Czasy wojen napoleońskich. Załoga brytyjskiego okrętu wojennego ściga francuską fregatę.
Jeden z najlepszych filmów marynistycznych ever, widać nie tylko rozmach produkcji, ale też wyjątkowy, jak na Amerykanów, research na temat życia na okrętach brytyjskiej marynarki wojennej na początku XIX wieku.
Oglądałem ostatnio, film na poziomie. Co najbardziej zapadło mi w pamięć to dowcip pana kapitana.
Podczas obiadu na stole pojawiły się dwa robaczki (ang. weevil). Kapitan zaczął dopytywać swojego przyjaciela, lekarza okrętowego, o to którego robaczka wolałby zjeść, gdyby musiał.
Gdy w końcu tamten się zdecydował na większego, to kapitan podsumował, że
Jeden z moich ulubionych filmów, może nie jest głęboki, ale działa na jakieś zwoje neuronowe w moim mózgu. No i te sceny zwykłego życia na statkach, a także batalii i pościgów, perełka po prostu
@Piechur to pokazanie codziennego życia na statku to był ogromny atut, od razu mi się przypomniał równie drobiazgowy w pokazaniu życia na okrętach Royal Navy "Terror" Simmonsa
W odróżnieniu od Białej księżniczki Philippy Gregory, Ostatnia Biała Róża nie obraża rigczu czytelnika, rzetelnie oddaje życie Elżbiety York bez brnięcia w totalnie odjechane teorie spiskowe, a bohaterowie powieści są pełnowymiarowymi postaciami, a nie chodzącymi karykaturami. Książka Weir, jakkolwiek nie jest arcydziełem powieści historycznej i miejscami bywa przesłodzona, na pewno o wiele bardziej zasługuje na polecenie, już nie mówiąc o hype, patronacie Lubimyczytać i ekranizacji, niż durne wymysły Gregory.
Czasy PRL. Jadwiga Kolęda trzyma za mordę zarówno małą gminę na Ziemiach Odzyskanych, której jest naczelniczką, jak i swoją rodzinę. Kiedy dowiaduje się, że jej córka zaszła w ciążę, aby uniknąć skandalu, postanawia znaleźć dla niej męża, który za opłatą zgodzi się zarówno ożenić się, jak i później rozwieść z dziewczyną. Wkrótce do miasteczka przyjeżdża "narzeczony", były kryminalista. Przymusowi państwo młodzi nieoczekiwanie przypadają sobie do gustu...
Fajna komedia, chociaż nie jest to może poziom Barei i Machulskiego.
Wgl kisnę, bo znam podobny przypadek irl - matka szukała dla ciężarnej nastoletniej córki męża na portalach randkowych. Co ciekawe, znalazła xD Młodzi pobrali się, a po paru latach i spłodzeniu prawowitego potomka, rozwiedli.
Francuska służąca urządza wyżerę dla grupy duńskich wapniaków.
Jak widać po ocenie, nie dotarła do mnie głembia tego "arcydzieła". Wizualnie nie powala na kolana, a historia jest po prostu nieciekawa. Może w opowiadaniu Karen Blixen było to lepiej wyjaśnione, ale nie kupuję kompletnie, czemu taka mistrzyni kuchni jak Babette latami kisiła się na prowincji jako darmowa służka dwóch ubogich staruszek, zamiast po jakimś czasie ruszyć do Kopenhagi zatrudnić się w jakiejś fancy restauracji albo nawet na dworze królewskim.
W kategorii "skandynawskie dramaty obyczajowo-historyczne" nie umywa się do Pelle zwycięzcy i Bękarta.
Adaptacja powieści Aleksandra Dumasa ojca. Francja, 1572 rok. Małgorzata "Margot" Walezjuszka, królewna francuska, wychodzi za króla protestanckiej Nawarry Henryka Burbona. Chociaż ich ślub miał się przyczynić do zakończenia wojen religijnych we Francji, po królewskim weselu dochodzi do rzezi protestantów, a Margot z mężem stają się de facto królewskimi więźniami.
Gra o tron, tylko francuska i bez smoków. Ale za to jest dwóch Januszy Sarmatów.
Bardzo dobry dramat ze świetnymi rolami (imo nagrodzona Cezarem Isabelle Adjani wcale nie przyćmiła reszty obsady). Jedynie soundtrack Gorana Bregovica momentami mi nie pasował, brzmiał zbyt egzotycznie jak na miejsce i czas akcji.
USA, 1949 rok. Przeżywający kryzys wieku średniego Harry chce odejść od swojej żony Pat do sporo młodszej Kay. Sądząc, że rozwód będzie druzgocący dla Pat, planuje ją zabić "żeby nie cierpiała". W plan wtajemnicza swojego przyjaciela Richarda, który również ulega urokowi pięknej Kay.
Pierwsze pół godziny robiło wrażenie, jakby film miał być inteligentną komedią wyśmiewającą utarte tropy, lecz Życie małżeńskie szybko zmieniło się w przeciętną, przynudzającą obyczajówkę, dzieło z rodzaju "obejrzeć i zapomnieć". To mógłby być interesujący film, gdyby scenariusz albo reżyser poprowadzili historię z większym jajem.
Można się skusić na seans jedynie ze względu na Rachel McAdams w obcisłych retro sweterkach.
Ekranizacja powieści Thomasa Hardy'ego. Ubogi wieśniak Durbeyfield dowiaduje się, że pochodzi od arystokratycznego rodu D'Urberville. Wysyła swoją atrakcyjną córkę Tess do pracy u rzekomych krewnych. Tam dziewczyna pada ofiarą gwałtu ze strony "kuzyna" i zachodzi w ciążę. Kiedy jej dziecko umiera, usiłuje ułożyć sobie życie na nowo, jednak dramatyczna przeszłość dalej się za nią ciągnie.
Trzeba przyznać, że jest coś wyjątkowo ironicznego w tym, że zwyrol Polański nakręcił film o dziewczynie borykającej się przez całe życie z konsekwencjami przemocy seksualnej, której doświadczyła. To zresztą niejedyne dzieło o podobnej tematyce w jego dorobku, w latach 90. nakręcił jeszcze Śmierć i dziewczyna z Sigourney Weaver.
Zostawiając ten temat i przechodząc do samego filmu, trzeba przyznać, że pod względem wizualnym zachwyca, zdjęcia z Tess nadawałyby się na wystawę w Muzeum Narodowym.
Niestety, film jest za mocno rozwleczony, prawie 3h to za dużo na opowiedzenie tej historii.
Nie powala gra aktorska Nastassji Kinski. Uroda przywodząca momentami na myśl Ingrid Bergman to jej jedyny atut w tym filmie, bo Kinski całą rolę ciągnęła z miną i tonem sierotki Marysi i nawet w najbardziej dramatycznych momentach nie była w stanie wykrzesać z siebie więcej emocji. Nie wiem, czy był to pomysł reżysera na postać, czy może Kinski była tak skupiona na perfekcyjnym angielskim akcencie, że nie była w stanie wysilić się na bardziej dramatyczną grę aktorską. W czasie seansu przyszło mi do głowy, że znacznie lepiej w tej roli sprawdziłaby się Isabelle Adjani.
Chyba będę musiała się zaczaić na miniserial z Gemmą Arterton, kiedyś mi się rzucił w oczy przy przeglądaniu programu TV.
Pierwsza część dylogii o zemście zawodowej zabójczyni na dawnych koleżankach z teamu i byłym kochanku.
Debile z telewizji mogliby łaskawie dać napisy do kwestii po japońsku.
A sam film miodzio, zwłaszcza walka w japońskiej klubokawiarni Świetna żonglerka konwencjami i nawiązaniami (nawet do francuskiej Nowej Fali). Bardzo chętnie zobaczyłabym zekranizowaną przez Tarantino i podobną tematycznie książkę Joe Abercrombiego "Zemsta najlepiej smakuje na zimno".
Obejrzałam oba filmy trochę nielegalnie jak miałam jakieś 10-13 lat i oprócz oczywiście hehe krwi to bardzo wywarło na mnie wrażenie SILNA BABA, CHCĘ BYĆ SILNA JAK TA KILL BILLUWNA.
Miałam sentyment do tego filmu i niedawno obejrzałam w kinie jako dorosły użytkownik mózgu i niesamowite wrażenia. Oczywiście rozumiejąc więcej, ale też po prostu sentyment tego, jak wtedy to odbierałam a jak teraz.
@Telezajaczek znalazłem chwilę i obejrzałem tydzień temu na raty ale wersję "the bloody affair" (na heck yeah free media można znaleźć linka do strony gdzie jest, ew. podam na PW). Połączenie jedynki i dwójki + parę nowych scen. Nigdy wcześniej nie oglądałem Kill Billa poza urywkami. Mnie się podobał, choć miejscami typowy u Tarantino brak pomysłu na kontynuację (łączenie) fabuły dało się odczuć... teraz od paru dni męczę "dawno temu w Hollywood". Tarantino to serio jakiś st00pkowy fetyszysta jak @ErwinoRommelo
@SciBearMonky generalnie współcześni reżyserzy powinni czasem odpalić TV jak lecą jakieś filmy z lat 90-00 i podpatrzeć, jak się kiedyś robiło filmy z mniejszościami etnicznymi i rasowymi oraz silnymi postaciami kobiecymi bez wpychania widzowi na siłę nachalnej DEI propagandy.
Początek XX wieku. Po katastrofie statku dzieci Richard i Emmeline oraz okrętowy kucharz trafiają na bezludną wyspę, gdzie uczą się żyć bez zdobyczy cywilizacji. Wiele lat później, już po śmierci kucharza, dzieci dojrzewają i zaczynają eksplorować swoją seksualność.
Jeszcze 20 lat temu ten film dość regularnie leciał w TV w samo południe w niedziele i święta, a teraz ciężko go uświadczyć. Pewnie dlatego, że z dzisiejszej perspektywy film o nastolatkach odkrywających swoją cielesność, w którym w dodatku wystąpili faktyczni nastolatkowie (chociaż łapiący się już na wiek zgody w PL, no ale w US do baru by nie weszli) może wzbudzać kontrowersje i na pewno nie nadaje się do obiadowej ramówki*.
Mi się ten film wydał przede wszystkim niepotrzebnie wydłużony, można by spokojnie wywalić z 20 minut i fabuła niewiele by ucierpiała.
Nie rozumiem też końcówki, wydaje się totalnie z d⁎⁎y. Wiem, że w książce też taka jest, ale still.
Dostępny na CDA.
*Wg informacji dostępnych w necie, Brooke Shields miała dublerkę w scenach pokazujących piersi Emmeline.
Klasyk lat 80. i kamień milowy dla filmowej fantastyki. Owszem, jest tu trochę faili logicznych (nie wnikam, czy wynikają z niedostatków scenariusza czy materiału źródłowego) i aktorsko jest raczej drewnianie (ofc z wyjątkiem roli Jamesa Earla Jonesa), ale średnia ocen 6,7 na Filmwebie to jakiś żart.
@Telezajaczek Lubię uniwersum Conana, teraz czytam (odsłuchuje) Conan i skrwawiona korona, zbiorcze wydanie tom 2, a w dzieciństwie czytałem komiksy Conana z TM-Semic
Tytuł: Urwany ślad. Zaginieni w amerykańskich parkach narodowych
Autor: Jon Billman
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Czarne
Format: audiobook
ISBN: 9788383961873
Liczba stron: 320
Ocena: 4/10
Reportaż o zaginięciach na terenach parków narodowych w USA i Kanadzie. Jego osią są poszukiwania 22-letniego Jacoba Graya, który zaginął w kwietniu 2017 roku w Parku Narodowym Olympic w stanie Waszyngton (okolice znanych z sagi Zmierzch miast Port Angeles i Forks), w których autor uczestniczył. Niestety, historia Jacoba miała smutny finał, ponad rok później jego ciało przypadkowo znaleziono nad jeziorem Hoh na terenie parku.
Kolejny reportaż z Serii amerykańskiej podejmujący interesujący, ważny i praktycznie nieobecny w mainstreamie temat, którego autor kompletnie nie potrafił dowieźć. Ta książka edycji na oczy nie widziała, panuje w niej kompletny chaos narracyjny. Billman co prawda próbował nadać swojemu dziełu jakąś tam strukturę, ale ostatecznie kompletnie wymieszał wszystkie historie zaginionych osób, jakie miał w zanadrzu (część nawet nie dotyczyła obecnych w tytule północnoamerykańskich parków narodowych), do tego dorzucił garść niepotrzebnych dygresji i niemówiących nic nikomu porównań. Dodatkowo zabrakło mu krytycyzmu w sprawie rozpowszechnionych wśród przećpanych Jankesów urojeń na temat „nadnaturalnych przyczyn” niewyjaśnionych zniknięć w rodzaju sraskłacza i ufoków porywających ludzi na eksperymenty. Właśnie dlatego daję tak niską ocenę – nie cierpię reportaży, które zamiast być spójną, klarowną historią, przypominają gadkę pijanego wujasa na weselu, który pod wpływem procentów pomylił wszystkie fakty, a część pewnie w ogóle zmyślił.
Szkoda, bo temat zaginięć w amerykańskich parkach narodowych, a zwłaszcza tego, jak kiepsko tamtejsze służby porządkowe ogarniają takie sprawy (m.in. przez rozbicie kompetencji na pierdyliard podmiotów, które w krytycznych momentach same siebie blokują) jest niezmiernie ważny i dobrze napisany reportaż mógłby się przyczynić do rozpoczęcia ogólnokrajowej debaty na temat poprawy systemu - wszak trzeba pamiętać, że w przypadku zaginięć pierwsze dni są krytyczne dla powodzenia akcji poszukiwawczej. A tak dzieło Billmana ma tyle siły przebicia, co losowy podcast true crime.
@Telezajaczek jakie były inne reportaże z serii amerykańskiej, których Twoim zdaniem autorzy nie dowieźli? Bo przeglądam historię Twoich wpisów i średnio widzę
@bojowonastawionaowca "Brudne lata trzydzieste" Egana (wrzucane na bookmeter w 2k24) i "Dreamland" Quinonesa. Recki tego drugiego nigdzie nie wrzucałam, ale tam jedynie połowa reportażu była o kryzysie opioidowym, druga to były niemal identycznie brzmiące historie różnych młodych Juanów i Pablo co szmuglowali herę do US.
Jedyny reportaż z tej serii, który mogę polecić, to "Nomadland" (vide bookmeter 2k25).
A, jeszcze "O mułach i ludziach" Crewsa było spoko (też bookmeter '25) ale to nie reportaż, tylko klasyczna biografia i zaliczanie tego przez Czarne do serii reportażowej uważam za spore nadużycie z ich strony.
Superagent CIA zostaje oskarżony o bycie zdrajcą po tym, jak podczas nieudanej akcji ginie niemal cały jego team. Zdradzony przez swoich, postanawia wykraść tajne dane z bazy CIA i sprzedać je na czarnym rynku.
Klasyka kina akcji, oraz, z uwagi na późniejsze liczne nawiązania do tego filmu w innych dziełach popkultury, absolutny must watch, jeśli chodzi o kino lat 90.
W odróżnieniu od Ja, Dago, Mieszko. Wyjście z cienia to pełnoprawna powieść historyczna, pozbawiona fantastycznych wątków, opisująca domniemane losy Mieszka I zanim objął tron w sposób brzmiący nawet prawdopodobnie.
I na tym plusy tej powieści się kończą. Fabularnie wieje nudą – w kółko czytamy o tym, jak to Czcibor z bratem naradzają się, żeby posłać po Mieszka i przekazać mu władzę, Mściwoj sapie się, bo jego zięć Czcibor nie zostanie królem, Mieszko i jego wikińska drużyna robią rozwałkę randomowej wiochy i gwałcą pojmane kobiety, a Bogna kombinuje, jak tu zostać pierwszą konkubiną Mieszka. Postacie są papierowe, przy czym, w porównaniu do książki Nienackiego, Mieszkowi-Dagome brakuje charyzmy i cała jego władza nad drużyną trzyma się na trytytkach, jego potencjalni przeciwnicy nie mają w sobie ani miligrama ikry i są jak dzieci we mgle, a do pełnego scharakteryzowania dowolnej żeńskiej postaci wystarczy wybrać kategorię matka/żona/kochanka. Do tego świat przedstawiony ogranicza się do tego, że gdzieś tam w tle ludzie wierzą w słowiańskie/nordyckie bóstwa.
Generalnie, cała powieść to taki trochę biedafanfik powieści i seriali o wikingach. Nie jest to może męcząca lektura i można ją stosunkowo szybko przeczytać/przesłuchać, lecz nie umywa się do Ja, Dago czy wikińskiego cyklu Cornwella i zwyczajnie szkoda na nią czasu.
Powieść inspirowana losami Jamesa Brooke’a, angielskiego żołnierza, który w latach 40. XIX w. założył radżat Sarawaku na wyspie Borneo, którym rządził przez ponad 20 lat.
Książka niezwykła, lecz trzeba od razu zaznaczyć, że trudna w odbiorze. Fabuła została poprowadzona w sposób bardzo chaotyczny, klasyczna narracja potrafiła bez ostrzeżenia przechodzić w dygresję, a jedna dygresja w dziesiątki kolejnych, tak samo POV potrafiły zmieniać się w jednym zdaniu. Do tego setki słów z języka malajskiego, których znaczenie nie zostało podane w słowniku na końcu i ciężko było się go domyśleć z kontekstu. Z czasem idzie się przyzwyczaić do tego przeskakiwania między wątkami i bohaterami i niezrozumiałego słownictwa, jednak jak ktoś nie ma cierpliwości ani chęci, by wytężać umysł nad lekturą, powinien sobie odpuścić tę powieść.
Klimat książki rekompensuje chaos narracyjny. To jedna z najbardziej „obrazowych” powieści, jakie kiedykolwiek czytałam, autorka odtworzyła egzotyczny świat brytyjskich kolonii w Azji Południowo-Wschodniej w najdrobniejszych szczegółach i czytając Kalimantan nietrudno o wrażenie, jakby się przeniosło w miejscu i czasie. Również bohaterowie, zarówno ci główni, jak i drugoplanowi, skonstruowani zostali z niezwykłą drobiazgowością i mimo czasem bardzo krótkich POV, jawią się postaciami z krwi i kości.
Ta powieść to niemal gotowy materiał na film i trochę dziwi mnie, że przeszła bez echa, zwłaszcza, że tematycznie wpisuje się w podobny nurt, co brytyjskie heritage films – Kalimantan to przede wszystkim nostalgia za wspaniałą, utraconą przeszłością i wbrew temu, co sugeruje opis wydawcy, nie rozlicza się jednoznacznie z mroczną stroną brytyjskiego kolonializmu. Powiedziałabym raczej, że to ostatnia powieść kolonialna.
Piękne siostry Catherine Deneuve i Françoise Dorléac jako utalentowane muzycznie bliźniaczki poszukujące sławy i miłości.
Przepiękne zdjęcia, piosenki, od których nóżka sama zaczyna podrygiwać i utalentowana obsada. Zabrakło jednak fabuły - historia przedstawiona w filmie jest czysto pretekstowa, Panienki z Rochefort to właściwie wydłużony do ponad 2h teledysk. Ja jednak wolę musicale z konkretną fabułą, które obroniłyby się nawet jako dzieła pozbawione pląsów i śpiewu, jak Parasolki z Cherbourga tego samego reżysera.
Zaliczanie trylogii Dagome Iudex do gatunku powieści historycznej to duża pomyłka – książki Nienackiego mają tyle wspólnego z historią początków Polski czy nawet kulturą Słowian, co Xena: wojownicza księżniczka z historią starożytną. I właśnie jako polski odpowiednik Xeny albo Herkulesa należy Dagome Iudex traktować.
Główny bohater, Dago, to typowy dla sword&sorcery superwojownik-superwódz-superruchacz, na którego drodze życia krew i sperma leją się hektolitrami. Trylogia Nienackiego to chyba najbardziej „męska” polska fantastyka kiedykolwiek wydana, zachowująca jednak szacunek dla inteligencji potencjalnych czytelniczek - żeńskie postacie w Ja, Dago nie są wyłącznie ruchadełkami służącymi zaspokojeniu bohatera i stanowiącymi pewien wyraz osobistych fantazji autora, ale pewnymi siebie i przedsiębiorczymi kobietami, potrafiącymi samodzielnie myśleć i decydować, z nieźle rozwiniętym, jak na krótki czas antenowy, rysem psychologicznym.
Tak jak powinno się tego oczekiwać po powieściach heroic fantasy, fabuła Ja, Dago jest dynamiczna, jednak pomyliłby się ten, kto by pomyślał, że ogranicza się ona wyłącznie do spuszczania wpierdolu kolejnym wrogom i chędożenia, w powieści znalazło się też miejsce dla wiecznie aktualnych (chociaż mogących brzmieć banalnie dla kogoś, kto lekturę Macchiavellego i Sun Tzi ma już za sobą) refleksji na temat władzy. Myślę, że jeśli w polskiej literaturze jakaś seria zasługuje na miano „polskiej Gry o tron” (tak, jakby wieczne porównywanie się do dzieł i zjawisk pochodzących z US było wielkim zaszczytem…), to będzie nią raczej Dagome Iudex, a nie pretensjonalna Korona śniegu i krwi. Szkoda tylko, że trylogia Nienackiego przeszła bez echa, chociaż świetny serial Audioteki z bardzo dobrą interpretacją Hugo Tarresa daje nadzieje, że wreszcie doczeka się ona uwagi ze strony czytelników. Ja na pewno będę czekać na kontynuację (dawaj Audioteka, druga część machen).
Przy okazji audio serialu, może ktoś potwierdzić, czy powieść istnieje w dwóch wersjach? Porównywałam słuchowisko z ebookiem i było sporo różnic. Na Wikipedii można przeczytać, że powieść była wydawana dwa razy – raz w trzech tomach i po śmierci pisarza ponownie w jednotomowym wydaniu. Czy między kolejnymi wydaniami zaszły na tyle istotne zmiany, że to niemal dwa różne teksty?
Pie⁎⁎⁎⁎⁎ięta stara baba wiąże się z młodszym chadem dynamiczniakiem, który okazuje się seryjnym mordercą.
Mógłby to być nawet przyzwoity dramat o niewydolności systemu sądowego w UK, gdyby nie fatalnie napisana i zagrana postać Delii Balmer. Na poziomie scenariusza protagonistka, kobieta w wieku mocno dojrzałym, zachowuje się jak rozwydrzona edgy nastolatka. Co do gry aktorskiej zaś, to Anna Maxwell Martin zagrała ofiarę przemocy w tonie Grażyny z urzędu wkruwionej, że musi obsłużyć petenta zamiast przeglądać Zalando.
Jeśli kręcisz dzieło o przemocowym związku i widz zaczyna mimowolnie kibicować oprawcy zamiast współczuć ofierze, to wiedz, że zjebałeś/aś jako reżyser.