Kategoria: Rozwój osobisty, Rodzina i relacje, Zdrowie
Wydawnictwo: Wydawnictwo Agora
Format: audiobook (bookbeat)
Lektor: Ewa Abart, Filip Kosior
ISBN: 9788326840739
Długość audiobooka: 8 godz. 46 min.
Ocena: 7/10
Było o penisie, więc jest też o waginie. Pomimo podobnego formatu, nie wyszła tak dobrze, jak Sztuka obsługi penisa. Czy wyszło źle? Wcale nie!
Ponownie jest to tytuł zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn. Kobiety znacznie mniej się dowiedzą o swoim ciele niż mężczyźni o swoim w podobnej książce, a znacznie większy nacisk jest nałożony na wszystko wokół. Autorzy chcą, by kobiety były sobą i rozumiały siebie. Jest to zatem nie tylko wycieczka po ciele, ale przede wszystkim po umyśle. Jako mężczyzna przyznam, że dość dobrze pokazało mi to świat kobiet - z czym muszą się mierzyć na co dzień, oraz jak działa ich ciało.
Wątków psychologicznych jest chyba nawet więcej niż fizjologicznych. Co bardzo cenię w tej książce, i przyda się w związku - są złote porady na dobry związek, na polepszenie czegoś w związku, sposoby na "nudę" itp. Trochę jak Bravo czy Cosmopolitan sprzed 20 lat.
I tak polecam. Uwaga, jest dużo o ciąży, odebrałem to jako lekkie straszenie typu "jeśli chcesz mieć dziecko to spiesz się, bo będzie tylko gorzej".
@ZohanTSW z tą ciąża to czy ja wiem czy strasznie. To jest dosc naturalne. I tu nawet nie chodzi o fizyczność a o styl życia który się ma i z którego ciężko zrezygnowac
Żeby nie było, że oszukuję - widzę że ludzie dodają audiobooki, więc uzupełniam to, co przesłuchałem w tym roku :D
A tym zdecydowanie muszę się podzielić
Tytuł: Sztuka obsługi penisa
Autor: Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski
Kategoria: Rozwój osobisty, Rodzina i relacje, Zdrowie
Wydawnictwo: Wydawnictwo Agora
Format: audiobook (bookbeat)
Lektor: Filip Kosior, Bartosz Głogowski
ISBN: 9788326833601
Długość audiobooka: 9 godz. 13 min.
Ocena: 9,5/10
Książka, którą warto by każdy przeczytał. Mężczyzna i kobieta. Edukacja seksualna w Polsce nie istnieje, a ta książka dobitnie to pokazuje, a dowiecie się na własnym przykładzie (jeśli jeszcze nie wiecie).
Polecam mężczyznom, bo pozwoli wam zrozumieć własne ciało i nie panikować w pewnych dziwnych, niespodziewanych momentach. Polecam kobietom, by zrozumieć świat mężczyzn.
Książka pisana przez seksuologa. Opisuje częste problemy spotykane w gabinecie i wyjaśnia je. Chyba każdego z nas dopadną kiedyś te kwestie.
Powtórzę to jeszcze raz, edukacja seksualna w Polsce nie istnieje. W wiedzy o prąciu czy o seksie dominują mity i zabobony oraz wiedza uzyskana przy oglądaniu pornografii, co jest tragiczne w skutkach dla związku. Słuchając tego przecierałem oczy ze zdumienia, otwierały mi się. Przypominały mi się różne sytuacje z życia, które kompletnie źle rozumiałem. Zrozumiałem również co powinienem zmienić w swoim życiu.
Ta książka daje sporą pigułę wiedzy, której mi brakowało.
Odejmuję 0,5 z oceny za zdarzające się bezsensowne prztyczki w nos konserwatystów. Może to zniechęcać ich do dalszego czytania czy zgłębiania wiedzy w tym zakresie, a przecież ci ludzie też są w potrzebie. Także drodzy konserwatyści - nie zrażajcie się, czerpcie z tej książki co dobre. Zastąpcie nią wiedzę którą macie od kolegów. A koledzy od kolegów - bo tak to działa, a wszyscy gówno widzą. No i książka wbrew tytułowi, nie jest o tym, jak walić konia.
@ZohanTSW czy polecasz to dorosłym? Bo to brzmi jednak książka jak dla nastolatków, co faktycznie mogą mało wiedzieć i znać życie z pornosów, ale z tego się potem wyrasta... czy nie?
Poza tym, "za moich czasów" było Bravo i inne bzdety, może niski poziom jako całość, ale za edukację seksualną szanuję w opór. A młodzi to wtedy czytali regularnie.
Tytuł: Kosmiczny wyścig. Zdumiewająca historia pierwszego człowieka, który opuścił Ziemię
Autor: Stephen Walker
Kategoria: literatura faktu, historia
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Format: audiobook (bookbeat)
Lektor: Bartosz Głogowski
ISBN: 9788367974035
Długość audiobooka: 17 godz. 22 min.
Ocena: 9/10
Miało być takie słuchadło, a wyszła bardzo emocjonująca i inspirująca opowieść. Jaram się kosmosem, oraz jako że sam jestem inżynierem, to fascynują mnie historie jak światowej klasy inżynierowie rozwiązywali problemy, które napotykali.
W dużym skrócie jest to historia radzieckiego programu kosmicznego do momentu lotu Gagarina. Usłyszymy też bardzo dużo opowieści o tym, w jakim stanie w danym czasie był amerykański program kosmiczny, jakie były różnice w technologii radzieckiej i amerykańskiej, jak do różnych spraw podchodziły oba państwa. Poza dość szczegółowym opisem życia samego Gagarina mamy również bogatą historię Korolowa, człowieka trzymanego w ścisłej tajemnicy, a który był głównym filarem radzieckiego programu kosmicznego, jego konkurenta zza oceanu, Von Brauna, oraz trochę Alana Sheparda. Najbardziej emocjonujący jest moment samego lotu Jury - to jest jakieś pół książki (audiobooka). Jest bardzo bogaty, według mnie świetnie przenosi emocje kosmonauty, aż czuć zazdrość i samemu by się chciało polecieć w kosmos, ujrzeć to, co on. Może niekoniecznie w Vostoku. Wspaniałe są również opisy zachowanych filmów, które można obejrzeć na YouTube - patrząc na nie wiesz kto jest kto, co robią, kiedy i dlaczego. Bardzo bym chciał żeby autor napisał podobną książkę o dalszych losach amerykańskiego i radzieckiego programu kosmicznego, aż po lot na Księżyc. Zobaczymy co z tego wyjdzie, bo jak sam autor wspomina, lot Gagarina jest jego pewną obsesją - urodził się zaledwie kilka dni bo historycznym locie.
Przypomniałem sobie że na półce leży książka w temacie. Jeszcze nie przeczytana ale wydaje się zachęcająca. Możesz rzucić okiem w ramach uzupełnienia bo kosztuje grosze
Fajnie widzieć radość Maxa z Pole Position, fajnie widzieć że to nie był dzień jak co dzień, tylko rzeczywiście osiągnięcie, które wymagało wysiłku i sprawiło mu satysfakcję.
Tai Woffinden uległ koszmarnemu wypadkowi, co pewnie wszyscy słyszeli.
Jest cały połamany, doznał m.in. otwartego złamania kości udowej. Obecnie został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej z powodu ogromnego bólu, który odczuwał. Rdzeń kręgowy nie jest przerwany.
Ale co się stało?
W trakcie sparingowej kraksy, po uderzeniu pierwszego zawodnika o bandę, ta się podniosła, a pod nią wjechał Tai i uderzył bezpośrednio w drewnianą bandę. Podobnie miał Patrick Hansen, ale ten miał na nieszczęście dużo poważniejszy uraz kręgosłupa.
No i co z tymi bandami?
Komisja sportu żużlowego daje wytyczne - dmuchana banda ma być osadzona co najmniej 10cm poniżej wysokości toru, dodatkowo bandy mają kołnierz, który powinien być osadzony jeszcze niżej. Brzmi jak rozwiązanie problemu zawodników wjeżdżających pod bandę. Komisja swoje, a praktyka swoje, czego efektem były wydarzenia na sparingu w Krośnie.
Zawodnicy się zjednoczyli i skutkiem tego jest odwołany wczorajszy sparing Rybnika z Lesznem, oraz dzisiejszego sparingu Grudziądza z Ostrowem. Ponoć dmuchane bandy były zrobione na odpierdol.
Oby zaczęli się stosować, ten sposób nie brzmi jakoś kosztownie, po prostu trzeba nie być leniwym i rzetelnie dbać o bezpieczeństwo.
Te bandy wkopane brzmią ok, ale jak one i tak się potrafią unieść bo są zakotwione to jak ktos się pkd nie dostanie, to chyba jeszcze ciężej będzie go wydostać.
@izopropanol z tego co widziałem nie jest dużo lepiej, bandy nie unoszą się aż tak, ale zawodnicy i tak potrafią wjechać pod nie. Może rzadziej wjeżdżają bo zawodnicy są wyższej klasy i częściej unikają wypadków w ogóle
Na podstawie dzisiejszej "głośnej ankiety" @Furto, wpadłem na pomysł sprawdzenia ilu użytkowników hejto posiada prawo jazdy wydane przez Frito-Lay Inc.
O udział w ankiecie proszę wyłącznie osoby posiadające uprawnienia do prowadzenia pojazdów. Dla osób bez prawa jazdy przygotowałem opcję "sprawdzam".
#brd #ruchdrogowy
Zbliżasz się do skrzyżowania i widzisz taki znak. Czy powinieneś użyć kierunkowskazu skręcając w prawo?
Tabliczki T-6 należą do grupy znaków pomocniczych. Bynajmniej to nie one decydują o pierwszeństwie.
"Tabliczki do znaków drogowych – dodatkowe tabliczki umieszczane pod tarczami znaków drogowych wyrażające uzupełnienie treści znaku poprzez podanie dodatkowych informacji wskazujących zakres obowiązywania zakazu, występowania niebezpieczeństwa itp."
Warto zauważyć, że sama forma tych znaków (od wielu lat) sugeruje, który kierunek poruszania się jest kontynuacją dotychczasowej jazdy, a który jest zmianą. Kontynuacji z założenia się nie sygnalizuje. Tylko zmiany.
Droga główna jest oznaczana jako łuk o mniejszym lub większym promieniu, w zależności od potrzeb. Warto zwrócić uwagę, że oznakowanie poziome w takich miejscach również zobrazowuje łuk, pomimo, że mamy dwie ulice pod kątem 90°.
Zaś drogi podporządkowane są na znaku oddzielone od drogi głównej, co ma sugerować, że wjechanie na nie, nie jest kontynuacją dotychczasowej jazdy, ale zmianą (kierunku).
Warto zauważyć, że od jakiegoś czasu drogowcy przebudowują rozwidlenia dróg, gdzie kiedyś w podporządkowaną drogę dało się pojechać "prosto" bez najmniejszego ruchu kierownicą, a teraz trzeba w nią skręcić. A dojeżdżając z tej podporządkowanej, trzeba się ustawić w miarę pod kątem prostym do tej z pierwszeństwem. Wtedy nawet słabo rozgarnięty kierowca musi skręcić przy włączaniu się do drogi z pierwszeństwem. Niestety jeśli drogowcy oznaczają kształt drogi tylko przy pomocy namalowanych wysepek, to "lokalsi" jeżdżą po staremu, na pełnej *urwie.
Jeśli przyjmiemy, że jest tak jak napisałem, to wiele rzeczy wydaje się prostsze. Oznakowanie nabiera sensu. Znikają dotychczasowe "absurdy", których nie potrafią wytłumaczyć instruktorzy.
Zdarza się, że wyznawcy "pierwszeństwa łamanego" posługują się w swoich przykładach obrazkami tabliczek T-6, które już nie obowiązują, a pokazujących wszystkie drogi połączone ze sobą.
Ale praktycznie zawsze "eksperci" używający terminu "pierwszeństwo łamane", podkreślają, że przepisy są niezrozumiałe, sprzeczne z logiką i z innymi przepisami. I że należy jeździć i sygnalizować tak, bo tak.
Po "pierwszeństwie łamanym" można poznać, że mamy do czynienia z osobą nie rozumiejącą przepisów, tylko powtarzającą zasłyszane brednie.
Zrozumieniu tej tematyki nie pomagają obecne zapisy Ustawy PoRD, gdzie lakonicznie opisane jest, że sygnalizujemy zmianę pasa i zmianę kierunku jazdy, bez rozwinięcia czym jest zmiana kierunku jazdy. Te definicje były pisane pod proste skrzyżowania.
Tu link do bloga gościa, który od lat walczy z absurdami rozpowszechnianymi przez lobby niedouczonych instruktorów.
Reasumując. Jeśli poruszamy się cały czas tym samym pasem ruchu, to nic nie sygnalizujemy. Jeśli zaś opuszczamy ten pas ruchu, to sygnalizujemy zamiar tym kierunkowskazem, w którą stronę to opuszczenie ma nastąpić. I nie ma potrzeby wnikania w to czy jest to zmiana pasa czy zmiana kierunku. Patrzymy tylko, w którą stronę przecinamy linię przerywaną.
No i "kierunek jazdy" według PoRD nie ma nic wspólnego z kierunkiem poruszania się w przestrzeni, ani ze stronami świata, ani z kierunkiem podróżowania.
Dziś kierunek podróży często można diametralnie zmienić, wykonując wyłącznie manewry zmiany pasa. I żeby było łatwiej to zawsze w prawo. Takie mamy czasy.
Tęsknię za Tekken Card Tournament. Pograłbym w taką karciankę. Prosta mechanika, w trakcie walki mamy 3 możliwości: odblokować kartę ciosu, zaatakować lub bronić się. Skuteczny atak (kiedy przeciwnik się nie bronił) powodował, że przeciwnik tracił najstarszą swoją kartę. Blok blokował 2 pierwsze ciosy przeciwnika. Maksymalnie mogliśmy zebrać 5 kart ataku. Tyle, oto cała mechanika.
Wybierasz swoją opcję i czekasz co wybierze przeciwnik i koniec rundy. Wykonujecie wybraną akcję i kolejna runda, znowu 3 opcje, ale na stole sytuacja wygląda inaczej.
Karty w talii wybieraliśmy sami, które w trakcie walki się losowały. Każda postać miała inną pulę kart (unikalną dla każdej postaci), a statystyki zawodników koncentrowały się wokół trzech parametrów: siła, obrona i specjale - co oznaczało, że zawodnik z dużym parametrem siły miał po prostu karty które zadają dużo obrażeń. Zawodnik z dużą obroną miał sporo kart, które dawały mu pancerz gdy się wylosowały, a ten zwyczajnie zużywał się zamiast punktów życia, gdy przeciwnik atakował. A zawodnik z dużym specjalem dostawał karty które modyfikowały wszelkie parametry - wzmacniały, osłabiały karty, dodawały życia, obejmowały je i inne takie.
Żeby wygrać, potrzeba było trochę szczęścia i odczytania zamiarów przeciwnika. Stresująca, ale fajna gra to była. Zagrałbym jeszcze raz
Swoją drogą w g2 usunięto ten ficzer gdzie jeśli npc ma odpowiednio dużo niższy level to będzie uciekał zamiast walczyć - w starym obozie i w nowej kopalni zazwyczaj kopacze i cienie uciekali. Nie wiem czy to działa też na zwierzęta, czy tylko wrzód przed nimi ucieka
@aerthevist Williams miał spore problemy finansowe i to były heheszki że zespół utrzymuje się z renty Franka. Do tego dodana jest szczypta Świata Według Kiepskich
@aerthevist dodatkowy kontekst ponad napisany przez Zohana: kilka lat przed tamtym feralnym sezonem schorowany Frank Williams powierzył zespół swojej córce Claire (drugi obrazek), dla której F1 chyba nie było spełnieniem życiowych marzeń. Bardziej nadawałby któryś z braci Claire.
Lepiej od Claire zespół poprowadziłby nie tylko któryś z jej braci (Jonathan, Jaime), ale i nie mające z tą rodziną nic wspólnego Venus i Serena Williams, Robbie Williams, Robin Williams, a nawet gruszka Williams.
Dzisiaj zwróciłem uwagę babie, która nie posprzątała po psie.
Jechałem samochodem i widziałem że pies sra, a baba nie wygląda na taką co by chciała dotknąć psie gówno. Obserwowałem w lusterku i tak, olała to i poszła dalej. Specjalnie się wróciłem, okno w dół i zapytałem czy posprzątała po psie. Ona mówi że nie, bo nie ma wolnej ręki (xD). No tak, w jednej ręce miała dwie smycze flexi, a w drugiej torbę z jakimiś śmieciami. Żadne to dla mnie wytłumaczenie. Zaproponowałem że jej dam worki jak nie ma (wożę ze sobą) a ta mówi, że ma worki ze sobą i wróci się posprzątać jak tylko przekaże psy koleżance. No strasznie dziwna sytuacja, ale rzeczywiście za chwilę przekazała psy koleżance a sama wróciła się posprzątać. Koleżanka nie szła z nią, czekała kilkanaście metrów dalej.
Nie wiem czy taki był jej plan od początku, ale #czujedobrzeczlowiek, mam wątpliwości czy by to posprzątała. Przecież torbę można położyć, smycze można oplątać choćby wokół dłoni, no do cholery, to jest podstawowa umiejętność w trakcie spaceru - trzymać smycz i jeszcze sprzątnąć gówno. No rocket science. Tak czy inaczej, miasto nie jest bardziej zasrane.
@ZohanTSW Gdy zajmowałem się psami miałem w smyczy pęk woreczków do zbierania kup i myślę, że nikt na to nie patrzy jak na dziwactwo, a poza tym sprzątam to co nabrudził ktoś pod moją opieką.
@nbzwdsdzbcps na takich osiedlach jak moje mam wrażenie że jest mentalność ludzi ze wsi ~100 osób i to w większości stare baby nie sprzątają po psach no bo jak
Mogl byc. Sam tak czasem robie. Czesto nawet z latarką nie moge znalezc w nocy, wracam rano bo z psem zwykle te same traski sie robi, i sprzatam. Wtedy wszystkie w zasięgu. I tak mam już ten worek w łapie. Więc kumam akcję. Kobieta miała worki, więc była przygotowana.
@ZohanTSW ja sam sprzatam zawsze, ale jak mi sie zdarzy zgubic w ciemnosci czy cos, to i tak wokol leza dziesiatki cudzych kup, a jak sie schylam i tak, to zbieram wszystkie ktore mam w zasiegu, wiec bilans wychodzi mocno na plus