Kilka miesięcy przed swoją śmiercią Andrzej Wajda nakręcił film, w którym omawia swoje najważniejsze filmy. Tak też poznajemy pomysły na przeróżne sceny i co one wtedy oznaczały, przygody pana Wajdy z cenzurą, jego losy na światowym rynku, gdzie przecież ówczesna władza mocno utrudniała rozgłos dla polskiego kina, o tym, że nie sądził kiedykolwiek w czasach PRL, że uda mu się nakręcić film ku pamięci swoim rodzicom, a szczególnie ojca, który zginął w Katyniu.
Mamy rok Andrzeja Wajdy, więc dużo tego będzie latać i bardzo dobrze.
W mojej przygodzie z mistrzem zostało zaledwie kilka tytułów do uzupełnienia, ale jeśli ktoś dopiero zaczyna przygodę z tym reżyserem to mocne zazdro - chciałabym zobaczyć po raz pierwszy na przykład "Ziemię Obiecaną"...
W każdym razie warto spojrzeć na ten film - za darmoszkę na arte.tv oraz YT:
Nowa lekarka (w tej roli znakomita Joanna Kulig) odkrywa, że dzieci mieszkające w pobliżu huty chorują na ołowicę. Ryzykując swoją karierą oraz własnym zdrowiem staje do nierównej walki systemem.
Pierwsze dwa odcinki łyknęłam bez zapity - potem było już coraz ciężej, ale chęć zobaczenia zdolności aktorskich Kulig ostatecznie pozwoliła mi dokończyć ten serial.
Ogólnie nie jest źle, ale wciąż brakuje tego czegoś do "znakomite". W Polsce zaczynamy czuć gatunek tworzony na podstawie epoki - to już kolejna odsłona tej "czutki". Zresztą mamy do tego znakomite warunki - całą gammę ciekawych historii, bohaterów i specyficznego tła.
Fajnie też, że ostatecznie trochę wymieszano to aktorsko - bardzo cieszę się, że zatrudniono Kulig, jej talent jest niezaprzeczalny, co zresztą udowadnia w tym serialu grając "doktórkę".
Muzyczka, kostiumy, odwzorowanie epoki - jak zwykle na duży plus. Co do samej historii to się nie wypowiadam - bo nie znam faktów, ale ja jestem taką osobą, która nawet jeśli zna fakty to potrafi przymknąć oko ku lepszemu odbiorowi dzieła. Coś jak z "Obecnością" - wiem, że rodzina Warrenów to scam, ale nie przeszkadza mi ich lubić i kibicować w filmowej serii.
No to czekamy na kolejny polski serial - na razie jesteśmy na dobrej fali - tak można uznać po "Heweliuszu" i właśnie "Ołowianych dzieciach".
Naprawdę świetna komedia z tych co ostatnimi czasy patrzyłam na Ninatece. Lucynę już na pewno widziałam kilka lat temu ale miło było sobie przypomnieć.
Lucyna (w tej roli Jadwiga Smosarska) wraca z Francji z dyplomem w kieszeni - chce pracować w fabryce swojego ojca, więc przebiera się za chłopaka i trafia pod pieczę inżyniera Żarnowskiego (Eugeniusz Bodo). Z miejsca zaczyna lubić swojego nowego szefa i wchodzi z nim w konszachty towarzyskie. Żarnowski to uwodziciel i już ma złapaną sekretarkę z biura - Tunię. Ale Tunia nie lepsza, sama uwodzi mężczyzn i traci głowę za każdym razem gdy widzi młodego Juliana (Lucynę znaczy).
Tymczasem Żarnowski czuje się onieśmielony nieustającą sympatią Julka ("a może ty lala"? - mówi nawet do "chłopaka" gdy ten prawie namiętnie go całuje przy brudziu w knajpie). Lucyna postanawia więc wprowadzić do gry "siostrę Juliana - Lucynę" i to jest strzał w dziesiątkę! Znika Żarnowski-uwodziciel a pojawia się całkowicie zakochany facet.
Oczywiście - jak zawsze - mamy do czynienia z komedią omyłek. I znów mamy wątki queer, tylko że tu już bardziej są zaznaczone - czyli przebieranka za mężczyznę i pocałunek "dwóch facetów".
Jadwiga Smosarska w roli Julka jest bezsprzecznie seksi i nie dziwota, że Tunia lata za nim za każdy razem gdy go widzi.
Ale jest równie wspaniała gdy po prostu gra Lucynę. Bardzo lubię całą tę ekipę z przedwojennych polskich komedii, ale po raz kolejny Smosarska pokazała mi, że nie ma lepszej aktorki niż ona z tego gatunku. Niesamowite jest jak ona naturalnie grała - a przecież grała dużo przed wojną - była jedną z najbardziej zapracowanych aktorek.
Jako bonus można zaznaczyć świetne żeńskie role Mieczysławy Ćwiklińskiej (ciocia Lucyny) i Kazimiery Skalskiej (Tunia).
Kocham ten film, na pewno sporo pomaga, że zachowała się pełna kopia filmu, co jest akurat rzadkie. Pani Smosarska to jednak sztos aktorski - była stworzona do grania pięknych i inteligentnych kobiet, bo sama po prostu taka była.
Nie będę pisać o czym bo wiadomo o czym - napiszę tylko, że żal patrzeć jak Besson z roku na rok spada na ryj - kiedyś czekałam z niecierpliwością na każdy jego film, ech.
Gdy się widziało Draculę Coppoli i nowego Nosferatu to ciężko wypatrywać w bessonowskiej wersji czegoś nowego, czegoś istotnego. Miałam nadzieję, że sytuację uratuje chociaż nieszablonowy Caleb Landry Jones, ale niestety, nie udało się.
Może jest wypas, przepiękne kostiumy, ale zabrakło iskry bożej - oglądałam do końca byle obejrzeć, nie czułam nic niestety podczas seansu. Wielkie rozczarowanie.
Ada jest łobuziarą, wesołą, acz jednak łobuziarą. Ojciec wysyła ją do szkoły dla elity, by tam trochę "wyporządniała". Do tego chce wydać ją za mąż za syna hrabiego, ale ten nie jest zbyt chętny by poznać dziewczynę (w tej roli absolutny amant polskiego kina przedwojennego - Aleksander Żabczyński). W roli Ady mamy Lodę Niemirzankę i jest ona po prostu genialna!
Jak to bywa w polskim kinie przedwojennym rozrywkowym - to komedia omyłek z wątkiem romantycznym. Trzeba oglądać z przymrużeniem oka - na przykład porwanie Ady przez bandę na⁎⁎⁎⁎nych facetów, z czego jeden już prawie jest zdolny obłapiać nieznajomą dziewuszkę ma służyć pokazaniu widzowi, że Fred właśnie zakochuje się w dziewczynie, za którą miał wyjść, a o tym nie wie. Wygląda to absurdalnie i brutalnie, ale może w tamtych czasach wyglądało to inaczej?
Zawsze mnie zdumiewa jak w polskim przedwojennym kinie wplatano nieświadomie wątki queer - tutaj na przykład mamy udawany ślub w szkole dziewcząt, jedna przebiera się za "pana męża". Natomiast na pokazanej imprezie artystów normalnie w parach tańczą sobie lesbijki a gdzieś w kącie siedzi przebrany za babkę facio - oczywiście mam oko do takich rzeczy, nie wysuwają się te elementy nawet na drugi czy trzeci plan, trzeba uważnie patrzeć by takie coś złapać. Ale też taka prawda, że elita artystów w przedwojennej Europie w dużych miastach bawiła się po swojemu nie patrząc na konwenanse. Co do samych wątków queer w takim kinie to można jeszcze przywołać "Czy Lucyna to dziewczyna?" czy w "Piętro wyżej" gdzie Bodo śpiewa przebrany za babę. Jakbym miała czas i ktoś mi za to zapłacił to mogłabym napisać o tym spory felieton albo i książkę Śmieję się, ale czasem tak mam, że w trakcie seansu coś mi się rzuca w oko i potem to rozgryzam.
W trakcie oglądania miałam wrażenie, że jednak już widziałam ten film, ale musiało to być dawno temu, bo przypominałam sobie tylko takie ogólne elementy.
Prześmieszna komedia, gdy pierwszy raz usłyszałam jak dziewczyny przezywają opiekunki to musiałam zatrzymać film, bo po prostu atak śmiechu mnie dopadł! Wiecznie śmiejące się młode dziewczyny potrafią ukoić najbardziej zszargane nerwy. Mi jak zwykle takiego rodzaju komedia poprawia humor!
Niektóre żarty są już wytarte (jak głucha nauczycielka wiecznie przekręcają słowa), ale ogólnie jest FUN.
Polecam serwis Ninoteka (jest też apka na tv) - mają tam dość spory wybór polskich filmów przedwojennych - z opisami skąd pochodzą źródła filmy i czy to pełna wersja (rzadko są pełne, to samo niestety dotyczy Ady - zresztą podczas oglądania widać, że brakuje scen), po filmie można sobie obejrzeć jak wyglądał materiał źródłowy przed i po rekonstrukcji.
Polecam - serwis jest za darmoszkę i można tam znaleźć też inne filmy, teatr, programy itp.
Zawsze mnie zdumiewa jak w polskim przedwojennym kinie wplatano nieświadomie wątki queer - tutaj na przykład mamy udawany ślub w szkole dziewcząt, jedna przebiera się za "pana męża". Natomiast na pokazanej imprezie artystów normalnie w parach tańczą sobie lesbijki a gdzieś w kącie siedzi przebrany za babkę facio
W kontekście tego o czym piszesz, to w latach międzywojennych normą było, że na imprezach w przypadku niedoboru pań w towarzystwie facet tańczył z facetem. Po prostu jak chciałeś po tańczyć, to brałeś kumpla i dawaj. Normą było, że każdy chłop potrafił tańczyć jako kobieta, jak i jako prowadzący czyli facet. Opisuje to m.in. Stanisław Grzesiuk w "Boso ale w ostrogach".
@WatluszPierwszy to też, ale funkcjonowanie relacji queerowych które były powszechnie znane, akceptowane ale zupełnie nieobecne w dyskursie społecznym również jest faktem.
Imho też się skłaniam ku temu, że tańczące dziewczyny były prostu hetero pannami, a przebieranie się za kobietę miało być żartem jak w polskim kabarecie ;) Ale w rzeczywistości mogłyby być przejawem ówczesnej kultury LGBT+, gdyby coś takiego zobaczyć w klubie.
@Vampiress O to to! właśnie AI mi wypluło, że np. Waszyński (reżyser) był otwartym homoseksualistą, o związki z facetami podejrzewany był sam Bodo.
Po prostu całkiem inne czasy (tak jest oczywista kapitanko - to do mnie :D) - więc dziwnie się rekonstruuje takie elementy - z jednej strony dawne czasy kojarzą się z konwenansami i ustalonym porządkiem, ale jak widać kino fajnie uchylało rąbka tajemnicy, świadomie czy nie - już ma to mniejsze znaczenie w kontekście tego jak patrzymy na to jako dzisiejsi widzowie.
Świetny temat! Też bardzo lubię polskie kino międzywojenne, a "Czy Lucyna to dziewczyna?" to jedna z moich ulubionych komedii. Jadwiga Smosarska zawsze mnie pociągała, a jako przedwojenna chłopczyca...
No właśnie, bo te dawne styluzacje, które wówczas miały wyglądać męsko, dla dzisiejszego mężczyzny mogą wyglądać wręcz mega kobieco.
Dla podobnej obserwacji polecam "Bożą podszewkę". Mimo, że to serial z lat 90-tych, to akcja dzieje się przed wojną. W serialu jedną z sióstr głównej bohaterki gra młoda Katarzyna Herman. Chodzi w garniturach, pod krawatem, z "ulizanymi" włosami - w domyśle chłopczyca. Dla dzisiejszego mężczyzny zjawiskowa, elegancka kobieta
Losy ser Duncuna Wysokiego i jego giermka Jaja. Kto czytał książkę i to oglądał to już wie, że dość wiernie zekranizowane przygody Dunka. Jednak gdy mamy mięsisty materiał źródłowy od Martina to w sprawnej realizacji wszystko się spina.
Cudo! Płakałam, śmiałam się, przeżywałam. Wspaniali aktorzy, świetnie jest to po prostu zrobione. Zachęciło mnie to do powrotu do książki, bo przecież kolejne sezony to kolejne przygody z opowiadań.
Nie będę się mocno rozpisywać - ten serial robi furorę nie bez powodu. Warto zobaczyć, nawet jeśli nie czytało się książki, nawet jeśli nie przepada się za fantasy.
@Mahjong już to pisałem wczoraj ale dzisiaj się powtórzę, dawno mi się żaden serial tak nie spodobał jak ten. Książki nie czytałem bo nie przeczytam nic od tego grubasa do czasu aż nie wyda Wichrów Zimy, taki mój bojkot xD
W roli żołnierza przepiękny Lorenzo Lamas. Wojskowy wypowiada wojnę gangom narkotykowych, gdy z przedawkowania umiera jakiś dzieciak. Zabiera broń i granaty, ale po rozróbie zostaje aresztowany. Na szczęście sprytny adwokat sprawia, że mimo iż nasz Jack-wojskowy zabił cztery osoby, idzie zaledwie do szpitala psychiatrycznego. Tam, przy pomocy nowych znajomych, postanawia dokończyć wojnę z gangami.
Boziu święta, czego tam nie ma, toż to cudna parodia kina akcji! Wybuchy kibli, środki na sranie, bijatyki i walka w szpitalu psychiatrycznym w wózki-tarany. Do tego oglądane z głosem pana Knapika. Seans z rodzaju: FUN FUN FUN!
Kto będzie brał takie kino na poważnie - to niestety zabawy nie uraczy. Na szczęście ten film od razu pokazuje, że jest po prostu komedią akcji.
Ercell kiedyś była straszną piratką, ale za⁎⁎⁎⁎ła swojemu partnerowi złoto i osiedliła się z facetem na wyspie i tam założyła rodzinę. Po latach dawny kolega pirat przybywa tam wraz ze swoją bandą by schwytać Ercell i wykupić sobie za nią wolność, skoro piękne czasy korsarskie zakończyły się i wszyscy piraci są wyjęci spod prawa.
Ercell jest za⁎⁎⁎⁎sta i wszystkich pokonuje. Koniec.
Jak ktoś gdzieś podsumował Piraci spotykają Johna Wicka. Na plus Karl Urban i Temuera Morrison, na minus elf z Brooklynu(z pierścieni władzy) i główna bohaterka
Trzeci seans w życiu, drugi z wersją reżyserską. Seans obiecany fance filmów kostiumowej - mojej mamie już kilka tygodni temu więc nadszedł w końcu czas na wspólne obejrzenie, a że film owy znakomity to żaden problem obejrzeć znowu.
Zamiast rozpisywać się o genialności tego obrazu wypiszę ot parę swoich myśli.
Pamiętam, że gdy pierwszy raz obejrzałam ten film na drugi dzień pognałam do sklepu i kupiłam CD z Requiem Mozarta i słuchałam tego do zdarcia (teraz też słucham gdy to piszę!).
Pamiętam też, że na studiach na zajęciach z muzyki wykładowczyni pokazała nam fragment "Amadeusza" jako przykład niezwykłego połączenia/przyłączenia obrazu z muzyką. Było to tak proste a zarazem odkrywcze, wspominam to bardzo miło.
Ten film przetacza się co jakiś czas w mojej filmowej przygodzie i zawsze kończy tak samo - jako arcydzieło. Jako sztos, jako 10/10. Nie sposób chyba lepiej przekazać muzycznego geniuszu człowieka na takim przykładzie Mozarta, jak to zrobił Milos Forman.
Zgadzam się, świetny film. Ciekawi mnie czy Mozart był w rzeczywistości taki jak przedstawiony tutaj, czyli lekkoduch, firmy i trochę taki głupek obdarzony wielkim talentem.
Scena jak odgrywa ze słuchu utwór Salieri-ego i coś mu tam nie gra, to majstersztyk.
Ten film dłużył mi się, cierpiałam mocno czasem, próbując wczuć się w historię głównych bohaterów. Ale ani razu nie odpłynęłam, dzięki temu wzmocnionemu skupieniu, co, po końcowych napisach, pozwoliło mi docenić ten film. Nie do końca, ale jednak - widzę tam duże kino. Z daleka, ale widok jest piękny.
Podejrzewam, że dopiero drugi seans tego filmu pozwoli mi go sowicie ocenić czy naprawdę to 8/10 lub wzwyż czy mheh zaledwie 6/10 (niżej nie da rady, to wiem już teraz). Ale to nie teraz, nie za rok czy dwa. Właśnie dziś muszę zmierzyć się z tym tytułem i go sobie wyjaśnić ową notatką!
Żeby to był jeszcze film, który jest ciężki do zrozumienia, to łatwiej byłoby sobie dać kartę upustową. Ale nie, w filmie wszystko jest wyłożone na tacy - nie ma tam ukrytych znaczeń.
Film opowiada o relacjach rodzinnych, które odnawiają się w związku z tym, że umiera matka Nory i Agness i do domu, swojego rodzinnego, co ważne, wraca ich ojciec. W tej roli znakomity Stellan Skarsgad, roznosiciel pięknej męskiej urody i talentu aktorskiego.
Ojciec chce po 15 latach przerwy nakręcić kolejny film. Jest znanym reżyserem, i możemy wnioskować, że zapewne to było konfliktem pomiędzy nim a jego żoną - wybrał drogę kariery, zostawiając rodzinę samą sobie.
Na początku Gustav proponuje główną rolę w filmie swojej córce - Norze, która żyje z aktorstwa na scenie. Ta natychmiast odmawia. Zarzuty wobec wieloletniej nieobecności ojca są zbyt wielkie by nawet przemyśleć taką decyzję. Ale Gustav mimo tego upiera się przy realizacji filmu.
Oglądamy więc jego perypetie związane z początkową realizacją filmu oraz obie jego córki, w matni jego nagłej nadobecności, w jego własnym domu, który opuścił tak wiele lat temu, z historią w rodzaju uporczywego ogona, który nawet odcięty, wraca ciągle i zawsze. Doświadczenia rodziny, zmagania jej własne z historią, gdzie w pewnym momencie będziemy zmuszeni przejść ze znaczenia "wartości sentymentalnej" do głębokiego rodzinnego uczucia, którego nie da rady przekazać dosłownie. Ale można wyrazić je za pomocą sztuki.
Świetnie koreluje ten obraz do "Hamneta", tylko w stylu surowym ot, właśnie skandynawskim, zimnym, ale w środku ukryte jest to ciepło, które ratuje ludzkie relacje - które jeśli nie umie się normalnie, to trzeba wydobyć ciężko, z szybu w ciemnościach, to uczucie szyte grubymi nićmi, niedbale, ale istniejące - to najważniejsze.. Zapewne gdyby Bergman żył i kręcił w dzisiejszych czasach - to nakręciłby właśnie "Wartość sentymentalną".
PS spoilerowskie: gdybyście szukali fajnego prezentu dla swojego 9-letniego wnuka to DVD z filmami Gaspara Noe i Michaela Haneke będą w sam raz!
W końcu jakiś polski film, który można ocenić poza skalę 6-7/10!
Jeśli komuś nie pasował wajdowski "Katyń" to całkiem możliwe, że formułę "Pojedynku" przyjmie o wiele lepiej.
Co prawda owa formuła jest wyłożona dość prosto, bez żadnych wieloznaczności - albo Polska albo nic. Ale jest jasno i na temat, bez zbędnych ozdobników, bo w gruncie rzeczy ten film jest cały zbudowany z ozdobników w postaci niezwykłych przyjaciół głównego przyjaciela takich jak pies, dzieciak nkwdowca czy kobieta-pilotka.
Gierszał w roli zbuntowanego ale ciągnącego swoją opinię niczym tarczę przed wszystkim oficera, który trafia wraz innymi do rosyjskiej niewoli w czasie wojny, gdy jeszcze Związek Radziecki jest wrogiem. Tam oficerowie są poddawani naciskom służb - wybierzcie nas, zdają się mówić agenci ze wschodu - damy wam wszystko, podpiszcie papierek. Ale "paliaki to dziwny naród". Nie chcą i już.
Największym tego przykładem jest gburowaty oficer Karol Grabowski, którego natychmiast rozkodowuje major Wasilij Zarubin (w tej roli Aidan Gillen znany z "Gry o tron"). To właśnie ich relacja jest tytułowym Pojedynkiem. Wydaje się, że major chciałby w nowym mirze zostawić sobie to, co lubi. Na przykład muzykę w wykonaniu Grabowskiego, który przed wojną był laureatem konkursu chopinowskiego i majora urzekł wtedy na jednym z występów. Ale Grabowski w rzyci ma pragnienia majora.
Jak to lubię pisać często w swoich notatkach - film sprawnie zrealizowany. Ogląda się wybornie, akcja leci, relacje porządnie zarysowane, dzieje się.
Od razu ostrzegam - wydźwięk jest mocno antykacapski (zarazem śladów typowej doniosłej polskiej martyrologii brak). Jedynie major i jego dzieciak (no ale dzieci to dzieci, zawsze do jakiegoś wieku są niewinne) jest przeciwwagą do reszty swoich krajan, którzy myślą, że nuty to szyfr. "Dzicz", jak komentuje to jeden z więzionych oficerów na ten moment gdy ruskie sołdaty próbują zrozumieć "szlaczki" Grabowskiego.
Sprawnie rozpisane są także kwestie dialogowe i relacje głównego bohatera. Ogląda to się dobrze, z wypiekami na twarzy.
Realia radzieckiej okupacji przedstawione w tym filmie mogą, podejrzewam na swoim przykładzie, wpłynąć mocno na odbiór w sensie czasów w jakich przyszło nam stworzenie i obejrzenie tego filmu.
Jakkolwiek - polecam, solidne polskie kino historyczne napakowane porządną dawką aktorstwa i "suprise" Gierszał nie wypada na takim tle wcale źle!
W stosunku do serialu to ciepła laurka dla widzów, którzy potrzebowali zakończenia. Patrick wraca na ślub Augustina, poznajemy losy pozostałych oraz rozwiązanie pod tytułem "czy Patrick wybierze Richiego czy Kevina?"
Dlatego takie historie powinny zostać serialami. Nie sprawdziło się to dla mnie ani jako film ani jako odcinek specjalny - wolałabym pozostać z otwartym, lecz klarownym zakończeniem drugiego sezonu. Cała zabawa z tym serialem poszła się pieprzyć jak geje na gejowskim weselu w San Francisco.
@Mahjong serial był fajny. pierwszy serial o tematyce homoseksualnej, który obejrzałam. Dziwnie oglądało mi się sceny seksu... Ale poza tym całkiem w porządku. Tego filmu nie pamiętam, czy oglądałam...
San Francisco, czasy współczesne - tam oglądamy perypetie trójki przyjaciół: Patricka, Doma i Augustina oraz ich znajomych.
Kocham gejowskie seriale, ale takich naprawdę za⁎⁎⁎⁎⁎tych jest mało, ba! zaledwie jeden, czyli Queer As Folk. Tam też główniejszy z paczki bohaterów był irytujący, ale tam dynamika pewnego związku wynagradzała wszelkie niedogodności.
Tutaj niestety nie ma aż takiego rozdzielenia pomiędzy wszystkich bohaterów i na pierwszy plan wysuwa się historia Patricka, twórcy gier komputerowych. Patrick jest mega wkurzający, sam nie wie czego szuka w związku, oszukuje swojego naiwnego chłopaka Richiego, którego się czasem wstydzi, bo Richie jest zwykłym fryzjerem bez ambicji i wykształcenia, na dodatek zdradza go ze swoim szefem, który znowu tym samym zdradza swojego wieloletniego partnera.
Drama goni dramę, jak przystało na gejowskie standardy. Ciężko kogoś tam polubić - chyba tylko Dom wzbudzał moją sympatię - 40-letni przystojniak, który nie tyle co szuka "tego jedynego" co chce po prostu żyć i spełniać swoje marzenia.
Mimo to muszę przyznać, że dobrze mi się to oglądało wieczorami na dobicie - taki trochę serial guilty pleasure, ale całkiem sprawnie zrealizowany. Nie znalazłam zapowiedzi trzeciego sezonu, więc widocznie to tyle - trochę szkoda, a z drugiej strony może i dobrze.
Czekam aż gdzieś na streamingach pojawi się amerykańska wersja Queer as Folk -absolutny klasyk w gatunku i o wiele ostrzejszy i bardziej skomplikowany niż owe Spojrzenia.
PS. znalazłam, że jest odcinek specjalny w formie pełnoprawnego filmu kończący Spojrzenia. Dziś może sobie zerknę
Nie wiem czemu tak surowe oceny ma ten film. Mi się oglądało bardzo dobrze. Film w stylu - zostaw ludzi samym sobie, a szybko ujawnią swoją prawdziwą naturę.
Friedrich Ritter wraz partnerką osiedlają się na bezludnej wyspie. Robi to po to by uciec od rozczarowującej cywilizacji i stworzyć filozofię, która będzie lekiem na poprawę ludzkości. Wierzy, że takie surowe życie pomoże mu w jego twórczości. Co jakiś czas z wyspy wysyła próbki swojej twórczości do gazet i w pewnym sensie żywot doktora inspiruje innych.
Tak trafia na wyspę rodzina Heinza, który ucieka z Niemczech przed biedą (lata 30. XX wieku) i by jego syn mógł wyzdrowieć w naturalnym środowisku. Ritterowi nie jest na rękę sąsiedztwo, więc wbija naiwnego Heinza, jego żonę Margaret i syna gdzieś dalej, tylko z małym źródłem wody. Ale upór i pracowitość rodziny są ogromne i z czasem nowi sąsiedzi stworzą sobie tam samowystarczalny dom.
Ale to nie koniec. Na wyspie zjawia się młoda kobieta z trzema mężczyznami - dwóch z nich to jej kochankowie, a trzeci to architekt. Kobieta podaje się za arystokratkę i planuje wybudować na wyspie hotel. Szybko się okazuje, że kobieta umie tylko wykorzystywać innych.
Trzy sąsiedztwa wchodzą z sobą w spór. Nie można nikomu ufać - Ritter uważa, że może robić co robi, bo zawsze wytłumaczy to swoją układaną filozofią, Baronessa jest manipulantką i pasożytem, i tylko Margaret i Heinz wydają się uczciwi, chociaż zdają sobie z czasem sprawę, że dookoła nich same "wilki".
Gdy wyspa zacznie dawać się we znaki, ludzie staną naprzeciw siebie by przeżyć.
Gdzieś ostatnio na necie widziałam komentarz dotyczący Hamneta, że szkoda, że aktorstwo dziecięce w naszym kraju jest takie kijowe. Otóż film "Ministranci" udowadnia, że to nie jest prawda.
Oto nasi mało-nastoletni superbohaterowie - czwórka ministrantów odkrywa, że kościół jest okradany przez... kościół z datków dla potrzebujących. Postanawiają ukraść pieniądze i rozdysponować je potrzebującym. Z czasem także zachęceni sukcesami swej działalności chcą wymierzać sprawiedliwość, tym którzy nie ustają w swoich złych uczynkach. My już wiemy, że w pewnym momencie to skręci w nie tę stronę. Ci młodzi ludzie jeszcze nie, zachłyśnięci tym, że Bóg stoi po ich stronie.
W tle rzeczywistość polskich blokowisk, biedy ludzi, przemocy domowej, znęcania się w szkole nad rówieśnikami.
Bardzo sprawnie nakręcony film, ogląda się dobrze, bez grama nudy.
@Vampiress no chodziło mi o taką miejską atmosferę lekkiej nędzy - dla porównania ten jeden chłopak, który ma sporo dobrego - miłość i zainteresowanie rodziców, ładny dom, przyszłość, kasa.
Rudolf Valentino. Tancerz, aktor, macho, kobieciarz. Bożyszcze. Oto jego początki kariery w Hollywood - od tego zaczyna film gdy Rudolf jest jeszcze tancerzem, w sumie nieco opłacanym żigolakiem. Ale niebawem trafia do fabryki ruchomych obrazków i z miejsca staje się symbolem seksu. Obserwujemy jego perypetie, problemy z menedżerami oraz związki z kobietami.
Wydawać by się mogło - w końcu tak brzmi wg opisu powyżej - że mamy do czynienia ze zwykłą biografią. Ale to film Kena Russella - tan nic nie jest zwykłe.
Adaptacja kariery Valentino aż do jego tragicznego przedwczesnego końca jest bardzo przerysowana. Szaleńcze reakcje każdej postaci mogą albo wkurwić widza albo dać mu dawkę potężnej zabawy. Sam film zaczyna się wystawioną trumną z ciałem zmarłego Valentino. Wokół trumny krążą ludzie związani z Rudolfem i z ich opowieści poznajemy losy słynnego aktora.
Ten film to totalna jazda, takiej biografii jeszcze nie widziałam! Gdzie wszystko jest wyolbrzymione, przerysowane, reakcje bohaterów nie przypominają w ułamku nawet reakcji zwykłych ludzi.
Trudno orzecz czy Russell naśmiewa się tutaj z samego Valentino czy też z całego Hollywood - zapewne z obu, a przypadek Valentino reżyser traktuje jako papierek lakmusowy peaku hollywoodzkiej maszyny.
Szef włoskiej opozycji postanawia z dnia na dzień zniknąć. Zmęczony presją, polityką i spadającymi sondażami wyjeżdża do Paryża do dawnej znajomej sprzed lat, z którą miał romans. Tymczasem w partii główny doradca i żona polityka próbują ukryć "ucieczkę" Enrico. Postanawiają na jego miejsce "wsadzić" jego brata bliźniaka - Giovanniego, który dopiero co opuścił szpital psychiatryczny.
Wesoły Giovanni z łatwością wchodzi w rolę, ale nie swojego brata - ale polityka, któremu naprawdę zależy. Nie minie wiele czasu i nagle okazuje się, że sondaże i poparcie rosną w bardzo szybkim tempie. Enrice obserwuje to z ukrycia starając się znów odzyskać na swój sposób radość z życia.
Bardzo sympatyczny seans, z polecenia @Vampiress (dzięki!). Tony Servillo jak zwykle znakomity. Film można obejrzeć na Netliksie.
Kolejne perypetie nastolatków, nad którymi znęca się wesołkowaty, acz potworny psychol - Frieddie Krueger.
Freddie jest nieśmiertelny. No nie idzie go zabić i już. Wystarczy, że pies obsika jego szczątki i proszę - koszmarny stręczyciel nastoletnich snów powraca.
Można by się spodziewać, że trójka "wojowników snów", która ostała się z poprzedniej części da radę stawić czoła spalonemu na pizzę psychopatę w pasiastym sweterku. A jednak giną niczym muchy i dopiero inna dziewczyna wplątana w koszmarne sny rozprawi się z Kruegerem.
Dla mnie jedna z gorszych części, ale daję 5/10 za świetną ścieżkę muzyczną - vibe zaawansowanych ejtisów na pełnej!
PS. Przez ten film nigdy już nie spojrzę tak samo na pizzę ;(
Na pewno czytałam "Burzę" Szekspira. Gdy miałam 14 lat miałam jakąś manię i przeczytałam większość dzieł tego pana. Ale kurde, kiedy to było. Sporo rzeczy się rozmyło, wiec nie pamiętam wszystkiego - na pewno pamiętam paskudnego Calibana i duszka Ariela. To tyle.
Adaptacja według Jarmana podobno nie trzyma się wiernie pierwowzoru. Film tworzy otoczkę oniryczną, i często można zastanawiać się na ile zamek, w którym mieszka Prospero ze swoją córką Mirandą i swoimi sługami, jest prawdziwy a na ile to kreacja samego Prospero. Na pewno ma on jakąś moc - włada zarówno Calibanem jak i Arielem.
Duch wiatru wydaje się spętany przez Prospero obietnicą odzyskania wolności. Ale z drugiej strony wydaje się być dość neutralny i wykonuje wszelkie zadania zlecone przez swego pana, w przeciwieństwie do groteskowego Calibana, który drażni charakterkiem, brzydotą, ubrany w surdut (kostiumy w filmach Jarmana zawsze są przeinaczone specjalnie, nie są po to by oddawać epokę, ale by nadać inne znaczenie postaciom). W każdym razie obie relacje sługów z Prospero nie są wieloznaczne jak u Szekspira - filmowy bohater traktuje ich jak niewolników i za brak służalczości mogą być nawet karani. W każdym razie nie do końca przez to kibicowałam Prospero, wydawał się przemocowy, autorytatywny.
Tymczasem Prospera czeka na swoją wielką szansę, oto bowiem na wyspę przybywa ekipa, która doprowadziła go do tego, że wylądował tu wraz z córką. Niebawem ojciec z córką mogą wrócić do cywilizacji odzyskać należne im miejsce.
Biorąc pod uwagę, że ten cały zamek to jego świat - już kij z tym czy prawdziwy czy nie - to jedyną osobą oprócz niego, która może zachować swobodę jest jego córka Miranda.
Straszne jest to, że muszę tak często sięgać po lepsiejsze źródła o filmach Jarmana po seansach - ale nie przeszkadza mi to, rozumiem jak specyficzny był to reżyser, który nie kłaniał się klasyce sztuki filmowej, i wolał wtaczać teatr w ruchome obrazki. Swój własny teatr, gwoli ścisłości. Dzięki temu w sumie ograniczony budżet nigdy nie był przez to przeszkodą w realizacji. Wyobraźnia Jarmana co do strojów filmowych wydaje się nieskończona.
Zapewne "Burzę" Jarmana można rozwarstwić sprawnym researchem i sprawnym piórem, ale ja jestem tu tylko od pisania własnych osobistych notek o filmach i dla mnie najbardziej mocnym akcentem "Burzy" była właśnie owa władcza postawa Prospero, który niejako znęca się nad Arielem i Calibanem.
Film oceniam na 7+/10 ale jest to ocena dość pobieżna, nie wstrząsnął mną ten film na tyle by prawić tu jakieś peany, ale też doceniam swobodę działania Jarmana, który wbrew pozorom - czyli jego arthousowym filmom - jest najbardziej brytyjskim reżyserem ever - jeśli kreślić to na podstawie zainteresowania Jarmana brytyjskością sztuki, kultury, polityki i społeczeństwa. Tylko jednostka w jego filmach, jak zwykle w sumie w każdej dziedzinie sztuki, może wyrwać się takim definicjom. Tylko w ten sposób ten reżyser kłaniał się klasycznemu podejściu.
Polecam w każdym razie dla żądnych czegoś innego, popierdolonego, dziwnego. Myślałam, że nie jestem gotowa na twórczość Jodorowskiego, a tymczasem rozgryzam z twardej skorupy Jarmana.
Nie ma chyba bardziej męskiego aktora niż Cillian Murphy, i nie chodzi mi o urodę, ale fakt doboru ról. A jednak dwadzieścia lat temu Murphy prześwietnie odnalazł się w roli młodego transa, który nigdy nie czuł się chłopcem, chociaż to nie jest jego największym problemem - tylko poszukiwanie chociaż skrawka miłości.
Patrick jest porzuconym dzieckiem, wychowującym się w przybranej rodzinie w latach 70. w Irlandii. Marzy mu się kariera jako żeńska gwiazda, chociaż chyba jeszcze bardziej chciałby odnaleźć swoją matkę. Więc gdy tylko dorasta "Kitty" przeprowadza się do Londynu. I mimo wielu przeciwności losu nigdy nie zatraci swojego ducha, swojej radości z każdej małej rzeczy - nawet będąc torturowany w londyńskim areszcie okazuje uprzejmość i radość, czym zmiękcza serca przesłuchujących go policjantów.
"Kitty" odnajdzie to, co chciała, chociaż niekoniecznie jest to ten cel, który sobie zaprogramowała. Ale film o radosnym młodzieńcu/dziewczynie, który zawsze patrzy na świat przez różowe okulary nie może skończyć się źle. Nawet mimo całego zła dookoła, które się dzieje (reżyser nie umila nam seansu - widzimy w klubie potwornie zranionych ludzi po wybuchu podłożonej bomby, egzekucje irlandzkiego podziemia, trudne realia młodej naiwnej osoby w wielkim mieście).
Przez pierwszą połowę męczył mnie ten Patrick, który wydaje się jakby faktycznie żył na Plutonie, który nigdy nie odgraża się światu, ale też nie dostosowuje się do niego bo tak wypada. Zawsze kroczy swoją ścieżką, i nigdy nie traci nadziei w odnalezienie miłości. I chyba gdy już przyzwyczaiłam się do tej postaci i jej niezwykłego charakteru, dopiero wtedy mogłam naprawdę zacząć dobrze bawić się na tym filmie.
Zresztą, nawet gdyby Was nie wciągnął ani ten opis ani początek filmu to i tak warto obejrzeć do końca dla fenomenalnego Cilliana!