Były komandos przebrany za kucharza i króliczek Playboya rozprawiają się z terrorystami, którzy przejęli kontrolę nad lotniskowcem uzbrojonym w Tomahawki.
Klasyczny akcyjniak z lat 90., co prawda oglądany bez otoczki "film mojego dzieciństwa" d⁎⁎y nie urywa, ale też nie jest zupełnie nieoglądalny, na co mogłaby wskazywać obecność Seagala Największy plus to i tak występ Tomilidżonsa.
Tak często leci w TV, że można sobie darować szukanie go na streamingach.
@Vampiress Podoba mi się przedstawienie roli kobiecej w tym filmie. Dziewczyna nie jest do końca głupią blondyneczką, która tylko przeszkadza, jest świadoma swoich możliwości i stara się pomagać (np. scena z robieniem bomby przez Stallone'a).
Szkoda, że teraz nie umieją często pisać postaci kobiecych.
Żyjący w małym niemieckim miasteczku pod koniec II WŚ 10-letni Johannes, zwany Jojo, szczerze wierzy w nazizm i Hitlera. Jego życie zmienia się kiedy odkrywa, że jego matka ukrywa w zakamarkach domu młodą Żydówkę.
Fabularnie w konwencji Życie jest piękne Benigniego, a wizualnie w konwencji Wesa Andersona.
Szczerze mówiąc obawiałam się, że reżyser nie dźwignie tematyki i konwencji, ale wyszło bardzo spoko.
Jest jednak parę rzeczy, które tak mi się rzuciły w oczy podczas seansu, że aż je muszę wylistować w tym wpisie, chociaż nie przyczyniły się one do finalnego obniżenia mojej oceny:
Zaburzona chronologia: pory roku Vivaldiego zmieniające się jak światło w twoich oczach wskazywałyby, że akcja filmu toczy się z dużymi przerwami na przestrzeni roku, tymczasem pod koniec okazuje się, że minęło ledwie 6 miesięcy - tutaj twórcy mogli lepiej dopracować scenografię, albo zmienić timeline historii.
[lekki spoiler] Dziwi mnie, jakim cudem Jojo i Żydówka nie zostali aresztowani po wsypie ruchu oporu.
Trzecioplanowy wątek LGBT nie dość, że wciśnięty na siłę, to jeszcze będący chamskim feminine gay trope.
Cukierkowa i pokrzepiająca serca historia o dorastaniu w dysfunkcyjnej rodzinie (oksymoron, ale trafny). Myślałam, że film lepiej rozliczy się z mitem amerykańskiego snu, jednak realia ekonomiczno-społeczne rzutujące na sytuację rodziny młodego J.D. pokazano w maksymalnie złagodzonej formie. Mimo to, dobry film, chociaż bardziej niż scenariusz i odtwórca głównej roli ciągną go Glenn Close i Amy Adams.
@Vampiress Podobno film totalnie nie dotknal problemow spolecznych z ksiazki - wszystko zostało ugładzone, coby nie zasiać niepokoju w amerykańskim widzu i nie zburzyć dobrego samopoczucia o własnym narodzie.
No bo jak to tak - bieda w USA? W najwspanialszym miejscu na ziemi? To niemozliwe!
@Vampiress oglądałem ostatnio i dopiero z początkowych napisów zorientowałem się że to o JD Vance - wybierałem kierując się samym opisem fabuły.
Moja główna konkluzja to - jeżeli JD faktycznie ma taką historię, to jakim cudem wyrósł na takiego dupka?
Następca tronu Królestwa Sześciu Księstw (tak, to nazwa państwa zastosowana w tej powieści), książę Rycerski (tak, to imię postaci zastosowane w tej książce), jest powszechnie uważany za chodzący wzór cnót. Pewnego dnia u bram królewskiej twierdzy pojawia się jednak wieśniak, który twierdzi, że jego wnuk to książęcy bękart. Bastard nie zostaje, jak można by się było tego spodziewać, olany albo zamordowany cichcem, tylko oddany na wychowanie na dworze królewskim i gdy dorasta, za poleceniem swojego królewskiego dziadka zaczyna się uczyć sztuki skrytobójstwa.
Podczas lektury kusiło mnie, żeby wystawić tej książce ocenę 1/10, tak bardzo jest beznadziejna. Ostatecznie uznałam jednak, że zachowam najniższą możliwą ocenę dla tworów szkodliwych społecznie, jak zoofilskie harlekiny o dojeniu minotaurów albo antypolskie paszkwile pokroju Malowanego ptaka.
Ta książka nie posiada żadnych elementów, które mogłyby skusić do dokończenia jej i reszty serii – ani ciekawej, dobrze poprowadzonej historii, ani wciągającej akcji, ani interesujących bohaterów, ani barwnego uniwersum. Dostajemy za to skrajnie infantylny i irytujący świat przedstawiony, fabułę nieumiejętnie skleconą z rozmaitych oklepanych w gatunku wątków oraz postacie płaskie jak brzuch Alessandry Ambrosio. Przez większość czasu miałam problem z określeniem, jaka właściwie miała być grupa docelowa Ucznia skrytobójcy – tematyka sugerowałaby, że to fantastyka dla młodzieży i dorosłych, lecz infantylny i niewiarygodny świat przedstawiony nieodparcie kojarzył się z literaturą dziecięcą. Gdzieś w trakcie lektury przyszło mi na myśl, że książka przypomina „powieści”, które jedna moja psiapsióła z podbazy pisała w czasach szkolnych do szuflady i pomyślałam sobie, że Uczeń skrytobójcy musiał powstać w podobnych okolicznościach – tylko tutaj niestety autorka opublikowała swoje dziecięce wypociny.
Jest dla mnie wielką tajemnicą, jakim cudem ta książka ma wysoką średnią ocen na Lubimyczytać i Goodreads i jest niekiedy umieszczana w kanonach fantasy (np. w kanonie Wojciecha Sedeńki). Na szczęście, na polskim rynku wydawniczym wybór powieści fantastycznych jest obecnie na tyle duży, że dość łatwo można trzymać się z dala od omawianej abominacji.
Zgadzam się w całości. Czytałem to dawno temu, ale zapamiętałem wrażenie "skrajnie infantylny i irytujący świat przedstawiony". Odniosłem też wrażenie, że to literatura dla dzieci która przez przypadek trafiła w moje ręce jako powieść young-adult.
@Vampiress Miałem podobnie, do tego stopnia, że powieść tę po prostu porzuciłem. Zamulacz.
Po czym o tym zapomniałem i gdy natknąłem się na pierwszy tom dalszej serii, to zacząłem czytać i pochłonąłem sześć tomów, począwszy od "Skrytobójcy Błazna". Jest to jedna z moich ulubionych serii fantasy.
Więc nie skreślałbym dalszych serii autorki, chociaż nie jest to fantasy dla każdego. Jest w tych książkach sporo przemyśleń bohatera i chociaż dla mnie interesujących, to poszukiwacze ciągłej akcji się rozczarują. Ale ewidentnie widać, że autorka się rozkręciła i później pisze nieporównanie lepiej.
W odległej przyszłości, kiedy po bliżej niesprecyzowanych katastrofach Stany Zjednoczone rozpadły się, na ich gruzach powstało totalitarne państwo Panem, podzielone na okręg stołeczny zwany Kapitolem oraz 13 dystryktów, wytwarzających określone dobra i usługi na potrzeby bawiącej się w Kapitolu elity. Po jakimś czasie ostatni dystrykt zbuntował się przeciwko władzy centralnej i w odwecie został zrównany z ziemią. Na pamiątkę nieudanej rebelii i aby przypomnieć motłochowi, kto tu rządzi, władze Panem zaczęły co roku organizować transmitowane w telewizji Głodowe Igrzyska, w których wyłonieni w losowaniach zwanym Dożynkami uczestnicy (para z każdego dystryktu, w wieku między 12-18 rż.) zmuszeni byli walczyć ze sobą na śmierć i życie, a ostatnia pozostała przy życiu osoba była ogłaszana zwycięzcą Igrzysk.
Akcja powieści rozpoczyna się w czasie 74. edycji Głodowych Igrzysk. Mieszkająca w najbiedniejszym Dwunastym Dystrykcie 16-letnia Katniss Everdeen zgłasza się podczas Dożynek jako ochotniczka i zastępuje wylosowaną wcześniej swoją młodszą siostrę Primrose. Razem z Peetą Mellarkiem, który również został wyłoniony w losowaniu, Katniss udaje się do Kapitolu i przygotowuje się, aby stanąć do walki na arenie.
Jedna z niewielu pozycji YA, która dobrze znosi upływ czasu i czytana po latach nie wywołuje ciar żenady. Co prawda, styl jest dość toporny (efekt typowej dla gatunku pierwszoosobowej narracji) i da się podczas lektury wychwycić parę błędów merytorycznych, które powinien był wcześniej zauważyć edytor, jednak chłam, który teraz jest lansowany na bestsellery literatury młodzieżowej, dzielą od Igrzysk śmierci lata świetlne.
A jak komuś nie chce się czytać książki, może z czystym sumieniem sięgnąć po ekranizację, jest wyjątkowo wierna materiałowi źródłowemu.
Wlasnie jestem w polowie "Igrzysk", bo przeczytalem nowe ksiazki i kilka rzeczy musze sprawdzic, bo inaczej zapamietalem wiec odswiezam oryginalna trylogie
@Vampiress no wlasnie o tych prequelach mowie (co wrzucilem niedawno na bookmetera )
Ponoc w planach jest ksiazka o Finnicku i nie tyle jego Igrzyskach, tylko o jego przygodach po swoim zwyciestwie
Tytuł: Zagadka nieśmiertelności (oryg. The Hunger)
Rok produkcji: 1983
Kategoria: Dramat / Horror
Reżyseria: Tony Scott
Czas trwania: 1h 37m
Ocena: 7/10
Wampirza para Miriam i John żyje na bogaciej w Nowym Jorku. Ich sielanka kończy się, kiedy John zaczyna starzeć się w ultraszybkim tempie. Zdesperowany, szuka pomocy u doktor Roberts, biolożki prowadzącej badania nad zegarem biologicznym. Nie wie, że atrakcyjna naukowiec zwróciła na siebie uwagę Miriam...
Wreszcie tematyczny film na moim autorskim tagu #wieczorzwampirem
Wizualnie ten film to perełka, i to nie tylko ze względu na obecność i świetne stylizacje Catherine Deneuve. Fabuła i akcja zupełnie jak w kinie europejskim - tempo jest mocno niespieszne, a wyjaśnienie pewnych kwestii dotyczących natury wampirów trzeba sobie samemu dopowiedzieć, bo reżyser nie podał rozwiązań na tacy.
Podczas lotu do Paryża Felicja, gwiazda popularnego słuchowiska, wspomina swoją nieodwzajemnioną miłość do kolegi po fachu Wiktora, którego ukrywała u siebie przez całą wojnę.
Piękny wizualnie, melancholijny film. Co tu dużo gadać, to klasyk polskiego kina i absolutny must watch jak ktoś chce się zapoznać z Polską Szkołą Filmową.
Trochę mnie zirytował brak polskich napisów przy niemieckich kwestiach dialogowych. PISF, czy kto tam robił rekonstrukcję cyfrową, mógłby czasem pomyśleć, bo nie każdy Polak jest poliglotą i w związku z tym warto dawać napisy do odnawianych produkcji.
Film dostępny na CDA i YT, na tym drugim najlepsza jakość.
Na zadupiu w Arizonie (bo gdzieżby indziej) spada meteoryt. Pracujący na lokalnym uniwersytecie dwaj naukowcy odkrywają na powierzchni meteorytu kosmiczne żyjątka, które rozmnażają się i ewoluują w ultraszybkim tempie. Kiedy nadzór nad terenem meteorytu przejmuje wojsko, adiunkci orientują się, że sami muszą poradzić sobie z zagrożeniem z kosmosu.
Jak na typową amerykańską "głupią komedię", wyjątkowo strawne dzieło, da się obejrzeć bez poczucia nieustannego krindżu.
Kisnę z plakatu filmu, wygląda niemal jak logo Filmwebu xD
Fabularyzowana biografia Hermana Mankiewicza, który do historii przeszedł jako współautor scenariusza Obywatela Kane'a.
Pamiętam, jak ten film wyszedł na Netflixie i był hype "o patrzcie, ten film wygląda jak zrobiony w latach 40!"
Tak jak nie każdy facet z widłami to Zeus, tak podkolorowanie filmu filmu na czarno-biało, dodanie filtra zmiękczającego by ukryć zmarszczki aktorów i zerżnięcie niektórych kadrów z filmów z Orsonem Wellesem nie wystarczą, żeby film wyglądał jak zrobiony w latach 40., co stwierdzi każdy, kto w życiu obejrzał choćby trzy filmy nakręcone w tamtym okresie.
Jako biopic Mank również zawodzi. Raz, jest bardzo chaotyczny i ktoś nieobeznany nie tylko z biografią tytułowej postaci, ale też historią branży i kalifornijską polityką w latach 30. nie będzie wiedział, o co chodzi. Dwa, Oldman, chociaż jak zwykle odwalił kawał dobrej aktorskiej roboty, był zwyczajnie za stary do roli 30-40+ Mankiewicza. I wreszcie, last but not least, film przeinacza historię powstawania scenariusza do Obywatela Kane'a - Welles był czynnie zaangażowany w jego pisanie (w końcu jedynego Oscara za ten film dostał, wespół z Mankiewiczem, za scenariusz), a w filmie jego wkład wygląda mniej więcej tak:
Jedynym jasnym punktem tego filmu była drugoplanowa rola Amandy Seyfried. Nie wiem, na ile jej interpretacja pokrywa się z zachowaniem i osobowością Marion Davies, ale mnie Seyfried swoją grą kupiła.
Nie warto oglądać, aż dziw, że taka kaszana wyszła spod ręki Finchera. Nie wiem, może chłop po tylu latach umie już kręcić wyłącznie thrillery. Jak ktoś szuka filmu o powstawaniu Obywatela Kane'a, to polecam Obywatela Wellesa z Malkovichem (dostępny na YT w oryginale jako RKO 281).
Słowa światłości rozpoczynają się dokładnie w tym miejscu, w którym zakończyła się Droga królów – Kaladin i mostowi zostają wyzwoleni przez Dalinara i wstępują w szeregi jego zdziesiątkowanej armii, Dalinar dochodzi do wniosku, że aby wygrać wojnę z Parshendimi musi przestać cackać się z innymi arcyksiążętami, a Shallan i Jasnah wybierają się w podróż na Strzaskane Równiny, gdzie planują wykorzystać swoje moce i wiedzę aby powstrzymać nadchodzącą apokalipsę.
Naprawdę chciałabym zostać fanką tej serii i z czystym sumieniem dać Słowom światłości bardzo wysoką ocenę, tak jak większość czytelników. Niestety, ten tom uświadomił mi, że seria ABŚ nie jest dla mnie.
Chociaż przeprosiłam się z audiobookiem, i tak wymęczyło mnie wodolejstwo Sandersona. Niby w tym tomie dzieje się więcej, niż w Drodze królów, ale tylko w teorii, bo w praktyce trzy pierwsze części książki stanowi 80% wypełniaczy i 20% akcji właściwej. Jeszcze żeby owe wypełniacze wnosiły coś do kreacji świata, tak jak w Drodze królów, byłabym je przełknęła, lecz w tym tomie nowej wiedzy o świecie dostarczają jedynie preludia z POV Eshonai i Zwinki. I żeby było jasne, nie oczekuję, żeby książki, po które sięgam, były literackimi odpowiednikami filmów Michaela Baya. Jednak jak czytam kobyłę liczącą sobie ok. 1k stron, chciałabym, żeby fabuła biegła do przodu w mniej więcej stałym tempie, a nie jedynie w końcówkach kolejnych części i finale.
Drugim rozczarowaniem, zwłaszcza w porównaniu z pierwszym tomem, były postaci. W Słowach światłości pierwsze skrzypce gra Shallan. Chociaż lepiej poznajemy jej przeszłość i osobowość, nie mogę powiedzieć, bym ją polubiła. Dlaczego? Ponieważ jej progres osobisty następuje w formie skrótów i czasem topornych rozwiązań deus ex machina. Kaladin w czasie swojej podróży bohatera musiał wykazać się sprytem, odwagą czy ogromną wolą życia, Shallan wystarczy być. Dla mnie dobitnym przykładem, jak wygląda skrótowa ścieżka bohatera rudowłosej uczonej, jest pewien rozdział z początku książki, jak po katastrofie statku dziewczyna zostaje wyrzucona na brzeg w nieznanym sobie miejscu – gdy jest już na skraju śmierci z głodu i wychłodzenia (czytaj: nie jadła od 12 godzin i trochę zmarzła) OCZYWIŚCIE natrafia na karawanę kupiecką i OCZYWIŚCIE udaje się jej przekonać właściciela karawany, by całkowicie zmienił swoje plany i zabrał ją na Równiny.
Kaladin i Dalinar przez większą część powieści tkwią na drugim planie, a ich wątki kręcą się wokół jednych i tych samych dylematów, co jest imo kolejnym przykładem wodolejstwa Sandersona – w końcu przez ile rozdziałów można czytać, jak Kaladin zastanawia się, czy ma uważać rodzinę Dalinara za ludzi z rigczem czy typowych oportunistycznych i zakłamanych arystokratów? A, skoro już jesteśmy przy Dalinarze – BrandoSando powinien sobie odpuścić w swojej twórczości tematy intryg politycznych u szczytów władzy, a przynajmniej wtedy, gdy pisze poważne fantasy przeznaczone dla dorosłych, a nie scenariusz animacji Disneya.
Ten „brak jaj” autora uwidacznia się nie tylko w infantylnej intrydze politycznej, ale też w momentach, gdy protagonistom grozi teoretycznie śmiertelne niebezpieczeństwo. Chociaż w tle Alethi i Parshendi dalej giną tysiącami, to, jakby zgodnie z przypisywaną Stalinowi sentencją „śmierć jednostki to tragedia, śmierć milionów to statystyka”, głównym bohaterom nie dzieje się i stać się nie może żadna większa krzywda. I jak tu poczuć emocje, skoro z góry czuć, że postaci i tak wyjdą z zagrożenia obronną ręką? W tej niechęci do robienia krzywdy protagonistom pisarz posunął się tak daleko, że w momencie, gdy pewna postać była uważana za martwą i tak dostawaliśmy co jakiś czas wstawki z POV innych bohaterów w stylu „no bez jaj, postać X na pewno przeżyła”.
Nie jest to zła książka, ale nużąca i niezbyt satysfakcjonująca. Nadal kawał solidnego świata, ale Sanderson coraz bardziej przegaduje samego siebie.
12-letni Zain, wywodzący się z ubogiej rodziny mieszkającej w bejruckich slumsach, odsiaduje wyrok za próbę zabójstwa. Chłopak chce pozwać swoich rodziców za to, że się urodził.
Nie spodziewałam się, że w krajach arabskich może powstać tak zaangażowane społecznie kino, stawiające aktualne i na Zachodzie pytania o sens pro- i antynatalizmu oraz autonomiczność jednostki w przypadku dzieci. Chociaż jest tu trochę grania na emocjach, to myślę, że finalnie nie ma nachalnego opowiedzenia się za którąś ze stron w sporze światopoglądowym między proliferami i antynatalistami.
Czego też się nie spodziewałam, zważywszy na miejsce produkcji, to krytyki wydawania za mąż ledwie wyrosłych z zabawy lalkami dziewczynek i traktowania imigrantów z Afryki jak śmieci przez władze krajów arabskich.
Trochę zryło mi banię, jak przeczytałam, że aktor wcielający się w rolę Zaina w czasie kręcenia filmu sam był już nastolatkiem. Myślałam, że to 9-latek, któremu w filmie dodali lat żeby podkreślić, że Zain był niedożywiony.
Byłem w kinie kilka lat temu, strasznie ciężki film. Trochę za bardzo poszli w pornografię biedy - natrętne wręcz przedstawianie ubóstwa, sytuacji patologicznych, wręcz perwersyjne nacieranie się brudem. Reżyserka oczywiście znalazła dla siebie rolę w filmie jako tej oświeconej, dobrej i wrażliwej duszy w świecie wypełnionym syfem. Wydało mi się to jakieś fałszywe, nieszczere, jakby próbowała kosztem biednych doprawić sobie skrzydła
W dniu święta państwowego związanego z pierwszą oficjalną wizytą Hitlera we Włoszech styrana gospodyni domowa zaprzyjaźnia się z byłym spikerem radiowym wyrzuconym z roboty za orientację.
Dobry film, jedno z najbardziej znanych dzieł z udziałem duetu Loren-Mastroianni (wystąpili razem w czternastu produkcjach).
USA, 1964 r. Kiedy dwójka aktywistów i czarnoskóry chłopak zostają zamordowani na zadupiu w Mississippi, na miejsce przyjeżdża dwóch agentów FBI, którzy rozpoczynają śledztwo. Starając się rozbić lokalne układy i doprowadzić morderców przed sąd, federalni sięgają po szeroko zakrojone i bezpardonowe środki. Ich działania wywołują falę przemocy przeciwko czarnym.
Amerykańskie Południe pokazane w rzadko spotykany w amerykańskiej kinematografii sposób – zamiast pałacyków z białymi kolumnami slumsy ubogich czarnoskórych, zamiast eleganckich bogatych panienek knujących towarzyskie intrygi, zakapiory regularnie łamiący kodeks karny.
Film mało znany w PL, ale absolutnie godny polecenia. Świetne role Hackmana oraz młodych Dafoe i McDormand.
Fajtłapowaty dyrektor Krzakowski postanawia ożenić się z córką partyjnego prominenta, która zaszła z nim w ciążę po wspólnym ONS. Istnieje jednak pewna przeszkoda – Krzakowski jest już żonaty. Aby uzyskać pretekst do łatwego rozwodu, knuje przeciwko małżonce intrygę, w którą wciąga swojego podwładnego oraz dawnego kolegę fotografa.
Z późniejszych (kręconych od lat 70.) filmów Barei, ten podchodzi mi najmniej. Nie przepadam za dziełami, których konstrukcja fabularna to zbiór luźno powiązanych ze sobą, absurdalnych scen, tak jak w tym filmie. Jednak fakt faktem, sporo cytatów z Co mi zrobisz przeszło do języka potocznego i memografii, tutaj najsłynniejszy fragment: https://www.youtube.com/watch?v=N4FvOqTdnPI
Podczas bitwy stalingradzkiej młody snajper Wasilij Zajcew, bohater radzieckiej propagandy, staje do "pojedynku" z najlepszym niemieckim strzelcem Königiem.
Jak na amerykańską produkcję, film nawet nieźle przedstawia realia wielkiej wojny ojczyźnianej, ale sporo ukazanych w nim wątków dotyczących głównego bohatera zostało wymyślonych przez Williama Craiga, amerykańskiego pseudobiografa Zajcewa (na podstawie którego książki powstał scenariusz) i stąd ciężko określić ten obraz rzetelną biografią.
Tuż po swoich 40. urodzinach Zosia przenosi się w czasie o 15 lat, do okresu schyłkowej komuny kiedy była jeszcze żoną cwaniaka Darka. Kobieta postanawia odszukać swojego przyszłego drugiego męża, by związać się z nim parę lat przed tym, zanim rzeczywiście go poznała.
Peggy Sue wyszła za mąż po roku w Polsce.
Moim zdaniem, film gorszy od swojej amerykańskiej „inspiracji”, obraz ratuje tylko Więckiewicz w roli Darka. Druga wielka miłość Zosi i całe jej późniejsze rodzinne życie przesłodzone do urzygu, plus sama postać głównej bohaterki (i też, niestety, gra Ostrowskiej) wyjątkowo irytująca.
Można się też było postarać o lepszą scenografię, bo parę razy rzuciły mi się w oczy współczesne tabliczki z nazwami ulic.