#rowerowyrownik

138
3520

192 576 + 24 = 192 600


Szybka traska, bo późno wyjechałem. Udało się całkiem całkiem fajną kadencję utrzymywać (90-95) i zrobić średnią 84. Przynajmniej wg wahoo. No właśnie - komu ufać? Wahoo podaje, że średnia kadencja 84 i średnia prędkość 21,2km/h, a strava podaje średnią kadencję 83 i średnią prędkość 21,1km/h. Wiadomo, nie są to duże różnice, ale jednak są i się zastanawiam co powinno mieć realniejsze wartości.


#rowerowyrownik #rower #gravel

f59483d0-6065-467d-bd02-3ec3f8848c5d
83b2576b-17e6-4308-9965-9921c3fd7d49

Jeśli wahoo masz podpięte do czujnika, to jemu w kwestii prędkości. Nie zawracaj sobie jednak głowy takimi różnicami, równie dobrze to może wynikać z zaokrąglenia.

@Furto korzystam z czujnika kadencji podpiętego do wahoo, te dane przesyła do stravy, więc nie powinno być różnic w teorii. No i czasem dochodzi czujnik HR podłączony do wahoo, ale jego nie używam na godzinne trasy

@pingWIN tutaj raczej zaokrąglenia danych. Problem by był gdyby się to różniło o więcej niż 1/0,1. Bo wahoo rzecz jasna śle też track gps i czasami jest problem w synchronizacji tych danych i jest większy rozjazd, ale to w kwestii prędkości. Chociaż kadencje też mogłoby podać inną, jeśli ucięłoby ci trasę o metry. Bo odległość masz dokładnie taką samą?

Zaloguj się aby komentować

192530 + 2 + 2 + 2 + 2 + 38 = 192576


Pierwsza jazda od tygodnia, w dodatku dosyć rekreacyjna. Czemu? Sezon bez urazu, to sezon stracony. Idąc spać po ubiegłotygodniowej, poniedziałkowej orce, bolały mnie całe nogi. Rano pozostał już prawie wyłącznie ból ścięgna znajdującego się pod kolanem, od zewnętrznej strony łydki. Próbowałem się go pozbyć maściami chłodzącymi, żelowym kompresem i ibupromem. Czy dało to pożądany efekt? Czas pokaże, ale nie wiem czy przerwa nie była zbyt krótka. Zwłaszcza, że po piątkowym basenie, a szczególnie pływaniu żabką, znowu coś tam nie grało. Pozostały mi 3 ambitniejsze cele na ten sezon, z czego 2 przypadają jeszcze na lipiec, potem mogę się regenerować.


#rowerowyrownik

6634a5fb-2a90-4058-b4bc-65590bb33630

Zaloguj się aby komentować

192 392 + 148 = 192 530

Klagenfurt - Maribor doliną Drawy. Absolutne gravelowe piękno, trasa łagodna, górki dopiero na sam koniec, mój kolega który przyjechał z plaskopolski spoko dawał radę. Jeśli trasa wiodła drogami to takimi, którymi nikt nie jeździ, za wyjątkiem kawałka trasy D1 przed Mariborem, która wybraliśmy celem "szybciej bo burza"; akcja się udała, lać zaczęło 10 minut po przyjeździe


#gravel #rower #rowerowyrownik

1f60c0c9-ead9-4bad-be0e-06ed647beb17
b30ff738-32d1-41fb-b316-88cdce0604eb
55df04be-4e94-46e7-92d2-f1d407316799
4d4658c6-3859-4f72-8f31-23af2481fa13

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Tym razem, z uwagi na fakt, że w bieżącej edycji #naopowiesci wszystkie chwyty są dozwolone, to zupełnie nie miałem już problemów i rozterek czy kolejną "przygodę" rowerową umieścić pod tagiem #rower czy #zafirewallem . Dlatego, bez zbędnych wstępów, dodam jeszcze tylko dla formalności cyferki do #rowerowyrownik :


192 365 + 243 = 192 608


i zapraszam Państwa do relacji z 243 kilometrów jazdy rowerem.


--------------------


Gitara


To były 243 kilometry. 243 nudne kilometry. Nie wiem, czy da się napisać coś ciekawego o 243 kilometrach nudy, co nie znaczy, że nie spróbuję. Zapraszam.


Dość istotną rolę w poniższej historii odegrał kolega, który - na potrzeby tego opowiadania - umówmy się, że ma na imię Paweł. To, że przypadkiem faktycznie tak ma na imię nie powinno w takim razie stanowić problemu. Ale skoro jest to relacja z jazdy rowerem to naturalne jest, że oprócz Pawła równie istotna jest… gitara.


Wszystko zaczęło się jakieś dwa tygodnie temu, kiedy w fabryce gruchnęła informacja, że będziemy się integrować. Na kajakach będziemy się integrować. Wiadomo, że do kajaków potrzebny jest jakiś zbiornik wodny. Najlepiej rzeka. Z uwagi na fakt, że zespół rozrzucony jest właściwie po całym kraju, to żeby wszyscy mieli tak samo daleko (poza jednym kolegą, który akurat złośliwie mieszka pod Chęcinami) wybór padł na Nidę, z noclegiem w ruinach (w tej odrestaurowanej części ruin) zamku w Sobkowie. Województwo świętokrzyskie, powiat jędrzejowski. 


Plan integracyjny był prosty jak drut i składał się zasadniczo z dwóch punktów:


  • kajaki i alkohol w czwartek

  • kac i powrót do domów w piątek


Jednym słowem: klasyka.


Ale w tym miejscu historii pojawia się on. On, czyli Paweł.

– Fonfi, a może byśmy wrócili rowerami?

– Tak!

– Długo Cię nie trzeba namawiać.

– Tak.


W ten sposób powstał drugi plan, doszczegóławiający (w ogóle istnieje takie słowo? - bo mi Word podkreśla) ten poprzedni w zakresie powrotu. Jako że Paweł mieszka w Krakowie, a z Sobkowa do Krakowa jest całe 120 kilometrów, zapowiadał się leniwy, towarzyski “caffé ride” przez urokliwe okolice województw świętokrzyskiego i małopolskiego. Z „happy endem” w postaci 20-kilometrowego odcinka WTR (Wiślanej Trasy Rowerowej). Nie pozostało nic innego jak przezornie, z wyprzedzeniem, zarezerwować sobie bilet na pociąg z Krakowa do Warszawy z miejscem dla roweru.


10 lipca, w czwartek, z samego rana, z rowerem, spakowaną sakwą, biletem w ręku (chociaż tak dokładnie to w telefonie) wsiadłem do samochodu kolegi (nie Pawła) i pojechaliśmy się zintegrować. Na miejsce dojechaliśmy jako jedni z pierwszych więc witaliśmy kolejno zjeżdżających się ludzi, w tym ekipę z Krakowa.


Paweł wysiadł z samochodu, podszedł do bagażnika, a ja radośnie, jak labrador w błocie, podbiegłem, żeby pomóc mu z rowerem. I przeżyłem szok. Roweru nie było. Nie było go w samochodzie, nie było go też na samochodzie, ani nie było go nawet pod samochodem - wiem, bo na wszelki wypadek sprawdziłem. 


Była za to gitara.

– Paweł, to nie jest rower!

– Nie.

– To jest gitara.

– Brawo!

– Zdajesz sobie sprawę, że na gitarze ciężko Ci będzie dojechać do Krakowa?


Okazało się, że w wyniku szeregu nieporozumień i nienachalnej znajomości kalendarza, ktoś zaplanował Pawłowi spotkanie z klientem akurat w dzień naszego powrotu. Paweł oczywiście rozważał przez jakiś czas opcję podłączenia się do telekonferencji w trakcie jazdy na rowerze. Jednak a) po pierwsze - sapanie i rzężenie mogłoby zostać przez klientów zauważone i niekoniecznie dobrze odebrane, b) po drugie - pozostawała kwestia zamocowania laptopa do kierownicy na potrzeby prezentacji. Zaważyło zwłaszcza to drugie. W konsekwencji całkowitego braku dostępności tego typu uchwytów na rynku – wygrała wspomniana gitara.


Kajaki, jak kajaki – o nich pewnie można by było napisać odrębną historię. Z kolei integracja, też jak integracja. Ten się spił na wesoło, tamten na smutno, tamten do nieprzytomności.


A to wszystko przy dźwiękach tej cholernej gitary.


Kolejnego dnia wyjazd do Krakowa zaplanowałem mniej więcej między 8:00 a 9:00 rano, dzięki czemu miałem się porządnie wyspać. Oczywiście - jak na złość - obudziłem się już o 6:00, na długo przed budzikiem. Starzy ludzie tak mają, że wstają skoro świt. Podejrzewam, że jest to element ewolucji i w pewnym wieku naturalnie przystosowujemy się do wczesnego wstawania, bo to w kolejkach do przychodni gwarantuje miejsce przed słabszymi osobnikami.


Skoro już się obudziłem to postanowiłem się też umyć i ubrać. W ten sposób już o 6:30 stałem przed hotelem wdychając rześkie, poranne powietrze. Bufet otwierali dopiero o godzinie 9:00, więc - w ramach śniadania - zakupioną poprzedniego dnia owsiankę zagryzłem lekko czerstwą jagodzianką i właściwie byłem gotowy do drogi. Nie budząc nikogo (co, mając na względzie uprzedni wieczór, i tak skazane byłoby na porażkę) wsiadłem na rower. Wyjechałem przez bramę i wiedząc, że do Krakowa mam się skierować na południe, zaskoczyłem sam siebie skręcając na północ. No dobrze, trochę z tym zaskoczeniem konfabuluję, bo gdzieś - w tak zwanym międzyczasie - przeszła mi przez głowę myśl, że skoro i tak jadę sam, to po co do Krakowa jak można od razu do Warszawy. Myśl ta zostawiła nawet swój ślad w postaci przygotowanej trasy w nawigacji.


Nawigacja ta, już po kilku pierwszych kilometrach kazała mi zjechać w szutrową drogę wzdłuż nasypu kolejowego, która miała skrócić wycieczkę o parę kilometrów. Szuter, owszem - był. Miejscami. Tam, gdzie akurat nie było piachu po obręcze. Dzięki czemu zamiast jazdy mogłem rozkoszować się porannym spacerem.


Jak tylko udało mi się dotrzeć do bardziej utwardzonej nawierzchni jazda nabrała bardziej rozsądnego tempa. Rozsądnego na tyle, na ile pozwalały podjazdy przed i w samych Chęcinach, gdzie postanowiłem uzupełnić uprzednie skromne śniadanie i zaopatrzenie. Zjedzona (tym razem świeża) drożdżówka i banan, oraz dwa kolejne na zapas, spowodowały, że świat nabrał barw. I dla jasności - nie były to nasze narodowe odcienie szarości.


Przez kolejne dwadzieścia kilometrów nie działo się nic wartego uwagi. Ot na zmianę pod górę i na dół, dość silny boczny wiatr (wiadomo – kieleckie) nie pomagał, ale też specjalnie nie przeszkadzał, ciemne chmury straszyły z oddali perspektywą zmoknięcia, a ja mogłem się cieszyć wspaniałymi widokami jakie oferowała okolica.


Aż nagle, na 36 kilometrze nawigacja kazała skręcić na skrzyżowaniu w prawo i moim oczom ukazał się podjazd. Ale nie jakiś tam podjazd, jakich minąłem już kilka. Tamte to mogły mu co najwyżej za wypłaszczenia robić. Ten podjazd ciągnął się po horyzont i ginął gdzieś w górze we mgle. Chociaż mogłem odnieść tylko takie wrażenie przez okulary, które zaszły mi z wrażenia parą. 


Zaatakował od razu. Nawigacja rozbłysła czerwonym alarmem, wyświetlając 15% nachylenia. W rozpaczliwej próbie obrony klikałem szaleńczo manetkami, żeby dobrać odpowiednie do walki przełożenia. Łańcuch przeskakiwał w zawrotnym tempie jednak już po chwili zazgrzytał przeraźliwie, informując mnie, że zakres się skończył. Tę walkę przegrałem zanim na dobre się zaczęła. Nie pozostało mi nic innego, jak wspinać się w zawrotnym tempie kilku kilometrów na godzinę, sapiąc i rzężąc niczym zarzynane zwierzę, aż okoliczne psy, których codzienną rozrywką jest podgryzanie kolarzy po kostkach, uciekły skowycząc. Mógłbym przysiąc, że podjazd ten ciągnął się przynajmniej dwadzieścia kilometrów. Jakież było zatem moje zdziwienie, kiedy wdrapawszy się ostatkiem sił, z mroczkami przed oczami i smakiem wstępnie przetrawionej jagodzianki w ustach nawigacja pokazała, że przejechałem niecałe dwa. Nagrodą była jednak wspaniała panorama na okolicę i, jak to po podjazdach bywa - długi zjazd.


Takich zjazdów, zresztą było jeszcze kilka. Na jednym z nich, w miejscowości Hucisko przed Stąporkowem, przez chwilę nieuwagi, rower rozpędził się nawet do szaleńczych 60km/h co przeraziło nie tylko mnie (boję się takich prędkości) ale i pana policjanta z „suszarką”, który mierzył prędkość, schowany za płotem przed samą tablicą wyznaczającą koniec obszaru zabudowanego. Trzymając się kurczowo kierownicy, skupiony na najbliższych kilku metrach asfaltu pochłanianych przez przednie koło, zdążyłem tylko kątem oka zauważyć przedstawiciela władzy, który potrząsał radarem i chyba z niedowierzaniem wpatrywał się w wynik pomiaru.


Po stu kilometrach powoli dojeżdżałem w moje rodzinne strony - okolice Wolnego Miasta Radom. Nieznośny ból zadka i lekkie ssanie w żołądku przywołały natrętną chęć zajechania do mamusi na obiad i kontynuowania wycieczki w mniej lub bardziej wygodnym fotelu PKP. W celu przegonienia tych głupich pomysłów, pomachałem energicznie ręką przed swoim nosem. Stojący na mijanym przystanku młody chłopak odmachał lekko zdziwiony.


Przytyk, który znajdował się na 120 kilometrze, czyli praktycznie w połowie trasy, wydał mi się idealnym miejscem na pierwszy postój, uzupełnienie kalorii i zapasów, które zdążyły się uszczuplić o wszystkie zakupione wcześniej banany, batona proteinowego, żel energetyczny i jeden bidon z izotonikiem. Do wyboru był kebab, kebab albo pizza. Pomimo, że akurat wypadał Światowy Dzień Kebaba postawiłem na pizzę. A dokładnie na zapiekankę. Ale w pizzerii.


Pizzeria okazała się malutkim lokalem, z jednym stoliczkiem, który głównie obsługiwał zamówienia na wynos. Usiadłem więc w kąciku, podłączyłem nawigację do powerbanka, żeby się trochę podładowała i wiercąc się na twardym krześle cichutko sobie cierpiałem w oczekiwaniu na posiłek.


Zapiekanka, choć była to najprostsza z możliwych jej wersji, smakowała mi jak żadna inna do tej pory. Zjadłem, popiłem napojem gazowanym jednego z popularnych producentów, nazwy którego nie wymienię, bo nie zgodził się zapłacić za reklamę. I tu pojawił się malutki problem. Ilość spożytej kofeiny, protein, chemii i zjedzona w pośpiechu zapiekanka wywołała u mnie gwałtowny proces trawienny i tak zwaną potrzebę. Jednak w lokalu nie było toalety. A przynajmniej takiej dla gości. Co gorsza ani obsługa lokalu, ani pobliskiego sklepu, w którym zakupiłem kolejne banany i napoje, nie potrafiła mi powiedzieć, gdzie mógłbym taki przybytek znaleźć. „No nic – rozejdzie się po kościach” pomyślałem i na wszelki wypadek dokupiłem paczkę chusteczek higienicznych.


Z kolejnych trzydziestu kilometrów pamiętam niewiele. Właściwie to pamiętam tylko mocno zaciskane pośladki. Okazuje się, że stacje benzynowe na bocznych, lokalnych drogach są równie rzadkie jak rozsądek w komentarzach w internecie. Na szczęście wjechałem do Białobrzegów, gdzie zatrzymałem się na pierwszej napotkanej stacji benzynowej. Wpadłem do środka, gdzie sprzedawca tylko spojrzał na mnie, przestępującego z nogi na nogę i powiedział jedno słowo: “tam”, wskazując przy tym na drzwi do toalety. Po wszystkim nawet pieniędzy nie chciał, choć na drzwiach toalety wyraźnie było napisane, że płatna. Czyli są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie, którzy pomogą w potrzebie. Tej literalnej.


W tym miejscu dołączyli do mnie Maciek Okraszewski i Michalina Kowol – czyli podcast “Dział zagraniczny”. Podziwiając tereny “Mazowieckiej Toskanii” położone w okolicy Warki i Grójca (wraz z niesamowitym zatrzęsieniem idiotów w zdezelowanych “beemkach”, którzy wyprzedzali mnie z ogromną prędkością na grubość lakieru albo udawali, że mnie nie widzą jadąc na czołówkę) Maciek i Michalina szeptali mi do ucha dlaczego w Europie znikają listonosze, czemu Indie zmuszają obywateli do wegetarianizmu, wyjaśnili zawiłości egipskiego manualnego systemu recyclingu oraz poinformowali kiedy zostanie zniszczony Neapol. Przerwę zrobili sobie tylko dwa razy, kiedy musiałem wracać po zgubioną na grójeckich wybojach słuchawkę.


W okolicy Warki ponownie zagnieździła mi się w głowie myśl roztaczająca przede mną uroki podróży w PKP, a która to myśl - z racji, że jechałem wzdłuż linii kolejowej – mniej lub bardziej natrętnie towarzyszyła mi aż do samych przedmieść Warszawy, czyli do Piaseczna. Jednak powszechnie wiadomo, że najgorsza jest pierwsza setka, drugą jedzie się już nieźle, a trzecia i kolejne to sama przyjemność - więc przyjemności tej postanowiłem sobie już do samego końca nie odmawiać. Zresztą ostatnie kilometry umilały mi różne rozmowy telefoniczne.


Na sam koniec, już w samym centrum Warszawy, na Nowym Świecie zaskoczył mnie Marsz Wołyński, którego uczestnicy skutecznie blokowali przejazd, przez co zmuszony byłem skorzystać z ulicy Ordynackiej, której brukowana nawierzchnia zapewniła mi bezpłatny masaż prostaty akurat w momencie, kiedy zadzwonił do mnie Paweł i siedząc na miękkiej kanapie w Krakowie zapytał:

– Żyjesz?


A w tle, w słuchawce, słychać było gitarę…


----------

Dla porządku: 1803 słowa

4d866c69-2a40-4ae6-89a0-aad6e8082625
c2d4214b-69b7-42cc-af15-6a38360fd6c6
7e7a77fb-1f21-4f69-86e0-c8c0a0276702
8306cfff-c669-40f0-8e77-4d6d4ebcfa12
1a462115-0844-40c4-97be-9af6b3bd5246

Generalnie jakby się komuś nie chciało czytać, to całość można podsumować takim TLDR:


Jeszcze kiedy byłem w Sobkowie, to był tam taki Paweł i on pomylił rower z gitarą. I potem miałem bilet na pociąg z Krakowa i po drodze do domu wtedy do Warszawy jeszcze pojechałem.


Przeczytano


No jest k⁎⁎wa wysoko, no i Pan Paweł! Tylko jakiś dziwny z gitarą ( ͡° ͜ʖ ͡°) a miał skakać na rowerze.


i @fonfi po przejechaniu dystansu "ała k⁎⁎wa rzeczywiście, jak mnie wszystko boli" xD

df24af5b-c33c-443d-9f3b-68cd70fb9fb7

@onpanopticon

 "ała kurwa rzeczywiście, jak mnie wszystko boli"

xD

Ale tak szczerze, to serio po 100km wszystko przeszło i poza nudą (zagłuszaną Działem Zagranicznym) to jechało się wyśmienicie. Aż pod domem smutno mi się zrobiło, że to już. Teraz 300, a później Gdańsk - Warszawa na raz.

@fonfi To jest najfajniejsze w tym wszystkim Jedziesz, ciśniesz, dupa boli, nie chce się już trochę, jakiś deszcz, jakieś sranie, jakieś muszki, o nie, znowu podjazd, ło jak się ugrzałem, ło jak te debile jeżdżą, pieprze to, nie jadę już itp itd... 5 minut po zakończeniu jazdy - "ale zajebiście, pojechałbym dalej, następnym razem zrobię 2x tyle". xDD

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

192 069 + 67 = 192 136

Wybrałem się na swoją ulubioną ścieżkę nad Radunią a skończyło się totalnym przemoczeniem. Trzeba było porzucić zaplanowana trasę powrotną i gnać do domu najszybszą drogą.


Przy okazji, powinni montować jakieś wycieraczki do garmina, nie da się tego obsługiwać podczas deszczu xD już tęsknię za poprzednim licznikiem bez dotykowego ekranu ;)


#rower #gravel

Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

#rowerowyrownik

1d7a5d71-ad1e-4d1e-a1d4-dd78a2c037a3

Zaloguj się aby komentować

191 954 + 115 = 192 069


Dzisiejsze #kwadraty z panem #gravel


A skoro kwadraty, to i pierwszy prawdziwy test roweru. Trasa tak się ułożyła, że poznał i tragiczne płyty betonowe i piachy i leśne ujeby. Nawet i miał pierwsze noszonko, bo jedna "droga" była poprzecinana zawalonymi drzewami (pic).


Nocny powrót. Trochę źle obliczyłem zmrok i średnio mi się jechało nieznanym lasem 10km po zmroku. Jeszcze żeby droga była pewna, ale jednak trochę lipa, kamienie i błoto. Przez brak doświadczenia - tutaj trochę moje nadgarstki dostały, bo trudno mi było ocenić który fragment w miarę polecę, a gdzie wypadałoby zwolnić, bo miota jak szatan xd


Nie jest źle, jeszcze trochę i się rozjeżdżę. Znalazłem już sobie idealną pozycję, więc jedzie się komfortowo w opór. Teraz jeszcze wyrobić nawyki, bo przez przyzwyczajenia mtb - czasami mnie ponosi fantazja i dostaję szybkie odpowiedzi - uważej synek, uważej.


Lipiec - 1030 km


<br />

Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

#rowerowyrownik

90615541-d41d-4c4b-9442-bdc3d3d23104

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

191 763 + 31 = 191 794

#rowerowyrownik #rower

Wczoraj jebnąłem 51km, @Tomekku zastanawiał się jak z chodzeniem. No to mówię, zero dolegliwości. Dlatego machnąłem sobie teraz taką trasę. Dla zajeżdżenia smutków @Z_buta_za_horyzont

Miałem 28km i już byłem blisko domu, to stwierdziłem że źle to będzie wyglądało i dokreciłem jeszcze 3km.


Kształt tej trasy przypomina mi #kapitanbomba

691603fb-458b-4389-ac79-113e4e723630

@Tomekku Muszę siodełko inne kupić. Bo nogi nie bolą, ale dupa w miejscu kości miednicznych już tak.

Jakieś żelowe czy coś.

@myoniwy Dupa parę dni odpocznie i będzie jak ze stali. Potem już powinno być ok. Te żelowe to przereklamowane jak na moje.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

191 705 + 26 + 25 = 191 756

#rowerowyrownik #rower

@myoniwy wraz z @Zielonywewszystkim kręcą wyniki po to żeby @Opornik mógł sobie smacznie pospać.

Walnąłem wczoraj sobie 25km, ledwie wróciłem do domu a Zielony pisze czy gdzieś jedziemy.

Mówię że dopiero zrobiłem 25km ale jeszcze z 10 mogę dołożyć. No to tak dołożyłem że wyszło 25km. Łącznie wczoraj ponad 51km.

9191eb15-9c3d-4abd-a021-f767d86d2654
4c553b58-d546-4e53-83ef-25eed7df5c9f

Zaloguj się aby komentować

191 621 + 84 = 191 705


Nienawidzę takiej pogody. Paruje po deszczach, więc parno i wilgotno, ale za to też chłodno. Co chwilę na zmianę, pada, chmury, słońce, pada, ciemno, pada, to zaraz pizga z losowej strony.


Nie wiadomo jak się ubrać, mokry i tak się będzie cały czas, czy od deszczu, czy się zapocisz, czy od tej wilgotności. To już wolę jak non stop leje, bo jest chujowo, ale przynajmniej stabilnie.


No i tak się trochę zmęczyłem tym dzisiaj. Raz mocniejsze padanie przeczekałem, to ostygłem, zanim się rozgrzałem to pół godziny mi zbetonowało nogi. Już lepiej było jechać w tej ulewie.


Straszne muchy w nosie dzisiaj przez te okoliczności. xd


Lipiec - 914km


#gravel

Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

#rowerowyrownik

ac5a0af5-b841-473b-86e8-22ec79e98cb3

Nienawidzę takiej pogody. Paruje po deszczach, więc parno i wilgotno, ale za to też chłodno. Co chwilę na zmianę, pada, chmury, słońce, pada, ciemno, pada, to zaraz pizga z losowej strony.

Kocham taką pogodę. Paruje po deszczach, więc można fajne ujęcia dronem kręcić i w lesie wilgotno więc będą grzyby. Co chwilę na zmianę, pada, chmury, słońce, pada, ciemno, pada, to zaraz pizga z losowej strony, więc ludzi w lesie nie ma, mogę przetestować nową kurtkę w różnych warunkach, a i człowiek się tak nie poci jak kamiński bez wódki.

@voy.Wu na rower nie lubię kolego, na rower Na wszystko trzeba patrzeć przez kontekst w jakim zostało to zawarte. Są zalety takiej pogody i również je widzę (w szczególności grzyby, bo uwielbiam łazić), ale to tak jakbyś wymieniał zalety ulewy, człowiekowi który rok czekał na urlop i na plażę patrzy se wkurwiony z okna hotelowego xd

Zaloguj się aby komentować

191 518 + 103 = 191 621


Hmm, strona sztafety wywala błąd 500 jak chce się dodać, to dodaję ręcznie.


No to jest i testowa jazda #gravel


Pierwsza jazda gravelem w życiu, więc nie wiedziałem czego się spodziewać. Ogólnie bardzo fajnie. Średnia prędkość 24,3km/h, czyli bardzo w porządku. Jazda tempem raczej luźnym, na swoim mtb dając tyle samo na tłoki miałbym średnią minimum 4km niższą. 


Zasięg troszkę wzrasta, więc trzeba będzie celować w dalsze kwadraty. Dzisiaj się tak pokręciłem wkoło komina, żeby w razie czego móc zjechać sprawnie do chaty. Jeszcze kwestia wygody i pozycji. Nie czuję w sumie różnicy. Oczywiście jest inaczej, ale odczucia te same. Nie licząc może pierwszych 10km i ciągłego odruchu szukania hamulców w innym miejscu


To jeszcze butki spd dokupić i można zrobić jakąś próbę szybszej jazdy. Bo faktycznie pociągnęłoby się też trochę tę korbę.


Lipiec - 831km


#rowerowyrownik

ce5d880f-9ee6-4dcb-9ef3-f04012b962c9

@Trypsyna nawet są korzyści, bo przez kolor bardzo widać, że brudny. Więc żeby nie wyglądał jak gruz, to zmusza mnie do częstego myju myju xd A przyznam, że nie zawsze mi się chce myć rowery.

@onpanopticon mycie roweru to przesądy i zabobony. Jedziesz ujebanym od góry do dołu to ludzie od razu widzą żeś pros szutrowy a nie leszcz jakiś nieheteronormatywny szosowiec xD


Tylko napęd ma lśnić ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Ładna średnia, a będzie tylko rosła :) Co do butów. Zanim zaczniesz przeglądać Centrum Rowerowe, Fiziki, czy inne bike-discount.de, zajrzyj na sportstore.pl

Zaloguj się aby komentować

191 433 + 35 +50 =191 518


śródtygodniowe treningi. dziś dużo wrażeń, bo testowałem słuchawki kostne i zaliczyłem pierwszą glebę z okazji niewypięcia. słuchawki zupełnie nie zakłócają dźwięków z otoczenia, muzyki się raczej nie da słuchać, bo brzmią jak stary kasprzak (kto wie co to?;) za to słuchanie audiobooków - o tak, idealne. O ile nie jedzie się za szybko, bo wtedy wiatr trochę przeszkadza. Test gleby - ogólnie nie polecam, no ale bez tego człowiek nie jest 100% kolarzem

#rower #szosa  #rowerowyrownik

853c7207-6247-4d97-b291-5e8b8e7efac2

Czy gleba była żyzna? Bo opisałeś, że test nie fajny, no ale jak wyszedł? Ja ostatnio kombinowałem przy "sprężynie" bloków i też się ratowałem w ostatniej chwili na światłach.

@austrionauta ja jeszcze nigdy nie wyglebiłem na klipsach i myślałem, że nigdy się nie zdarzy, ale skoro takiemu wyjadaczowi jak Ty się udało to widać wszystko przede mną xD

Zaloguj się aby komentować

191 388 + 45 = 191 433


Testy nowego Garmina, przesiadka z Edge 530 na Edge 1040. Całkowicie inne zachowanie w przypadku zboczenia z zaplanowanej trasy. Raczej na lepsze, ale potrzeba więcej testów


#rower #gravel #rowerowyrownik

93f4f8cf-aa3c-4df5-b8d5-fe2fbd6a3bc1

Zaloguj się aby komentować

#rolki


Pyklo 50km wczoraj, plan był żeby jeździć 2-3h dłużej, ale wiał tak silny północny wiatr że momentami walczyłem o to żeby w ogóle jechac. Za to jak robiłem zawrotke na południe to czułem jak bym leciał 😀

Chciałem dorzucić wynik do #rowerowyrownik, ale koledzy z tagu są bardzo nietolerancyjni mimo swojej odmienności społecznej. Ciekawe czy gdybym był np murzynem to czy też kazaliby mi założyć swoje państwo żeby w nim żyć. Chociaż z drugiej strony może to i lepiej, dzięki temu nie muszę się z nimi identyfikować 😁


Btw chyba muszę kółka przelozyc 😅

4ae1b64f-2c32-4bd0-a379-da7a5850720a
fefddf8c-988c-47c5-8d4d-2a3eb54f78cd
4712777c-00ea-4fbc-b9e6-352db20960f9
4412d928-9c48-46f2-8cf7-d3b8a314c0a3

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować