Niestety, mimo zaliczonej lektury wiele lat temu - nie pamiętam prawie nic z książki, więc trudno mi to ocenić jako adaptację. Pamiętam tylko, że mi książka się podobała. Tyle.
Jako po prostu film - jego jedyną wadą, że jest lekko za długi, ale z drugiej strony rola Isabelle Huppert tak trzyma za mordę, że ciężko nie bawić się dobrze na tym obrazie.
Pani Bovary nie przepada za swoim małżeństwem, jest nudno i przewidywalnie, a mąż wydaje się jej irytujący. Jedna impreza na salonach otworzy przed kobietą oczy, że można żyć inaczej. Więc pani Bovary wchodzi w to - w uciechy życia doczesnego, romanse są odskocznią od jej nudnego życia.
Leciał wczoraj na TVP Kultura więc ciągiem po "Wieku niewinności" obejrzałam. Ciekawe to było doświadczenie, gdzie w "Wieku" wygrywają konwenanse, a w "Pani Bovary" konwenanse nie mają szans przed zdobywającą romantyczne doświadczenia znudzoną mężatką.
Niekoniecznie polecam, może się dłużyć, ale Huppert jest tak gigantyczna, że naprawdę warto - można się nawet pośmiać, taki rys wdrożyła w panią Bovary ta znakomita aktorka.
Wiek XIX, Nowy Jork, elita towarzyska miasta, takie wyższe sfery. Archer jest zaręczony z młodą May, wydaje się, że jest szczęśliwie zakochany. Ale na jego drodze staje hrabina Oleńska, w której Archer natychmiast się zakochuje.
Pragnie kontaktu z kobietą, która jest w trakcie rozwodu, ale mimo pożądania i odwzajemnionego uczucia hrabiny Archer dalej trzyma się konwenansów. Nawet lekko przerażony własnymi uczuciami chce przyspieszyć ślub, co nie umyka uwadze jego narzeczonej.
Ostatecznie i Archer i hrabina wybierają drogę konwenansów zamiast uczucia.
Dość nietypowy film w twórczości Scorsese. "Wiek niewinności" jest napakowany klimatem epoki tych wysokich elit. Trudno mi go ocenić, chociaż spłakałam się na koniec nad losem straconego uczucia?, nie wiem czy bardziej nie nad myślą samej May, która wcale nie była taka naiwna jak sądził Archer.
Mimo wszystko polecam - świetni aktorzy, reżyser top i realizacja również zacna.
Opowieść o przemocowym związku w dość krótkoujęciowo zmontowanym filmie. Przeskakujemy od sceny do sceny, od czasu dobrego do złego, od alternatywy dobrej do złej.
Gosia poznaje starszego od siebie Grzegorza. To on zajmie się nią gdy spijaczona matka zmusi ją (psychicznie) do wyprowadzki. Potem wspólne mieszkanko, wakacyjki, ślub. Elegancko wręcz, choć powoli zaczynają pojawiać się rysy, ale potem Smarzowski konsekwentnie od razu ładuje nas w emocjonalne piekło Gosi.
Grzegorz nie dość, że jest przemocowcem, to jeszcze sadystą, który lubi patrzeć jak Gosia cierpi. Wydaje mu się, że może wszystko, bo ma znajomości, zgłoszenia Gosi na policję lądują od razu w koszu. Swoją przemoc argumentuje przemocowym wychowaniem, które ostatecznie pochwala.
Taki chaotyczny motyw montażu pokazuje nam różne sytuacje z innego punktu widzenia - jak na przykład wizyta ex-żony Grzegorza, dopiero później dowiadujemy się, że ostrzegła Gosię przed nim.
Czasem nie wiadomo co jest prawdą, a co halucynacją. Najlepiej chyba uznać to za dwie ścieżki alternatywne: gdzie Gosia ucieka od Grzegorza, otrzymuje pomoc, uruchamia system by uzyskać rozwód i pełną opiekę nad córką oraz ścieżka, w której postanawia wrócić/zostać z Grzegorzem.
W pierwszej wersji Gosia jest w końcu szczęśliwa, otoczona przyjaciółmi a Grzegorz zniknął z obrazka, w drugiej wersji dla nikogo nie kończy się to dobrze.
Wiem, że niektórzy podśmiechują się, że Smarzowski to taki Vega dla intelektualistów, ale ja lubię te jego realizacyjne sztuczki i że nie ułatwia nic widzowi, tylko od razu do niego strzela by "zabić". W sumie jakby pomyśleć, to mało jest takich reżyserów - nawet jeśli ktoś chce nakręcić jakąś strasznie brutalną historię, to wprowadza widza w to w pewnym tempie. U Smarzowskiego tempo wydaje się chaotyczne, nic nie jest zamknięte.
Na plus też scenki z innych żyć z przemocowcami. Od razu przypomniały mi się wmontowane historyjki pijaków z "Pod mocnym aniołem".
@Mahjong oglądałem wczoraj i mną wstrząsnął... Obejrzałem też wywiady z twórcami i aktorami. Mam nadzieję, że ta produkcja dotrze do jak największej liczby odbiorców. Ponoć niedługo po premierze kinowej, bardzo wzrosła liczba kobiet zgłaszających przemoc domową. I bardzo dobrze! Dla mnie Smarzowski robi polskie Kino Moralnego Niepokoju ver. 2.0 - i robi to fenomenalnie!
@Mahjong wydaje mi się, że obie przenikające się wersje zakończenia to tak naprawdę projekcje myśli zagubionej Gosi, pomieszane ze wspomnieniami i halucynacjami. Zabieg ten ma zobrazować zrujnowany stan psychiki ofiary jako odpowiedz na jojczenie czemu ona nie chce wyjść z toksycznego związku i pokazać, że nie przemoc to nie tylko podbite oko, ale również robienie sieczki z mózgu.
@aerthevist dokładnie tak jest, Agata Turkot o tym opowiadała w jednym z wywiadów, że te projekcje, co jest prawdą a co iluzją to zamysł Smarzowskiego na to, co przechodzą kobiety w takich związkach...
@Dybala te "tanie chwyty" to niestety prawdziwe historie kobiet, które musiały przechodzić takie gehenny. Żadna z tych scen i historii nie została zmyślona, tylko spisana od ofiar przemocy
Akcja sunie prędko i z polotem, młody dżokej Krzysiek z Sopotu chce wygrać Warszawską, ale układy i zakłady rządzą ustawianiem wyścigów, o czym młodziak szybko się przekonuje, jego ojciec zresztą też w młodości przeżył to na własnej skórze.
Krzysiek postanawia znaleźć sposób na załatwienie nieczystych układów i zarazem sposób na wygranie Warszawskiej.
Największą zasługę dla mnie robiło odwzorowanie początku lat 90. I to nie tylko w takich szczegółach jak stare banknoty, ortaliony i stadion 10lecia, ale także z szerokiego planu, więc z pompą robiona epoka w filmie.
To typowy akcyjniak, fajnie zmontowany, aktorzy robią robotę, zdjęcia są spoko - zarówno te oddające epokę jak i te wyścigowe.
Tylko dlaczego większość polskich produkcji obstawia garstka aktorów? Z całym szacunkiem dla Ziętka i jego talentu ale jego japa tak potwornie mi się opatrzyła. A chyba jeszcze bardziej mnie znudziła twarz pani Permanentne-znieczulenie-dentystyczne Żulewskiej.
Nie będę dodawać kategorii "biograficzny", bo o ile fakty twarde się zgadzają, tak samo "mięso" historii to wymyślone domniemania. Po prostu historia z życia Williama Szekspira była punktem wyjścia filmu.
SPOILERY poniżej, rzadko je daję, bo mam wyjebane XD - większość moich wpisów i tak zawiera spoilery, ale ten film warto obejrzeć bez czytania jak się skończy, więc kolejne akapity raczej sugeruję przeczytać po obejrzeniu Hamneta.
Will ma piękną i specyficzną żonę, córkę oraz wspaniałe bliźnięta - Judith i Hamneta. Głównie wychowuje je Agnes, bo Will nie umie odnaleźć się w zwykłej robocie - wyjeżdża do Londynu, gdzie pisze dramaty, szybko zaczyna robić karierę. Jednak nad rodziną Szekspira przemyka cień śmierci - dżuma, która zabiera chłopca - Hamneta. Agnes popada w rozpacz, sam William nie potrafi jej pomóc i po śmierci chłopca wraca do Londynu. Wygląda jak porzucenie trochę, ale ostatecznie dowiemy się, że sam Szekspir też był w głębokiej żałobie i rzucił się w wir pracy.
Agnes ze swoim bratem przyjeżdża do Londynu, by obejrzeć premierę najnowszego dzieła Willa, czyli "Hamlet". Jest naiwnie przekonana, że to dramat o jej synku i początek spektaklu wprawia ją w smutne zaskoczenie. Jednak im dalej wgłębia się w historię filozofującego młodzieńca, który musi dokonać zemsty za śmierć ojca, tym bardziej zaczyna rozumieć, jak bardzo jednak "Hamlet" odnosi się do jej syna - a my wraz z z nią, ponieważ przez 3/4 filmy obserwujemy życie Szekspirów, głównie jego żony i dzieci.
Te 3/4, chociaż pięknie wizualnie, ciągnie dłużyznami, ale są to dłużyzny zrobione specjalnie, ot - klimat życia w małym miasteczku w XV wieku. Przeciągamy się po tej krainie, czasem odwiedzając z Willem Londyn, obserwujemy rytm życia i wielką tragedię. Agnes całe życie drży o życie dzieci - nic w tym dziwnego, w tamtych czasach śmiertelność dzieci jest wysoka. Więc gdy faktycznie umiera jedno z jej dzieci przeżywa to bardzo mocno - zresztą wiemy dzięki tej części filmu, że to kobieta specyficzna, bardzo związana z naturą, pragnąca dbać o swoje dzieci aż do własnej śmierci. To już wiemy, że się nie uda.
Niesamowite oczyszczenie dostajemy w ostatniej części filmu (owe 1/4 filmu), które właściwie jest wystawieniem "Hamleta", które oglądamy razem z Agnes, która stoi przy scenie i z Willem, który ogląda to z backstagu.
"Hamnet" to opowieść o tym, jak sztuka potrafi pomóc. Pomóc w żałobie, w odzyskaniu chociaż ułamka spokoju. Siła twórczości jest wielka, i od razu mi się przypomniał film "Chronologia wody", tyle że tam trauma jest przepracowywana samym tworzeniem, tutaj efekt twórczości ma "uzdrowić" umęczone dusze rodziców.
Piękny film, jest tak przeprowadzony idealnie, może w trakcie miało się wrażenie, że coś nie działa, coś jest niepotrzebne, ale jako całość reprezentuje spełnione i przemyślane dzieło. Byłam w kinie, pełna sala - chyba wszyscy płakali w ostatnich scenach - bardzo wzruszające przeżycie. Polecam ten seans. Mahjong.
Kurde, no bawiłam się całkiem nieźle, ale w pewnym momencie film zakręcił plot twistem i przedłużył się o 20 minut czystej akcji - dla mnie to był przesyt, jakby dać 150 procent cukru w cukrze.
Film zrobiony pod modłę komiksową w sensie realizacji, ale garściami czerpie też z kina wu xia. Trup ściele się gęsto, fajne walki, krew i krew i jeszcze raz krew.
Pewien chłopak traci rodzinę. Wychowywany przez Szamana w lesie, jest trenowany by dokonać zemsty. Głuchoniemy wojownik gdy staje się dorosły rusza na osobistą vendettę (w tej roli aktualnie ulubiony Skarsgard publiczności, czyli Bill).
Niby pulpa, niby zabawa, ale dla mnie tej akcji było za dużo - w pewnych dawkach. Fabuła nie ma aż takiego znaczenia, liczą się walki i ich realizacja, to jest akurat TOP. Moim zdaniem spokojnie można było wy⁎⁎⁎ać ten plot twist, lepsiejsze by było pójście tylko w siostrę oraz budowanie teamu. Ale to moje zdanie i nie ja kręcę filmy
Oglądam sobie wczoraj "Osławioną" i myślę sobie, że w końcu jakiś hiczkok którego oglądam z przyjemnością a nie z obowiązku. I nagle w połowie seansu (ale refleks kurna) walnęło mnie, że to wcale nie zasługa Hitchcocka!
Alicji ojciec został skazany za zdradę przeciw USA w czasie wojny. A ona sama dostała propozycję iście szpiegowską - infiltracji naziolków powojennych w Rio. Jeden z nich to zresztą kolega jej ojca, który kiedyś smalił do niej cholewki.
Ale zanim to się stanie, nieświadoma jeszcze szczegółów zadania Alicja zakochuje się w swoim opiekunie zadaniowym, Devlinie. Ich rodząca się miłość pauzuje gdy Devlin zachowawczo puszcza kobietę w ramiona szpiegowskiego zadania.
No i miałam problem z tym filmem, w jakiej mierze jest on sensacyjny - w tym względzie chodzi o owe całe zadanie Alicji, a w jakiej mierze jest romansem - gdy przychodzi co do czego, to j⁎⁎ać naziolków a Alicja i Devlin odjadą bezpieczni i zakochani ku zachodowi słońca, czy jakoś tak.
Nie oglądało się tego źle, o ile nudzą mnie hiczkoki takie jak "Okno na podwórze" (tak, wiem, dziwna ze mnie kinomanka), to tutaj byłam wciągnięta w akcję,
W sensie aktorstwa i olśnienia z początku filmu wystarczą dwa słowa: Ingrid Bergman.
O ile Cary Grant gra bardzo drewniano - z jedną i tą samą miną ogłasza Alicji szpiegowskie gadki i wyznanie miłości, o tyle Bergman wczuwa się mocno w swoją rolę. Gdy gra pijaną Alicję naprawdę wygląda jak pijana, gdy fabuła chce nam pokazać zakochanie jej w Devie, ona nie potrafi przestać na niego patrzeć i od niego odczepić się rękoma, gdy jest zatruta to serio wygląda na chorą.
W każdym razie dzięki temu poczułam jej rozterki - rozczarowanie, że facet, z którym spędziła miłosne dni nagle bez wahania wrzuca ją w małżeństwo z naziolem, ku chwale ojczyzny.
No ale nawet piękna i utalentowana Bergman nie wrzuciła mnie do hypetrainu Hitchcocka i nadal jedynym ulubionym filmem pana Alfreda w mojej księdze filmów pozostaje "Psychoza".
Ale jakby coś, "Osławiona", byłaś blisko. Jak coś to polecam, szczególnie tym, którzy z niskim grubaskiem nie mają problemów takich jak ja (wciąż nie wiem co to za problemy, może kiedyś się dowiem).
@bishop Osławiona? No tak jak napisałam - jest wątek sensacyjny we względzie wejścia w grono nazioli, którzy mieszkają w Rio i jest wątek romansowy powiązany mocno z wątkiem sensacyjnym. Mniej taki kryminalny jak w Oknie na podwórze, ale coś tam się dzieje.
W sumie to bardziej antywestern, no ale przynajmniej w moich książkach każdy western to i tak western. Chce się czy nie - każdy antygatunek należy do gatunku.
Lekturę "Małego wielkiego człowieka" pamiętam do dziś, a ledwie trochę pamiętałam reakcję na później obejrzaną ekranizację. Bardzo oddzielony w czasie był to rewatching. Ale ogólnie odczucia się zgadzają - byłam kontent, tyle pamiętam. Teraz też jestem kontent. Dostarczone!
To historia Jacka Crabba, którego rodziców na Dzikim Zachodzie zabili Indianie, ale też inni Indianie zaadoptowali go i tam się wychował, wśród Czejenów. I tak oto los przesyła sobie małego wzrostem, lecz wielkiego duchem (przynajmniej wg Czejenów) Jacka z rąk do rąk - albo przebywa z "białymi", albo z Indianami w różnych okresach swojego życia.
Niczym cień, w dorosłym życiu, towarzyszy mu raz na jakiś czas znana historyczna postać - generał Custer.
My zaś przez cały film zastanawiamy się gdzie jest owa "wielkość" Jacka. Dowiemy się dopiero pod koniec gdy wystawi swój "cień" na światło słoneczne i będzie mógł zacząć życie z czystą kartką, bez rachunków z przeszłości. Ale tego życia Jacka już nie poznajemy, chociaż wygląda na to, że było dość długie - wg filmu typ przeżył 121 lat!
Z Jackiem przemierzamy równiny Dzikiego Zachodu, poznając życie Czejenów i poznając życie lokatorów nowej dzikiej ziemi. Konflikt między nimi istnieje od zarania, dla Jacka od zawsze - pierwszych Indian poznaje, gdy zabijają jego rodzinę, gdy jest zaledwie dzieckiem. Ale z czasem inni Indianie staną się jego rodzina, i ostatecznie to ich sposób spojrzenia na życie ruszy Jacka, który poznaje obie "cywilizacje" od podszewki.
Tak naprawdę to kim jest Jack nie ma w sumie większego znaczenia, tak jak jego wymyślone dla potrzeb sztuki znaczenie w bitwie pod Little Bighorn. To po prostu ułatwienie, które ma pokazać świat i Indian i białych Amerykanów z punktu widzenia tylko jednego człowieka. To przede wszystkim właśnie świat wiecznych konfliktów, przemocy i walki, ale także przyjaźni i miłości. A także świat umierania świata (jakkolwiek to brzmi) - świata, który dobijali tacy jak Custer i jemu podobni, bez krzty refleksji. Tyle, że w "Małym wielkim człowieku" Indianie też rzadko przejawiają refleksje, ale oni jednak ostatecznie zostają naiwnymi ofiarami. Tymi, którzy uwierzyli, że skoro ci biali w końcu oddali im kawałek ziemi i pozwolili im tam spokojnie żyć - to nie kłamią.
I tak nawet przez chwilę żyją, rozmnażają się, pomagają sobie. Ale my już z daleka, zanim pojawi się w filmie - słyszymy tę żołnierską melodię, która oznacza eksterminację Indian.
Myślę sobie - wszyscy chwalą tego Pitta, włączę sobie. Włączyłam. Ot, kolejny wyśrubowany akcyjnie serial szpitalny. Daruję sobie, widziałam takie podobne setki razy.
Ale kolejnego wieczoru znowu włączyłam ten serial. I kolejnego, i kolejnego, aż wpadł cały sezon.
Każda godzina serialu to jedna godzina na SORze w szpitalu w Pittsburghu. Obserwujemy poczynania lekarzy, rezydentów, pielęgniarek czy pielęgniarzy no i samych pacjentów.
W czym więc ten akurat serial szpitalny jest lepszy od innych? Albo dlaczego właśnie on zdobywa taką popularność?
Gdybym miała stawiać to chodzi o realizację - ktoś skrupulatnie rozpisał odcinki, akcja dyma od jednego przypadku do drugiego, lub od jednej rozterki jednej postaci do drugiej. Postawiono bardzo mocno na realizm - serialowy SOR jest pod wiecznym ostrzałem korpo-dyrektorki, jak to w USA. Przypadki medyczne wyglądają legitnie, bez przyprawiania sosem nabicia napięcia - bo tego napięcia jest i tak bez liku w tym serialu.
Kolejki na SOR - checked!
Pobicie obsługi szpitalnej - checked!
Prawie jak w Polsce!
Fajna w sumie taka jazda przez kilkanaście odcinków - trudno mi to określić jak i dlaczego, ale weszłam w ten świat mocno po 3 odcinkach i ciężko mi było wyjść - zlekceważyłam filmy czekające w kolejce i naparzałam odcinek Pitta za odcinkiem.
Bardzo dobry. Był moment, że podjechali woke'iem i się bałem, że będą to wciskać bez sensu, jak Netflix, ale wybrnęli fajnie i nie raziło wcale.
Trochę sztampowy był motyw z zamachem. To jest już element obowiązkowy każdego serialu z tej tematyki. Mogli coś lepszego wymyślić. Ale to taki mały dość zarzut, bo oglądało się i tak świetnie. Jestem ciekaw co wymyślą w drugim sezonie i jak się obronią przed sztampą właśnie.
Główną rolę gra aktor wprawiony w temacie - główna gwiazda dawniejszego przeboju: 'ER', gdzie brylował z Clooneyem. Mieli nawet razem epizodzik we Friendsach.
Uwaga, serial ma bardzo drastyczne ujęcia. Jeśli przetrwasz pierwszy odcinek, dasz rade... a jeśli nie, to gratulacje - masz jeszcze wciąż dość wrażliwości, by czuć się źle w obliczu epatowania ludzkim nieszczęściem.
Ależ to była wyprawa! Na początku dawałam 7/10, ale po zastanowieniu i paru myślach, które nie chciały mnie opuścić po seansie - podwyższyłam ocenę.
Oto Śmierć, zaiste zmęczona, jednak wykonująca swoją pracę solidnie i bez żadnych błędów. Pewnego dnia jednak z reklamacją przychodzi pewna kobieta, która chce by Śmierć oddała jej ukochanego. Śmierć zgadza się, ale stawia warunki - kobieta musi w trzech różnych światach choć raz uratować swojego męża. Tak więc mamy akcję we Włoszech, w Arabii i w Chinach, ale za każdym razem wysiłki kobiety idą na marne.
Śmierć więc po tych światowych wyprawach stawia jeszcze jedno - chyba najtrudniejsze zadanie - przed kobietą.
Oto klasyka kina, proszę państwa. Czysty ekspresjonizm w wykonaniu Fritza Langa - wciągająca opowieść fantasy, która analizuje znaczenie życia i śmierci. Kobieta jest pewna, że miłość jest równie silna co śmierć i na tym osadza swoje wysiłki. Jednak nic nie jest silniejsze od śmierci, nawet takiej zmęczonej o hipnotyzującym obliczu Bernharda Goetzke.
Lubię uniwersum Obecności, ale nieco z tego wypadłam po tych słabszych zakonnicach i innych. Ale dla Warrenów zawsze warto spiąć d⁎⁎ę.
Tym razem w roli głównej demon z tajemniczego lustra, który sobie cierpliwie czeka, aż młoda Warrenówka dojrzeje i sama do niego przyjdzie. Aby ją lepiej skusić na przybycie opętuje dom, do którego trafia lustro. Oczywiście nikt nie pomoże bo jak? A sami Warrenowie są już na emeryturze, ale młoda Judy, która odziedziczyła umiejętności widzenia duchów po matce, sama wpada w sidła. Rodzice postanawiają pomóc swojej dziecinie, do pomocy biorą przyszłego zięcia, który coś tam wie o przeszłości teściów, ale niebawem pozna ich działalność w całej okazałości.
Oglądało się dobrze, rozjebała mnie dopiero scena z wielką lalką CGI, to mi tak zjebało klimat filmu, już prawie do końca. Zresztą IMO akcyjne elementy już z Warrenami na chacie były najsłabsze - najlepszy był wstęp do rodziny Warrenów (uwielbiam takie klimatyczne spowalniacze) oraz samo nawiedzenie chaty tej wielodzietnej rodziny zanim wpadną tam Warrenowie zrobić porządek.
Szósteczka w ocenie czwartej części bo myślałam, że będzie jeszcze gorzej, ale całkiem sporo klimaciku zostało z poprzednich części. I o ile sama historia rodziny Warrenów jeszcze się nie wyczerpała, tak schemat walki z nadprzyrodzonym złem już nieco zaczyna szorować po dnie.
Renuka to prostytutka, ucieka z Delphi na jakąś prowincję. Ma dobry powód by uciekać - zabiła tam policjanta. Kobieta schroni się w innym burdelu, by zarobić kasę na swoją ucieczkę. Tam poznaje młodą dziewczynę - Devikę.
Przeznaczenie dziewczyny jest już znane - będzie prostytutką, jak jej siostra, matka, a wcześniej babcia. Devika natychmiast wpada w oko starszej Renuce. Wbrew społecznym normom kobiety związują się z sobą. Zapewne dlatego, że tylko bliskość i miłość mogą na chwilę zabrać je z tego brutalnego świata, w którym na co dzień żyją.
Renuka wie, że niebawem dziewczyna wpadnie w sidła kurewskiego losu, więc proponuje jej by uciekła razem z nią.
Bardzo ciężki seans, chemia między bohaterkami jest i to jedyne jasne momenty tego filmu. A jednak mimo, że nie ma happy endu, to film nie pozostawia nas bez nadziei.
Realizacja filmu? TOP. Zdjęcia i aktorstwo, a szczególnie zdjęcia, które piorunują swoim oddaniem każdej sceny. Nie widziałam innych filmów tego Bojanova, ale widać po Bezwstydnych, że ma swój rys i koncepcję kręcenia. Poczułam się zachęcona by obejrzeć inne jego filmy, choć już widzę po opisach, że to mogą być równie ciężkie seanse jak ten o zakazanej miłości.
Edit: trochę mi ten film przypominał "Bliskość" Bałagowa - też zabawa kolorkami i trudny los kobiet w fundamentalizmie religijno-plemiennym.
@TyGrySSek najgorzej, poszukaj może angielskich napisów jeśli coś tam kumasz w inglisz - ja np. nie umiem gadać, nie rozumiem wszystkiego co mówią, pisać też ledwie umiem ale czytanie po angielsku? no problem - może przez to, że na studiach wiele źródeł nie miało polskiego przekładu, nevermind
W każdym razie od dawna używam wyłącznie ang napisów (chyba że akurat są dobre polskie).
Albo przespałam ten film, albo nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia, które zapowiadały dość pozytywne recenzje.
Na pewno bardzo dobrze oglądało mi się początek, gdy osierocone rodzeństwo trafia do Laury, matki zastępczej. W domu przebywa już jeden dzieciak, dziwny chłopiec Ollie. Laura bardzo cieszy się na widok niedowidzącej dziewczynki (jak się okazuje sama niedawno straciła niewidomą córkę), jej prawie 18-letniego brata Laura nie uznaje tak jak jego siostry. Andy nie raz odczuje, że jest dystansowany i wykorzystywany przez Laurę by lepiej dotrzeć do dziewczynki.
Dość niepokojący obraz - o nieprzetrawionej żałobie i związanych z ową żałobą mrocznych rytuałach, nie wiem jak ocenić resztę, niby oglądałam, ale jakby wypadły mi z głowy rozwiązania z końcówki - niby pamiętam co i jak, ale jakoś mnie to nie obchodzi. Będę musiała powtórzyć ten seans, na spokojniej jakoś, więc sorki za krótki i nieskładny opis dziś.
Po "Świętej Górze" i "Krecie" poczułam, że w końcu mogę obejrzeć ten słynny dokument o tym jak miała powstać Diuna zanim powstały nawet Gwiezdne Wojny.
Powiem tak - niezłą ekipę do tego filmu zmajstrował Jodorowski i cel miał dość przejrzysty. Wątpię jednak by ta ekranizacja była lepiej udana niż adaptacja Lyncha, już nie porównując nawet do najnowszych Diun.
Gdyby Jodorowski zrobił ten film w swoim stylu (a na pewno by zrobił w swoim stylu), to nie byłby to hit na miarę blokbasterów, raczej niezrozumiałe kino, zbyt pokurwione dla zwykłych widzów, a tym bardziej fanów książki Franka Herberta. Sam Jodorowski w filmie mówi, że jego ekranizacja to byłby gwałt na książkowej Diunie. Z miłością, ale jednak gwałt.
Mimo to obejrzałabym taki film dziś - po jednej nieudanej Diunie i dwóch bardzo udanych - byłby to ciekawy eksperyment filmowy - zobaczyć Diunie na kwasie bez brania kwasu.
Z takich ciekawostek z filmu:
- muzykę do filmu miał przygotować Pink Floyd, ale lekceważące zachowanie członków zespołu tak wkurzyło Jodorowskiego, że zrezygnował - woleli wpierniczać hamburgery niż porozmawiać z oświeconym "mistrzem",
- Jodorowsky zatrudnił do projektów scenografii Gigera, który zaprojektował pałać Harkonnena - parę lat później te grafiki zrobiły niezłe wrażenie na twórcach "Obcego" i w ten sposób zatrudniono Gigera do tego tytułu,
- Jodo chciał by cesarza zagrał Salvador Dali. Dali zgodził się, ale chciał być przy okazji najlepiej opłacanym aktorem w historii.
Jest tego zresztą cała masa, wszystko okraszone pobrzękiwaniem średnim angielskim przez Jodorowskiego, który bardzo przeżył odrzucenie realizacji filmu i nie chciał iść kilka lat później na wersję Lyncha, ale namówiony przez syna poszedł do kina i bardzo się ucieszył, bo... film był beznadziejny!
Jak widać miałam wczoraj wieczór z horrorami. Z czego jeden film okazał się być tylko dramatem w szatach horroru, a drugi? No cóż, jest to pełnoprawny slasher, więc tutaj gatunkowo wszystko się zgadza. Ale czy był dobrym horrorem?
Może w 2003 roku taki film zrobiłby na mnie wrażenie, ale dziś, gdy takich slasherów jest już cała masa, to jest ledwie "meh".
Zapowiadało się nawet ciekawie. Dwie kumpele jadą do rodziny jednej z nich. Już pierwszej nocy na chatę włazi jakiś psychol i morduje rodziców i zaczyna się polowanie i gra na czas by uratować życie. Jednak jak z czasem się dowiemy psychol nie do końca jest zwykłym psycholem, tylko pewnego rodzaju psychologiczną zagrywką. Co nie zmienia klimatu filmu - czyli brutalność, przemoc i mnóstwo krwi.
Żeby to jeszcze spłodził jakiś nieznany nawiedzony umysł, a to Alexandre Ajo - jednak widać, że ten film wtedy robił wrażenie, bo potem już Ajo kręcił horrory w USA.
Niestety, worek doświadczenia na plecach mam w związku z horrorami, i nie udał mi się przez to ten spóźniony seans.
Uważam jednak, że tutaj mogę się mylić w tym sensie, żem zblazowana nieco, podejrzewam, że wielu z was mógłby się spodobać ten slasher, jest tam wszystko czego ten gatunek potrzebuje + owa rozgrywka psycho. Więc nie odradzam jak coś, kto ciekawy - niech zerknie. Chętnie sama bym poczytała opinie innych i zweryfikowała je ze swoją, niezbyt przychylną jak widać.
@TyGrySSek przyjedzie wiosna/lato to zamiast wykorzystywać wolny czas na oglądanie filmów to będę chodzić na rowerek, - to moja druga pasja- więc nie poddawaj się jeszcze!
Co to jest? Wygląda jak horror, pachnie jak horror, smakuje jak horror a horrorem nie jest? Tak, proszę hejtowskiego państwa - to "Good Boy".
Nie wiedziałam czego się spodziewać, gdzieś tam wyczytałam, że to taka filmowa historyjka o Chojraku, tchórzliwym psie. I w sumie się zgadza - nasz główny bohater, pies imieniem Indy, przeprowadza się ze swoim panem do domku po dziadku na odludziu. Tam piesek zacznie widzieć dziwne rzeczy i postacie, i naprawdę będzie się bał.
I tu UWAGA spoilery - to co widzi Indy, to nie duchy, to nie demony, to żadne nienaturalne zło, nie ma też opętania pana, jak przez chwilę podejrzewałam. Kiedy wreszcie skumałam o co chodzi rozryczałam się jak głupia - pokazanie śmierci bliskiego z perspektywy ukochanego psa - tego jeszcze chyba nie grali.
Powinny być chyba jakieś oscary dla zwierząt (oczywiście żartuję, chociaż trenerzy pewnie by polubili) - wtedy piesek grający "good boya" na pewno by wygrał. Świetna robota, pies reaguje jak pies, ale zbliżenia kamery nadają mu lekki ludzki rys, by każdy widz mógł się łatwiej wczuć.
I kolejny Jodorowsky nadrobiony. I zapewne nie ostatni. Znów rewelacja!
Film przypomina spaghetti western. Bezimienny rewolwerowiec (którego będziemy nazywać Kretem, druga część wyjaśnia czemu) przemierza pustynię ze swoim synem-uczniem. Poznaje pewną kobietę i za jej namową porzuca syna i zacznie się polowanie na czterech najlepszych rewolwerowców - kobieta oferuje swoją miłość jeśli nasz bohater pokona ową czwórkę. Każdy z rewolwerowców przedstawia swoją filozofię życia i nasz Kret z czasem przestanie czuć w sercu swoją misję a bardziej przejmować ich wizję świata, w końcu jednak cała czwórka ginie, a zła kobieta i tak odchodzi z inną rewolwerowczynią.
Nasz bohater zostaje ranny i sam. Mija wiele lat, Kret budzi się jako wyzwoliciel ludzi mieszkających w jaskini - ludzi kalekich, skazanych na ubogą egzystencję. Kret postanawia wykopać tunel, który połączy jaskinię z pobliskim miasteczkiem. Wraz z kobietą-karłem wyruszają do miasteczka by zarobić występami komediowymi i żebraniem środki na wykopanie tunelu. Miasteczko jednak jest zdegenerowane w swoim bogactwie. Przemoc, zabijanie, gwałty i niewola - to ulubiona rozrywka mieszkańców. Tymczasem nasz bohater przechodzi przemianę i nie jest już tym samym człowiekiem z pierwszej części filmu - ale jego już dorosły syn, nadal trzyma urazę. Pozwala skończyć ojcu kopanie tunelu, ale potem ma zamiar go zabić.
Typowy film o odkupieniu, prawda? Tylko, że podany w tym jorodowskim sosie niekoniecznie może być strawny dla każdego. Odniesienia religijne są tu bardzo mocne - każdy rozdział ma tytuł związany z Biblią, jak np. Psalmy, Prorocy czy Apokalipsa. Sama religia też występuje w filmie w postaci takiej jak na przykład - Kret-wyzwoliciel, który niby umarł na pustyni po pojedynkach z rewolwerowcami, a jedna wyszedł zmartwychstały z jaskini. Albo sam Kret przedstawiony niczym oświecony buddyjski mnich.
Znowu - podobnie jak "Święta góra" to film, w których odniesień filozoficznych, religijnych, albo ogólnie - duchowych - jest cała masa. Przy tym Jorodowsky bawi się stylistyką gatunku, jakim jest western i bardzo dobrze się w tym odnajduje. Niektórych scen pozazdrościłby sam Sergio Leone.
Cudo! Poczułam ten rytm, poczułam przygody, poczułam zabawę - a to najważniejsze jest czasem w oglądaniu filmów. Dalej nie wiem czemu tak unikałam filmów meksykańskiego surrealisty-myśliciela. Dla mnie totalnie zrozumiałe, są wciągające, i są poryte na swój bajkowo-brutalny sposób.
Możliwe, że te tytuły nie będą strawne dla początkującego lub niedzielnego kinomana, ale średniozaawansowany oglądacz powinien poczuć klimat i bez problemu spróbować się z takim kinem. Dla mnie o wiele trudniejszy jest inny surrealista - Bunuel, ale on z kolei szuka porytych odmian realizmu w nieco innych sferach niż Jodorowsky.
W każdym razie polecam spróbować się z takim kinem. Niezwykła przygoda!
Dla mnie to bardziej film na 0,5/10 niż 9,5. Mi się wydał kompletnie słaby a wracać do niego nie zamierzam. Nie lubię filmów tego twórcy podobnie jak chociażby Larsa von Triera. Mają coś odpychającego.
Porównanie do spaghetti westernu to dla mnie zniewaga dla tego ciekawego, szczególnie w wykonaniu Sergio Leone gatunku filmowego.
Kapitan Arseniew wyrusza na badania w tajgę. Tam poznaje kirgiskiego myśliwego Dersu Uzałę. Dersu całe życie spędził w tajdze, miał kiedyś żonę i dziecko, ale umarli na ospę. Starszy mężczyzna żyje więc samotnie. Przypadkowe spotkanie z badaczem zapoczątkuje wielką przyjaźń. Dersu pomaga żołnierzom w tajdze, przeżywają wiele przeróżnych przygód, często na granicy śmierci, które tylko wzmacniają przyjaźń dwóch mężczyzn.
Sprawa się komplikuje, gdy Dersu odkrywa, że zdrowie nie pomaga mu już być dobrym myśliwym i korzysta z oferty przyjaciela i opuszcza tajgę, by zamieszkać z mieście. Oczywiście miasto jest kompletnie niezrozumiałe dla starego Dersu i myśliwy powoli traci duszę.
Piękny film o wielkiej przyjaźni, którą skuła przyroda i natura, czasami piękna, czasami brutalna. Tutaj kapitan uczy się szacunku do świata, do zwierząt i roślin, przy boku doświadczonego Dersu.
Chyba najbardziej wzruszający film Kurosawy w jego dorobku.
Nie podszedł mi ten przypadkowy seans na Mubi - kiedyś w sumie lubiłam takie nowojorskie komedyjki dla intelektualistów 20+. Może stąd ten seans.
Shirin to właśnie taka bohaterka, szukająca swojego miejsca w życiu. Właśnie rozstała się z dziewczyną, przez to, że nie potrafi wyjść z szafy przed swoimi pochodzącymi z Iranu rodzicami. Do tego nie może znaleźć pracy, a jak znajduje, to nie okazuje się to, co myślała. W poszukiwaniu nowych romansów (ale głównie po to by wzbudzić zazdrość ex), relacje z rodziną i w końcu upragniony coming-out, nic nie kończy się tak jak zazwyczaj kończy się w amerykańskich filmach.
Typowe, niezależne, amerykańskie kino dla młodych dorosłych, który szukają własnego miejsca w życiu i lubią oglądać podobne rozterki na ekranie. Niestety, poza obszar gatunku, ten film nigdzie nie wybiega, stąd taka a nie inna ocena.