@Stashqo też kiedyś tak się pakowałem jak byłem młodszy. Ot taka spuścizna po tym, jak mnie rodzice od małego gaslightowali, żebym na każde nawet najkrótsze wyjście najlepiej brał kurtkę i parasol, nawet w środku jebanego lata bo "hur hur nie wiesz może zacznie padać i zmokniesz i się rozchorujesz i umrzesz". I tak przy wszystkim- najmniejszy wyjazd, nawet taki na tydzień roboczy, głupie 5 dni i waliza jakbym się szykował na apokalipsę. Bo oczywiście po co mi 1 zapasowa para spodni jak już trzeba. Nieee, muszą być 2. Albo i 3, bo przecież "nigdy nie wiesz co się może stać". Ta, strzelą mi 4 pary spodni w 5 dni, wiadomo. Podkoszulki? Wiadomo, i 5 to za mało, bo przecież nie będę nic robił, tylko co pół dnia kursował do pokoju i się przebierał. Bielizna to samo, skarpetki to już w ogóle. A jeszcze parasol, a najlepiej dwa "bo nie wiesz czy komuś nie będziesz musiał pożyczyć (xDDDDDD). Swetry też. I kurtkę grubą weź! I 2 zapasowe pary butów, bo jedna może się uszkodzić! Jeszcze mi tam kurwa tokarki w tej walizce brakło. Cytując klasyka z "Nic śmiesznego".
I w sumie to spoko, ale potem złapałem się na tym, że nie przeszkadzało mi nawet targanie tego, bo walizka ma kółka i nie jeździłem na jakieś wypizdowa, co fakt, żeby potem się z powrotem zapakować. Bo to nigdy nie było tak, że mieściło się idealnie tak jak było pakowane w domu. Zawsze trzeba było to upychać butem, domykać na siłę, dociskać co się nie zmieściło i tak dalej. Raz się zdało, że będę musiał iść do jakiegoś lokalnego marketu i kupić jakiś plecak-szmaciak. I tak jak sobie teraz myślę, to od tego momentu się wyleczyłem z tego "a weź jeszcze to zobaczysz potem mi podziękujesz". I nagle można jechać z torbą na plecach i wszystko się mieści. I nie potrzebuję 3. parasola, 4. pary butów i 15. podkoszulka.