Milion złotych za "relikt". Polski lider produkcji dronów nie potrafi stworzyć sprawnego sprzętu
hejto.plWojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 z Bydgoszczy zostały wyznaczone przez polityków na krajowego lidera w produkcji bezzałogowców, ale ich dotychczasowe projekty zaliczają kolejne wpadki. Nie najlepiej radzi sobie DragonFly, najmniejszy z dronów tego zakładu. Żołnierze, którzy testowali w listopadzie sprzęt od różnych producentów, nie pozostawiają złudzeń: bydgoski dron jest przestarzały, niezwykle drogi i nie spełnia podstawowych wymogów współczesnego pola walki.
Początek listopada. Na poligonie w Drawsku pogoda jest słoneczna, idealna na loty dronami. To dobra informacja dla organizatorów trwających właśnie wojskowych testów. Żołnierze testują bezzałogowce od firm, które chcą je sprzedać armii. Wśród pretendentów znajduje się kilka podmiotów, w tym Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 (WZL2) w Bydgoszczy.
Dronowy lider wchodzi do akcji
W 2016 r., uchwałą zrzeszającej państwową zbrojeniówkę Polskiej Grupy Zbrojeniowej (PGZ), Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 zostały wyznaczone na lidera technicznego i koordynatora we wszystkich projektach związanych z bezzałogowymi statkami powietrznymi. Od tamtej pory zakłady zaangażowały się w opracowanie i produkcję trzech typów dronów dla wojska.
Pierwszy z nich to rozpoznawczy dron Orlik. Jego pierwsze egzemplarze miały trafić do armii w 2021 r. Do tej pory jednak nie weszły w fazę produkcji, a bydgoska firma podaje sprzeczne informacje co do daty zakończenia prac i oddania gotowego sprzętu.
Drugi typ bezzałogowca zaprojektowanego i produkowanego w WZL2 to również dron rozpoznawczy o kryptonimie Wizjer. Armia odebrała pierwsze jego egzemplarze w czerwcu tego roku, ale rychło okazało się, że dron nie przystaje do realiów współczesnego pola walki, a także do wojskowych konfiguracji.
Jak opisaliśmy w oddzielnym artykule, dron nie jest kompatybilny z żadnym z systemów stosowanych w Siłach Zbrojnych RP, a żeby dowieźć go na pole walki, potrzeba ciężarówki. Agencja Uzbrojenia poinformowała, że został wykonany zgodnie z wymogami z 2020 r., a więc sprzed rewolucji dronowej w Ukrainie. Kiedy w październiku pracowaliśmy nad tekstem, jeden z
Wizjerów runął na samochody Poczty Polskiej w Inowrocławiu. Od tamtej pory drony i ich loty są wstrzymane.
Do wojskowych testów w listopadzie bydgoskie zakłady stają z trzecim projektem ze swojej stajni — dronem o nazwie DragonFly. To specyficzny bezzałogowiec mieszczący się w kategorii amunicji krążącej. W tej definicji zawierają się latające urządzenia jednokrotnego użytku, które krążą z dołączonym ładunkiem wybuchowym nad polem walki, wyszukując dla siebie celu, a następnie niszcząc go poprzez autodestrukcję.
Koncepcja ministra
Pomysłodawcą i promotorem wprowadzenia tego drona do wojska był Bartosz Kownacki. Jako wiceminister w resorcie obrony Antoniego Macierewicza najpierw doprowadził do tego, by bydgoskie zakłady WZL2, którym patronuje jako poseł PiS z tego regionu, zostały liderem dronowym w polskiej zbrojeniówce. Potem przyszedł czas na konkretne koncepcje.
— Pierwszym moim pomysłem był DragonFly. To jest taki dużo mniejszy dron uderzeniowy. Super rozwiązanie. To, że projekt nie jest wdrożony, to jest moja bolączka, bo sprzęt leży na półce — mówił nam 8 grudnia w podcaście "Fronty Wojny".
Jak dowiadujemy się z rozmowy z ministrem, pierwotna koncepcja wręcz wychodziła technologicznie przed współczesne zapotrzebowania.
— Po raz pierwszy zobaczyłem prototyp tego drona na Międzynarodowych Targach Przemysłu Obronnego w Kielcach w 2016 r., gdzie zdobył on wyróżnienie w nagrodach Defender — mówi minister Kownacki.
— Bardzo mi się spodobał i uznałem, że warto go produkować w naszych zakładach. To był mały dron, który mógłby wystartować w małej uliczce i uderzyć, a więc dobry do walk miejskich, czyli do wojsk terytorialnych. Dziś się śmieję, że przewidziałem rozwój dronów na wojnie ukraińskiej, bo już wtedy zaproponowałem, żeby to był dron na światłowodzie. Niestety, polskie wojsko nie jest tak elastyczne i ten pomysł upadł. Projekt spodobał się też generałowi Wiesławowi Kukule, który wówczas tworzył WOT.
Wiele wskazuje na to, że po odejściu ministra Kownackiego z ministerstwa obrony, zainteresowanie zarówno gen. Kukuły — dziś szefa Sztabu Generalnego — jak i innych osób zaangażowanych w projekt DragonFly gwałtownie opadło.
Tysiące dronów Macierewicza
Problemy z DragonFly zaczęły się jednak na długo przed tym, jak gen. Kukuła odszedł z WOT-u i stracił nimi zainteresowanie. Maszyny zaprojektował Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia. W grudniu 2016 r. podpisano list intencyjny w sprawie ich wytwarzania przez firmy podlegające PGZ. W Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 2 miała być produkowana główna część drona DragonFly — kadłub i cztery wirniki na wysięgnikach. Natomiast wybuchową głowicę do nich miała wytwarzać również ulokowana w Bydgoszczy firma Belma.
Wydawało się, że bydgoskie firmy rzeczywiście zaopatrzą żołnierzy WOT w małe drony uderzeniowe, tym bardziej że projektowi sprzyjało ówczesne kierownictwo resortu obrony narodowej. Minister Antoni Macierewicz zapowiedział, że kupi dla wojska "tysiące dronów". Taki przekaz poszedł w świat. Problem w tym, że aby kontrakt mógł zostać podpisany, bydgoski sprzęt musiał przejść wojskowe testy. Tu zaczęły się schody.
Jednocześnie do gry wkroczyła konkurencja z prywatnej firmy WB Electronics, która miała już na półce przetestowaną i sprawną amunicję krążącą Warmate, czyli odpowiednika DragonFly. Macierewicz nie chciał jednak słyszeć o tym, by prywatne firmy przejęły kontrakt. Tym samym dał producentom DragonFly czas na dopracowanie projektu. W tym czasie w bydgoskich zakładach powstawały kolejne wersje drona kamikadze. Mimo braku umowy z wojskiem Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 zdecydowały się nawet na małą produkcję tych dronów. W sumie powstało około 100 sztuk, które dzisiaj zalegają na półkach.
W 2018 r. Macierewicza zastąpił na stanowisku ministra obrony Mariusz Błaszczak, dla którego drony nie były priorytetowe. Postawił na duże kontrakty ciężkiego sprzętu, m.in. czołgów, haubic, śmigłowców bojowych i samolotów.
24 lutego 2022 r. Rosja zaatakowała Ukrainę i wybuchła pełnoskalowa wojna za naszą wschodnią granicą. Początkowo wydawało się, że kierunek modernizacji armii obrany przez ministra Błaszczaka był słuszny. Z każdym miesiącem wojny rozpędu nabierała jednak rewolucja technologiczna i dronizacja pola walki. Polska armia reagowała na nią z opóźnieniem lub wcale. Dziś od tematu dronów już nie da się uciec. Swoją szansę dostrzegły tu też Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 z Bydgoszczy.
Kiedy niedługo przed publikacją tego artykułu rozmawiamy z obecnym prezesem zakładów Jakubem Gazdą oraz dyrektorem technicznym Zbigniewem Matuszakiem, obaj wykazują duży optymizm, jeśli chodzi o możliwości ich firmy.
— W 2021 r. spółka nie posiadała kompetencji do tego, żeby samodzielnie produkować drony. Od 2024 r. już takie kompetencje posiada. Dziś mamy projekty na zupełnie innym poziomie zaawansowania — zapewnia prezes Gazda.
Weryfikacją dla tego poziomu miały być wojskowe próby poligonowe.
Żołnierze mówią "sprawdzam"
Wracamy do chłodnego listopadowego dnia na poligonie w Drawsku. Odbywające się tu testy mają wyłonić zwycięzcę w podobnej, a jednak innej niż DragonFly kategorii. Nie chodzi o amunicję krążącą, ale o drona FPV [First Person View — patrzenie z perspektywy pierwszej osoby] do celów szkoleniowych w armii.
FPV to drony, które podobnie jak amunicja krążąca, mogą wykonywać misje kamikadze z dołączonymi ładunkami, ale ich zastosowanie może być szersze. Równie dobrze mogą wykonywać misje wywiadowcze i wracać do operatora, mogą zapewnić drobną logistykę medykamentów i innych lekkich towarów.
Dlaczego więc DragonFly startuje w testach w kategorii nie do końca przystającej do swojej charakterystyki? Od naszych źródeł dowiadujemy się, że zakłady usilnie starają się pozbyć "leżących na półce", jak przyznał minister Kownacki, bezzałogowców. — Problem polega na tym, że zakład wyprodukował drony z własnych środków, które do tej pory się nie zwróciły — mówi osoba znająca kulisy projektu.
— Start DragonFly w listopadowych testach mógł być wyrazem desperacji ze strony zakładów — mówi nasz informator. — Z drugiej jednak strony, gdyby dron spełniał wymogi wojska, to mogło się udać.
Testy
Wojskowe kontrakty wiążą się z dużymi pieniędzmi, które mogą zapewnić firmom utrzymanie przez lata. Z tego powodu każda z nich patrzy na ręce konkurentom, a wszystkie razem — na wojsko. Dlatego armia przykłada dużą wagę do uczciwości testów. Do komisji nie zostają wytypowani oficerowie, którzy mają wpływ na podejmowanie decyzji, ale kilkunastu zwykłych żołnierzy z różnych jednostek, w tym przedstawiciele WOT.
Wszyscy podpisywali dokumenty, w których zaręczali, że w żaden sposób nie są związani z żadną firmą biorącą udział w testach.
Zadanie komisji jest proste: ma przetestować każdy z bezzałogowców i ocenić go pod kątem tych samych wymogów.
Wymogi nie są tajemnicą. Ściągnęliśmy je z internetu wraz z publicznie dostępnym wojskowym ogłoszeniem na pozyskanie bezzałogowych systemów uzbrojenia.
Nasi rozmówcy są zgodni. DragonFly nawet nie zbliżył się do wojskowych wymogów. — Kiedy zobaczyliśmy jego cenę, wszystkim opadła szczęka — słyszymy.
— Przede wszystkim w zestawie nie było większości sprzętu, który dziś jest wymagany u bezzałogowców i wymagała go też wojskowa komisja — mówi nam jeden z żołnierzy.
— Dostarczony do testów dron przede wszystkim nie miał termowizji. Dziś to absolutna podstawa. Na polu walki wiele, jeśli nie większość lotów, wykonuje się w nocy. Nie miał też przewodu światłowodowego. To kolejny niezbędny wymóg w warunkach, w których wróg stosuje zakłócanie radioelektroniczne, więc dron może lecieć co najwyżej "na kablu". Nie dysponuje systemem automatycznego śledzenia celu, co jest fundamentalnym wymogiem w przypadku amunicji krążącej. W końcu dron startujący w kategorii FPV nie miał standardowych dla takich dronów gogli FPV — dodaje.
Każdy z testowanych dronów miał także unieść ładunek bojowy o wadze 3 kg. — Ten dron nie był w stanie unieść niczego, ponieważ nie posiada systemu zrzutowego. W DragonFly ładunek jest zintegrowany z dronem. Nie chcę ujawniać konkretnych liczb, ale waga tego ładunku jest bardzo daleka od tego, jakiej wymagało wojsko — mówi nasz rozmówca.
Od informatorów dowiadujemy się, że DragonFly nie spełnia wojskowych wymagań także pod względem czasu lotu na jednej baterii — zarówno w listopadowych warunkach podczas testów, jak i przy obniżonych temperaturach charakterystycznych dla zimy (po zmrożeniu baterii w lodówkach).
Co ciekawe, w odpowiedzi na nasze pytania prasowe rzecznik Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 2 odpowiedział, że DragonFly "przeszedł sprawdzenia z wynikiem pozytywnym".
Także podczas naszej telefonicznej rozmowy szefowie zakładu zwracają uwagę na zalety drona DragonFly, które — jak twierdzą — ujawniły się podczas listopadowych testów.
— W Drawsku były loty z zakłóceniami i nasz produkt, w odróżnieniu od produktów konkurencyjnych, się sprawdził, spełnił wszystkie wymagania. Łączność naszego drona jest odporna na zakłócenia — podkreśla prezes Gazda.
— Ten dron faktycznie nie spadł, ale dlatego, że działał w innym paśmie częstotliwości niż to, które było wymagane przez wojsko — mówi z kolei jeden z wojskowych.
— Biorąc pod uwagę jakość tego drona, najbardziej zaskoczyła nas cena — słyszymy. — Za jeden zestaw zakład liczy sobie wielokrotność ceny konkurencyjnych produktów. Nijak nie przystaje do rzeczywistości, biorąc pod uwagę ceny tego typu amunicji krążącej, jakie obowiązują w Ukrainie, a nawet w Polsce.
Cena to milion złotych za zestaw. W rozmowie z nami przedstawiciele Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 2 tłumaczą ją w taki sposób, że w jednym zestawie mieści się 10 dronów. To wciąż daje jednak 100 tys. zł za sztukę. — Trzeba wziąć pod uwagę odpowiednią konfigurację sensorów, do tego urządzenia naziemne, czyli stacja antenowa, oprzyrządowanie, a do tego dochodzą specjalne urządzenia do transportu, jak również plecaki, tekstylia do kamuflażu i szereg innych drobnych rzeczy, które są niezbędne do tego, żeby korzystać z tych 10 dronów — mówi dyrektor techniczny Zbigniew Matuszak.
Niezależni eksperci z zakresu dronów twierdzą, że inne produkty tego typu mogą kosztować wielokrotnie mniej, biorąc pod uwagę faktyczną wartość drona.
Zapytany przez nas o ocenę DragonFly ekspert z zakresu dronów i szef fundacji "Żelazny" Tomasz Darmoliński nazywa go "projektem typowym dla europejskiej szkoły sprzed 2022 roku".
— Poprawny inżynieryjnie, ale oderwany od realiów współczesnego pola walki — mówi specjalista. — Konstruktorzy tego projektowanego w czasach pokoju drona zakładali wysoką przeżywalność pojedynczej platformy, ale kompletnie nie przewidywali brutalnej walki elektronicznej, krótkiego życia pojedynczego drona, konieczności masowej produkcji, a także konieczności wprowadzania modyfikacji technologicznych co kilka tygodni. To ten sam schemat, co drony Parrot, Thales czy SkyRanger z tamtego okresu: ładny projekt, dobra prezentacja i niska wartość bojowa po 2022 r.
Co dalej z DragonFly, co dalej z zakładem?
Od naszych źródeł dowiadujemy się, że "na półce" w WZL2 leży około 100 dronów Dragon Fly. Inne twierdzą, że gotowych dronów jest jeszcze więcej. Co dalej z bydgoskim bezzałogowcem?
— To jest moja informacja z jawnego posiedzenia Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, że ministerstwo obrony jest nim zainteresowane i chce go pozyskać — powiedział nam we "Frontach Wojny" Bartosz Kownacki.
Rzeczywiście, na jednym z niedawnych posiedzeń komisji wiceminister obrony Cezary Tomczyk wypowiedział następujące słowa: "Jeżeli chodzi o planowane zakupy, to jest to, oczywiście, Wizjer, DragonFly i wszystko to, co w wojsku czy gdzieś w przestrzeni startupów i przemysłu będzie się pojawiać, co przejdzie testy i będzie mogło być wykorzystane w Wojsku Polskim".
Wydaje się, że kluczowym zwrotem w tej wypowiedzi było: "co przejdzie testy". DragonFly wojskowych testów nie przeszedł.
Na wrześniowej sesji sejmowej Komisji Obrony Narodowej zastępca szefa odpowiedzialnej za zakupy dla wojska Agencji Uzbrojenia płk Piotr Paluch na pytanie posłów o DragonFly odpowiedział: "Agencja Uzbrojenia nie prowadzi aktualnie żadnego postępowania związanego z pozyskaniem tego typu bezzałogowych statków powietrznych".
Oddzielnym problemem są losy samego zakładu. Kilka tygodni temu dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, że jeżeli Agencja
Uzbrojenia nie podpisze kolejnego, szóstego już aneksu do produkcji drona Orlik, co oczywiście wiąże się z dodatkowymi pieniędzmi dla zakładu, to Wojskowym Zakładom Lotniczym nr 2 grozi plajta.
Zapytaliśmy Kownackiego w podcaście "Fronty Wojny", czy jeśli aneks nr 6 nie zostanie podpisany, to "zakład znajdzie się na krawędzi upadku". — Z tego, co wiem, tak — przyznał były wiceszef MON w czasach rządu Zjednoczonej Prawicy.
— Jeżeli chodzi o aneks nr 6, to jest to procedura, która nie jest zamknięta od ponad dwóch lat. Decyzja wciąż leży po stronie zamawiającego — odpowiedział na to samo pytanie prezes Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 2.
Źródło:Oent
#wojsko #drony #pieniadze
Ps. I będzie tylko lepiej, gdyż "szefem" wojsk dronowych został Mirek Bodnar. Jak to się stało to już inna historia.

