To jeszcze dzisiaj, czy już jutro? W tej czasowej niepewności zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: The Father
Reżyseria: Florian Zeller
Moja ocena: 4.5/5
Sędziwy już ojciec korzysta z pomocy córki przy codziennych obowiązkach. W jego domu zaczynają dziać się jednak dziwne rzeczy, a ludzie, których spotyka, wydają się go oszukiwać. Czas mija, a rzeczywistość staje się coraz trudniejsza do rozszyfrowania.
Nie jest to łatwy film, nie tylko ze względu na to, że wymaga skupienia na sobie całej uwagi, bo łatwo się w nim zagubić, ale również ze względu na tematykę - błąkający się umysł, relacja rodzica z dzieckiem w obliczu nieuniknionego, choroba powoli niszcząca nie tylko swojego nosiciela, ale też bliskie mu osoby. Niesamowita wręcz rola Hopkinsa, który staje na wyżynach swojego aktorskiego kunsztu. Fantastyczna Olivia Colman. Ściskające serce sceny, świetny montaż i zdjęcia. Zdecydowanie jeden z moich ulubionych filmów ostatnich lat. Polecam go tym, którzy boją się starości, nie tylko swojej - jest czego.
P.S. Tych, którzy obraz już widzieli, zachęcam do przeczytania "Niewdzięcznej pamięci".
Nadszedł czas na kolejny wpis w #poradnikpiechura Będzie osobiście, szczerze, mam nadzieję, że motywacyjnie.
---------
1. JAK ZACZĄĆ ?
---------
Część 2
Każda czynność znajdzie swoich zwolenników i przeciwników, zależy to od osobistych preferencji. Żeby jednak móc wyrobić sobie opinię na jakiś temat, warto go jednakowoż zakosztować. Na podstawie własnych wrażeń i doświadczeń, okrutnie wręcz subiektywnie, postaram się odpowiedzieć na pytanie: PO CO MI TO W OGÓLE?
2.1 SAMOPOCZUCIE FIZYCZNE
Praktycznie każda forma aktywności fizycznej, uprawiana nawet w małych ilościach, dobrze wpływa na organizm. Nie inaczej jest oczywiście w przypadku chodzenia po górach - po kilku wyprawach poczujesz, że kondycyjnie możesz sobie pozwolić na więcej. Twoje płuca zaczną lepiej działać, coraz rzadziej będziesz dostawać zadyszki, nogi będą wręcz chciały zanieść Cię dalej. Pozwól im na to, nie pożałujesz.
Jak jednak z każdym sportem bywa, warto pamiętać o tym, żeby zadbać o odpowiednie przygotowanie, rozciągnięcie, unikać brawury, a w trudniejszych warunkach korzystać ze stosownego sprzętu tak, żeby fajna wyprawa nie skończyła się kontuzją.
2.2 SAMOPOCZUCIE PSYCHICZNE
Jak mawia stare przysłowie - w zdrowym ciele zdrowy duch. Chodząc po górach wzmacniasz swoje ciało, poprawiasz kondycję, dzięki wysiłkowi produkujesz serotoninę i dopaminę. Czemu nie wykorzystać tych naturalnych zdolności naszego organizmu do poprawy swojego samopoczucia? Wszystko jest w zasięgu naszych rąk, a w tym przypadku nóg.
Mi wycieczki na szlak pozwalają dodatkowo wyciszyć się, nabrać dystansu, odzyskać kontrolę nad własnym ciałem i myślami. Najbardziej satysfakcjonująca część każdego wypadu to moment, w którym mija pierwsza zadyszka (trwająca zwykle około pół godziny), odnajduje się swój rytm i równowagę w marszu. To uczucie spływa na mnie jak błogosławieństwo, rozlewa się po mnie. Po wielu wyprawach nauczyłem się pilnie zwracać na nie uwagę, złapać ten moment i rozkoszować się nim. Czuję się wtedy w swoim ciele najprzytulniej.
Inną kwestią jest budowanie pewności siebie. Z każdym kolejnym krokiem, szczytem, pokonaną słabością buduję dla siebie swój własny wizerunek kogoś, kto daje radę. Udowadniam sobie, że mogę osiągnąć coś, co wydawało mi się niewykonalne. Wzbudzam w sobie ambicję, na pokonywanie kolejnych barier, wspięcie się na wyższy szczyt, przejście dłuższej trasy. Najlepsze jest to, że zaczęło się to przelewać na moje życie prywatne i zawodowe. Wiem, że będąc odpowiednio upartym mogę więcej - udowodniłem to już sobie będąc na trasie.
Uwielbiam też to, że zacząłem bardziej doceniać drobne rzeczy. Idąc lasem i mając w planie jedynie zdobycie kolejnego szczytu, a następnie zejście z niego, można łatwo przeoczyć wiele pięknych rzeczy, które oferuje szlak. Napotkane dzikie zwierzę, dźwięki lasu, szumiących liści, dotyk mchu, zapach ściółki i żywicy, barwy, w które bogaty jest las, czy to wypełniony słońcem, czy skryty pod śniegiem, a może czekający na odkrycie we mgle lub ciemności. Piękno czai się wszędzie, czasami wystarczy zatrzymać się, stać się w pełni świadomym danej chwili, i pozwolić się temu pięknu zaatakować.
Wreszcie, wycieczkami w góry, na łono natury, zaspakajam w sobie nienazwaną potrzebę bliskości z przyrodą. Jest to jak wewnętrzny zew, głos, który mnie nawołuje, dobywa się z mojej głębi. Wchodząc do lasu czuję się trochę, jakbym odwiedzał dom, który dawno opuściłem. Trochę jak syn marnotrawny, wracający z dalekiej podróży, mający swoje za uszami. Jednocześnie obcy, wyróżniający się na tle przyrody, wyglądający w jej kontekście groteskowo z całym tym ekwipunkiem i ubraniem. Ja - człowiek, odrzucający zwykle na tył głowy myśl o tym, że jest częścią natury, a jednocześnie pasujący do niej, witany jak zabłąkane dziecko, nie będący poddawany przez nią ocenie.
Wszystkie te odczucia są dla mnie ważne i towarzyszą mi przy praktycznie każdej wyprawie, czasem bardziej, czasem mniej.
2.3 MINUSY
Jeśli złapie się bakcyla, można się na prawdę uzależnić - od wycieczek, planowania tras, szukania czasu kiedy można jakąś wcisnąć w grafik. Był moment, kiedy miałem przez to spięcia w związku, bo każdą wolną chwilę poświęcałem na szukaniu szczytów i sprawdzaniu prognozy pogody.
Inna kwestia to traktowanie wycieczek w góry jak ucieczek od problemów. Jak wspominałem, świetnie działają one na psychikę, ale jeśli używa się ich jako tłumików, to nie zdadzą na dłuższą metę egzaminu i nie poczujemy się dzięki nim lepiej.
Z innych kwestii dochodzi również możliwość odniesienia kontuzji (jak przy każdej aktywności), pieniądze, które trzeba wydać (sprzęt jest w miarę tani i służy długo, ale benzyna niestety swoje kosztuje) oraz czas, który trzeba poświęcić na wyprawę (dojazd i powrót). Czy jest jednak warto? Jak najbardziej tak.
--------
Przepraszam wszystkich, którzy liczyli w tym wpisie na konkrety, ale chciałem zacząć tę serię należycie. Od następnego postu postaram się już o coraz więcej konkretów, a zacznę od małej kwestii związanej z górskim savoir-vivre.
@Sweet_acc_pr0sa Zazdroszczę! Moim marzeniem jest kupno małego domku lub gruntu pod domek w górach i jestem pewien, że w końcu je zrealizuję. Myślę, że postawię na Gorce.
Przyjemność dobrze oczywiście dzielić z kimś, mi też smakuje wtedy najlepiej, ale z braku laku dobry i kit, i samemu też udało mi się jej zaczerpnąć (niestety nie jest wtedy tak intensywna).
W tym wpisie o filmie, który wziął mnie z zaskoczenia. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Room
Reżyseria: Lenny Abrahamson
Moja ocena: 4/5
Dla małego chłopca pokój, w którym żyje wraz ze swoją mamą, jest całym światem. Odwiedza ich tylko jeden człowiek, przed którym dziecko musi chować się do szafy. Świat chłopca zmieni się, gdy pozna prawdę o otaczającej go rzeczywistości w desperackiej próbie walki o wolność.
Przed obejrzeniem tego filmu znałem mniej więcej jego fabułę, ale i tak nie byłem przygotowany na to, co zostało mi zaserwowane. Jest to kino mocne, precyzyjne, nie pozostawia obojętnym. Porusza ciężkie kwestie walki z traumą i ponownego odbudowania własnego "ja", a wszystko to pokazane jest trochę z perspektywy dziecka. Świetna Brie Larson, fenomenalny Jacob Tremblay. Polecam wszystkim, którzy są gotowi się wzruszyć.
@Piechur Pomyślcie że bywały przypadki więzienia tak kobiety i kilku dzieci powstałych w skutek wieloletnich gwałtów i to nie że chowali się w szafie ale klepali się na widoku.
@Kondziu5 Dokładnie - słynna sprawa Fritzla, czy kilka podobnych z własnego podwórka. Nie do pomyślenia do czego są zdolni niektórzy ludzie, a jeszcze bardziej to, że często ciężko ich rozpoznać (czy może sami ignorujemy różne znaki).
W tym #piechurwedruje dość nietypowo, bo zamiast o górach będzie o trasie nad morzem.
---------
Jezioro: Sarbsko (Wybrzeże Słowińskie)
Data: 24 marca 2023 (piątek)
Staty: 25km, 4h30, 75m przewyższeń
W marcu pojechaliśmy z żoną i córką na krótki urlop nad morze w poszukiwaniu jodu. Wybór padł na Łebę, w której niestety nie było w tym czasie zbyt wiele do roboty - było wietrznie, mroźno i deszczowo, a większość atrakcji była pozamykana poza sezonem.
Na szczęście - przyjechałem przygotowany. Już przed wyjazdem zetrknąłem na okoliczne szlaki celem znalezienia fajnej trasy, a wybór padł ostatecznie na pętlę Sarbską. W jeden z ładniejszych wieczorów uśpiłem córę i ruszyłem w drogę.
Z miejsca, w którym się zatrzymaliśmy, musiałem przejść jakieś 2km zanim dotarłem do lasu, a po kolejnym kilometrze wkroczyłem już na teren rezerwatu Mierzei Sarbskiej. Prowadził tamtędy niebieski szlak. Szło się bezproblemowo, bo (jak to nad morzem) przewyższenia były niewielkie. Trochę dziwnie chodziło mi się z początku po piaszczystym podłożu, ale szybko się przyzwyczaiłem. Dodatkowo, przez cały odcinek w rezerwacie słychać było szum morza, co było całkiem przyjemne.
Wizualnie nie było jednak zbyt ciekawie - wygląda na to, że takie nocne wycieczki bardziej pasują mi w górzystym terenie, tutaj nie potrafiłem znaleźć jakiegoś interesującego punktu zaczepienia. W dzień kolory były przepiękne i jednak mi ich brakowało.
Największą różnicą między moimi nocnymi wyprawami w góry a tą było jednak przenikające mnie do kości uczucie niepokoju. Nie wiem czemu, ale towarzyszyło mi całą drogę. Może było spowodowane obecnością na "nie swoim" terenie, a może informacją o tym, że niedługo przed naszym przyjazdem wyciągnięto z portu ciało wilka, o czym wspomniała nam właścicielka wynajmowanego apartamentu. Niezależnie od przyczyny byłem spięty i lekko zdenerwowany.
Niedaleko końca rezerwatu skręciłem w stronę morza i doszedłem na plażę. Księżyc świecił jasno, w oddali było widać światła kilku statków oraz falochronu w Łebie. Fajny klimat. Odwróciłem się i poszedłem w kierunku wyjścia. Po drodze przez ścieżkę przebiegł mi chyba zając, czym podrażnił moje i tak naderwane nerwy.
Opuszczając samą mierzeję zobaczyłem w oddali grupkę patrzących na mnie oczu i zacząłem wkręcać sobie, że to wilki. W tym momencie rozległ się głośny alarm z mojej kieszeni - telefon musiał się jakoś odblokować i włączyć sygnał SOS. Prawie dostałem zawału, ciśnienie tysiąc.
Dalsza część drogi do Łeby prowadziła głównie asfaltem, chociaż tam, gdzie się dało, skręcałem w szlak prowadzący przy jeziorze. Nie było mi go jednak dane zobaczyć ani razu, poza małym kawałkiem widocznym z Nowęcina. Ta trasa była raczej nieciekawa i jeśli miałbym kiedyś iść tamtędy ponownie, to wracałbym tak jak przyszedłem, czyli rezerwatem.
Chwilę po północy byłem już z powrotem w Łebie. Ogólnie oceniam całą wyprawę jako średnio ciekawą (mimo, iż emocji nie brakowało) i żałuję, że nie udało mi się jej przejść w dzień - myślę, że miałaby wtedy znacznie więcej uroku.
Motyw ze świecącymi oczami w mroku miałem w Bieszczadach. Z tą różnicą,że tych połyskujących w świetle latarki par oczu było kilkanaście. Akurat schodziliśmy z odcinka 25 km późnym wieczorem i było naprawdę ciemno. Tempo pod koniec mieliśmy naprawdę niezłe. Już nie mówiąc o tym,że mózg w ciemnościach płata nam figle i w cieniach/konturach drzew dostrzegamy sylwetki postaci. Także wiem o czym mówisz.
@Rmbajlo Do oczu jestem przyzwyczajony, zwykle to sarny, ale ten nocy było jakoś inaczej.
W Bieszczadach to pozdro 600 i krzyżyk na drogę xD Ja bym już pewnie nagrywał film pożegnalny. Kolega ma tam rodzinę i mi czasem podeśle co wilczki potrafią zostawić z przydomowych piesków.
Znalazłem chwilę czasu i postanowiłem napisać dzisiaj o filmie, który widziałem już jakiś czas temu, a zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Zapraszam do komentowania w dzisiejszym #piechuroglada
----------
Tytuł: La Haine (Nienawiść)
Reżyseria: Mathieu Kassovitz
Moja ocena: 4.5/5
Trójka niecodziennych przyjaciół przemierza paryskie blokowiska i ulice. W tle trwają starcia policji z imigrancką młodzieżą wywołane brutalnym pobiciem młodego chłopaka przez stróżów prawa. W trakcie jednego dnia wydarzy się bardzo wiele, a życie naszych bohaterów zmieni się bezpowrotnie.
Uwielbiam ten film, jego klimat, świetne zdjęcia i genialny montaż, fantastyczną grę, ostro zarysowane postacie, niebanalną historię, oraz poczucie humoru, które od czasu do czasu dodaje nieco koloru w tym smutnym, czarno-białym świecie. Fabuła nie każdemu musi podejść i można mieć niemały problem z utożsamieniem się z bohaterami, którym dużo brakuje do nieskazitelnych. Ja jednak się w tym filmie zanurzyłem, pozwoliłem by mnie oblepił, wlał się do głowy. Nie żałuję. Polecam Nienawiść tym, którzy kochają kino.
W tym krótkim wpisie opowiem o trasie na Leskowiec, którą przeszedłem w zeszłym roku. Zachęcam do czytania i obserwowania mojego tagu #piechurwedruje
---------
Szczyt: Leskowiec (Beskid Mały)
Data: 3 maja 2022 (czwartek)
Staty: 10.5km, 3h45, 450m przewyższeń
Od nastania wiosny czekałem na odpowiednie warunki, żeby wziąć moją (wtedy) dwulatkę na pierwszą wycieczkę w góry w sezonie. Niestety, albo pogoda nie dopisywała, albo córa była chora. Los uśmiechnął się do mnie w końcu w dniu Święta Konstytucji.
Razem z tatą i Myszą zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy w drogę. Podczas jazdy w kilku miejscach trafiliśmy na obfite ulewy i zacząłem się zastanawiać, czy nie powinniśmy jednak zawrócić. Ostatecznie po ponownym sprawdzeniu radarów burzowych postanowiliśmy, że zaryzykujemy, co okazało się być dobrą decyzją - na miejscu było sucho i pomimo chmur w miarę pogodnie.
Zaparkowaliśmy w miejscowości Targoszów, zapakowałem młodą do nosidła i ruszyliśmy w stronę żółtego szlaku. Po jakimś kilometrze asfaltowej drogi wkroczyliśmy w końcu do lasu. Ścieżka była szeroka, płaska, w sam raz na leniwy spacerek. Córa miała dobry humor, śpiewaliśmy razem, próbowaliśmy odnaleźć stukającego w drzewo dzięcioła, rozglądaliśmy się za świergoczącymi ptaszkami. Do samego szczytu minęliśmy może cztery osoby.
Na samym Leskowcu ludzi było już dużo. Zrobiliśmy tam dłuższą przerwę - chodziło głównie o to, żeby Mysz mogła rozprostować trochę nóżki. Poszukaliśmy patyków, porzuciliśmy kamieniami, była zadowolona. Szczyt był niezalesiony i można z niego było podziwiać okoliczne widoki.
Niedaleko było też duże schronisko, do którego zeszliśmy, żeby zjeść szarlotkę. Na tym odcinku jak i w samym budynku panował już istny tłok. Nie wiem, który ze szlaków prowadzących do tego miejsca cieszył się aż taką popularnością, ponieważ tym, który wybraliśmy my, szło raczej mało turystów.
Tak samo było w drodze powrotnej. Wróciliśmy na Leskowiec, z którego zaczęliśmy schodzić czerwonym szlakiem. Nad Przełęczą Beskidek odbiliśmy w czerwoną ścieżkę dydaktyczną, którą dotarliśmy z powrotem do Targoszowa. Po drodze córa zasnęła w nosidle, uśpiona rytmicznym bujaniem, a tata wykorzystał okazję i zanurzył stopy w płynącym przy ścieżce potoku.
Największą atrakcją z całej wycieczki - z punktu widzenia mojej małej - była chwila przed odjazdem, którą przeznaczyliśmy na wrzucanie kamyków do położonej obok rzeczki. W ten oto sposób każdy wrócił do domu zadowolony.
@Piechur ale nostalgłam, jeden z pierwszych zdobytych szczytów, wieeeeeele lat temu.
Też byłam takim szkrabem, może nieco starszym. Schronisko wtedy inaczej wyglądało, nie było też kapilicy na Groniu która w dużej mierze przyciąga turystów i pielgrzymów.
Najwięcej osób wychodzi z Rzyk, bo trasa to tylko kilka kilometrów i jest relatywnie łatwa
@ciszej No proszę Takie wspomnienia są bezcenne i często kluczowe w kształtowaniu pasji do gór. Dzięki za wyjaśnienie odnośnie trasy Jesteś z okolic czy po prostu byłaś na jakimś wakacyjnym wyjeździe?
Dzisiaj o filmie, który miał przywrócić światu Cage'a. Czy się udało? Zachęcam do czytania kolejnego wpisu w #piechuroglada
----------
Tytuł: Pig
Reżyseria: Michael Sarnoski
Moja ocena: 3/5
Żyjącemu na odludziu mężczyźnie zostaje ukradziona świnia pomagającą mu w odnajdywaniu trufli. Podejmuje on misję jej odnalezienia, w trakcie której zarówno on, jak i ludzie, których napotka, będą musieli zmierzyć się z przeszłością.
Oglądając początek filmu trudno nie było mi zauważyć uderzających podobieństw do Johna Wicka. I w sumie ten film trochę jest Wickiem, ale zamiast broni bohater walczy swoim bezkompromisowym uporem w osiągnięciu celu i znajomością ludzi. Nie zobaczycie tu szybkiej akcji ani skomplikowanej choreografii, byłyby tu nie na miejscu. Dobrze było zobaczyć Cage'a w takiej roli, wygląda jakby przez miesiąc ciągnięto go za autem po lesie, jest zmęczony, wypełniony bólem, który w sobie dusi, ale mimo to coś mi w nim nie pasowało, jak i w całym filmie. Jakby ktoś próbował mnie oszukać. Nie potrafię tego lepiej ująć w słowa. Polecam tym, którzy lubią trufle.
@tmg On nie był tam zły, tylko kurczę czegoś mi brakowało do szczęścia. Możliwe, że się czepiam, bo nigdy za nim do końca nie przepadałem (poza kilkoma rolami). Musiałby się ktoś jeszcze wypowiedzieć.
W tym wpisie opowiem o urodzinowej wyprawie, którą zorganizowałem dla mojego taty. Polecam ją tym, którzy po Tatrach jeszcze nie chodzili, ale chcieliby zacząć. Zapraszam na #piechurwedruje
---------
Szczyt: Sarnia Skała (Tatry)
Data: 9 września 2021 (czwartek)
Staty: 18km, 6h15, 1.135m przewyższeń
Trasę rozpoczęliśmy ok. 6:00 z parkingu przy dolinie Strążyska. Należy w tym miejscu pamiętać o konieczności wcześniejszej rezerwacji miejsca postojowego przez Internet. Drogą pod Reglami (czarny szlak) ruszyliśmy w stronę Gronika. Była raczej płaska i spacerowa, w sam raz na rozruszanie się.
Pomimo tego, że w ostatnich dniach pogoda była względnie ciepła, to powietrze okazało się przenikliwie zimne (jak to w górach). Skręciliśmy żółtym szlakiem w stronę doliny Małej Łąki. Tam było jeszcze chłodniej i w końcu zdecydowałem się założyć czapkę. Trasa w dalszym ciągu nie była wymagająca, szło się przyjemnie. Słońce delikatnie lizało już wierzchołki gór, a płynący potok szumiał kojąco.
Po niecałych dwóch godzinach dotarliśmy na Wielką Polanę Małołącką. Zrobiła na nas wrażenie: otoczona wysokimi szczytami, pokryta jeszcze szronem, powoli wypełnianiała się ciepłymi promieniami wschodzącego słońca. Zrobiliśmy krótką przerwę na posiłek i ciepłą herbatę, a następnie czarnym szlakiem skierowaliśmy się do przełęczy w Grzybowcu.
Odcinek ten był krótki, więc w miarę szybko dotarliśmy na miejsce. Rozebraliśmy się trochę, bo zaczęło się robić ciepło, i zaczęliśmy schodzić czerwonym szlakiem do polany Strążyska. Kameralny klimat wyprawy, który do tej pory nam towarzyszył, zmienił się momentalnie i zaczęliśmy mijać tabuny innych turystów, idących w przeciwną niż my stronę. Otóż czerwony szlak jest jednym z najpopularniejszych jeśli chodzi o zdobywanie Giewontu, który stał się swego rodzaju mekką niemal każdego mieszkańca kraju nad Wisłą. Latem ludzie potrafią stać w kolejce 3h, a czasem nawet dłużej, żeby na niego wejść, co jest dla mnie zwyczajnie niepojęte.
Droga w dół prowadziła po dużych kamieniach, odpowiednie górskie obuwie z twardą, grubą podeszwą jest tu wskazane. Od czasu do czasu słońce przebijało przez gałęzie migocząc w płynącym obok strumyku.
Byliśmy już praktycznie obok polany, gdy tata zorientował się, że zapomniał wziąć z przełęczy swoich kijków. Rozpoczęliśmy powrotną wspinaczkę, ale na miejscu okazało się, że ktoś już się nimi poczęstował.
Zeszliśmy ponownie do polany Strążyska, gdzie panował istny harmider - rodziny z dziećmi, wycieczki szkolne, masa turystów wszelkiego rodzaju. Obejrzeliśmy leżąca niedaleko skałę Sfinks, za którą wznosił się majestatycznie Giewont, usiedliśmy na chwilę, po czym skierowaliśmy się w stronę wodospadu Siklawica, do którego trzeba odbić żółtym szlakiem. Jest to krótki kawałek, idzie się szybko. Uważam, że warto się przejść, zwłaszcza, że w Polsce nie ma zbyt wiele tego typu miejsc.
Obejrzeliśmy wodospad, przemyliśmy dłonie i twarze w lodowatej górskiej wodzie i wróciliśmy na polanę, skąd czarnym szlakiem rozpoczęliśmy wspinaczkę na Sarnią Skałę. Szło się niecałą godzinę, ale można było się zmęczyć - trasa wyłożona była dużymi głazami, które układały się w stopnie, zmuszając do dużych kroków. Czy była jednak trudna? Według mnie absolutnie nie i to samo myślała zapewne grupka dzieciaków, która brykała po kamieniach niczym górskie kozice pod czujnym okiem przewodnika.
Podejście pod sam szczyt było odsłonięte i strome, szło się już po samej skale i czasami trzeba było się jej dobrze przytrzymać. Łańcuchów chyba nie było, nie pamiętam. Na szczycie masa ludzi, z których każdy chciał wykorzystać dobre warunki pogodowe. I teraz znowu coś o Giewoncie - zawsze myślałem, że to taka tam górka, na którą każdy z rodziną może wyjść po niedzielnym kotlecie. Otóż będąc na szczycie Sarniej Skały zdałem sobie dopiero sprawę z jego rozmiarów i zdecydowanie nie jest jakąś górką, ale dużym górzyskiem.
Na Sarniej zabawiliśmy nieco dłuższą chwilę, bo widoki były wspaniałe. Powspinaliśmy się nieco na trochę bardziej eksponowane fragmenty, nie przesadzając jednak z brawurą. W końcu jednak uznaliśmy, że czas już schodzić i skierowaliśmy się do Czerwonej Przełęczy, z której czarnym szlakiem odbijającym później w żółty udaliśmy się do doliny Białego.
Po drodze można zobaczyć Sarni Wodospad, przy którym zgodnie z tradycją, o której do tej pory nie wspominałem, zanurzyliśmy nogi w zimnym strumieniu (robimy to przy praktycznie każdej wycieczce). Dalsza część trasy przebiegła bez problemów, chociaż momentami zaczynałem już czuć nieprzyjemny ucisk w kolanach. Słońce świeciło wysoko, strome zbocza okalały szlak, obok wartko płynął potok.
Tak właśnie doszliśmy do wejścia do doliny Białego, skąd drogą pod Reglami trafiliśmy na parking przy dolinie Strążyska, gdzie czekało na nas auto. Po drodze można było odbić jeszcze niebieskim szlakiem do jaskini Dziura, co miałem w początkowych planach, jednak przez wcześniejszą akcję z kijkami nie mieliśmy już czasu, aby do niej podejść.
Ogólnie wypad udał się znakomicie i obydwoje byliśmy usatysfakcjonowani. Pogoda na prawdę dopisała, a nasza potrzeba chodzenia została zaspokojona. Sarnią Skałę polecam, ponieważ jest to szczyt w zasięgu prawie każdego (babci bym już tam nie brał, chociaż schodząc doliną Białego mijaliśmy jakąś odważną seniorkę).
Krótka przerwa w robocie, także wrzucam kolejny wpis w #piechuroglada Dajcie znać co Wy myślicie o tej komedii.
----------
Tytuł: Groundhog Day
Reżyseria: Harold Ramis
Moja ocena: 3.5/5
Cyniczny i nieco znudzony swoją pracą prezenter pogody jedzie do małego miasteczka, by jak co roku zdać relację z miejscowego święta - tytułowego Dnia Świstaka. Wbrew przedstawianej przez siebie prognozie zostaje zatrzymany w miasteczku przez gwałtowną śnieżną burzę. Wkrótce przekona się, że przyjdzie mu pozostać w nim na znacznie, znacznie dłużej.
Lubię ten film: jest lekki, przyjemny, nie ma w nim nic na siłę. Gra aktorska też jest niewymuszona, na pełnym luzie. W kategorii komedii romantycznych zdecydowanie w moim top i jeśli różowa ma akurat ochotę na tego typu gatunek, to zdecydowanie wolę tę produkcję od Wpadek, Brzydkich Prawd czy innych Planet Singli. Jedyny minus tego filmu to wręcz ohydne oryginalne plakaty, które (ironicznie) przez długi czas skutecznie zniechęcały mnie przed jego obejrzeniem. Polecam na chłodne wieczory spędzane pod kocem z kubkiem kakao.
@radidadi Ponoć początkowo rozważano, aby przeanalizować również ciemniejsze strony natury ludzkiej i pójść w nieco mroczniejszą stronę (morderstwa, gwałty). Nie mam na to źródła, więc może to być równie dobrze urban legend związany z filmem, tak czy siak dobrze, że film wygląda tak jak wygląda
Za oknem jesień, także dzisiaj o krótkiej jesiennej wyprawie w nowym #piechurwedruje
---------
Szczyt: Potrójna (Beskid Mały)
Data: 16 października 2021 (sobota)
Staty: 15.5km, 4h, 630m przewyższeń
Podczas corocznego wyjazdu resetującego w gronie bliskich znajomych zapadła decyzja o konieczności zrobienia czegoś innego niż konsumpcja alkoholu i pochłanianie kilogramów różnego rodzaju mięsiw z grilla. W ramach detoksu postanowiliśmy wybrać się więc w okalające naszą siedzibę góry.
Chłodnego, jesiennego poranka pozbieraliśmy porozrzucane po podłodze myśli i ruszyliśmy na leżący w niewielkiej odległości czarny szlak. Orszak bladych, wymęczonych i pomiętych mieszczuchów ruszył chwiejnie wąska drogą, będąc smutnym obiektem szczeknięć okolicznych Burków.
Dość szybko asfalt zmienił się w błoto usłane opadniętymi z drzew liśćmi. Wkroczyliśmy w las, gdzie rześkie powietrze powoli zaczęło przywracać nam zarówno kolory jak i kształty czegoś, co z dużej odległości mogłoby łudząco przypominać ludzi. Trasa była raczej niewymagająca, także człapiąc niespiesznie bez większych problemów zdobywaliśmy wysokość.
Tak dotarliśmy do przełęczy Kocierskiej, z której odbiliśmy na czerwony szlak w stronę Potrójnej. Tu zaczęliśmy dostrzegać już piękno otaczającego nas świata - wściekłe żółcie i pomarańcze atakowały nas z każdej strony. Teren przez długi czas był płaski i szło się przyjemnie. Odzyskiwaliśmy nie tylko siły, ale co gorsza wiarę w to, że odzyskaliśmy je zupełnie. Ta ułuda miała później zebrać swoje żniwo.
Wychodząc z lasu dotarliśmy w końcu do szczytu, na który tak na prawdę składają się trzy mniejsze wierzchołki - stąd też nazwa Potrójna. Na oddalonym niedaleko wzniesieniu dostępny był punkt widokowy, także skierowaliśmy się w jego kierunku. Niektórzy z nas poczuli się na tyle pewnie, że postanowili się do niego ścigać. Nieszczęśnicy zostali za to ukarani przez los i niedługo później błąkali się po krzakach niczym duchy, bladzi, o podkrążonych oczach i szamoczących się żołądkach.
Widoków było tyle co na lekarstwo. Niebo pokryte chmurami hamowało dostęp promieni słonecznych, także ogólne wrażenia były raczej ponure. Nieusatysfakcjonowani, ruszyliśmy w stronę widocznej ze szlaku chatki prowadzonej przez bardzo miłe małżeństwo, w której zregenerowaliśmy się kilkoma łykami gorącej herbaty. O dziwo, była też dostępna pieczątka.
Nie zabawiliśmy tam długo, ponieważ nasze brzuchy w sposób zdecydowany zaczęły domagać się napełnienia. Nie tracąc czasu skierowaliśmy się w stronę przełęczy, a stamtąd udaliśmy się do imponującego i okazałego zajazdu, w którym liczyliśmy zdobyć jakąś (jakąkolwiek) strawę. Jakie było nasze rozczarowanie, gdy okazało się, że jest on zamknięty dla zewnętrznych gości ze względu na odbywające się wewnątrz wesele.
Zrezygnowani i głodni wyruszyliśmy w drogę powrotną do naszej rezydencji, wracając dokładnie tą samą trasą, którą wcześniej z takim poświęceniem i mozołem pięliśmy się w górę. Droga ta pochłonęła swoje ofiary, ciężkie to były chwile, ale mimo wszystko uważam, że warto było się wybrać.
W Bangkoku, w kryminalnym półświatku przemytników narkotykowych, dochodzi do zabójstwa syna szefowej podziemnej szajki. Do odnalezienia jego morderców wyznacza ona swojego drugiego syna.
Szczerze, to nie jestem pewien, czy dobrze streściłem początek fabuły. Film ten jest idealnym wręcz przykładem "style over substance". Poszedłem na niego do kina zachęcony poprzednim obrazem reżysera (Drive), ale rozczarowałem się okrutnie. Drewniany Gosling, przekombinowane metafory, zbyt długie ujęcia (ja rozumiem slow burn, ale litości). Momentami sceny były tak idiotyczne, że sala parskała śmiechem, a wątpię, żeby był to celowy zabieg reżyserski. Poza tym film jest ładny. Polecam tym, którzy lubią patrzeć na fajną zabawę światłem i kontrastem, potrafiąc zignorować całą resztę, która rozgrywa się na ekranie.
Kolejny dzień - kolejny post w #piechurwedruje Zachęcam do czytania i obserwowania.
---------
Szczyt: Szczebel (Beskid Wyspowy)
Data: 26 stycznia 2023 (czwartek)
Staty: 12km, 4h, 670m przewyższeń
Był koniec stycznia, a w mieście cały śnieg już stopniał. Nosiło nas z tatą niemiłosiernie, także podjęliśmy dość szybką decyzję, żeby wyskoczyć na którąś z pobliskich górek i tam poszukać białego puchu.
Padło na Szczebel, szczyt znajdujący się niedaleko Lubnia i Mszany Dolnej. Po uśpieniu córeczki przebrałem się w swój zimowy zestaw, wziąłem plecak i pojechałem po tatę.
Zaparkowaliśmy w Lubniu na przykościelnym parkingu i po wstępnych przygotowaniach (założenie czapek, rękawiczek, czołówek, stuptutów) ruszyliśmy czarnym szlakiem w stronę szczytu. Początkowe 1.5km trzeba było przejść drogą asfaltową i tu bardzo przydały się kijki, bo kilka razy prawie wywinęliśmy orła na oblodzonej miejscami nawierzchni.
Asfalt zmienił się w końcu w leśną drogę. Niestety, była rozjeżdżona przez traktory, a śnieg na tej wysokości zaczął już topnieć, więc przez jakiś czas kluczyliśmy próbując nie utknąć w błocie.
W końcu doszliśmy do miejsca, w którym mróz ładnie trzymał podłoże i chodzenie zrobiło się przyjemniejsze. Podejście momentami było bardziej nachylone, a droga usiana licznymi kamieniami, do pełni szczęścia brakowało nam większej ilości śniegu. Na szczęście już niedługo mieliśmy go pod dostatkiem. Pełno było go zarówno na drzewach, których gałęzie uginały się pod jego ciężarem, jak i na drodze, gdzie skrzypiał pod butami. Szło się znakomicie.
Warto wspomnieć, że na tej trasie można zobaczyć małą jaskinię, nazwaną Zimna Dziura. Nazwa była jak najbardziej adekwatna, zwłaszcza biorąc pod uwagę warunki, w jakich ją odwiedziliśmy.
Szliśmy dalej i już niedługo minęliśmy Mały Szczebel, a następnie dotarliśmy na sam Szczebel. Było po prostu bajkowo, śnieg wspaniałe skrzył się w świetle latarek, gałęzie oblepione były kryształkami lodu. Na szczycie zrobiliśmy krótką przerwę na gorącą herbatę. Jest tam dość dużo miejsca, są ławeczki i można z niego podziwiać widoki na okolicę. Ciekawym elementem była flaga Polski, która całkowicie zamarzła i ocierając się o maszt wydawała dość upiorne dźwięki.
Po tej chwili przerwy ruszyliśmy w drogę powrotną, jednak aby nieco ją sobie urozmaicić postanowiliśmy nie wracać szlakiem, a zboczyć z niego i podążając trochę leśnymi dróżkami, a trochę na dziko, odwiedzić inne okoliczne szczyty oznaczone na mapie: Czechówkę, Mały Groń i Działek. Nie ma na nich nic interesującego, ale przynajmniej droga była ciekawsza, zwłaszcza, że momentami przedzieraliśmy się przez zupełnie nieuczęszczane rejony, obserwując na śniegu ślady łapek leśnych mieszkańców.
W końcu dotarliśmy do asfaltowej drogi i o północy byliśmy już przy samochodzie. Wyprawa była super i dostaliśmy dokładnie to, czego oczekiwaliśmy. Dodatkowo dla mojego taty była to również wycieczka lekko sentymentalna, ponieważ kilkadziesiąt lat wcześniej tą samą trasą szedł ze swoją mamą, a moją babcią (do której zresztą zadzwoniliśmy ze szczytu).
Zgodnie z wczorajszą zapowiedzią dzisiaj o wypadzie na Skrzyczne. Jak zawsze zapraszam do czytania i śledzenia tagu #piechurwedruje
---------
Szczyt: Skrzyczne (Beskid Śląski)
Data: 24 czerwiec 2020 (środa)
Staty: 11km, 4h, 780m przewyższeń
Na wycieczkę wybrałem się z kuzynem, jego żoną i kolegą w celu zdobycia kolejnego szczytu liczonego do #koronagorpolski. Zdecydowaliśmy się rozpocząć wyprawę wieczorem tak, aby w górach móc podziwiać zachód słońca.
Rozpoczęliśmy w Szczyrku i zielonym szlakiem poszliśmy w stronę Becyrku. Ta część drogi była raczej łagodna. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi i jego pomarańczowa tarcza migała nam między drzewami.
Niedaleko za Becyrkiem zdecydowaliśmy się na krótki odpoczynek, zatrzymując się w miejscu, gdzie drzewa były przerzedzone i był dostępny ładny widok na okoliczne góry. Kolega moich kuzynów wykazał się eksperckim wręcz przygotowaniem i wziął ze sobą kuchenkę turystyczną, garnek, kilka kubków i dwie butelki grzańca. W takich oto miłych okolicznościach pożegnaliśmy się ze słońcem. Co prawda, nie było nam dane dobrze go zobaczyć, ponieważ naokoło zbierała się mgła, ale niebo i tak wyglądało pięknie.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. Ten odcinek na Skrzyczne był już nieco bardziej nachylony, a ja zacząłem żałować, że wypiłem alkohol, czego zwykle jednak nie robię - wpłynął on negatywnie na wcześniej osiągniętą równowagę oddechowo-ruchową.
Naokoło zapanował mrok, więc włączyliśmy czołówki. Zrobiło się całkiem ciekawie i dalsza droga minęła szybko. Doszliśmy do górnej stacji wyciągu narciarskiego, która jest tuż przy samym szczycie. Jest przy niej dostępna platforma widokowa, z której rozpościera się widok na okolicę.
Niedaleko jest również schronisko PTTK, do którego udaliśmy się po pieczątki i na krótki odpoczynek. Było ono otwarte, można było wejść do środka i skorzystać z łazienki. Pieczątka czekała na zewnątrz, o czym poinformował nas jeden z rezydentów.
Po zjedzeniu kanapek zapadła decyzja o powrocie, tak więc rozpoczęliśmy schodzenie do Szczyrku. Dla odmiany wybraliśmy niebieski szlak i już niebawem byliśmy na polanie Jaworzyna. Teren jest często odsłonięty, ponieważ zbocze oferuje kilka tras narciarskich.
Tuż za polaną weszliśmy w gęstą mgłę, w której brodziliśmy aż na dam dół. Była to zdecydowanie najbardziej klimatyczna część wycieczki. Minusem takich warunków jest to, że światło własnej latarki odbija się w drobinkach wody zaraz przed twarzą, co utrudnia widzenie. Dobrze wtedy przypiąć latarkę do paska od plecaka na klatce piersiowej (jeśli się taki ma) i skierować ją w dół, lub nieść ją po prostu w ręce. Można oczywiście dalej mieć ją na głowie, co kto woli.
W końcu dotarliśmy z powrotem do Szczyrku i na miejsce, w którym zaparkowaliśmy, musieliśmy już dojść chodnikiem. Całą wyprawę wspominam miło i planuję powrócić na Skrzyczne, ale tym razem dla odmiany w zimie.
Na tapecie film, który obejrzałem wczoraj do piwka i chrupek. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: The Equalizer
Reżyseria: Antoine Fuqua
Moja ocena: 2.5/5
Charyzmatyczny manager marketu budowlanego wiedzie spokojne życie, pomagając otaczającym go osobom. Jedna sytuacja sprawia, że decyduje się wykorzystać umiejętności ze skrywanej przed wszystkimi przeszłości. Uruchamia tym samym reakcję łańcuchową zdarzeń, przez którą przyjdzie mu się zmierzyć z siłami rosyjskiej mafii.
Film ani grzeje, ani chłodzi. Na wieczorny seans odmóżdżający był jak sądzę ok, jednak nie byłem w stanie zignorować tych wszystkich banałów, które aż kłuły w oczy: starszy charyzmatyczny bohater, skrywający mroczną przeszłość, biorący w opiekę bezbronną, delikatną dziewczynę, walczący z tymi innymi złymi mężczyznami uciskającymi biedną mniejszość. Krótko mówiąc fantazje o byciu rycerzem. Denzel Washington gra (jak zwykle) Denzela Washingtona. Sceny walki, których wcale nie ma tak dużo, pocięte na kawałki aby ukryć kiepską choreografię albo jej wykonanie. Szybko nudzą też spowolnienia przed walką, powodując tylko uniesienie brwi i myśl: "Znowu?". Do mnie jakoś nie trafił, mimo że np. ubawiłem się na pierwszym Wicku. Polecam tym, którzy lubią filmy w stylu Taken i nie szukają angażującego kina, a jedynie lekkiego filmu, który może lecieć jako tło do innych zajęć.
@bucz Dokładnie. Zawsze ta sama gra, tylko w innym filmie. Normalnie niespecjalnie za nim przepadam z tego względu, chociaż np. w Locie (Flight) pasował ideolo.
Na tagu #piechurwedruje pojawiło się już 6 wpisów, także pomyślałem, że zrobię małe podsumowanie w ramach #poradnikpiechura
Uważam, że z każdego wydarzenia można wyciągnąć jakieś wnioski i mimo, że najlepiej uczymy się na własnych błędach, czasem możemy ich uniknąć albo zminimalizować ich negatywny efekt korzystając z doświadczeń innych. Tak więc - zaczynamy!
---------
1. Wpis: Kudłoń, Kiczora, Gorc
Wnioski:
Przy wschodach słońca bufor czasowy jest wskazany, jednak warto go uzależnić od panujących warunków (pora roku, pogoda, trasa).
Zdarza się, że szlak nagle skręca i opuszcza "główną" leśną drogę - łatwo to przegapić, dlatego warto co jakiś czas rozglądać się za znakami i sprawdzać swoją lokalizację na GPS.
2. Wpis: Gorc
Wnioski:
Wyprawy w zimie, nie tylko połączone z opadami śniegu, zwykle trwają dłużej, niż pokazują to mapy.
Na zimowe wyprawy warto zaopatrzyć się w dodatkowe formy ochrony przed zimnem - grube rękawice, kominiarka, dodatkowe okrycie - i nosić je ze sobą na wszelki wypadek.
Wiatr, zimno i brodzenie w głębokim śniegu bardzo wyczerpują organizm i szybko pozbawiają sił.
Jeśli spodziewamy się iść nie przetartą trasą, gdzie może być głęboki, sypki śnieg, warto zaopatrzyć się w rakiety śnieżne (można je wypożyczyć).
3. Wpis: Babia Góra
Wnioski:
Warunki prognozowane mogą różnić się od faktycznych - można liczyć na lepsze, a być przygotowanym na gorsze.
Czas buforowy przy wschodzie słońca w zimie należy sobie dobrze przemyśleć - czekanie na słońce w mrozie i wietrze, stojąc lub siedząc bez ruchu, mogą dać ostro w kość i nawet doprowadzić do nieszczęścia. Herbata, pianka do siedzenia, koc termiczny, dodatkowe ciepłe okrycie to podstawa.
4. Wpis: Lubomir
Wnioski:
Idąc w góry z dziećmi trasa zawsze zajmie dużo dłużej, niż wskazuje na to mapa. Dla dzieci poniżej 4 lat dobrze pomnożyć przewidywany czas przez 2.
Wycieczka z dziećmi zawsze wymaga dużo cierpliwości, częste przystanki to norma. Dobrze jest zrozumieć dziecko, poszukać czegoś małego, czym można je zainteresować, wprowadzić system nagród (nie tylko słodycze, ale np. pieczątki).
Warto wcześniej zorientować się, czy na trasie akurat nie ma jakichś ciekawych wydarzeń regionalnych - zawsze można wtedy lekko zmodyfikować wyprawę tak, żeby w nich uczestniczyć.
W górach dobrze iść swoim tempem, przeforsowanie się na początku będzie mścić się w kolejnych etapach, zwłaszcza przy dłuższych trasach.
Do długich wypraw należy zadbać o odpowiednie naładowanie organizmu zapasem energii - zarówno przed, jak i podczas drogi.
Dobrze prześledzić wcześniej planowaną trasę i zobaczyć, czy w jej pobliżu nie ma jakichś ciekawych rzeczy - można odwiedzić na prawdę ciekawe miejsca.
Jeśli na trasie planuje się odwiedzanie jaskiń, latarki czołowe są obowiązkowe i lepiej ich nie zapomnieć.
6. Wpis: Klapa w drodze na Rysy
Podobnie jak wcześniej - warto iść swoim tempem i się nie przeforsować, oraz zadbać o odpowiedni zapas energetyczny na długą drogę.
Nigdy nie powinno się bagatelizować pogody, zwłaszcza w wysokich górach. Wielu ludzi otarło się o śmierć myśląc, że dadzą radę, a część z nich miała nieszczęście przekonać się, że była to zła decyzja. Szkoda życia, góry nie uciekną.
---------
Na dzisiaj to wszystko - mam nadzieję, że pasuje Wam takie podsumowanie i ktoś wyciągnie z niego coś wartościowego dla siebie. A już jutro zapraszam na wspominki z wieczornego wypadu na Skrzyczne. Pozdrawiam!
Kominiara, czapka i rękawiczki na zapas w zimie potrafią sporo zmienić
Od siebie dorzucam jeszcze powerbank bo zimą, tak jak pisałeś, sprzęty potrafią się szybciej rozładować, a szukanie trasy bez gps jest czasem szalenie męczące.
@ciszej O, bardzo dobre spostrzeżenie, nie wiem czemu nie pomyślałem, żeby dodać - powerbank to konieczność, zwykle noszę 5k mAh + dwa kabelki (tak na wszelki wypadek)
Hej - Czy w postach da się zaklinować swój poprzedni wpis tak, aby nie był widoczny cały URL, a tylko podany przez siebie tekst? Chodzi o to, żeby działał jak odsyłacz. Z góry dzięki za podpowiedzi.
Zapraszam na #piechuroglada- w dzisiejszym wpisie coś z kina duńskiego.
----------
Tytuł: Den Store Badedag (Wspaniały dzień na plaży)
Reżyseria: Stellan Olsson
Moja ocena: 3/5
Wspomnienia narratora dotyczące jego lat dziecięcych spędzonych w Danii w latach 30. ubiegłego wieku. Z perspektywy chłopca poznajemy codzienne życie uboższej części społeczeństwa, interakcji między jego rodzicami, jak i odkrywaniem przez niego własnych pragnień.
Nie mogę powiedzieć, żeby ten film całkowicie mi podszedł, ale był z pewnością ciekawym doświadczeniem. Przewija się w nim grono postaci, z których każda jest dość osobliwa na swój sposób. Pierwsze skrzypce gra oczywiście jowialny ojciec, którego każda akcja i każde słowo zmusza do zastanowienia się - czy ten człowiek jest normalny? Słuchając dialogów i patrząc na rozwój akcji czułem, jakbym oglądał przybyszów z innej planety. Końcowa dekonstrukcja przynosi częściowe catharsis, więc będąc w połowie filmu warto go dokończyć. Polecam wszystkim, którzy chcieliby zmusić swój mózg do lekkiej gimnastyki i zobaczyć coś, co ucieka hollywoodzkiej konwencji.
No to się żona najprawdopodobniej nacięła na scam.
Na FB post z konta koleżanki z pracy, kuzynka sprzedaje nowy sprzęt po okazyjnej cenie. Wymiana wiadomości na msg, decyzja szybko bo inni czekają, żona pyta czy się zgadzam to mówię ok, nie przyglądam się za bardzo, bo do sklepu trzeba jechać. 3k żona przelała, kontakt się urywa, numer koleżanki z pracy zablokowany.
Także moi drodzy uważajcie na oferty w stylu "zbyt piękne, żeby było prawdziwe" i z atmosferą pośpiechu. Niby człowiek świadomy jak to działa, a i tak się można nadziać. Jutro z rana komenda, a dzisiaj reklamacja do banku, może coś się jakimś fartem uda odzyskać.
@jiim O większości dowiedziałem się post factum, na moment podejmowania decyzji wiedziałem tyle, że koleżanka z pracy sprzedaje i czy może kupić. Ale tak czy siak zgadzam się, dałem dupy, mogłem sprawdzić dokładniej.
Dzisiaj o moich tatrzańskich początkach, przecenianiu własnych możliwości oraz niedocenianiu gór i zmienności pogody. Zapraszam do czytania i obserwowania #piechurwedruje
---------
Szczyt: żaden (Tatry)
Data: 15 sierpień 2015 (sobota)
Staty: 25.5km, 9h, 1.280m przewyższeń
Wyjazd był spontaniczny - w przeddzień zadzwonili do mnie koledzy z pytaniem, czy chcę wejść z nimi na Rysy. Pogoda ponoć miała być ok, także chętnie się zgodziłem. Do tamtej pory w Tatrach byłem tylko dwa razy na jakichś krótkich wycieczkach, ale regularnie biegałem, więc pomyślałem, że kondycyjnie powinienem dać radę.
Na parking przy Łysej Polanie dojechaliśmy z samego rana, ale mimo to samochodów było mnóstwo. W tamtym okresie miejsca nie rezerwowało się internetowo jak teraz, więc cieszyliśmy się, że w ogóle udało się zaparkować.
Ruszyliśmy w stronę Morskiego Oka. Jest to dość nużący i irytujący etap, ponieważ przez około 9km trzeba iść po asfalcie. Ten mało przyjemny kawałek pokonaliśmy w miarę szybko. Po drodze minęliśmy Wodogrzmoty Mickiewicza, a część trasy udało się przejść lasem. Były to odcinki, które już pokazywały zasadniczą różnicę między szlakami beskidzkimi, a tymi w Tatrach - wyłożone dużymi głazami zmuszały do podnoszenia nóg wyżej, angażując inne partie mięśni.
Dotarliśmy do schroniska na Morskim Oku i zrobiliśmy regeneracyjną i przygotowawczą przerwę. W międzyczasie niebo powoli zaczęło zachodzić chmurami. Stwierdziliśmy, że nie ma co czekać i ruszyliśmy dalej na Czarny Staw.
Często słyszy się, że pogoda w górach, zwłaszcza wysokich, może się zmienić w krótkim czasie. Wydaje mi się, że mimo świadomości tego faktu często się go jednak bagatelizuje. Niektórzy mają nieszczęście odczuć na własnej skórze, dlaczego nie powinno się tego robić.
Byliśmy w połowie Morskiego Oka, gdy zaczęło padać i grzmieć. Zatrzymaliśmy się, zastanawiając się co robić dalej. Stwierdziliśmy, że jeśli burza skończy się po 10 minutach, to można iść dalej. Niebo zaczęło się rozpogadzać, deszcz ustał, więc ruszyliśmy ponownie.
Właściwe podejście na Czarny Staw daje dobry obraz tego, co czeka przy zdobywaniu Rys. Mimo, że odcinek jest krótki, potrafi nieźle dać w kość. Jest stromo, kroki stawia się wysokie, co czuć w udach. Żeby się zanadto nie zmęczyć wystarczy iść swoim tempem, czego oczywiście nie zrobiłem, starając się hardo dorównać tempa moim kolegom sportowcom.
Przy Czarnym Stawie zrobiliśmy krótką przerwę. Warto się tam zatrzymać, ponieważ widoki są fantastyczne. Sam staw ma piękną barwę, podobnie zresztą jak Morskie Oko. Widać też stamtąd dobrze resztę drogi, jaka czeka na Rysy, i łatwo się zdemotywować obserwując na ścianie po przeciwległej stronie te wszystkie mróweczki wspinające się z mozołem pod ogromną, stromą górę.
Przerwa dobiegła końca, więc ruszyliśmy dalej. Droga brzegiem stawu jest bardzo przyjemna, można poczuć się jak w bajce. Dochodząc do jego końca zaczyna się podejście, które jest długie i męczące.
Pomimo tego, że był już sierpień, dużo topniejącego śniegu zalegało jeszcze na stoku, tworząc sezonowy wodospad. Stwierdziliśmy, że musimy zobaczyć go z bliska, więc zeszliśmy na chwilę ze szlaku. Wtedy uważałem, że było warto, ale nie robiłbym już tego ponownie - przepisy jasno tego zabraniają.
Wróciliśmy na trasę. Pamiętacie, co pisałem wcześniej o pogodzie i ludziach, którzy ją zbagatelizowali? Miałem okazję spotkać wtedy takiego człowieka.
Schodził w towarzystwie ratownika, który niósł na sobie jego przemoczoną kurtkę. Zwrócił moją uwagę, ponieważ podawał rękę każdemu kogo mijał. Przechodząc obok nas również wyciągnął do mnie dłoń - uścisnął moją mocno, bez słowa, patrząc mi w oczy. Chyba nigdy nie zapomnę jego wzroku: intensywny, pełen przerażenia, lekko wręcz obłąkańczy. Burza musiała zastać go niedaleko szczytu, prawdopodobnie już na łańcuchach. Jego oczy były oczami człowieka, który w swoim przekonaniu otarł się o śmierć, a ściskając dłonie innych osób witał życie, z którym z pewnością kilka chwil wcześniej się żegnał.
To spotkanie, jeśli tak można to nazwać, trwało dosłownie chwilę, ale z całej wyprawy zapadło mi najbardziej w pamięć i dosłownie wryło mi się w mózg.
Mimo wszystko, w tamtej chwili, nie rozmyślałem o tym tak bardzo. Nie było na co czekać, także kontynuowaliśmy wspinaczkę. Z każdym krokiem zdobywaliśmy wysokość, ale narzucone wcześniej szybsze tempo zaczynało się na mnie mścić. Nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa, a każdy krok odbierał mi siły. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś podobnego, ale zwyczajnie nie mogłem dalej iść - nogi miałem jak z waty, drżały jak galareta. Szedł ze mną mój dobry przyjaciel, który starał się mnie motywować, ale w końcu musiałem powiedzieć: pas. Nie doszedłem nawet do Buli i wyprawę zakończyłem przy wielkim głazie, który leży na trasie.
Mój przyjaciel, mimo moich nalegań żeby szedł dalej, postanowił ze mną zostać i zrezygnował z wejścia na Rysy. Dwójka naszych kolegów poszła dalej. Poza mną nikt nie wyglądał na zmęczonego, także schodziłem z wielkim rozczarowaniem, a nawet trochę ze wstydem. Powoli doszliśmy do schroniska nad Morskim Okiem, gdzie zamówiliśmy piwo w oczekiwaniu na kolegów. Po jakimś czasie, dużo krótszym niż się spodziewaliśmy, dołączyli do nas. Okazało się, że całą drogę powrotną... biegli, podczas gdy ja ledwo stałem na nogach. Na szczycie ponoć było pochmurno i nie widać było niczego dalej niż na 5-10 metrów.
Przeklętą asfaltową drogą zeszliśmy do Łysej Polany, wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do domów. Zarówno wieczorem tego dnia jak i przez kolejne lata z niesmakiem wracałem do tej wycieczki będąc bardzo niezadowolonym z tego, jak mi poszło. Postanowiłem, że kiedyś znowu spróbuję, tym razem już lepiej przygotowany, a okazja trafiła się 7 lat później - ale o tym w kolejnym wpisie.
Noc, a nocą gdy nie śpię postuję w #piechuroglada
Będzie nostalgicznie i przez to nikt nie będzie w stanie zmienić mojej opinii. Jaki film z dzieciństwa ma u Was ciepłe miejsce w sercu?
----------
Tytuł: Babe
Reżyseria: Chris Noonan
Moja ocena: 4.5/5
Stary farmer wygrywa na festynie małą świnkę, która wykorzysta swoje największe atuty - szczerość i chęć pomocy - do znalezienia swojego miejsca na farmie, zmieniając przy tym życie wszystkich jej mieszkańców (nie tylko zwierząt).
Kocham ten film. Pamiętam dokładnie jak oglądałem go w kinie i był to prawdopodobnie pierwszy seans, na który wzięli mnie rodzice. Uwielbiam w nim wszystko: od szyderczych myszy, przez kaczora, który chce być kogutem, po tytułową dobroduszną świnkę. Mam ciarki na samą myśl o scenie, w której farmer śpiewa prosiaczkowi, i o muzyce, która tej scenie towarzyszy. Jest to sympatyczny film z morałem. Dodatkowo można się nieźle zaskoczyć, gdy spojrzy się na obsadę. Polecam go sobie i skorzystam z polecenia.
@Piechur Dla mnie takim filmem jest Shrek a to z kilku powodów.
Przede wszystkim świetna animacja, bardzo dobry polski dubbing, fajna muzyka która zapada w pamięć (ja do dziś nucę I don't give a damn about bad education xD) I najważniejsze: pewne dialogi i sytuację w tym filmie mają zupełny wydźwięk dla dorosłych ( ͡° ͜ʖ ͡°) a inny dla dzieci, co sprawia że jest to film dla każdego. No i tak samo jak u Ciebie historia ma morał.
@Ten_typ_sie_patrzy Na Shreku też byłem w kinie - chyba już nigdy tak bardzo nie śmiałem się na filmie, po seansie bolał mnie brzuch Ciężko to teraz wytłumaczyć, jak świeża i oryginalna była ta bajka w momencie premiery.
@pozdrawiam_was_ciule Willow, tak, pamiętam jak oglądałem go na małym kineskopowym telewizorku, a mimo to czułem jakbym był w tym świecie, immersja za dzieciaka jest niesamowita