Klasyczna nowela Stevensona, której treści nie trzeba, jak myślę, szerzej przedstawiać.
Chociaż ten utwór dość szybko stał się klasykiem i trwale zapisał się w popkulturze, z dzisiejszej perspektywy kiepsko się zestarzał. Nie czuć napięcia, przez większą część noweli mamy do czynienia z nudnym kryminałem (prowadzonym w dodatku z POV kolegi Jekylla), a nie horrorem. Okrucieństwo pana Hyde'a również nie wywrze w dzisiejszych czasach żadnego wrażenia.
W porównaniu, Drakula już dobrze zniósł upływ czasu i pozostaje wciągającą lekturą nawet dla współczesnego czytelnika.
Nowela jest dość krótka (ok. 30 stron), więc jak ktoś czyta książki z list 100 najlepszych klasyków itp., to dość szybko odhaczy tę pozycję. Ale tak to lepiej sięgać po inne utwory, w których tytułowe postaci się pojawiają.
Mi się bardzo podobała tą książka, nawiązuje trochę do psychologii głębi - osobowość każdego człowieka posiada w sobie tą "dobrą" cześć (dr Jekyll) i tą nieucywilizowaną (pan Hyde) i im bardziej jej nie akceptujemy w sobie pana Hyde'a, próbujemy zwalczać, to ona rosnie w siłę i przejmuje władzę się w nieoczekiwanych okolicznościach. Drakulę również czytałam i modliłam się by jak najszybciej już ją skończyć i mieć już tą lekturę za sobą. To ciekawe jak różni ludzie mogą mieć różny odbiór tych samych książek
USA, początek lat 20. Nick Carraway, młody weteran I WŚ, przyjeżdża do Nowego Jorku, gdzie podejmuje pracę maklera giełdowego. W związku z nową pracą wynajmuje domek na Long Island, na której obecnie mieszka jego zamężna kuzynka Daisy. Nowym sąsiadem Nicka zostaje Jay Gatsby, tajemniczy, słynący z ekstrawaganckich przyjęć milioner. Obaj panowie zawierają znajomość i wkrótce Gatsby prosi Nicka o zaaranżowanie jego spotkania z Daisy, w której, jak się okazuje, jest od kilku lat szaleńczo zakochany.
Mam mieszane wrażenia po lekturze. Z jednej strony to interesująca, gorzka powieść psychologiczna, która świetnie oddaje tło społeczne tamtych czasów, ze wszystkimi nierównościami, niuansami i patologiami, rzutującymi na relacje między bohaterami. Z drugiej strony, historia momentami przynudza, bo jednak koncentruje się wyłącznie na Nicku i romansie Jaya z Daisy. Dodatkowo, chwilami ciężko znieść głupotę bohaterów. Wydaje mi się, że WielkiGatsby to historia, którą lepiej się ogląda, niż czyta, bo reżyserzy starają się jakoś wygładzać irytującą tępotę bohaterów. Niemniej wciąż oceniam tę powieść jako dobrą, bo jednak elementy, które mi przeszkadzały, są w większości wynikiem świadomej decyzji autora.
Krótko o uniwersum: świat McClellana przypomina trochę nasz świat pod koniec XVIII wieku. Mamy kontynent, na którym istnieje dziewięć wysoko rozwiniętych państw (zwanych po prostu Dziewięcioma), oraz inne kontynenty ze słabo rozwiniętą cywilizacją, w których kraje Dziewięciu zakładają pomału pierwsze kolonie. Państwa Dziewięciu zostały założone prawie półtora tysiąca lat wcześniej przez legendarnego boga-króla Kresimira oraz jego rodzeństwo. W uniwersum powszechna jest magia, a osoby nią władające można podzielić na: Zdolnych (osoby mające magiczny talent w jednej specyficznej dziedzinie), Uprzywilejowanych (czarodzieje posługujący się wszystkimi rodzajami magii, w większości przypadków będący członkami królewskich kamaryl) oraz Magów Prochowych (wyczyniają z prochem i kulami lepsze sztuczki niż Neo w Matrixie).
Powieść rozpoczyna się trzęsieniem ziemi – żyjący w państwie Adro marszałek polny Tamas, wk… zdenerwowany głupotą panującego króla, postanawia rozwiązać kwestię adrańskiej monarchii w stylu francuskim. Zamach stanu ściąga na kraj widmo wojny z sąsiednim Kezem, oraz, nieoczekiwanie, groźbę apokalipsy. W tym burzliwym okresie sojusznikami Tamasa staną się m.in. jego syn Taniel, będący jednym z najlepszych Magów Prochowych, oraz prywatny detektyw Adamat.
Kolejna w tym roku powieść, której, gdyby w bookmeterze można było dawać ułamkowe oceny, dałabym 5,5, co w mojej prywatnej skali odpowiada ocenie „niezła”.
Na początek przyznam, że sięgając po tę książkę, oczekiwałam poważniejszej pozycji z dość rozwiniętym tłem społecznym. Obietnica krwi okazała się tymczasem przygodowym fantasy, gdzie przemiany społeczno-historyczne służą raczej za tło dla kolejnych przygód bohaterów. Trochę szkoda, bo historia aż się prosiła o wątki szerzej pokazujące życie w czasie rewolucji.
Abstrachując jednak od oczekiwań, jakie miałam przed lekturą, powieść jest pełna niedociągnięć fabularnych, które ciężko mi zaakceptować nawet u debiutanta: pojawiający się tu i ówdzie brak logiki, rozwiązywanie problemów deus ex machina i przede wszystkim słaby development postaci. Najgorzej napisanym bohaterem jest według mnie Tamas – w zamierzeniu autora wielki wojownik i mąż stanu, w praktyce facet naiwny jak pensjonarka, który co chwila daje się wkręcać jak dziecko. Chociaż moim „faworytem” i tak jest detektyw Adamat, którego metody dochodzeniowe wyglądają mniej więcej w ten sposób:
Adamat: Czy zrobił pan X?
Podejrzany: Bez kitu, nie.
Adamat: A, no to ok
Super śledztwo typie xDD
Książka mimo wszystko nie była zła, jednak ten moment nie wiem jeszcze, czy sięgnę po dalsze tomy trylogii. Jeśli tak, to raczej w formie audiobooków, gdy mi się będzie nudzić w pracy.
Anglia, rok 1938. 45-letni George Bowling to przeciętniak z niższej klasy średniej. Pracuje jako agent ubezpieczeniowy, mieszka na osiedlu deweloperskim, jest żonaty ze zrzędliwą i skąpą Hildą, z którą ma dwójkę dzieci. Pewnego dnia przypadkowy widok na mieście wywołuje w nim falę nostalgii za dzieciństwem i młodością spędzonymi w prowincjonalnym miasteczku Dolne Binfield. W tajemnicy przed bliskimi George postanawia wziąć parę dni urlopu i wyjechać w rodzinne strony. Jednak przebieg tej podróży sentymentalnej znacznie odbiega od oczekiwań protagonisty.
"Brak tchu" to mniej znana powieść Orwella, chociaż niektórzy uważają ją za jego najlepsze dzieło. Hmm, polemizowałabym z tym stwierdzeniem. "Brak tchu" to bez wątpienia dobra powieść, dobrze napisana i interesująca, mimo dość specyficznej formy, podchodzącej momentami pod strumień świadomości (który dla wielu czytelników jest niezjadliwy). Świetnie oddaje nastroje wśród społeczeństwa brytyjskiego u progu II WŚ. Jednak koncept nieudanej próby powrotu do czasów młodości już w latach 30. nie był przełomowy (chociażby w 1932 Iwaszkiewicz opublikował "Panny z Wilka" o podobnej tematyce), wobec czego ciężko mi uznać "Brak tchu" za lepszy od "Roku 1984" czy "Folwarku zwierzęcego".
Niemniej, jest to dzieło jak najbardziej godne polecenia, zwłaszcza jeśli ktoś lubi temat podróży sentymentalnych lub powieści obyczajowe z akcją osadzoną przed wojną.
Akcja powieści rozgrywa się w XV wieku, ale nie takim, jakim znamy go z podręczników historii. W stworzonym przez Forda świecie Bizancjum istnieje i ma się znakomicie, na co znaczący wpływ ma fakt, że Julian Apostata żył wystarczająco długo, by z powodzeniem zredukować chrześcijaństwo z powrotem do roli działającej w podziemiu sekty. Pozycję Cesarstwa wzmocnił również podział potencjalnie wrogiej Francji na część bizantyjską i angielską. Dodatkowo, w uniwersum istnieją i nie są tępione magia oraz wampiryzm (będący tu trochę odpowiednikiem AIDS).
Głównymi bohaterami są: walijski czarodziej, potencjalny pretendent do tronu Bizancjum, florencka lekarka oraz niemiecki wampir inżynier. Cała czwórka spotyka się pewnego dnia w szwajcarskiej gospodzie, formuje drużynę i wyrusza do Anglii, gdzie błyskawicznie wplątuje się w konflikt pomiędzy Lancasterami i Yorkami.
Pomysł brzmi ciekawie, ale powieść ma jedną, zasadniczą wadę. Otóż podczas lektury nie sposób pozbyć się wrażenia, że autor napisał całą serię, tudzież tomiszcze grubości Hrabiego Monte Christo, ale z nieznanych przyczyn zdecydował się upchnąć gotową historię na ponad 300 stronach, wywalając resztę treści na chybił trafił. Ewentualnie miał dość mglisty pomysł na powieść i pisał, gdy go wena naszła, a kiedy natchnienie mu się skończyło, zapakował maszynopis i wysłał do wydawcy bez bawienia się w poprawki.
W rezultacie powstała niespójna opowieść z dziurami fabularnymi rozmaitej wielkości, co powoduje, że przez książkę ciężko przebrnąć. W końcu jak wciągnąć się w intrygę, kiedy jest ona nieskładna, a wydarzenia biegną od Sasa do Lasa? Jak polubić bohaterów, kiedy nie wiadomo, o co im tak naprawdę chodzi i do czego dążą?
Wciągnięcia się w fabułę na pewno nie ułatwia fakt, że toczy się ona głównie wokół Wojny Dwóch Róż, czyli konfliktu zbrojnego, który, jeśli już się pojawia w polskich podręcznikach do historii, to jest omawiany po łebkach. Warto przed lekturą zapoznać się z przebiegiem tej wojny, bo inaczej ciężko się zorientować, kto jest po stronie kogo.
Generalnie powieść jest anglocentryczna i widać, że autorowi nie postało w głowie, że kiedyś wydadzą Czekanie na przykład w Polsce. Objawia się to nie tylko umiejscowieniem głównej fabuły na Wyspach, ale również irytującym zangielszczaniem imion („Cynthia” zamiast „Cinzia” i „Dominic” zamiast „Domenico” w przypadku Włochów, „Gregory” zamiast „Gregor” w przypadku Niemca).
W ogóle, skoro już autor stworzył alternatywną wersję historii, gdzie Cesarstwo Bizantyjskie w XV wieku dalej jest imperium i trzęsie Europą, to szkoda, że akcja nie toczyła się głównie na Wschodzie. No i zabrakło mi informacji, co z resztą Europy: krajami słowiańskimi, Węgrami, Skandynawią, Niemcami i Hiszpanią. Czy na tych terenach powstały jednolite państwa? Jak się rozwijały bez dominującej kultury chrześcijańskiej, czy podporządkowały się Bizancjum, czy pozostały barbarzyńską terra incognita?
Wielka szkoda, że w momencie publikacji zabrakło u boku pisarza ogarniętego edytora, który by mu poradził „Rozpisz to chłopie na całą serię, bo pomysł jest świetny, ale 300 stron to za mało na dobre rozwinięcie historii”.
Zainspirowana wpisami @moll postanowiłam nadrobić te tomy serii o Wędrowyczu, których jeszcze nie czytałam. Na pierwszy ogień poszła Trucizna i dopiero przy czwartym opowiadaniu zorientowałam się, że jednak czytałam ten tom w przeszłości xDD co w sumie nie świadczy o nim najlepiej, skoro puściłam tę lekturę głęboko w niepamięć.
Moim zdaniem, jedyne warte uwagi opowiadania, które trzymają poziom tomów trzeciego i czwartego (always in my biblioteczka) to: Psikus, Smok, Posterunek i Dieta wieczorna. Cała reszta średnia, bo albo za bardzo powiela pomysły z poprzednich tomów, albo nie zapada w ogóle w pamięć.
Truciznę wysłuchałam w formie audiobooka i muszę powiedzieć, że lektor jest genialny i zdecydowanie podnosi jakość obcowania z twórczością Pilipiuka. Jak ktoś nie jest przekonany do Wędrowycza, ale z drugiej strony chciałby się zapoznać z serią, to powinien spróbować właśnie tej formy (całą serię czyta ten sam lektor, Grzegorz Pawlak).
@AndzelaBomba Cykl "Oko jelenia" byłby dużo lepszy bez siódmego tomu, dopisanego po paru latach i będącego ewidentnym skokiem na kasę. I to jeszcze by obleciało, wszak wszystko drożeje, a żyć trzeba, ale historia zaczęła się rozłazić w szwach i straciła dużo uroku.
@AndzelaBomba dzięki, ale to kolekcja mojej mamy. Dlatego są serwetki xD. Chciała mieć wszystkie książki Pilipiuka więc realizuje te marzenie. A ja sobie poczytuje od czasu do czasu. Jeszcze mi kilka pozycji zostało.
Tytuł: Czas krwawego księżyca. Zabójstwa Osagów i narodziny FBI
Autor: David Grann
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 9788328050334
Liczba stron: 352
Ocena: 7/10
Kiedy na początku ubiegłego wieku na ziemiach należących do Osagów odkryto złoża ropy naftowej, życie plemienia zmieniło się o 180 stopni. Z dnia na dzień z przymierających głodem biedaków stali się jedną z najbogatszych nacji Ameryki. Jak można się było spodziewać, wkrótce znaleźli się ludzie gotowi przejąć fortunę Osagów. Kiedy w latach 20. kilku członków plemienia zostało zamordowanych, a lokalnym władzom nie udało się odnaleźć morderców, do sprawy wkroczyło powołane parę lat wcześniej i zarządzane od niedawna przez J. Edgara Hoovera Biuro Śledcze. Agenci federalni dość szybko ustalili, kto stoi za najgłośniejszymi zbrodniami w hrabstwie.
Wnikliwie napisany reportaż, oparty na licznych źródłach z epoki, które dobrze rysują tło wydarzeń, dodatkowo wzbogacony o fotografie najważniejszych osób i miejsc dramatu. Jak komuś przypadło do gustu Stulecie detektywów, to w Czasie odnajdzie podobny klimat. Autorowi udało się zachować obiektywizm, nie mamy tu nachalnie wciskanej politpoprawności spod znaku „dobrzy Indianie, złe białasy”, choć bezwględność szacownych WASP uwikłanych w korupcyjne układy wykorzystujące Osagów była bezsprzeczna.
Jedyne, do czego bym się przyczepiła, to obecność paru niepotrzebnych wstawek, które niewiele wnoszą do opowiadanej historii i które można było spokojnie usunąć przy edycji.
Rick, Cass, Gabe i Lewis, żyjący w rezerwacie Indianie z plemienia Czarnych Stóp, w czasie ostatniego polowania w sezonie łowieckim zapuszczają się w zakazany dla myśliwych rejon lasu, gdzie udaje im się ustrzelić kilka jeleni. Wkrótce drogi kumpli rozchodzą się, gdy Rick i Lewis wyjeżdżają z rezerwatu. Jednak konsekwencje ostatniego wspólnego polowania, które dość szybko puścili w niepamięć, nieoczekiwanie objawią się dekadę później i od razu staną się zagrożeniem dla protagonistów i ich bliskich.
Opis fabuły nie zapowiadał arcydzieła literatury, ale myślę sobie: A poczytam, może będzie coś ciekawego o życiu współczesnych Indian i ich folklorze. Starczy powiedzieć, że nie warto było. Pomysł na wątek horrorowy (doprecyzowując, to slasherowy) był słaby, wykonanie niestety również. Nieco lepiej wypadają wątki obyczajowe, bo mamy tu obrazki z życia współczesnych Indian bez nadmiernej politpoprawności, ale też nie są one na tyle dobre, żebym miała tej powieści dać wyższą ocenę.
Zbiór opowiadań grozy, rozgrywających się głównie w czasach współczesnych, których bohaterami są przeciętni Amerykanie z Południa. Styl opowiadań przypomina Ruiny i zgliszcza Wellsa Towera, a większość z historii, podobnie jak w Ruinach, kończy się cliffhangerem. Jednak opowiadania są trochę nierówne i raczej nie wykraczają poza ocenę „niezłe”, jakbym miała oceniać je pojedynczo, to oceny wypadłyby następująco:
- Idziesz, dokąd cię poniesie – 5;
- Dziki Akr – 5;
- S.S. – 5,5;
- Lodowa szczelina – 5,5 (historia z największym potencjałem na oddzielną powieść);
- Potwory z niebios – 5,5;
- Wybielony słońcem – 6;
- Potwory północnoamerykańskich jezior – 5;
- Stacja pośrednia – 5,5;
- Dobry mąż – 5,5.
Spodziewałam się czegoś lepszego, a tak to raczej kolejna lektura w rodzaju "przeczytać i zapomnieć".
10 lipca 1973 roku 22-letnia Olga Hepnarová wjechała ciężarówką w grupę osób stojących na przystanku tramwajowym Plac Strossmayera w Pradze, w wyniku czego śmierć poniosło 8 osób, a 12 zostało rannych. Dość szybko okazało się, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, jak się na początku wydawało, a zaplanowane z premedytacją masowe morderstwo, które miało być zemstą Olgi za wcześniejsze krzywdy doznane ze strony społeczeństwa. Hepnarová trafiła do więzienia i po szybkim procesie została skazana na karę śmierci. Wyrok wykonano 12 marca 1975 roku. Olga Hepnarová była ostatnią kobietą skazaną w Czechosłowacji na karę śmierci.
Przedstawienie losów Hepnarovej od czasów dzieciństwa do dnia egzekucji. Większość reportażu stanowią materiały użyte podczas śledztwa i procesu sądowego przeciwko Oldze – zeznania świadków i samej oskarżonej, sporządzone przez nią listy i notatki, opinie biegłych zaangażowanych przez sąd, świadectwa z miejsc pracy itd., jak również nieopublikowane wcześniej listy, jakie Hepnarová wymieniała z chłopakiem gdy przebywała w areszcie. Przy ich pomocy, Cílek kreśli wnikliwy portret osoby przede wszystkim głęboko zaburzonej, u której wychowanie w dysfunkcyjnym środowisku i brak w odpowiednim momencie należytej pomocy psychologicznej zaowocowały silnymi cechami psychopatycznymi i paranoidalnymi oraz głęboką nienawiścią do społeczeństwa, jak również tendencjami samobójczymi i nieumiejętnością nawiązywania poprawnych relacji z innymi. Dzięki temu, że poznajemy wersje obu stron, autorowi udało się zachować rzetelność i względny obiektywizm, co z kolei pozwala czytelnikowi samemu określić, na ile uważa Hepnarovą za ofiarę systemu, której należała się pilna pomoc psychiatryczna, na ile zaś za zbrodniarkę, którą spotkał zasłużony koniec.
W ramach ciekawostki dodam na koniec, że w 2016 roku reportaż doczekał się ekranizacji, w której główną rolę zagrała córka Olszańskiego.
Żyjąca w XVI wieku w Księstwie Pomorskim Sydonia von Bork jako młoda panienka służyła na dworze księżnej Marii Saskiej. Wtedy też wpadła w oko jednemu z synów księżnej, Ernestowi Ludwikowi. Młodzi byli nawet zaręczeni. Ponieważ jednak Sydonia była tylko szlachcianką z podupadłego rodu, a Ernest Ludwik jednym z dziedziców dynastii, rodzina księcia zadziałała i do ślubu nigdy nie doszło.
Kiedy w ciągu najbliższych dekad spadkobiercy licznego wcześniej rodu panującego zaczęli umierać bezpotomnie, przypomniano sobie o odrzuconej niegdyś narzeczonej. Tak po wielu latach, już jako staruszka, Sydonia stanęła przed sądem jako czarownica, oskarżona między innymi o spowodowanie śmierci jednego z książąt. W tamtych czasach, w podobnym procesie mógł zapaść tylko jeden wyrok. Jednak śmierć wiedźmy wcale nie odwróciła niepomyślnego dla panującej dynastii biegu wydarzeń…
To było moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Cherezińskiej i na pewno nie ostatnie, bardzo dobra powieść historyczna. Autorka dość wiernie przedstawiła życie Sydonii, które więcej miało wspólnego ze Sprawą dla reportera, niż rozpowszechnioną przez XIX-wiecznych dramaturgów i Prerafaelitów romantyczną legendą o wywierającej zemstę femme fatale. Od razu też nadmienię, że autorka nie popada w drugą skrajność i nie interpretuje postaci i losów Sydonii według współczesnych standardów, robiąc z niej wojującą feministkę.
Wiernie wypada również obraz Księstwa Pomorskiego, miejsca unikatowego, gdzie niemiecka kultura i zreformowana wiara nie zdołały całkiem wymazać odległej, słowiańskiej przeszłości regionu i pamięci o słowiańskich bóstwach i upiorach. Jednak już za życia Sydonii coraz mocniej dało się odczuć wiatr dziejowych zmian, które niedługo po jej spaleniu zmiotły Księstwo z map Rzeszy.
Listopadowe porzeczki to opowieść o miesiącu z życia mieszkańców pewnej estońskiej wioski, żyjących dawno temu. Usiłując jakoś przetrwać mroźną łot… estońską zimę, wieśniacy notorycznie uciekają się do kradzieży, okradając nie tylko znienawidzonego dziedzica, lecz również, a raczej przede wszystkim, siebie nawzajem. Aby ułatwić sobie zadanie, stosują różne magiczne sztuczki, jak na przykład tworzenie sobie pomagierów, których ożywiają dzięki częstemu podpisywaniu cyrografów. A że nikt nie chce iść do piekła, to i na oszukanie sił nieczystych znajdą się sposoby…
Zabawna i dość absurdalna powieść. Gdzieś przebija się vibe dowcipów o Łotyszach, choć w Estonii po śmierci trud nieskończon. Listopadowe porzeczki to lekka lektura i jeśli ktoś szuka powieści w wiejsko-fantastycznych klimatach, usytuowanej w nieco bardziej egzotycznych rejonach niż Wojsławice, to jak najbardziej polecam.
@AndzelaBomba też prawda. Ale mimo wszystko, nie lubię, nie szanuje, nie będę tym bardziej wspierał. Świat książki jest pełen dzieł mniejszych i większych, napisanych przez ludzi którzy swoim bytem wnoszą do świata coś więcej.
Pracujący w dziale marketingu w jednej z warszawskich korpo stażysta Mateusz i junior Janek znajdują w składziku na materiały biurowe odcięty ludzki palec. Tym samym wplątują się w trwającą od wieków wojnę pomiędzy Aniołami a dawnymi bóstwami, której sercem, w wyniku splotu różnych dziejowych okoliczności, stał się Mordor.
Moja ocena to 5,5/10, książka oscyluje pomiędzy byciem średnią a niezłą. Pomysły były, choć może nie do końca oryginalne (fani powieści wydawanych przez Fabrykę Słów raczej nie poczują się zaskoczeni wątkami fantastycznymi). Z wykonaniem poszło trochę gorzej. Na początku było trzęsienie ziemi, potem napięcie rosło, ale gdzieś w połowie książki, kiedy nastąpiło wyjaśnienie większości wcześniejszych tajemnic, akcja siadła i fabuła zaczęła rozmieniać się na wątki poboczne. W pewnym momencie autorka zaczęła za bardzo skakać pomiędzy POV kolejnych postaci, co wprowadzało chaos i dość męczyło, zwłaszcza, że wszyscy bohaterowie, bez względu na wiek i pochodzenie, używają tego samego, współczesnego i przesyconego wulgaryzmami idiolektu.
Co do realiów korpo, to ich odwzorowanie też wyszło raczej średnio. Z jednej strony opisy stanowisk i typowej korporoboty sugerują, że autorka ma jakieś doświadczenie zawodowe w tego rodzaju firmach. Z drugiej strony, Na wieki wieków powiela stereotypy o pracy w korpo rodem z TVN-owskich romcomów z lat 2000 tudzież abominacji literackiej znanej jako Pokolenie Ikea – każdy korposczur wygląda jak młody bóg (nie dotyczy nerdów z działu IT), każda korposzczurzyca to kalka Bridget Jones, każdy rodzaj pracy wykonywanej dla korpo wysysa z człowieka duszę.
Na wieki wieków korpo ma zapoczątkować całą serię. Osobiście raczej sobie daruję kontynuacje.
Thora Lišková i Santiago Lopez, dwójka erazmusowców studiujących w Kolonii, poznaje się pewnej nocy na początku semestru. Trochę dyskutują o życiu, wszechświecie i całej reszcie, trochę ze sobą flirtują, na koniec wymieniają się numerami. Parę dni później Thora widzi na uczelni nekrolog Lopeza…
To jednak nie koniec ich znajomości. Oboje będą odtąd spotykać się w alternatywnych wersjach swojego życia, w różnych konfiguracjach – jako młode małżeństwo, policyjni partnerzy, doktorant i profesorka, i tak dalej. Po pewnym czasie oboje zaczną szukać wyjaśnienia dla pętli reinkarnacji, w jaką wpadli i sposobu wyjścia z niej.
Dość sceptycznie podchodziłam do tej powieści, bo opis fabuły i blurby na okładce zapowiadały nieco sztampowy romans YA. Na szczęście okazało się, że nie jest to kolejna książka o „miłości silniejszej niż czas”, tylko nietuzinkowe SF z licznymi (choć może nie do końca oryginalnymi) refleksjami na temat fatalizmu naszego życia, stopnia wolności podejmowanych wyborów życiowych i ogólnego sensu istnienia. Autorka podjęła się ambitnych tematów i je dowiozła, zaliczając całkiem udany debiut literacki.
Dla mnie plusem było też umiejscowienie akcji w Kolonii. Miło wreszcie przeczytać książkę, której akcja rozgrywa się w dużym mieście innym niż Nowy Jork (tudzież inna amerykańska metropolia) lub Londyn, gdzie z uporem maniaka umiejscawia akcję swoich powieści większość współczesnych autorek (zwłaszcza tych, które nigdy w NY ani Londku nie były).
Może nie jest to arcydzieło SF i rewolucja w gatunku, ale warto przeczytać. To dość lekka lektura nawet dla osób, którym z tym gatunkiem nie po drodze.
Martha, Angielka wychowana w ekscentrycznej, dysfunkcyjnej rodzinie, jako siedemnastolatka zaczyna cierpieć na zaburzenia psychiczne. Przez następne lata trafia do różnych psychiatrów, dostaje różne leki i różne diagnozy, w międzyczasie zaś stara się ułożyć sobie życie, co z racji kiepskiego zdrowia psychicznego idzie jej mocno średnio.
Jakbym miała jednym zdaniem opisać Smutek i rozkosz, powiedziałabym, że to powieść, która bardzo chciałaby być Szklanym kloszem, ale nim nie jest. Gatunek ten sam, podobna linearna narracja wymieszana z retrospekcjami, spora dawka ironii (zwłaszcza w opisach osób). Jednak Smutkowi zabrakło autentyczności Szklanego klosza. W posłowiu pani Mason przyznaje, że choroba, na którą cierpiała główna bohaterka, została przez nią wymyślona. Nie ma zatem porównania do historii napisanej przez kobietę, która rzeczywiście chorowała na depresję (czy też chorobę afektywną dwubiegunową – współcześni psychiatrzy spierają się, jaka powinna być rzeczywista diagnoza Plath) i która swoje najsłynniejsze dzieło stworzyła będąc pogrążoną w głębokim kryzysie psychicznym.
Inną rzeczą wartą odnotowania jest fakt, że Martha pozbawiona otoczki celowo niesprecyzowanego zaburzenia, jest postacią wzbudzająca antypatię i sporo jej małych i dużych życiowych błędów jest wynikiem raczej wad charakteru, a nie choroby. Z tego względu nie polecam lektury facetom – momentami za duże stężenie toksycznej logiki różowych pasków.
Generalnie, jako powieść obyczajowa to jeszcze ujdzie, ale jeśli ktoś szuka powieści o zaburzeniach psychicznych, to lepiej rozejrzeć się za jakąś inną pozycją.
Po przegranym procesie o zniesławienie kariera dziennikarska Mikaela Blomkvista staje pod znakiem zapytania. W tym krytycznym momencie do Blomkvista zwraca się z nietypowym zleceniem Henrik Vanger, emerytowany prezes niegdyś świetnie prosperującego koncernu. Vanger chce, by pod przykrywką pisania historii rodzinnej firmy, dziennikarz zajął się rozwiązaniem zagadki zaginięcia i prawdopodobnie morderstwa nastoletniej Harriet, które miało miejsce w latach 60. Nie mając wielu alternatyw, Blomkvist rozpoczyna amatorskie śledztwo, w którym pomaga mu aspołeczna hakerka Lisbeth Salander.
Trylogię Millennium po raz pierwszy przeczytałam w gimnazjum i byłam wtedy pod sporym wrażeniem. Od jakiegoś czasu planowałam ponowną lekturę. Myślałam, że ocena, jaką wystawię pierwszemu tomowi będzie wyższa, ale teraz daję mu 5,5/10. Mężczyźni to średniaczek, co to przyjemnie przeczytać w wolnej chwili bez kontemplacji walorów literackich, ale żadna wybitna czy rewolucjonizująca gatunek pozycja i trochę dziwi mnie, czemu ze wszystkich skandynawskich kryminałów akurat ten zyskał największą sławę.
Najsłabszą stroną powieści jest moim zdaniem jej konstrukcja fabularna. Pierwsza połowa książki to zasadniczo powieść obyczajowa z zalążkowym wątkiem kryminalnym. W drugiej części akcja przyspiesza, ale i tak dostajemy co i rusz nic nie wnoszące wstawki w rodzaju jaki napis na koszulce miała Lisbeth czy jakie kanapki zrobił sobie Mikael. Nie mam nic przeciwko opisywaniu życia codziennego bohaterów, ale znaj proporcjum. Rozwiązanie intrygi kryminalnej zrobione trochę na odwal, bohaterowie dostają parę razy olśnienia i cyk, zagadka wyjaśniona, pora na CSa.
Bohaterowie są w miarę dobrze opisani i likeable, chociaż pod koniec powieści zaczyna się ewolucja Lisbeth w Mary Sue, która w pełni dokona się w następnych tomach.
Plus za tłumaczenie, pani Walczak-Larsson (nie, nie jest krewną autora) zdecydowała się wyjaśnić w przypisach wszystkie potencjalnie nieznane polskiemu czytelnikowi nazwy własne i pojęcia.
Jak już wyżej wspomniałam, planowałam powrót do całej trylogii, ale chyba na razie sobie daruję, bo mam w kolejce mnóstwo potencjalnie ciekawszych lektur.
@AndzelaBomba mam podobne zdanie, czytałam w tym roku po raz pierwszy i połączenie czystego intencjami jak łzy dziewcy dziennikarza z Lisbet - geniuszem it rozwiązującą wszystkie problemy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki było zwyczajnie niestrawne
Nowy Jork, lata 50. Jakob Bronsky, ocalały z Holokaustu żydowski imigrant z Niemiec, ledwie wiąże koniec z końcem. Dnie upływają mu na uganianiu się za dorywczymi pracami i fantazjowaniu o niedostępnych kobietach, noce zaś spędza w kawiarni będącej miejscem spotkań zubożałych europejskich Żydów. Przebywając wśród swoich, Jakob usiłuje napisać autobiografię, której sukces pozwoliłby mu wyrwać się z biedy.
Not great, not terrible. Powieść w stylu Bukowskiego, powinna przypaść do gustu fanom tego pisarza. Dla innych będzie to pozycja z rodzaju przeczytać i zapomnieć, bo ani fabuła nie jest zbyt wciągająca, ani refleksje na temat ułudy amerykańskiego snu szczególnie oryginalne.
Odległa przyszłość. Ludzkości udało się dokonać kosmicznej ekspansji i skolonizować liczne planety, które zostały połączone w Sieć i objęte władzą Hegemonii. Ludzie mają we Wszechświecie dwóch groźnych wrogów – tajemniczą rasę Intruzów oraz Chyżwara*, zabójczą istotę pojawiającą się na planecie Hyperion. W przededniu wielkiej kosmicznej wojny siedem osób wyrusza z pielgrzymką na Hyperiona, aby powstrzymać Chyżwara przed unicestwieniem ludzkości.
Kolejny wysoko ceniony klasyk SF, co do którego mam mieszane uczucia. Największymi zaletami powieści są oczywiście ciekawie wykreowany świat przedstawiony oraz niespotykana w tym gatunku szkatułkowa narracja, nawiązująca do Opowieści kanterberyjskich. Natomiast opowieści Pielgrzymów były w mojej opinii nierówne. Najlepsze były historie Księdza i Uczonego, całkiem niezła była też matrixowa opowieść Detektyw, zaś reszta relacji przeciętna. Ciężko mi było przez to bardziej zainteresować się powieścią, ledwie czyjaś historia mnie wciągnęła, to następował jej koniec i dalsze kilkanaście-kilkadziesiąt stron okazywało się tak nudne, że patrzyłam tylko, ile stron zostało mi jeszcze do końca. Wciągnięcia się w powieść nie ułatwiała mi także „strona techniczna” – czytelnik od razu zostaje zasypany nazwami wynalazków ludzi przyszłości, których dokładne działanie zostaje opisane znacznie później (a w niektórych przypadkach wcale). No i minus za urwanie powieści w najciekawszym momencie.
Hyperion nie jest łatwą powieścią i typowym page-turnerem, który można przeczytać z doskoku. Myślę, że z tą powieścią jest jak z Diuną – klasyk SF, który warto przeczytać, ale który nie każdemu przypadnie w 100% do gustu.
Dla mnie cala seria była mega ale ja nie jestem miarodajny bo w życiu przeczytałem mało książek :p niemniej dwie pierwsze arcydzieło, 3 i 4 już trochę z d⁎⁎y, czytałem bo byłem ciekawy jak się skończy. I tutaj najważniejsze, nie zawiodłem się. Zakończenie było dobre i komplementarne ze wszystkimi częściami.
@AndzelaBomba bierz się za drugą część, chyba najlepsza z czworoksiągu. Nie kończy to historii, bo część 3 i 4 dzieją się chyba 300lat po końcu drugiej części i moim osobistym zdaniem jest kapkę gorzej niż w przypadku 1 i 2 części, szczególnie Triumf Endymiona był zdecydowanie zbyt długi, przeciągnięty na takim samym schemacie jak w części trzeciej(kto czytał ten wie, nie będę spoilował )
Tytuł: Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa
Autor: Kamil Janicki
Kategoria: historia
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
ISBN: 9788366839465
Liczba stron: 384
Ocena: 7/10
Analiza systemu pańszczyźnianego i sytuacji chłopów w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Przy pomocy licznych źródeł Janicki kreśli szczegółowy obraz życia codziennego polskiego folwarku. Książka rozprawia się z wieloma mitami na temat pańszczyzny (jak np. ten o niskim opodatkowaniu – w porównaniu z czasami współczesnymi – przeciętnego Polaka). W kontekście rozlicznych przytoczonych przez autora źródeł z epoki, nazwanie pańszczyzny „polskim niewolnictwem” przestaje brzmieć jak marketingowy bait, a staje się ponurym stwierdzeniem faktu.
Czytałem polecam. Szkoda że taka książka nie była przerabiana w szkole kiedy to jeszcze chodziłem. No my wszyscy myśleliśmy że ze szlachty jesteśmy tylko herby gdzieś się zapodziały
@AndzelaBomba tej książki akurat nie czytałem ale miałem okazję czytać coś w klimatach z czasów senior-wasal i w zasadzie w tamtych czasach rolnicy nie mieli wcale źle.
Fakt czasy kiepawe ale jako pierwsi mieli dostęp do nowinek technologicznych o ile tak można by nazwać wynalazki dotyczące narzędzi do pracy i tym podobne.
Disclaimer: Obudź się i śnij, w oryginale wydane jako samodzielna powieść, w polskim wydaniu zostało połączone ze zbiorem opowiadań Tchorosty i inne wy-tchnienia. Jako, że nie zamierzałam czytać Tchorostów, niniejszy wpis dotyczy tylko Obudź się i śnij. Podana liczba stron odpowiada liczbie stron Obudź się w czytanym przeze mnie e-booku.
Hollywood, początek lat 40. Dziesięć lat wcześniej w kinematografii miała miejsce rewolucja, kiedy pochodzący z Niemiec Lars Bechmeir opatentował technologię pozwalającą na nagrywanie i wyświetlanie filmów umożliwiających widzom nie tylko oglądanie obrazu i słuchanie dźwięku, lecz również odczuwanie stanów emocjonalnych aktorów. Podobnie jak parę lat wcześniej kino dźwiękowe, wynalazek Bechmeira pozbawił pracy sporą rzeszę aktorów, których umiejętności okazały się za małe na występy w filmach kręconych przy użyciu nowej technologii. Jedną z ofiar wynalazku jest Clark Gable, niegdyś wschodząca gwiazda wytwórni MGM, obecnie prywatny detektyw tropiący małżeńskie zdrady. Pewnego dnia Gable otrzymuje od żony wziętego scenarzysty lukratywną ofertę udziału w drobnej mistyfikacji. Jak można się spodziewać, nie wszystko idzie zgodnie z planem i detektyw wplątuje się w potężną aferę.
Całkiem udane połączenie sf i czarnego kryminału. Chociaż nie jest to poziom Jamesa Ellroya, a zakończenie może pozostawiać pewien niedosyt, to lektura była ciekawa i wciągająca i nie powiem żebym się w którymkolwiek momencie nudziła. Fanom dieselpunku i klimatów noir powieść powinna przypaść do gustu.