Nienawidzę wszelkiej maści projekt menadżerów. W trakcie swojej 20 letniej kariery zawodowej spotkałem jednego, naprawdę jednego, który swoimi działaniami ułatwiał pracę zespołowi i zamiast tworzyć zamieszanie to je zmniejszał.
Za większość PM-ów można by podstawić małpy pytające jak idzie projekt i ustawiające spotkania w losowych momentach i z losowymi ludźmi i byłoby lepiej niż te k⁎⁎wy po szkoleniach z zarządzania.
A specjalny sort to ludzie którzy chcą żeby wszystko przez nich przechodziło przez co wydłuża się ścieżka zrobienia/zamówienia/zlecenia czegokolwiek ale finalnie oczywiście sprawa dalej wisi na pracowniku, to ja muszę dzwonić i pytać kiedy coś dostarczą czy za ile, pm po prostu jest od wystawienia wniosku w systemie żeby mógł się pochwalić "już wniosek wystawiony".
Oczywiście nazwijcie mnie szownistą, ale z chłopem to się idzie jeszcze dogadać żeby se chłopina odpuścił, ale z babą to zapomnij. K⁎⁎WA MAĆ.
Czy tylko mnie wkurwia tak niesamowicie HR z organizacją imprez firmowych? Mówię o imprezach typu grill albo piknik które odbywają się latem i udział jest obowiązkowy bo impreza zaczyna się na przykład o 13, a więc w godzinach pracy.
Oczywiście nie może być tak że se przyjdzie chłop, usiądzie i zje kiełbe i pogada na luzie że wspoltowarzyszami niedoli, wymęczony tygodniem pracy, tylko k⁎⁎wa są oczywiście zaplanowane atrakcje.
Atrakcje w których przeważnie nikt nie chce brać udziału, więc zaczyna się szukanie "chętnych" do konkursu plastycznego czy innego budowania jego czy co tam dziewczyny se nawymyślały.
Dla takiego spierdoksa jak ja, który po prostu robi swoje i nie ma potrzeby się specjalnie integrować mam po prostu dosyć, a wykręcić się z tego za bardzo nie ma jak bez robienia sobie lekkiego kwasu u przełożonego.
Oczywiście impreza jest wrzucana na wszystkie socjale żeby się nie pochwalić jak to za⁎⁎⁎⁎ście ta firma nie działa i jakich benefitow to pracownicy nie mają mimo że podwyżek nie ma od 3 lat, jak ja gardzę HRem ehhhh....
Jakby tu zacząć, początki są zawsze najtrudniejsze.
Od ponad dekady choruję na schizofrenię paranoidalną. Skończyłem studia inż. (w żadnym tam wypi*dowie, w mieście wojewódzkim).
Pracowałem jako programista (zacząłem przed chorobą i przed studiami), jednak teraz sam się zastanawiam, czy to ma sens mam kilku letnią dziurę w CV, w tym czasie raptem kilka zleceń po parę miesięcy.
Pracowałem na początku z html/css/jquery, później PHP i MySQL, oczywiście Symfonie Grębosza czytałem i stosowałem. Znam też w jakimś stopniu Pythona.
Co do mojej sytuacji finansowej, to mam trochę ponad 2 000 zł renty (prawie do początku 2029 roku, może mi przedłużą może nie), ok. 1 000 zł płacę za wynajem pokoju, staram się jeść zdrowo i tanio, bo z kasą krucho.
Z plusów, ostatnio poznałem dziewczynę, jednak nie wie, że choruję i nie wiem jak zareaguje, gdy się dowie.
Chciałbym wrócić do pracy ale z tym nie łatwo niestety, zapisałem się na magisterkę z matematyki od października, to może jako nauczyciel bym popracował albo na korkach.
Jutro, zawsze zrobię coś jutro, ogarnę się, poszukam pracy, podzwonię oto po znajomych, ale to jutro, zawsze jutro.Nie dziś, bo dziś się źle czuję, jutro będzie lepiej, jutro ogarnę wszystko. Zawsze jutro. I tak od kilku lat, ciężko z tym skończyć, bo od jutra będzie lepiej, inaczej, ale to od jutra nie dziś. #depresja #alkoholizm
Ziomki, dajcie plusa na pocieszenie, bo życie mi pokazuje jakim otworem stoi do człowieka.
Od ośmiu miesięcy szukam pracy jako admin IT, bez skutku. Wysyłam CV, czasem jest kontakt, częściej nie ma. Jak dochodzi do rozmowy, to albo dziękujemy, albo sorry, znaleźliśmy kogoś innego - tańszego, albo cisza.
Mieszkam i pracowałem zdalnie w miejscowości, do której przyjechałem do żony (jak przyjeżdżałem, to jeszcze żoną nie była). Znajomych brak (lub są, ale od strony żony), rodziny brak (poza teściami i inną od strony żony), z nikim pogadać, nikomu się wyżalić. Dołek, zniechęcenie, poczucie wyalienowania zawodowego spowodował napięcie pomiędzy mną a żoną eskalujące do tego stopnia, że naprawdę zacząłem myśleć o separacji. Na chwilę obecną przeprowadziłem się (na prośbę żony) do niedalekiego mieszkania, by niby odświeżyć atmosferę w domu ze względu na dziecko (prawie 4 lata). A dziś się dowiedziałem, że żona mnie zdradza od dwóch miesięcy z typem ze swojej pracy.
I sam już, k⁎⁎wa nie wiem co dalej. Pierwszy odruch - wyjechać jak najdalej w pizdu (czyli do rodziców), ale nie zostawię córki, z którą mam bardzo dobry kontakt i ja bym płakał i ona by płakała. Już i tak odczuwa tę moją "chwilową" przeprowadzkę. Z żoną mieszkać już mi się nie chce, zaczynam kombinować sprawę rozwodową, wynajem czegoś nowego to znów ekstra koszt przy braku pracy. Mam jeszcze na karku alimenty do spłacania na drugie dziecko (dawne dzieje, nie doszło wtedy nawet do ślubu), teraz dojdą mi nowe - jeśli uda mi się ugrać rozwód z orzeczeniem o winie żony - to na córkę, jak nie, to pewnie jeszcze na żonę. Mieszkanie (TBS) jest na żonę.
Mieścina jest na tyle mała, że z moim wykształceniem i historią pracy nie znajdę nic w zawodzie, zdalnie wychodzi jak wychodzi, mogę co najwyżej pójść na kasę do Netto za minimalną. A ta pójdzie na jedne alimenty i wynajem i nara, żryj gruz.
Syf, kiła i mogiła, wszystko się sypie. Całe szczęście w międzyczasie zapisałem się na terapię by obgadać swój stan psychiczny w związku z brakiem pracy, relacją w domu itp., to teraz dojdzie kolejny temat, zdrady.
Tldr: Będzie to nudny vent na moją niestabilność emocjonalną.
Jakiś 2 lata temu poznałem sobie koleżankę online do szlifowania języka - zero podtekstu, tak o do pogadania od czasu do czasu. Czasem pograliśmy w jakieś warcaby gadając zupełnie o niczym i komentując otaczający świat i wydarzenia polityczne.
Nigdy nie poleciał żaden temat nsfw czy nawet pytanie o wygląd - nie miało to żadnego znaczenia bo nie było w tym żadnego podtekstu. Ona ma faceta, ja żonę i dzieci. Fakt faktem zgadzaliśmy się ze wszystkim, z czasem chaty były coraz częstsze, przerodziły się w dzwonienie do siebie czy to luźno pogadać czy zrobić leki vent - tak naprawdę żadnego oversharingu spraw prywatnych, raczej bym powiedział, że luźno, prawie że biznesowa gadka.
Traf chciał, że miałem klienta w UK i wybrałem się do niego. Bez żadnych planów po skończonym spotkaniu poszedłem porozmawiać sobie z gościem, którego tam w firmie znałem do kawiarni i wysłałem jej foto filiżanki kawy na stoliku z kawiarni i widoku - oboje jesteśmy uzależnieni od kawy i wysyłanie sobie fancy zdjęć kawy było takim zwyczajem. Dostałem tylko odp. "No waaay!" I po chwili zadzwoniła do mnie by umówić się na spacer bo ona poznaje to miejsce. W końcu mieliśmy możliwość porozmawiać, pospacerować, wypić kolejne 3 kawy w kolejnych 3 kawiarniach. Okazało się, że żadne z nas nie skłamało z niczym o sobie, swoim życiu czy pracy. Żadnego bliższego kontaktu czy coś, luźna przyjacielska gadka. Następnego dnia też olała swoje obowiązki by mnie trochę oprowadzić po Londynie, oczywiście jak na gentlemana przystało również obie strony odpuściły sobie jakiekolwiek cielesne kontakty ale niestety coś pękło i w niej i we mnie. Od miesiąca nie mogę przestać o niej myśleć i pewnie bym sobie to jakoś w głowie ułożył, przeprosił, zerwał kontrakt, gdyby nie to, że kilka dni temu stwierdziła, że powinniśmy wszystko rzucić i spróbować zbudować coś razem na jakimś neutralnym gruncie - bo całe życie jej rodzina wybierała partnerów (pochodzi z bardzo wpływowej angielskiej rodziny) a ona nigdy nie była nikim tak oczarowana jak mną. Sytuacji nie pomaga fakt, że jest piękna, opiekuńcza, podzielamy wręcz identyczne podejście do życia, mamy podobne priorytety i marzenia itd.
Czuję się okropnie z tym wszystkim.
Decyzja w stylu co nie zrobię to i tak będę żałował.
Z jednej strony jest to coś czego chyba nigdy nie czułem do mojej żony, z drugiej strony kocham moją żonę i dzieci i pewnie poświęcę swoje szczęście w imieniu spokojnego życia moich dzieciaków, zwłaszcza, że nie mogę powiedzieć, że mam nieudane małżeństwo - wręcz jest bardzo dobre tylko chyba coś wygasło, o czymś zapomnieliśmy, że mam takie rozterki. Nie mam z kim o tym pogadać, gdybym zwierzył się żonie to pewnie byśmy już pisali papiery rozwodowe, a może i ja podświadomie liczyłem na jakąś zmianę w moim życiu? Mam mętlik w głowie i najchętniej bym przespał kolejne kilka miesięcy by się z tej sytuacji wyrwać. Nie mam pojęcia szczerze mówiąc. Nie liczę na żadne rozwiązania, po prostu musiałem to z siebie wyrzucić.
Po kilku miesiącach żona wkoncu przyznała mi rację że ma depresję. Początkowo przypuszczałem romans ale z biegiem czasu to wykluczyłem.
Całymi dniami siedzi w pokoju i gapi się w telefon, ma brak chęci do zrobienia czegokolwiek w domu, jest cieżko, cierpi psychicznie, jej samoocena spadła kilometr poniżej dan i dwóch metrów mułu
Jedyne co przynosi jej lekką ulgę to samotny wyjazd w góry na kikla dni, po powrocie ma natychmiastowy zjazd samopoczucia.
Raz w tygodniu ma nieco lepszy dzień i można z nią logiczniej porozmawiać, coś sie dowiedzieć i posłuchać jak się czuje lecz takich okazji do normalnej rozmowy jest mało.
Brzydzi się mną; przestała nosić obrączke uważa że już nie jesteśmy razem i mnie nie kocha lecz rozwodu nie chce, wielokrotnie powtarza abym znalazł sobie nową żonę. Męczą ją dzieci, meczy ją moja osoba, męczy ją brak pracy mimo iż ma możliwość podjęcia takowej praktycznie natychmiastowo w kilku miejscach lecz bardzo wybrzydza.
Przyczyna depresji jest wielowarstwowa i wg mnie sięga spraw związanych jeszcze z latami młodzieęczymi.
Za swoją depresje obwinia mnie i uważa że jedynym ratunkiem dla niej jest "ucieczka" , zostawic mnie z dziećmi i się wyprowadzić, najlepiej gdzieś daleko, podjąć nową prace i sie w niej "utopic" #pracoholizm
Czynnikiem ktory uaktywnił to wszystko była rezygnacja z dotychczasowej pracy (na moją prośbę aby odpoczęła pół roku) stąd też wg niej jestem głownym winowajcą obecnej sytuacji i stąd frustracją na mnie.
Nie mam pomysłu jak namówić ją na spotkanie ze specjalistą aby zaczęła terapie, jest totalnie zablokowana na możliwosc leczenia a o przyjmowaniu jakichkolwiek pigułek nie chce słuchać, uważa że poradzi sobie sama.
Podsunąłem dwie książki jak radzić sobie z depresją i nawet je przeczytała.
Nie ma swoich przyjaciół stąd tez nie ma z kim pogadać, zaproponowałem jej rozmowe z moim przyjacielem ktory przechodził dwa epizody depresji lecz odmówiła.
Była próba wspolnego wyjazdu wakacyjnego, taka forma odskoczni lecz nic to nie pomogło.
Wzięła ode mnie kartke z numerem infolinie dla ludzi z depresją i o dziwno nie wyrzucila jej od razu tylko nosi w portfelu.
Przypuszczam że samotna wyprowadzka by jej dobrze zrobiła lecz boje sie iż tak już zostanie na stałe bo uzna że jej sie poprawiło i tak musi zostać.
Przed obecną sytuacją mieliśmy normalne życie, bez kłótni bez kredytu, na swoim, bez stresu w pełnym zdrowiu z dużą poduszką finansową na kilka lat. Znamy się od zawsze i dobrze nam razem było (przynajmniej w moim odczuciu) , w związku od 12 lat.
Nie wiem co robić dalej, nie oczekuje sugestii, chciałem się tylko wyżalić.
Krążyłem po starym mieście jakiejś miejscowości. Może to był Toruń, może Gdańsk, może Warszawa, może Kraków... Nie wiem... Jednak ogólnie teren był dla mnie raczej nowy. Wszedłem do jakiegoś sklepiku zapytać się czy nie polecą mi klimatycznego miejsca w okolicy gdzie można napić się piwka. Stojąca za ladą dziewczyna (nie potrafię ze snu określić jej wieku - była dorosła, raczej młoda, chociaż momentami mam przebłyski, że mogła mieć siwe włosy zamiast blond) uśmiechnęła się tak... tak po prostu promiennie, wybiegła zza lady, złapała zdumionego mnie za rękę i ciągle z tym ogromnym uśmiechem powiedziała, że z chęcią mi pokaże fajne miejsca.
Przeprowadzała mnie przez przeróżne korytarze, bramy, dziury w ścianach, studnie i podwórka, a ja kompletnie zdumiony i zszokowany, z wybałuszonymi w "WTF się tu dzieje" oczami, dawałem się jej prowadzić ciekaw co się wydarzy i kim ona właściwie jest?! W końcu dotarliśmy do wielkich drzwi, obitych dębowymi deskami gdzie wprowadziła mnie do ciemnego, cichego pubu. Na ścianach były czerwone cegły, jakieś obrazy, za barem neon, ładne i zadbane polakierowane ławy i stoły.
Zapytałem się jej czy może tak zostawić na tyle czasu swój sklep? Odpowiedziała mi, że już skoczyła pracę i nigdzie się nie spieszy i cieszy się, że może komuś pokazać miejsca, które lubi. Spytałem się więc czy napije się piwa ze mną? Uśmiechnęła się tak bardzo mocno, splotła dłonie za swoimi plecami i z przekrzywioną głowa odpowiedziała radośnie "No pewnie!".
Boże jaka klisza. Żywcem wyciągnięta z jakiegoś serialu, anime lub reklamy. Wstyd mi za siebie, że coś takiego sobie sam wyprojektowałem i że ten ja ze snu wsiąkł w to tak bez żadnego oporu.
Nie pamiętam naszej rozmowy. Jak to we śnie - czas leci tam inaczej i nie zawsze rzeczywistość zachowuje ciągłość. Pamiętam jednak, że siedziałem bardzo blisko niej, coś tam bajerowałem, ona w którymś momencie się odwróciła do mnie, tak że nasze nosy prawie że się zetknęły i wtedy mnie pocałowała.
Co to był za pocałunek! Jeżeli byłoby we mnie jakiekolwiek podejrzenie, że to sen, to ten pocałunek by wydarł ze mnie wszelkie wątpliwości. Był tak realny. Ciepły, wilgotny, miała tak miękkie usta, słodkie jakbym zatopił sie w truskawkowym cieście, jej język delikatnie biegał po moim języku i wnętrzu moich warg. Z miejsca cały zesztywniałem a potem kompletnie się roztopiłem. Fala gorąca, niczym ciepła woda zaczęła rozlewać się od mojej klatki piersiowej po całym ciele. Każdy mięsień i każda tkanka dotknięta tym wewnętrznym, gorącym tsunami rozluźniła się, stawała się jakby płynna.
Pocałunek trwał i trwał i nie chciałem by się kończył, gdy jednak sam (a jednak wbrew mej woli) odsunąłem się od niej, uśmiechała się znowu tym ogromnym, promienistym uśmiechem. Szczerzyłem się jak głupi... nawet nie do sera, ale do całego działu serowego w Auchanie. NIC nie rozumiałem z tego co się dzieje, ale byłem "all in" w cokolwiek to było.
Ona powiedziała, że wkrótce zamykają lokal, ja - że muszę przecież wracać na dworzec i jechać do domu! Zaproponowała mi żebym został, że mogę przyjść do niej i przenocować, ale żebym sobie nic nie wyobrażał! Z miejsca się zgodziłem, bez sekundy zawahania. Napisałem tylko do szefa, smsa, że nie będzie mnie w pracy jutro.
Znowu ciągnęła mnie za dłoń w nieznanym kierunku, podążałem za nią bez najmniejszego oporu, uśmiechając się jak jakiś debil. Przechodziliśmy koło jej sklepiku, obróciłem się i zobaczyłem, że jest otwarty, gdy odwróciłem się z powrotem z pytaniem czy nie powinna go zamknąć jej już tam nie było.
Przestraszony przebiegłem przez korytarz do drzwi. Za drzwiami przez studnie do bramy. Za bramą na ulicę. Ale jej już nie było.
Zbudziłem się wystraszony jak po najgorszym koszmarze. Serce mi się ścisnęło aż do fizycznego bólu. Rozlewał mi się kłującą fala po całej klatce piersiowej. Zrozumiałem, że jej nie ma, nie było i nie będzie. A ja zapewne już nigdy nie przeżyję tego co przeżyłem w tym śnie. I zapłakałem.
Nigdy mi nie było źle samemu. Zawsze uważałem, że nie przeszkadza mi życie singla. A tam płakałem za wspomnieniem czegoś nieprawdziwego i żalem, że prawdziwe nigdy nie będzie.
Mam rozterki odnośnie swojej orientacji seksualnej czy jestem gejem.
Mój przebieg wynosi: 1 i było to w liceum. Ostatni seks miałem w klasie maturalnej z kobietą.Poza nią z żadną nie udało mi się. Na studiach jak spodobała mi się jedna dziewczyna i pokazałem jej media społecznościowe to wszyscy mówili"przecież to chłopak". Minęły lata i zauważyłem, że trans dziewczyny mi się podobają gdy widzę na portalach randkowych. Znajomi mówią, że to gejowe i to zawsze będzie chłop. Już nie wiem czy to objaw desperacji czy serio jestem gejem.
Znacie tą pastę o Sylwii 'chciałem być miły'? Bo ja znam i czuję aż za dobrze. Z tą różnicą że nie chodzi o związek a 'przyjaźń'.
#chcesiewyzalic dlaczego jestem JELENIEM
Lata temu do mojej rodziny wkroczyła osoba X, ponieważ związała się z inną osobą z mojej rodziny którą nazwę Y. Osoba X od początku nie wzbudziła mojej sympatii bo zachowywała się dość osobliwie. Mimo wszystko wyszła ode mnie inicjatywa aby jednak jakiś kontakt mieć bo w końcu rodzina. Ich związek był długi i burzliwy, a z mojej strony był dystans ale bez żadnych krzywych spojrzeń, jak się kochają to c⁎⁎j z nimi.
Nadszedł czas ich rozstania co wyszło od osoby Y. I tutaj wchodzi cytat z pasty 'chciałem być miły' więc poszła ode mnie wiadomość do X że przykro mi że im się nie udało i 'jak chcesz pogadać to pisz'. I tak to się zaczęło.
Na początku niewinnie, dość rzadkie wiadomości i raz na ruski rok jakieś piwko. Osoba X jest mocno zaburzona w relacjach międzyludzkich i z samą sobą więc tematy zawsze były ciężkie, raczej nie gadaliśmy o mnie tylko o X bo po pierwsze nie było wrażenia że X umie słuchać (tylko gadać) a po drugie nie lubię się uzewnętrzniać, szczególnie że X nie budzi zaufania.
Międzyczasie były jakieś związki, a kiedy ostatni grubo pierdolnął okazało się że moja osoba została jedyną która po pierwsze nie pokłóciła się z X bo unikam niepotrzebnych spin a po drugie starała się jakoś podnieść X na duchu bo 'chciałem być miły'. Zostało to odczytane jako wielka przyjaźń i nagle wiadomości zaczęły spływać codziennie w ilości masowych głównie w formie nagrywek (na temat co było na śniadanie, jak ta k⁎⁎wa z księgowości odniosła się do X, na co była promocja w Biedronce itp) plus masę linków do rolek z instagrama. Mimo że było to dla mnie wkurwiające to nie umiem już tego odkręcić, wszystko zaszło za daleko. Teraz wyciąga mnie z piwnicy raz w miesiącu a ja nie umiem odmówić, na spotkaniach zwykle płacę ja bo mam kasę a X pracuje na najniższej krajowej. Były nawet wyjazdy finansowane przeze mnie, a kasę oddaje tylko jeśli się z tym przypomnę bo 'zapomina'.
A co z X jest nie tak prócz tego? Wszystko, zaburzenia które powodują że najlżejszy wiaterek powoduje u X agresję, depresję, kurwicę. Skrajna prawica nienawidząca wszystkich wokół, głosząca najgorsze możliwe opinie. Po prośbie by X pohamowala zapędy zbywam to już milczeniem. Ale jak się człowiek tego nasłucha to potem wpływa to na mój nastrój i chęci do życia. Ale nie potrafię tego zakończyć bo 'chciałem być miły'.
Co jakiś czas ta osoba odpierdala grube akcje, czasem dzieje się to w mojej obecności a czasem muszę 'tylko' wysłuchiwać godzinnych nagrywek jakie nieszczęście spadło na X. Były z mojej strony próby ghostowania ale na dłuższą metę albo mam wyrzuty albo lepszy humor i odpisuję. Od dłuższego czasu zdecydowanie mam ten gorszy humor, ale nie widzę dla siebie nadziei że po kilku latach umiem z tego wyjść.
Mam swoją rodzinę a osoba X jest skłócona z każdym wokół i na związek z tym charakterem i w tym wieku już raczej nie ma szans więc zostaję ja i całe nieszczęście które spływa w moją stronę.
Żeby nie było, znam wartość prawdziwej przyjaźni bo mam paru przyjaciół i różnica jest uderzająca, mimo wszystko większość czasu poświęcam X mimo że z mojej strony nie ma wiele sympatii, raczej współczucie i chęć 'bycia miłym'. Co prawda z mojej strony już dawno nie ma tylu słów wsparcia i odpisuję raczej krótko i nigdy nie proponuję spotkań, dystansuje się ale wciąż jestem dla X najważniejszym człowiekiem i zapewnienia dozgonnej przyjaźni
Niektórzy pewnie znają mnie z tego problemu jednak wolę pisać z anonimowych bo jednak wstyd być takim frajerem
Z jedną dziewczyną z Tindera udało mi się pisać, ale nie spotkaliśmy się bo daleko mieszka i wolę dłużej popisać by ocenić czy jest sens, nie ma go.
Pisze do mnie tylko gdy za⁎⁎⁎⁎ście jej się nudzi jak ten podróżnik z kapitana bomby do pamiętnika, lub też jej smutno. Naprawdę nie ma innej opcji np pisze koło północy a jeszcze jej nie odpisałem nigdy o tej porze gdyż śpię to i tak pisze "co tam?", gdy w ciągu dnia napisze to tylko, że jej smutno bo tak lub przeciążona dużą ilością nauki na studiach.
Dla kontrastu: spodobała mi się dziewczyna na integracji studenckiej, studentka politechniki. Przy luźnym pisaniu wysłała mi zdjęcie czego się uczyła (obliczenia, nic nie rozumiałem) i próbowała wytłumaczyć o co chodzi. Sama z siebie, natomiast tę z Tindera trzeba ciągnąć za język by dowiedzieć się o co chodzi. Jedyne co jest w stanie napisać to ojojać jak ma dużo nauki.
Typowa odpowiedzieć gdy się nudzi: "jem." Nic więcej xD a sama zaczęła konwersację. Pytając "co jesz?" odpowiada:"schabowe".
Żali się też, że chłopaki z Tindera ją ghostują a ona chce związku, jeśli z innymi gada jak ze mną to nie dziwię się...
Ja dziwnie gadam chyba przez autyzm bo pełny zdaniami, gdy coś mnie zaciekawi to zapytam. Tu uznaję, że strata czasu gdy druga osoba nie ma nic do powiedzenia lub żali się obcej osobie.
Mam problem z utrzymywaniem kontaktu wzrokowego. Podczas rozmowy, wodzę oczami, mój wzrok przykuwają elementy otoczenia, jakiś ruch w tle, akcenty w ubiorze rozmówcy.
Ostatnio w robocie miałem rozmowę, że skanuję wzrokiem laski i czy mógłbym się od tego powstrzymywać XD
Dla sprawiedliwości powiem, że skanuję tak samo kobiety jak i mężczyzn. Jak ktoś ma czerwone buty, to mój wzrok tam podąży, jak ma plamkę na spodniach, to na nią popatrzę. Raz nawet miałem nieprzyjemną sytuację w pubie, gdzie przy stoliku obok siedzieli kolesie, którzy mocno gestykowali i się do mnie dowalili, czemu się na nich gapię XD
Jak niby mam to zmienić? Są na to jakieś ćwiczenia?
Ehhh... napiszę to Wam bo z nikim irl nie mogę porozmawiać.
Od prawie roku staramy się z żoną o dziecko. Udało się raz w zeszłe lato ale poroniła we wrześniu. Mimo, że już w 6 tygodniu to długo po tym dochodziła do siebie. W styczniu udało się nam po raz kolejny. Pierwszy trymestr za nami, żona super ucieszona, ja bardziej chyba przerażony wyzwaniem jakie nas czeka ale też podekscytowany. Dzisiaj byliśmy na pierwszym usg i okazało się, że od miesiąca jest martwe.
W życiu nie widzialem jej tak zdruzgotanej. Mi też jest ku⁎⁎⁎⁎ko smutno.
Jesteśmy pod 40', czas nam się kończy. Żona jest po ciężkiej chorobie (stąd tak późno się zabieramy) a ciąża to dla niej spore ryzyko.
Przyjedźcie do Polski i zgłoście się do Pana profesora Krzysztofa Czajkowskiego w Warszawie. Kiedyś przyjmował na ul. Mariana Langiewicza 29 na samym rogu vis a vis żydowskiej ambasady.
Gość wyciąga tak beznadziejne przypadki i trudne sprawy, że pała mięknie. Jeśli da się coś zrobić to ogarnie. Jeśli nie da to przynajmniej będziecie wiedzieć na czym stoicie.
Tematy są trudne i tak czasochłonne, fhuj różnych badań a czas leci a jak piszesz macie 4 z przodu, to niczego nie przekreśla, ale każdy dzień jest na wagę złota.
Może przesada dodawać przez anonim ale lepiej dmuchać na zimne...
Słyszeliście o czymś takim jak Liminal Spaces? To takie miejsca, często opuszczone, które kiedyś miały pewien sens i cel, ale zostały z różnych względów opuszczone i cechują się brakiem obecności człowieka.
Pewnie słyszeliście, bo takie miejsca wywołują u niektórych pewne poczucie nostalgii, przemijania.
A co powiecie o pracy w miejscu które staje się takim Liminal Space?
W miejscu gdzie jeszcze kilka lat temu szła produkcja na 3 zmiany, firmowa kantyna serwowała średnio smaczne ale w miare tanie jedzenie, ludzie siedzieli przy biurkach czy stali przy lince i wytwarzali coś, co było komuś potrzebne.
Ale to było kiedyś. Fabrykę zamknięto. Na miejscu powstał park przemysłowy, ale z różnych względów firmy wynajmujące pomieszczenia nie potrafią zagospodarować tego miejsca i jedna po drugiej wypowiadają wynajem.
I jesteście wy. Szeregowi pracownicy którzy jakimś cudem przetrwali masowe zwolnienia, zamknięcie się firmy matki, przejście do innej spółki. Jesteście specjalistą od przybijania jakiejś tam pięczątki, specjalistą których nikt już za bardzo nie potrzebuje.
Firmowa kantyna już dawno nie działa, z 3 zmian produkcyjnych idzie jedna, a i to bardziej przypomina jakąś manufakturę o limitowanym nakładzie. O podwyżkach możecie zapomnieć, jakiekolwiek kursy czy szkolenia są zablokowane, kierownictwo stara się jechać tak długo póki koła nie odpadną. Pracujecie, ale wiecie że to na dłuższą metę nie ma sensu, to wszystko zaraz padnie i zostaną tylko puste pomieszczenia z przygaszonym światłem. I ciszą. Ciszą na hali produkcyjnej.
Ja pracuję w takim miejscu. I pomimo tego, że szukam pracy bo ta sytuacja mi już wchodzi na łeb to nie jest łatwo na rynku. Z miesiąca na miesiąc czuje się coraz gorzej, mam coraz mniej motywacji żeby wstawać rano i pracować.
#liminalspaces #praca #pracbaza oraz #zdrowiepsychiczne #hejtoanonimowewyznania #hejtoanonim
Fakt że się uchowałeś znaczy że jesteś wartościowy dla tej firmy. Niestety, biznesuyprzechodzą lepsze i gorsze chwile, tak to już jest, rośnie cały czas tylko inwestorom z tagu #gielda
Sam pracuję w fabryce. Głośnej, ludnej, jadącej 24/dobę. Są jednak z rzadka takie dni kiedy produkcja stoi, a na zakładzie zamiast paruset osób jest parę. W tym ja. To są te moje ulubione
Hej, moja dziewczyna jest w kryzysowej sytuacji... Potrzebujemy pomocy, choć nawet nie wiem sam gdzie jej szukać.
Otóż moja dziewczyna od 4,5 tygodnia znajduje się w szpitalu psychiatrycznym. Jest to jej ósmy pobyt w tego typu ośrodku. Praktycznie zawsze trafiała tam z powodu sytuacji rodzinnej, a mianowicie była torturowana psychicznie przez jej własnych rodziców. Bagatelizowanie prób samobójczych, umniejszanie osiągnięciom na rzecz nauki, ignorowanie problemów, dotykanie jej samej oraz jej brata, szantażowanie, ograniczanie kontaktów z koleżankami oraz ze mną, zakazywanie wykonywania najprostszych czynności w domu, a nawet zamykanie ją w domu to była codzienność. Tym razem trafiła tam, ponieważ jej matka szantażowała ją abym pokazał jej rodzicielce swój dowód osobisty. Zaczęły się bić, toteż jej stara zadzwoniła na policję. Nazajutrz trafiła do szpitala i od tej pory tam przebywa.
Moja dziewczyna czuje ogromny wstręt do swoich rodziców i kiedy tylko ich widzi w szpitalu to ogarniają ją myśli aby ich zabić. Matka przez całe życie stosowała pasywną agresję w jej stronę, ojciec natomiast był służalczy wobec swojej żony jak pies i miał gdzieś co córka powie, dopóki jego żona tego nie poprze. Na żadnego z opiekunów nie miała co liczyć, nawet przytulić się do nich nie mogła, bo ich wymówką było to, że nie mają czasu. Mimo, iż matka jest bezrobotna, ojciec natomiast po powrocie z pracy nie miał żadnych obowiązków. Niekiedy jej własna stara wycierała swoją głowę o szyję oraz klatkę piersiową mojej dziewczyny, a także dotykała ją po pośladkach, ojciec natomiast wcale nie reagował, ewentualnie mówił, że mama żartowała i/lub również ma prawo się zezłościć. Kiedy moja dziewczyna pisała na WhatsAppie swoim starym, że chce się zabić, odpisywali jej emotkami i śmiali się z tego, co pisze lub tłumaczyli się tym, iż świat nie kręci się wokół niej, i że ich też może kiedyś zabraknąć. Odnośnie mnie mówili, iż będę ją przywiązywał do kaloryfera i głodził. Od zawsze były z nimi problemy, ale ostatnie 5 lat wspomina najgorzej.
Dlatego też ona nie chce z nimi mieszkać. Problem w tym, że każdy wariant alternatywnego miejsca zamieszkania napawa ją strachem. Może ona trafić do ośrodka dla ofiar przemocy domowej, jednak może przebywać tam maksymalnie 3 miesiące, no i też rzekomo strasznie kładą tam nacisk na szukanie pracy. Moja dziewczyna miała dzisiaj rozmowę telefoniczną z dyrektorką tej placówki. Na pytanie czy ona jest zdolna do pracy, odpowiedziała, że musi się zastanowić, a tamta zaczęła pi⁎⁎⁎⁎lić, że "skoro pani tak mówi, to zakładam, że nie jest pani zdolna do pracy". Na odchodne jeszcze rzuciła tekstem "witamy w świecie dorosłych". Może jeszcze trafić do domu dziadków lub z powrotem do rodziców, ale te opcje są absolutnie nie do przyjęcia ze względu na negatywne wspomnienia związane z tymi osobami. Każdy członek rodzeństwa jej rodziców jest albo za granicą, albo jest pokłócony z nimi. Nie chcę nawet myśleć, że po tych 3 miesiącach spędzonych w tym ośrodku zostanie wyrzucona na bruk. Jeżeli chodzi o edukację, to jest w klasie maturalnej i ma średnie wykształcenie, jednak nie jest w stanie pisać matury na ten moment (nauczyciele ją przepuścili mają na uwadze to, iż nie może uczestniczyć w lekcjach w chwili obecnej). Miała iść na studia i bardzo chce to zrobić, ale niestety nie jest to na tę chwilę możliwe.
Podczas pobytu miała robione różnorakie badania, wobec czego ma stwierdzony autyzm (jednakże na tę chwilę nie wiadomo jeszcze nic odnośnie dokładnej jego postaci), ADHD i CPTSD. Czy te wyniki wystarczą do uzyskania jakiegoś mieszkania socjalnego, zapomogi lub innej formy wsparcia? Moja dziewczyna codziennie ma rozmowy z lekarzami, psychologami oraz z pracownicą socjalną, lecz owa mówi, iż na razie nie widzi innego wyjścia niż ośrodek. Nie ma żadnego członka rodziny, rodziców, dziadków, którzy by jej pomogli. Teoretycznie mógłbym ją przygarnąć do siebie, jednakże mieszkam od niej ponad 300 km w linii prostej, w dodatku na wsi, nie stać nas na tak skomplikowane procesy logistyczne, a nasz dom jest za mały, aby pomieścić jeszcze jedną osobę. Gdyby to ode mnie zależało, to zrobiłbym to od razu... Bardzo ją kocham i strasznie mi zależy na lepszym jutrze dla niej. Nie zrobiła absolutnie niczego, aby być tak potraktowaną przez los. Jest jeszcze jakieś inne wyjście? Bardzo prosimy o pomoc, ja oraz ona.
@hejtoanonim ja pi⁎⁎⁎⁎lę stary, to jest sprawa życia i śmierci, więc angażuj swoich rodziców i przyjaciół i zabieraj ją stamtąd. Musicie ją stamtąd zabrać, a jak pieprzysz, że "Twój dom jest za mały na jeszcze jedną osobę" w sytuacji zagrożenia życia, to pomyśl jakie będziesz miał wyrzuty sumienia jak dziewczyna się huśtnie. Wasz pierwszy priorytet to jest usunięcie jej z tamtego środowiska - nie wiem czy macie razem mieszkać w pokoju, czy coś wynająć, czy co, ale nie może to być kontynuowane tak jak jest. Jak ja bym to widział:
zabranie jej z obecnego środowiska,
odcięcie się od rodziców, nie mogą wiedzieć gdzie córka mieszka
kontakty z rodzicami tylko na córki wyłącznych zasadach z Twoim udziałem i obecnością
jakieś awaryjne lokum, albo mieszkanie razem albo wynajęcie czegoś na czas ustabilizowania sytuacji
praca/matura wedle potrzeb, najpierw muszą być pieniążki na życie, a potem można myśleć o edukacji i rozwoju.
ps. jak ja byłem w liceum, czy na studiach to się spało po namiotach i po chatach w dziesięciu i nikt nie narzekał, więc się przemęczycie. Jej rodzice wykorzystują to, że jest zależna od nich, więc musicie im tę moc zabrać. Będzie bolało, a matka na pewno będzie robić problemy, więc się szykujcie. Powodzenia.
@hejtoanonim życie jest brutalne. Weź się porządnie za naukę jakiegoś zawodu. Jeśli chcesz i możesz to ty skończ studia. Ten związek pewnie i tak się rozpadnie. Myślę że miłość się wypali bo to neurobiologia, i chormony młodego człowieka. Jeśli w tym utkniesz nie ogarniesz ani swojego życia ani jej. Za kilka lat będziesz żałował tej decyzji. Zajmij się nauką albo pracą, zdobądź jakiś zawód który pozwoli Ci zarobić na chleb i utrzymać rodzinę bo dzisiaj nie jesteś zdolny. I nie jesteś wyjątkiem, wielu ludzi tak ma i po prostu nie zakładają rodziny. Pragmatyzm - nie stać Cię na związek z kobietą którą musisz utrzymywać. I nie bierz jej też na głowę swojej rodzinie, nie zasłużyli sobie na to żeby utrzymywać jeszcze jednego nieporadnego dorosłego człowieka - to duże obciążenie.
Jak słusznie zwróciliście nam uwagę w postach pod tagiem #anonimowehejtowyznania brakowało możliwości anonimowego odpowiadania na nie. Informowaliśmy wtedy, że funkcja taka jest w planach. Teraz natomiast informujemy, że plany te zostały wprowadzone w życie.
W stopce każdego nowego posta dodanego przez hejtoanonim.pl będzie automatycznie dodawany link, po kliknięciu w który będzie można zostawić równie anonimowy komentarz. W kilku ostatnich wpisach, które już są - takie linki, dzięki uprzejmości kolegi @bojowonastawionaowca, również się pojawiły.
Jeśli macie kolejne uwagi albo pomysły — dawajcie znać.