstawowej kampanii. Czyżby program zbuntowanej Hel trafił potem do ciała Jacka? Albo to po prostu zabieg twórców mających na celu pokazanie ciągłości wydarzeń.
**drugim może być to, że dodatek wyszedł półtora roku po premierze podstawki. I mimo że gra była wspierana przez ten czas (przez dodawanie nowych trybów gry), to gracze mogli stracić zainteresowanie tym tytułem.
***muszę dodać, że podstawka często była dostępna w bardzo niskiej cenie i trafiła chociażby do Humble Choice
****przy kupowaniu rzeczy stosuję przelicznik „10 złotych za 1 godzinę spędzonego czasu”. Jeśli dany tytuł spełnia tę prostą zależność, wtedy uważam, że „się opłaca”
Za pomoc przy tekście bardzo dziękuję Althorionowi.
Ostatnio postanowiłem nadrobić zaległości i jednym ciągiem obejrzałem obie części serii „Terrifier” i oh boy, z miejsca stały się moimi ulubionymi slasherami, a Art the Clown moim ulubionym „bohaterem” z tego gatunku horrorów.
Połączenie mima i clowna to świetna decyzja, tym bardziej, że... ta postać zachowuje się jak połączenie tych dwóch profesji. W sensie nie jest to kolejny psychopata, który chce się zemścić/zabić jak najwięcej osób, bo klątwa czy coś tam innego. Mam wrażenie, że Art the Clown chce się przede wszystkim... dobrze bawić. Śmieje się ze swoich ofiar, gra z ich strachem, a jak już zaczyna się nad nimi pastwić fizycznie, to stara się to robić w dość finezyjny sposób. No bo jeszcze nie widziałem w slasherze, żeby morderca najpierw oskórował kobietę, a potem posypał ją solą i nawet wcierał sól w ranę. Pewnie źle to o mnie świadczy, ale niezmiernie ubawiłem się przy tej scenie, bo czegoś takiego jeszcze nie widziałem w slasherach. Tak, powtarzam się. Albo jak odciął kobiecie głowę, usunął mózg i nasypał tam cukierki, by rozdać dzieciom, kiedy te przyszły do drzwi (rzecz dzieje się w Halloween). A te, razem z opiekunką, były pod wrażeniem tak realistycznie odwzorowanej ozdobie. Świetne pomysły i świetnie zagrana postać.
Oczywiście nie są to wybitne filmy - to w końcu slashery, więc nigdy nie spodziewam się po nich czegoś naprawdę dobrego. Może właśnie niskie oczekiwania sprawiają, że tak dobrze się przy nich bawię? Może nie aż tak dobrze, jak Art the Clown podczas zabijania swoich ofiar, ale wystarczająco dobrze, żeby polecić serię „Terrifier”. Pozostaje tylko czekać na premierę kolejnej części, która po zwiastunie zapowiada iście świąteczny klimat. Idealny film do obejrzenia z rodziną podczas wigilijnej kolacji.
A, zapomniałbym o największej według mnie wadzie tych filmów. Po pierwszej części spodziewałem się, że mamy do czynienia z „typowym” psycholem, który przebrany za mimo-clowna chce spełnić swoje psycholskie fantazje. Niestety, końcówka pierwszego filmu i praktycznie cały drugi wprowadzają klimat nadprzyrodzonego zła, czym się po prostu zawiodłem. Wolę kreację właśnie tego psychola, któremu zabijanie w różny sposób sprawia przyjemność, niż wskazówki, że ludzie mają do czynienia z Większym Złem.
No i pomimo moich zachwytów, zdecydowanie nie chciałbym spotkać kogoś takiego w prawdziwym życiu. :')
@cyberpunkowy_neuromantyk W All Hallows Eve było pokazane, że on jest częścią paczki demonów, ale wątek nadprzyrodzony średnio poprowadzono w dwójce. Jakoś uwierał mnie cały czas, a zakończenie rozczarowało. Za to trójeczka szykuje się fajnie z tego co się pojawia w necie. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
@cyberpunkowy_neuromantyk o tak, to jest coś co mnie też ucieszyło bo motyw halloween oklepany. Ale poziom bólu tylnych części ciała niektórych o ten trailer był niesamowity.
Taki bardziej slasher porn. Gdzie wycieli praktycznie fabułę, bohaterów i tylko efektami koleś lata i zabija osoby. No i nagle nadprzyrodzone sily ma, co pojawia się bez zapowiedzi. Więc zbytnio nie ma do czego wracać. Nie ma kontekstu, gdzie oglądając dobry slasher masz nadzieję, że bohaterowie mają jakiś plan i nadzieję go powstrzymać.
W sensie nie jest to kolejny psychopata, który chce się zemścić/zabić jak najwięcej osób, bo klątwa czy coś tam innego.
W sensie większość z tych filmów to oni lubili zabijać. Teksańska Masakra po prostu ludzi traktował jak mięso, Ale np. motyw zemsty jak w np. Freedy Kruger wynikał z faktu, że mścił się dlatego, że ktoś go powstrzymał przed mordowaniem for fun.
Gdzie akurat tam tortury Freediego nie tylko były poryte ale też odzwierciedlały wewnętrzne strachy samych bohaterów. No i też bohaterowie planowali go powstrzymać pokonując wewnętrzne traumy.
Film ma atut bycia obrzydliwym ale finalnie jak na kimś to nie robi wrażenia to nic innego nie oferuje niestety.
Taki bardziej slasher porn. Gdzie wycieli praktycznie fabułę, bohaterów i tylko efektami koleś lata i zabija osoby. No i nagle nadprzyrodzone sily ma, co pojawia się bez zapowiedzi. Więc zbytnio nie ma do czego wracać. Nie ma kontekstu, gdzie oglądając dobry slasher masz nadzieję, że bohaterowie mają jakiś plan i nadzieję go powstrzymać.
Ja się niczego innego po slasherach nie spodziewam, jak właśnie sekwencji kolejnych zabójstw. :')
I nawet jeśli zabiją Tego Złego, to on i tak cudem przeżywa, by powrócić za jakiś czas.
Film ma atut bycia obrzydliwym ale finalnie jak na kimś to nie robi wrażenia to nic innego nie oferuje niestety
To prawda. Ja obejrzałem do końca głównie dlatego, żeby zobaczyć, w jakie jeszcze ciekawe sposoby Art zabije kolejne ofiary. Efekty specjalne były w porządku, ale po „Martwicy mózgu” mało co robi na mnie wrażenie. :')
To taki średniak, ale moim zdaniem mocno się wyróżnia postacią Głównego Złego.
Colony Ship: A Post-Earth Role Playing Game wydane! Gra od twórców The Age of Decadence wreszcie została ukończona i można udać się w podróż statkiem kosmicznym, gdzie będziemy musieli stawić czoła wyzwaniom, z którymi będzie można sobie radzić na wiele sposobów, pora na przygodę in spaaaaaaaaaaace!
Ano szkoda. Niestety, to jest bardzo małe studio z jeszcze mniejszym budżetem. Jednakże! „Age of Decadence” po latach otrzymało spolszczenie, więc może i tak samo będzie w przypadku „Colony Ship”.
Ostatnio studio Ghost Ship Games podczas transmisji zaprezentowało nowy tytuł, „Deep Rock Galactic: Rouge Core”, który ma być spin-offem głównej gierki, czyli „Deep Rock Galactic”.
Jeśli ktoś nie wie, czym jest „Deep Rock Galactic”, to takie szybkie wyjaśnienie, że to co-opowa strzelanka science fiction z kosmicznymi krasnoludami w roli głównej. Zdecydowanie polecam.
Jednocześnie zapowiedzieli, że w związku z pracami nad nową grą, kolejny, piąty już sezon, do Deep Rock Galactic pojawi się jakoś w czerwcu 2024 roku.
No i część graczy się oburzyła.
„Sezon 4 będzie tak długo trwaaał...”
„Jestem już znudzony obecnym sezonem”
„Prawie rok bez nowych aktualizacji? Strasznie słabo”
Oczywiście to parafrazy, ale ogólne narzekania są w podobnym tonie.
No i tak się zastanawiam: czy rzeczywiście brak nowej zawartości przez dłuższy czas po ponad trzech latach wypuszczania DARMOWYCH aktualizacji z nowymi broniami, granatami et cetera, to aż tak duży problem?
Obecna moda na sezony w grach sieciowych jest nieco męcząca. Co kilka miesięcy pojawia się nowy sezon, nowa zawartość, nowy Battle Pass do kupienia. Odblokowanie wszystkich oferowanych nagród zajmuje trochę czasu, a tego za wiele nie ma, bo w przeciągu trzech-sześciu miesięcy pojawi się nowa zawartość.
Wiadomo - nie trzeba tego wszystkiego robić, nikt nie zmusza. Ale twórcy bardzo ładnie wykorzystują FOMO, by niejako do grania jednak zmusić - nieodblokowana zawartość najczęściej po prostu przepada i nie będzie możliwości jej zdobycia. No chyba że poprzez wydanie kolejnych pieniędzy w growym sklepiku, ale to też nie zawsze.
Ktoś powie/napisze, że kilka miesięcy to wystarczająco dużo czasu, żeby takiego Battle Passa skończyć. Wszystko zależy od tego, ile ktoś tego czasu wolnego rzeczywiście posiada, bo z tym bywa różnie. No i też nie ma co uzależniać się od tylko jednej gierki, bo tych wychodzi multum.
Między innymi dlatego podoba mi się podejście twórców „Deep Rock Galactic”. Nie dość, że ichniejszy Performance Pass jest darmowy, to jeszcze twórcy dają przynajmniej pół roku na zdobycie nagród ze wszystkich stu poziomów. A nawet jeśli ktoś nie zdąży, to cała niezdobyta zawartość ląduje do skrzyń ładunkowych czasem znajdowanych podczas misji. Nikt niczego nie traci.
A najbardziej podobało mi się to, jak wyglądało to kiedyś. Kupowało się grę z trybem dla wielu graczy, na przykład „Left 4 Dead 2” i... po prostu się grało. Bez przejmowania się jakimiś skórkami, Battle Passami, sezonami et cetera. Czysta roz(g)rywka.
Jak oficjalne kampanie się znudziły, to pobierało się te zrobione przez innych graczy. Bez narzekań, że Valve mogłoby dodać nowe*. Co i tak zrobiło po wielu latach przerwy, ale to inna sprawa.
*Nie przypominam sobie takich narzekań, ale równie dobrze mogę być w błędzie
@cyberpunkowy_neuromantyk Ja dość lubię takie przepustki i zachęcają mnie one do spędzania większej ilości czasu w grze i zazwyczaj je kupowałem w csgo i dota 2.
Natomiast zgodzę się z tym, że mogłyby być lepiej zrobione. Na przykładzie dota 2 denerwowało mnie, że przepustka miała np. 1000 poziomów, a grając byłeś wstanie odblokować 200 poziomów. Aby zdobyć nagrody za resztę, to zwyczajnie trzeba było je kupić. Albo pojawiające się codzienne zadania, które niejako "przymuszały" do gry, żeby punkty nie przepadły.
Na pewno nie chciałbym, aby pojawiał się battle pass za battle passem, bo to byłoby przytłaczające. Idealnie właśnie jest jak robi to volvo, że raz na rok wrzucą na 3-5 miesiące (mam nadzieję, że nie popłynąłem z ilością miesięcy) battle passa, a tak to gra się bez żadnych pierdół.
Sięgnąłem po tę książkę głównie z powodu tytułu. Jak można się domyślić, moje relacje z mamą nie należały do najłatwiejszych, jednakże to nic w porównaniu z tym, przez co przeszła Jennette.
Jej matka przeniosła swoje niespełnione ambicje na córkę. Kontrolowała jej życie w praktycznie każdym aspekcie: mówiła co ma jeść (a raczej czego nie jeść, bo doprowadziła córkę do anoreksji), jak się ubierać, co robić, co myśleć et cetera. Dochodziło do tego, że nawet w czasach nastoletnich kąpała swoją córkę, czego nie potrafię sobie wyobrazić. Zmuszała do rzeczy, których Jennette nie chciała robić, ale robiła, ponieważ chciała uszczęśliwić swoją matkę.
Opis relacji z matką to pierwsza część, która kończy się śmiercią rodzicielki. Druga zaś opowiada o zmaganiach autorki z próbami poradzenia sobie z całym tym syfem, który zafundowała jej matka. Co nie należy do łatwych, szczególnie jak człowiek uświadomi sobie, że całe jego życie, całe jego jestestwo zostało przez kogoś zaplanowane.
Ujawniono datę premiery „Ghostrunnera 2” (26 października 2023), czemu towarzyszy wypuszczony dzisiaj „ Official Release Date Trailer ”.
No i fajno, bo pierwsza część była bardzo dobra. Jednak coś innego przykuło moją uwagę.
Gdy wyszedł „Ghostrunner”, kosztował 124 PLN (a z premierową zniżką niecałe 100 PLN). Na dzień dobry dostępna była podstawowa kampania , po kilku miesiącach udostępniono tryb hardcore , w którym przerobiono kampanię na trudniejszą wersję (pomijając cyberprzestrzeń). Z czasem twórcy dodali także parę mniejszych trybów ( Kill Run Mode oraz Wave Mode ) - prawdopodobnie testowali nowe opcje. Jak za sto złotych, to otrzymaliśmy całkiem sporo zawartości.
Aż pojawił się dodatek - „Project Hel” (tekst o nim dopiero kończę, jakoś mi się nie śpieszyło :')). Wyceniony na 60 złotych - połowa podstawki - oferował kilka misji, które wystarczyły na... zaledwie dwie-trzy godziny zabawy. Trochę mało jak na tak wysoką cenę. Poczułem się zawiedziony, ale cóż, trzeba było wcześniej sprawdzić, chociażby na YouTube, czy cena jest adekwatna do oferowanej zawartości.
„Ghostrunner 2” w podstawowej wersji kosztuje 179 PLN. Nowe gierki w ostatnim czasie podrożały o 10 dolarów, inflacja robi swoje, więc wyższa cena jest zrozumiała - zawsze można poczekać na przeceny, więc pretensji nie mam.
Przy przedpremierowym zakupie otrzymamy dodatkowo dwa zestawy skórek broni/rękawic... które i tak będą później dostępne do kupienia, w osobnym pakiecie.
Zastanawiają mnie jednak inne wersje.
Deluxe Edition, wycenione na 49,99 dolarów/229 PLN zawiera dodatkową kosmetykę i hologram ręki z nickiem (? Nie do końca rozumiem, co to może być). Niby spoko, ale to aż 10 dolarów za cztery zestawy skórek. Dla porównania, analogiczne DLC w jedynce kosztowało 5 dolarów. W pakiecie do dwójki dochodzi „hand hologram with gamertag”, więc pewnie dlatego cena jest dwa razy wyższa. :')
No i pozostaje Brutal Edition, wycenione na 69,99 dolarów/319 PLN, w skład którego kolejne skórki, w tym dla motocyklu, oraz season pass. I to ten season pass jest dla mnie najbardziej kontrowersyjny. Według infografiki wart 19,99 dolarów. Co oferuje? Nowy tryb gry i skórki.
Kosmetyka to jedno - nie jest niezbędna do gry/szczęścia, można ją całkowicie pominąć. Ba, sam chętnie kupowałem kosmetyczne DLC do pierwszej części, żeby dodatkowo wesprzeć twórców. Jednak w momencie, kiedy *PRZED* premierą twórcy już zapowiadają, że nowy tryb gry najprawdopodobniej będzie ukryty za paywallem w postaci season passa... coś tu jednak nie gra.
Rozumiem, że każdy chce zarobić na swojej twórczości - to oczywiste. Niemniej nie podoba mi się takie podejście, żeby jeszcze przed premierą informować, że dodatkowy tryb będzie płatny. Tym bardziej, że w przypadku nowych trybów do pierwszej części nie było zbyt wiele zawartości. Podobnie w przypadku dodatku, który kosztował 60 złotych, a można było ukończyć go w maksymalnie trzy godziny.
Żeby nie było - prędzej czy później i tak kupię (pewnie w okolicach 80-100 PLN za podstawkę), żeby opisać na blogasku, ale raczej nie rzucę się na premierę tak, jak zrobiłem to po premierze jedynki. No i na pewno sprawdzę wcześniej, na ile godzin wystarczy gra, żeby ponownie się nie rozczarować.
„gierka jest niby spoko niby fajna, ale im dalej to robi sie bardziej meczaca niz rozrywkowa”
Poniekąd się zgodzę (bo trochę trudno pisać mi o tym, że jest męcząca, skoro zrobiłem wszystkie osiągnięcia :')). Nie pomaga w tym fakt, że rozpoczęty poziom TRZEBA ukończyć, ponieważ jeśli gra zostanie wyłączona w trakcie, cofa na początek.
@cyberpunkowy_neuromantyk ja jakos wyłączyłem przy pierwszym bosie? Milion laserow i trzeba bylo na pamiec wyuczyc ise patternu, uznalrm ze gimic boss mechanics to nie moja bajka o 2 w nocy i moze wroce jutro, no sle jutro nie nastapilo nigdy
Jedenaście historii opowiedzianych z różnych perspektyw - marines różnych ras i wyznań, którzy zajmowali się różnymi rzeczami: brali czynny udział w walkach, siedzieli za biurkiem czy podnosili żołnierzy na duchu jako kapelani.
To zbiór opowiadań, który nie romantyzuje wojska. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie - odebrałem to jako antywojenną, fabularyzowaną próbę pokazania, z czym zmagali się żołnierze wysyłani na misje w Iraku czy Afganistanie. Z trudnościami z przestawieniem się na tym bezpieczne życie w cywilu, z pogodzeniem się z utratą zdrowia czy kumpli z oddziału i tak dalej.
Autor korzysta po części ze swojego doświadczenia. Po części, ponieważ sam był przez trzynaście miesięcy na misji w Iraku, jednakże nie uczestnił w walkach. Siedział za biurkiem, ale miał do czynienia z zahartowanymi w boju żołnierzami.
Czy polecam? Myślę, że tak, chociaż mam wrażenie, że najlepsze opowiadania znajdują się na samym początku zbioru, a im dalej, tym coraz gorzej.
Jeden z ciekawszych horrorów, jakie widziałem w ostatnich latach. Bez niepotrzebnych jumpscare'ów, z narastającym niepokojem w każdej kolejnej scenie i przerażającą przyziemnością opowiedzianej historii.
To prawda, zachowanie Duńczyków może irytować, ale wydaje mi się, że o to właśnie chodziło. Nawet Holender pod koniec filmu na pytanie „czemu to robisz?” odpowiada, że „sami na to pozwalacie”.
Niestety, Duńczycy byli czasami zbyt mili i zbyt mało asertywni, żeby po prostu powiedzieć „nie” i wyjechać. Najpierw zrobili to po kryjomu, ale jak wrócili po królika, to Bjorn miał ogromną potrzebę wytłumaczenia, dlaczego podjęli taką decyzję. I dali się namówić na pozostanie na kolejny dzień.
Na zasadzie, że może i jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, którzy wiedzą, że niektórych rzeczy nie wypada robić lub mówić, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto tej „dżentelmenskiej” umowy nie będzie się trzymał.
@cyberpunkowy_neuromantyk dokładnie tak jak piszesz. Zawsze kiedy miałem/mam kontakt ze szwedami, duńczykami czy norwegami, to dla "ułańskiej fantazji" polaka ich "bezjajeczność" i poprawność była/jest nieznośna, a traktuje swoich skandynawskich znajomych jako bardzo fajnych ludzi. Czasem ta przyjacielskość jest taka sztuczna i nienaturalna, byle nikogo nie urazić...
Utożsamiam się z tym. Ostatnio polscy koledzy zrobili sobie mały żarcik, nawiązujący do obecnej sytuacji na rynku, i szwedzki kolega napisał do mnie lekko oburzony, dlaczego nikt nie wysłał maila do nich w sprawie zlecenia. Nie potrafił zrozumieć, że to tylko nieszkodliwy żarcik. :')
Ostatnio wybrałem się do Domu Poezji - Muzeum Haliny Poświatowskiej w Częstochowie.
Z grubsza można powiedzieć, że to muzeum biograficzne jak każde inne. Do obejrzenia jest film przedstawiający historię Haliny, egzemplarze utworów przełożonych na inne języki (jeden kraj w szczególności mnie zdziwił), różne pamiątki po poetce i zdjęcia. Wiadomo, w końcu to muzeum biograficzne.
Jednakże jedna rzecz, a raczej osoba, wyróżnia te konkretne muzeum spośród innych, które do tej pory odwiedziłem. Tą osobą jest brat Haliny, pan Zbigniew, który oprowadza zwiedzających i opowiada historie, zabawne abegdotki i inne takie. Przewspaniała osobowość i żałuję, że nie byłem bardziej śmiały, żeby podpytywać go chociażby o ludzi, których poznał dzięki swojej siostrze. Trzeba wspomnieć, że od najmłodszych lat miał styczność z mieszkańcami/bywalcami Domu Literatów i Piwnicy pod Baranami. Coś niesamowitego!
Oczywiście o swojej siostrze także miał sporo do powiedzenia i to rzeczy, których trudno dowiedzieć się z internetu. W pewnym momencie zrobiło mi się go żal, ponieważ widać było, że opowiadanie o Halinie rozdrapuje stare rany - w końcu kobieta zmarła zdecydowanie zbyt wcześnie. Tym większy mój podziw, że kultywuje pamięć o poetce.
Jak najbardziej polecam każdemu, kto kiedyś zjawi się w Częstochowie.
Krótko pisząc - jestem zawiedziony nowym sezonem... już nawet nie „Black Mirror”, bo twórcy najwidoczniej postanowili stworzyć coś nowego z wykorzystaniem uznanej marki, żeby nie wiem, podbić oglądalność?
Z pięciu odcinków jedynie dwa wpisywały się w dawną narrację o tym, że technologia może być szkodliwa dla ludzi, jeśli jest nieodpowiednio używana.
Jednakże pierwszy odcinek („Joan jest okropna”) był zbyt powtarzalny względem poprzednich - niejako wykorzystał motyw z „Białego Niedźwiedzia” oraz motyw z „Rachel, Jack and Ashley Too”. Brakowało czegoś nowego, efektu wow.
Z kolei trzeci odcinek był świetny. Aaron Paul zagrał bardzo dobrze, pomysł również był dobry, tylko... wysyłają kosmonautów na bodajże sześcioletnią misję. Tworzą ich repliki, dzięki którym mogą uczestniczyć w życiach swoich rodzin. Zapominają jednak o wysłaniu z nimi psychologa, chociażby w postaci sztucznej inteligencji? Nie tworzą zapasowej repliki na „wszelki wypadek”, gdyby coś stało się pierwszej? Nikt nie rozmawia z Davidem o tym, co się właśnie stało?
O pozostałych odcinkach nawet nie chcę się wypowiadać. Nie były złe - spodobała mi się historia o mordercy, który torturował ludzi i plot twist, tak samo opowieść o demonie, jednakże nie pasowały do konwencji, którą „Black Mirror” wykreowało przez lata.
jednakże nie pasowały do konwencji, którą „Black Mirror” wykreowało przez lata
@cyberpunkowy_neuromantyk ale to właśnie dobrze. Widziałeś 5 sezonów mniej więcej tego samego, tylko w innych scenariuszach i konwencjach. Teraz dostajesz coś innego, ale nadal jest przerażająco i wywołuje to zastanowienie. Wg mnie formuła jest słuszna i nie chodzi o to, żeby tworzyć podobny sezon za sezonem.
To dlaczego nie wydali tego pod innym szyldem, tylko skorzystali ze znanej marki?
Chciałem obejrzeć „Black Mirror”. Przez ostatnie lata mieli pojawiło się sporo materiału, z którego mogli skorzystać. Popularność OnlyFans i jego wpływ na kobiety, pandemia, coraz większa popularność influencerów et cetera. Oczekiwałem antologii o technologii i jego wpływu na ludzi, a nie opowieści o wilkołaku czy demonie. :')
Gdybym chciał obejrzeć coś w takich klimatach, to obejrzałbym jeszcze raz „Gabinet osobliwości del Toro”.
Tytuł: Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz
Autor: Matthew Perry
Kategoria: autobiografia
Wydawnictwo: Wydawnictwo W.A.B.
Ocena: 4/10
Własny licznik: 6 + 1 = 7
Po pozycję sięgnąłem z powodu sympatii do serialu „Przyjaciele”. A że Matthew Perry zagrał jedną z głównych postaci, Chandlera, który również przypadł mi do gustu, postanowiłem przeczytać, co ma do powiedzenia aktor. I cóż, cieszę się, że książkę wypożyczyłem z biblioteki, a nie kupiłem.
Matthew w głównej mierze skupia się na swojej walce z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. Wyjaśnia, z czym mierzył się przez większość swojego życia, co mogło doprowadzić do tego, że stało się tak, a nie inaczej. Odniosłem wrażenie, że książka miała stanowić głównie formę autoterapii - uporządkowanie różnych problemów w kolejności chronologicznej, czego efektem ubocznym było jej opublikowanie dla szerszego grona. Też wydaje się rozciągnięta; w końcu ile można czytać o tym, że pił/ćpał, rozwalił kolejny związek z różnych powodów, szedł na odwyk, czuł się lepiej, po czym wracał do punktu wyjścia?
Za to uświadamia, jak ciężko jest wyjść z nałogu. Nawet wtedy, kiedy ma się mnóstwo pieniędzy, dostęp do najlepszych ośrodków odwykowych i rodziny/przyjaciół, którzy wspierają przy każdym kroku.
Na plus na pewno różne smaczki/ciekawostki z produkcji filmów i seriali, w których brał udział. Jednakże jest to mała część w porównaniu do tytułowej Wielkiej Strasznej Rzeczy.
@cyberpunkowy_neuromantyk kiedyś obiło mi się o uszy, że każdy z głównych aktorów dostaje po 20M dolarów rocznie za emitowany do tej pory na całym świecie serial
masz ogrom kasy, mnóstwo znajomych, imprezy na wyciągnięcie ręki, nie możesz spokojnie przejść ulicą i nie musisz pracować
@wibromax_4000_500 wlasnie wczoraj mialem dyskusje na podobne tematy. I musze przyznac ze szanuje takiego Daniela Radcliffa ze sie nie stoczyl, a filmy w ktorych gral po Harrym Potterze sa co najmniej nietuzinkowe.
@cyberpunkowy_neuromantyk i jeszcze jedno, chyba najgorsze, jesteś zaszufladkowany jako aktor jednego serialu, doskonale wiesz, że co byś nie zrobił, u kogo nie zagrał to i tak nie przebijesz tego co już było
przechodzisz na emeryturę przed 40-stką i wiesz, że masz za sobą swój szczyt
ArtRage, najbardziej znane chyba z różnych pakietów e-bookowych na zasadzie „wpłać określoną kwotę (trzy przedziały cenowe), otrzymaj określone e-booki” przeżywa kryzys.
Tak to najwyraźniej jest w przypadku mniejszych wydawnictw, które chcą robić fajne rzeczy w kraju, w którym czytelnictwo niekoniecznie stoi na wysokim poziomie.
Redaktor naczelny napisał w poście na Facebooku (link poniżej), że sytuacja wydawnictwa nie jest ciekawa, ale można temu zarobić. W jaki sposób?
Kupując książki, rzecz jasna!
Obecnie trwa promocja na stronie, także na książki papierowe:
Zapowiedziany został „Ghostrunner 2”, czyli sequel połączenia „Hotline Miami” z „Mirror's Edge” podlane cyberpunkowym sosem. Było to pewne po sukcesie jedynki, wystarczyło jedynie poczekać na oficjalną zapowiedź, do którego link znajdziecie poniżej.
Obecnie dostępna jest promocja na prenumeratę. Do wyboru są dwie książki:
Terry Pratchett - Zimistrz (powieść z serii „Świat Dysku”)
albo
Katarzyna Puzyńska - Chąśba. Grodzisko.
92 PLN (według infografiki to aż 5 numerów gratis) + 7 PLN za przesyłkę za książkę = 99 PLN
Moim zdaniem to świetna promocja. Jednocześnie to też dobra okazja do wsparcia chyba jedynego już czasopisma, które regularnie drukuje fantastyczne opowiadania.
Wiktor Orłowski „Kolor piekła” - Autor przeniósł szał związany z Black Friday w przyszłość i zrobił z tego swego rodzaju religijne doznanie, powiązane z walką o przecenione dobra. Świetne opowiadanie.
Andrzej W. Sawicki „Wyrywając dusze” - kolejne dobre opowiadanie, tym razem steampunkowe fantasy, jednakże odniosłem wrażenie, że bohaterom wszystko przychodziło zbyt łatwo. Ani razu nie czuło się zagrożenia, ponieważ za każdym razem główny bohater znajdował wyjście z sytuacji.
Krzysztof Niedzielski „Władcy Ludzkich Ciał” - nie lubię wyrażać się niepochlebnie o opowiadaniach, ale nie spodobało mi się. Według mnie fabuła pędziła na łeb na szyję, ledwo wydarzyła się jedna rzecz, a już działa się następna, jakby autorowi spieszyło się z dotarciem do finału. Brakowało mi spowolnienia akcji.
Łukasz Krukowski, Anna Maria Wybraniec „Kluczarnia” - nie za bardzo przepadam za opowiadaniami, które swój humor opierają na absurdalnych sytuacjach. Mój jedyny, a jednocześnie przekreślający cały tekst, zarzut dotyczy właśnie poczucia humoru autorów, które po prostu mi nie przypasowało.
Joanna Pastuszka-Roczek „Biała brama” - zmagania Białych z Czarnymi początkowo nasunęły mi skojarzenia z rozgrywką szachową, jednakże autorka miała inny pomysł. Główna bohaterka toczy pojedynki z Czarnymi. Wygrana najczęściej oznacza przesunięcie się wyżej w rankingu, przegrana - śmierć. Lakoniczny opis, ale szczerze, trudno jest napisać mi coś więcej, żeby nie zaspoilerować fabuły. :')
Agnieszka Fulińska „Słońce Austerlitz” - mówi się, że najlepsze zostaje na koniec. Tak właśnie jest w przypadku tego zbioru opowiadań. Autorka zabiera nas w czasy wojen napoleońskich, a dokładniej do jednej bitwy, pod Austerlitz. Doceniam kunszt, z jakim fakty zostały wymieszane z fikcją. Autorka wykorzystała prawdziwy przebieg bitwy, ubogacając go wątkiem fantastycznym. Muszę też wspomnieć o świetnie dozowanym napięciu. Główny bohater wyczuwa, że coś się święci, ale nie jest w stanie określić co. Czuć nadciągające zagrożenie, które może przechylić szalę zwycięstwa na stronę przeciwnika i aż do ostatniej chwili siedzi się jak na szpilkach. Świetnie to wyszło.
Pozwoliłem sobie zaczerpnąć opis ze strony wydawnictwa:
„24.02.2022 to spontaniczna akcja wydawnicza, zainicjowana w środowisku polskich twórców i czytelników grozy i fantastyki przez pisarza, Jarosława Klonowskiego. Skupiona początkowo na literaturze niesamowitej, rozrosła się w otwarty projekt, z którego dochód zostanie w całości przeznaczony na wsparcie organizacji, zajmującej się pomocą humanitarną dla cywilnych ofiar napadniętej przez Rosję Ukrainy.”
Obecnie antologia jest darmowa, jednakże Wydawnictwo IX zachęca do wpłacania datków na konto organizacji PROLISKA.
Z ocenianiem antologii jest duży problem - niemożliwym jest, żeby przy tylu różnych autorach i autorkach, zachowany został jednakowy poziom. Mimo że opowiadania w zdecydowanej większości zostały napisane w odpowiedzi na rosyjską agresję wobec Ukrainy (zdarzają się teksty sprzed kilku lat, głównie uznanych już pisarzy), to mamy do czynienia z miszmaszem gatunkowym. Moje serduszko ucieszyła obecność autorów, którzy lubują się w fantastyce, ale to akurat osobiste upodobania.
Z ogólnych rzeczy mogę wspomnieć o tym, że widać, że tempo było szaleńcze. Antologia miała swoją premierę 3 kwietnia 2022, jakieś półtora miesiąca po inwazji. Z tego powodu w zbiorze znalazło się sporo krótkich opowiadań, zaledwie na parę stron. Niektórym przydałoby się dłuższe leżakowanie, ale hej, ogrom ludzi pracował, żeby antologia pojawiła się jak najszybciej, żeby rozpocząć „pisarską” zbiórkę pieniędzy na pomoc Ukrainie.
Ogółem mogę polecić zbiór 24.02.2022. Nie wszystkie opowiadania mi się spodobały - trudno, żeby było inaczej, skoro to lekko ponad 1300 stron, ale poznałem kilka nowych nazwisk, które będę obserwował.
Opowiadania, które najbardziej polubiłem:
Paweł Dybała - Akt człowieczeństwa - o grupie doktorantów/profesorów, którym prelekcję przerwał wrogi żołnierz. Pojmali go i torturowali na swój specyficzny sposób. Byłem zaskoczony, że w takiej antologii, przepełnionej bólem i złością, znalazło się miejsce na odrobinę humoru.
Piotr Gociek - Opowieść Wowy - o Sowieckich SuperBohaterach.
Kamil Muzyka - Wykonanie Wyroku
Jakub Bielawski - Dima jedzie po czołg - krótki tekst o przejęciu czołgu przez... małego chłopca
Gabriela Panika - Czerwony piach - mimo że finał był przewidywalny, to czytało się dobrze
Stoję na przystanku w bezpiecznej odległości od meneli, którzy też czekali na autobus.
Kierowca wjechał na przystanek, obrzucił nieprzyjaznym wzrokiem tych dwóch, po czym... otworzył tylko przednie drzwi, dzięki czemu nie weszli do środka. XD
300 IQ move.
Edit: w sumie zrobił im niezły żart na prima aprilis. :')
@cyberpunkowy_neuromantyk Co definiuje menela? Niedbałe ubranie? Warto o siebie dbać. Kiedyś widziałem ukrytą kamerę, za serce złapał się i upadł na chodnik:
niedbale ubrany mężczyzna
mężczyzna w garniturze, pod krawatem.
Jak można się domyślać, "menelem" nikt się nie zainteresował, a wokół pana w garniturze od razu zbiegowisko, aj waj, trzeba dzwonić, reanimować, resuscytować.
Znajomy temat. Koleżanka opowiadała o swojej znajomej, która ma problemy neurologiczne, przez co czasem się zatacza chodząc i ogółem ma problemy z utrzymaniem równowagi. Ubiera się też jako punkówa - łatwo się domyśleć, że jak kiedyś się przewróciła, to nikt jej nie pomógł. Pewnie ludzie myśleli, że pijana albo naćpana.
„W czasie produkcji gry wideo "Gamedec", na język angielski został przełożony pierwszy i drugi tom książkowej sagi "Gamedec", czyli "Granica rzeczywistości" i "Sprzedawcy lokomotyw". Przekładu dokonał Pan Ben Koschalka. Następnie redakcją tekstów zajęła się firma Roboto. Warto nadmienić, że całość finansowała firma Anshar Studios, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Firma Roboto zasugerowała poprawę stylistyczną tekstów oraz "modyfikacje", których celem miała być "obrona przed atakami SJW". Film ten traktuje o historii powstania sagi "Gamedec" oraz o tym, jak prace redakcyjne spowodowały, że w zasadzie nie są to już moje książki.
W skrócie: usunięto z ważnych miejsc słowo "mężczyzna", zlikwidowano wzmianki o otyłości, dodano zdania, których w moich książkach nie ma, zwłaszcza podkreślające uczucia i rolę kobiet, nawet jeśli te kobiety są postaciami NPC (czyli programami, które żadnych uczuć nie posiadają, a ich rola jest marginalna), dodano zdania zmieniające sens fraz, a jeśli kobieta widzi męską erekcję, koniecznie musi z niej zakpić (chociaż w oryginale reaguje pozytywnie).
I wiele, wiele innych, na których nie wystarczyło miejsca, bo materiał musiałby mieć pięćdziesiąt godzin, albo więcej.”