Maksymalnie uładzona biografia króla popu. Akcja kończy się de facto na Victory Tour w 1984, czyli, jak można się domyśleć po dacie, film praktycznie nie rozlicza się z późniejszymi skandalami Jacksona i oskarżeniami wobec niego.
A tak poza tym, to standardowo zrealizowany biopic, ale nic więcej. Odtwórca głównej roli mało podobny, ale spoko zagrał i mówił jak Michael, więc ciężko wyobrazić sobie kogoś lepszego do tej roli.
Leci w kinach, again szkoda kasy na bilet, lepiej odpalić sobie jakiś dokument o Jacksonie.
@Telezajaczek aktor grający Michaela to bratanek tego Michaela. Gdzieś czytałem, że mają kręcić drugą część "od 1984" do jego śmierci, ale nie wiem ile w tym prawdy.
@boogie wiem, że to bratanek. Może dlatego ma podobny głos? Bo chyba nie podłożyli innego głosu.
Kadr pod sam koniec filmu sugerował, że ma być kontynuacja, ale jakoś w to wątpię. Jeśli film jest tworzony z błogosławieństwem i udziałem Jacksonów, raczej nie pozwolą "szargać" i tak już zszarganej reputacji krewniaka.
Powojenne Niemcy. Pisarz Thomas Mann i jego córka Erika jadą do NRD, gdzie pisarz ma odebrać nagrodę.
Klasyczny przerost formy nad treścią, piękne zdjęcia (znak rozpoznawczy Pawlikowskiego; drugi jego znak rozpoznawczy, czyli sceny w zrujnowanym kościele, też się w filmie znalazł) nieudolnie przykrywają historię o niczym, bo jeśli film miał rozliczać się z nazistowską przeszłością Niemiec albo życiem Manna, to się nie rozlicza. Typowe dzieło robione pod to, by dziadki z Cannes zwalili konia.
Ekranizacja internetowej pasty. Zmagający się z problemami w życiu osobistym właściciel sklepu meblowego odkrywa, że w piwnicy jego biznesu znajduje się przejście do dziwacznego labiryntu.
Przede wszystkim gratulacje dla polskiego dystrybutora za klasyczny przykład niedojebania umysłowego i dodanie do oryginalnego tytułu polskiego luźnego tłumaczenia niewiadomo po c⁎⁎j.
Pod względem wizualnym świetny, czuć było creepy vibe przestrzeni liminalnych, niestety, fabularnie kuleje. Wątki osobiste bohaterów w zasadzie nie były potrzebne, a finał w stylu ni to Davida Lyncha, ni to Z archiwum X tylko popsuł oryginalny klimat dzieła.
@GARN_ nwm, nie oglądałam Cube. Koleś, który to kręcił, wcześniej miał miniserial na YT o tym samym temacie i tytule, możesz obczaić 1 odcinek żeby się zorientować
Przegryw piwniczak* życzy sobie, aby Juleczka z pracy się w nim zakochała i ma problem, gdy okazuje się, że zamiast szarej myszki dla anonka, dostał psychopatyczną borderkę.
Nie lubię współczesnych horrorów, bo zazwyczaj robią z widzów idiotów, ale tutaj ostatecznie wszystko ładnie się spięło (chociaż było parę drobnych dziur fabularnych). Twórcy mieli pomysł i wiedzieli jak go dowieźć. No i świetnie dobrali odtwórczynię głównej roli, kreacja panny Navarrette wyszła naprawdę creepy bez popadnięcia w niezamierzoną parodię.
In plus klimatyczne zdjęcia i soundtrack z lekkim vibem Maca DeMarco.
Leci jeszcze w kinach, to akurat polecam.
*przegryw piwniczak wg standardów hollywoodzkich, czyli klasycznej urody chad, tylko ubrany w sweterki w stylu młodego Konona.
Pedro Pascal i Baby Yoda pomagają synalkowi Jabby zejść ze złej drogi.
Typowy skok na kasę fanów uniwersum/serialu Mandalorian. Sztampowa do bólu fabuła, efekty specjalne raczej standardowe, z postaci to tylko Baby Yoda zapadał w pamięć (i to za niego 4).
Jeszcze leci w kinach, ale jak dla mnie strata kasy.
Andaluzja, koniec XV wieku. Mimo, iż po zdobyciu Grenady i zakończeniu rekonkwisty królowie Hiszpanii zobowiązali się do poszanowania praw innowierców, w kraju narasta dyskryminacja wobec muzułmanów i Żydów. W obliczu upadku eklektycznego porządku społecznego dawnego Emiratu Grenady, członkowie klanu Al-Hudajdl i ich sąsiedzi są zmuszeni do wyraźnego opowiedzenia się między starą wiarą a coraz mocniej narzucanym przez nowe władze chrześcijaństwem.
Mogłoby się wydawać, że temat upadku starego porządku i burzliwego wykuwania się nowego to literacki samograj. Niestety, nie tym razem. Chociaż oficjalny opis książki sugeruje pełną dramatyzmu historię, ostatecznie czytelnik otrzymuje nieciekawą i zdecydowanie przegadaną sagę rodzinną, zbliżoną bardziej do tureckich telenowel, niż serii w rodzaju Stulecia Winnych. Dramatyczne wydarzenia następują dopiero pod sam koniec książki. W powieści niemal całkowicie brak również obiecywanego egzotycznego klimatu post-arabskiej Andaluzji i tu znów zmarnowany potencjał, sam bogato wykreowany świat przedstawiony (taki, który zachwycałby bogactwem detali, a nie opierał się na 2-3 wątkach i może z 3 wzmiankach związanych z elementami konkretnej kultury) mógłby znacznie podnieść wartość owej książki.
Dam autorowi jeszcze jedną szansę z napisaną wiele lat później Księgą Saladyna. Jeśli ona też będzie takim pierdololo, to zakończę przygodę z Kwintetem.
Tytuł: Joy Division i Ian Curtis. Przejmujący z oddali
Autor: Deborah Curtis
Kategoria: biografia
Wydawnictwo: Iskry
Format: ebook
ISBN: 9788324400607
Liczba stron: 375
Ocena: 5/10
Wspomnienia żony Iana Curtisa, lidera działającego na przełomie lat 70. i 80. zespołu Joy Division.
Zawsze miałam pewien problem z biografiami sław pisanych przez ich bliskich/przyjaciół, głównie dlatego, że z oczywistych względów ciężko w nich o obiektywizm. W Przejmującym z oddali widać wyraźnie, że mimo upływu lat Deborah Curtis dalej jest pełna żalu do zmarłego męża – za apodyktyczność, za skupienie się na zespole, za flirty i romanse z innymi kobietami. Portret wokalisty wyszedł zbyt jednostronnie i negatywnie – niewiele tu drugiej strony Curtisa, którą odkrywał w swoich tekstach, czyli przenikliwego i nadwrażliwego erudyty. Odnoszę wrażenie, że Deborah Curtis prawdopodobnie nigdy nie rozumiała skomplikowanej osobowości Iana ani ciężkiej walki, którą musiał toczyć, gdy jednocześnie posypało mu się zdrowie i życie osobiste.
Pod względem literackim, książka jest ogólnie kiepsko napisana – warsztat pani Curtis jest średni, a narracja zbyt często chaotyczna. Nie pomaga raczej mierne polskie tłumaczenie.
O wiele bardziej polecam nieformalną ekranizację Przejmującego z oddali, czyli Control Antona Corbijna ze świetną główną rolą Sama Rileya. W przeciwieństwie do książki, film przedstawia Curtisa w bardziej zniuansowany, pełniejszy sposób.
Zanim sięgnęłam po powieści Alison Weir, naczytałam się na anglojęzycznych subredditach historycznych, zwłaszcza na r/Tudorhistory, jaką to ona nie jest wybitną pisarką i rzetelną historyczką. Jednak po lekturze Obsesji króla mam wrażenie, że zachwyty nad twórczością pani Weir są lekko przesadzone.
Książka o Annie Boleyn była OK, i właściwie niewiele więcej. Nie czytało jej się źle, ale też szczególnie nie porywała, trochę lektura typu „przeczytać i zapomnieć”. Jak widać po bio autorki na anglojęzycznej Wikipedii, Weir rozwijała warsztat publikując książki popularnonaukowe i czuć to w tej powieści – zwłaszcza w pierwszych dwóch częściach, bardziej niż klasyczną powieść historyczną, czyta się ją jak fabularyzowany dokument, bardziej napisany zgodnie z zasadą „tell, don’t show” zamiast "show, don't tell". W kategorii „dramatyzm”, powieść Weir przegrywa z Kochanicami króla Philippy Gregory oraz większością filmów i seriali opowiadających o związku Henryka VIII i Anny Boleyn.
Druga kwestia to podejście do faktów historycznych. Weir wykonała solidny research i możliwie wiernie przedstawiła wydarzenia, ale w paru przypadkach jej licentia poetica wzbudza wątpliwości. Najbardziej zdziwiło mnie, że dwa wątki – przedstawienie Marii Boleyn (siostry Anny, kochanki zarówno Franciszka I Walezjusza, jak i Henryka VIII) jako niewinnej leliji, oraz sportretowanie Jane Boleyn (szwagierki królowej) jako ogarniętej chorobliwą zazdrością sekutnicy, która przyczyniła się do upadku rodu Boleynów – autorka zerżnęła od powszechnie krytykowanej za ahistoryczność Philippy Gregory, gdy spokojnie mogła je rozpisać inaczej. Wątpliwe wydały mi się również wątki szóstego paznokcia Anny (Piętno czarownicy? Może zaakceptowałabym ten plot device, gdyby autorka sama nie zapomniała o nim w kluczowym momencie) oraz zakazanego uczucia Boleynówny do dworzanina Henry’ego Norrisa, przy czym ów wątek uczuciowy był zwyczajnie idiotyczny – jak w XIX-wiecznych romansach dla pensjonarek, Anna i Norris wymienili parę powłóczystych spojrzeń i już, miłoźdź na wieki xD I żeby było jasne, wiem doskonale, że w powieści historycznej trudno obyć się bez pewnej dawki licentia poetica, jednak uważam za srogą hipokryzję ze strony wannabe redditowych historyków, że za ubarwianie faktów Philippę Gregory odsądzają od czci i wiary, a Alison Weir wynoszą na piedestał.
Pracujący na uczelni jako woźny młody recydywista Will nieoczekiwanie wykazuje się geniuszem matematycznym. Zaczyna współpracować z profesorem kierującym wydziałem i uczęszczać na terapie do psychoterapeuty pracującego na wydziale psychologii.
Świetne role Damona i Williamsa, ale fabuła już bardziej sztampowa być nie mogła, no i sam wątek "uśpionego" geniuszu protagonisty, który po przeczytaniu paru książek z biblioteki uniwersyteckiej nagle zagina nagradzanych matematyków, naciągany jak guma od gaci.
Hindus ze slumsów startuje w Milionerach i dobrze sobie radzi, za co zostaje aresztowany przez policję, no bo jak to tak, inteligentny Hindus?! ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Pamiętam jeszcze hype wokół całego filmu. Po seansie mam wrażenie, że te 10 nominacji i 8 Oscarów to poleciało za sztuczki montażowe z Obywatela Kane'a - dziadki z Akademii pewnie poszczali się ze szczęścia, jak zobaczyli te wszystkie kadry holenderskie, żabie perspektywy i retrospekcje (swoją drogą, nawiązywanie do klasyków z lat 40. w XXI w. jest już nieco passe - jakby reżyser zastosował sztuczki techniczne z kina hinduskiego, to by dopiero było epickie dzieło ( ͡° ͜ʖ ͡°) )
Imo film nierówny, pierwsza połowa pokazująca ciężkie życie w slumsach świetna, od spotkania po latach z Latiką Slumdog staje się banalnym melodramatem.
Adaptacja sztuki Terence'a Rattigana. UK, lata 50. Hester odchodzi od sporo starszego, bogatego męża do młodszego kochanka, byłego pilota RAF. Nowy związek nie przynosi jej jednak szczęścia.
Z jednej strony świetna rola Rachel Weisz oraz wysmakowana strona wizualna. Z drugiej strony, fabuła niezbyt interesująca (wtórna wobec Anny Kareniny i melodramatów z czasów Złotej Ery Hollywood), dodatkowo za bardzo rzucało się w oczy teatralne pochodzenie dzieła, jakby reżyser jedynie pobieżnie dostosował Glębokie błękitne morze do języka filmowego. Trochę wyszedł niewypał, ale myślę, że historia sprawdziłaby się w rękach Wong Kar Waia.
Ultimate Janusz wyzyskujący uchodźców wojennych zaprasza na wycieczkę po swoim kołchozie grupkę rozwydrzonych bachorów i ich pie⁎⁎⁎⁎⁎⁎ętych rodziców.
Nawet mi się spodobał ten specyficzny, groteskowy klimat z podskórnym creepy vibem, ale im bliżej końcówki, tym film mniej ciekawił, a końcówka zrobiona jakby trochę na odwal, oczekiwałam bardziej wyrazistego finału.
Ziemie Odzyskane, 1945. Andrzej Kenig, weteran powstania warszawskiego i były więzień obozu koncentracyjnego, dołącza do grupy kierowanej przez dra Mieleckiego mającej za zadanie zabezpieczyć poniemieckie miasteczko Siwowo i przygotować go na przyjazd repatriantów. Po przyjeździe na miejsce Kenig orientuje się, że grupa Mieleckiego zamierza ukraść co cenniejsze sprzęty i sprzedać je na czarnym rynku.
Dzieło interesujące, choć mam wrażenie, że obecnie nieco zapomniane. Ciekawa historia umiejętnie bawiąca się konwencjami westernu + świetne role aktorskie. Tylko momentami jest zbyt statycznie, można by z 10 minut wyciąć i film nic by nie stracił.
Pierwszy tom cyklu powieści historycznych o żonach Henryka VIII. W maksymalnie wierny sposób przedstawia losy Katarzyny Aragońskiej od momentu przybycia do Anglii na ślub z Arturem Tudorem, po ostatnie dni w areszcie domowym, do którego trafiła po ślubie Henryka z Anną Boleyn.
Wieczna księżniczka Philippy Gregory imo nieco lepsza, ciekawsza i bardziej zajmująca. Alison Weir ma porządny warsztat literacki, lecz jej książkom brakuje pewnego polotu, który akurat mają powieści Gregory z tudorowskiej części jej cyklu. I Ostatnią Białą Różę i Prawowitą królową czytało się OK, ale nie czułam się szczególnie zaangażowana, dla mnie to raczej lektury raz.
NY 1862 rok. Syn dawnego przywódcy niegdyś potężnej irlandzkiej bandy przybywa do miasta, by zemścić się na Billu Rzeźniku, zabójcy ojca i szarej eminencji robotniczej dzielnicy Five Points.
Podczas seansu miałam wrażenie, że Scorsese tak bardzo chciał nakręcić film o mrocznej stronie XIX-wiecznego Nowego Jorku, kontrastujący z wyrafinowanym światem wyższych sfer z Wieku niewinności (polecam btw, świetny film), że dla pokazania brudu i patologii robotniczych dzielnicy olał nieco fabułę. W pierwszej połowie film sprawia wrażenie, jakby twórcy nie wiedzieli, w którym kierunku poprowadzić historię, generalnie ma się odczucie, że to bardzo przydługi i dość banalny wstęp. Dopiero w momencie wybuchu drugiej wojny między gangami akcja nabiera tempa. Imo Gangi Nowego Jorku lepiej sprawdziłyby się w roli miniserialu.
Świat przedstawiony to największy atut tego filmu.
Trochę trudno mi ostatecznie zdecydować czy lepszy był film Polańskiego, czy serial. Jak już pisałam, film z '79 miał przepiękne zdjęcia i melancholijny klimat, ale Kinski nie dowiozła głównej roli, co ostatecznie zepsuło mi odbiór dzieła.
Serial to solidna produkcja z czasów, gdy BBC ekranizowało literaturę piękną, a nie woke agendę i właściwie tyle, reżyser nie silił się na większy artyzm. Za to Gemma Arterton o wiele lepiej poradziła sobie w głównej roli, było po niej widać skrajne emocje, jakie targały bohaterką, no i jako hoże dziewczę wizualnie lepiej pasowała do roli córki farmera zahartowanej w ciężkiej harówie na polu, niż delikatna Kinski.
Serial dostępny na CDA premium, a w TV dość często leci na Epic Drama.
Czasy wojen napoleońskich. Załoga brytyjskiego okrętu wojennego ściga francuską fregatę.
Jeden z najlepszych filmów marynistycznych ever, widać nie tylko rozmach produkcji, ale też wyjątkowy, jak na Amerykanów, research na temat życia na okrętach brytyjskiej marynarki wojennej na początku XIX wieku.
Oglądałem ostatnio, film na poziomie. Co najbardziej zapadło mi w pamięć to dowcip pana kapitana.
Podczas obiadu na stole pojawiły się dwa robaczki (ang. weevil). Kapitan zaczął dopytywać swojego przyjaciela, lekarza okrętowego, o to którego robaczka wolałby zjeść, gdyby musiał.
Gdy w końcu tamten się zdecydował na większego, to kapitan podsumował, że
Jeden z moich ulubionych filmów, może nie jest głęboki, ale działa na jakieś zwoje neuronowe w moim mózgu. No i te sceny zwykłego życia na statkach, a także batalii i pościgów, perełka po prostu
@Piechur to pokazanie codziennego życia na statku to był ogromny atut, od razu mi się przypomniał równie drobiazgowy w pokazaniu życia na okrętach Royal Navy "Terror" Simmonsa
W odróżnieniu od Białej księżniczki Philippy Gregory, Ostatnia Biała Róża nie obraża rigczu czytelnika, rzetelnie oddaje życie Elżbiety York bez brnięcia w totalnie odjechane teorie spiskowe, a bohaterowie powieści są pełnowymiarowymi postaciami, a nie chodzącymi karykaturami. Książka Weir, jakkolwiek nie jest arcydziełem powieści historycznej i miejscami bywa przesłodzona, na pewno o wiele bardziej zasługuje na polecenie, już nie mówiąc o hype, patronacie Lubimyczytać i ekranizacji, niż durne wymysły Gregory.