Zgodnie z wczorajszą zapowiedzią dzisiaj o wypadzie na Skrzyczne. Jak zawsze zapraszam do czytania i śledzenia tagu #piechurwedruje
---------
Szczyt: Skrzyczne (Beskid Śląski)
Data: 24 czerwiec 2020 (środa)
Staty: 11km, 4h, 780m przewyższeń
Na wycieczkę wybrałem się z kuzynem, jego żoną i kolegą w celu zdobycia kolejnego szczytu liczonego do #koronagorpolski. Zdecydowaliśmy się rozpocząć wyprawę wieczorem tak, aby w górach móc podziwiać zachód słońca.
Rozpoczęliśmy w Szczyrku i zielonym szlakiem poszliśmy w stronę Becyrku. Ta część drogi była raczej łagodna. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi i jego pomarańczowa tarcza migała nam między drzewami.
Niedaleko za Becyrkiem zdecydowaliśmy się na krótki odpoczynek, zatrzymując się w miejscu, gdzie drzewa były przerzedzone i był dostępny ładny widok na okoliczne góry. Kolega moich kuzynów wykazał się eksperckim wręcz przygotowaniem i wziął ze sobą kuchenkę turystyczną, garnek, kilka kubków i dwie butelki grzańca. W takich oto miłych okolicznościach pożegnaliśmy się ze słońcem. Co prawda, nie było nam dane dobrze go zobaczyć, ponieważ naokoło zbierała się mgła, ale niebo i tak wyglądało pięknie.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. Ten odcinek na Skrzyczne był już nieco bardziej nachylony, a ja zacząłem żałować, że wypiłem alkohol, czego zwykle jednak nie robię - wpłynął on negatywnie na wcześniej osiągniętą równowagę oddechowo-ruchową.
Naokoło zapanował mrok, więc włączyliśmy czołówki. Zrobiło się całkiem ciekawie i dalsza droga minęła szybko. Doszliśmy do górnej stacji wyciągu narciarskiego, która jest tuż przy samym szczycie. Jest przy niej dostępna platforma widokowa, z której rozpościera się widok na okolicę.
Niedaleko jest również schronisko PTTK, do którego udaliśmy się po pieczątki i na krótki odpoczynek. Było ono otwarte, można było wejść do środka i skorzystać z łazienki. Pieczątka czekała na zewnątrz, o czym poinformował nas jeden z rezydentów.
Po zjedzeniu kanapek zapadła decyzja o powrocie, tak więc rozpoczęliśmy schodzenie do Szczyrku. Dla odmiany wybraliśmy niebieski szlak i już niebawem byliśmy na polanie Jaworzyna. Teren jest często odsłonięty, ponieważ zbocze oferuje kilka tras narciarskich.
Tuż za polaną weszliśmy w gęstą mgłę, w której brodziliśmy aż na dam dół. Była to zdecydowanie najbardziej klimatyczna część wycieczki. Minusem takich warunków jest to, że światło własnej latarki odbija się w drobinkach wody zaraz przed twarzą, co utrudnia widzenie. Dobrze wtedy przypiąć latarkę do paska od plecaka na klatce piersiowej (jeśli się taki ma) i skierować ją w dół, lub nieść ją po prostu w ręce. Można oczywiście dalej mieć ją na głowie, co kto woli.
W końcu dotarliśmy z powrotem do Szczyrku i na miejsce, w którym zaparkowaliśmy, musieliśmy już dojść chodnikiem. Całą wyprawę wspominam miło i planuję powrócić na Skrzyczne, ale tym razem dla odmiany w zimie.
Na tagu #piechurwedruje pojawiło się już 6 wpisów, także pomyślałem, że zrobię małe podsumowanie w ramach #poradnikpiechura
Uważam, że z każdego wydarzenia można wyciągnąć jakieś wnioski i mimo, że najlepiej uczymy się na własnych błędach, czasem możemy ich uniknąć albo zminimalizować ich negatywny efekt korzystając z doświadczeń innych. Tak więc - zaczynamy!
---------
1. Wpis: Kudłoń, Kiczora, Gorc
Wnioski:
Przy wschodach słońca bufor czasowy jest wskazany, jednak warto go uzależnić od panujących warunków (pora roku, pogoda, trasa).
Zdarza się, że szlak nagle skręca i opuszcza "główną" leśną drogę - łatwo to przegapić, dlatego warto co jakiś czas rozglądać się za znakami i sprawdzać swoją lokalizację na GPS.
2. Wpis: Gorc
Wnioski:
Wyprawy w zimie, nie tylko połączone z opadami śniegu, zwykle trwają dłużej, niż pokazują to mapy.
Na zimowe wyprawy warto zaopatrzyć się w dodatkowe formy ochrony przed zimnem - grube rękawice, kominiarka, dodatkowe okrycie - i nosić je ze sobą na wszelki wypadek.
Wiatr, zimno i brodzenie w głębokim śniegu bardzo wyczerpują organizm i szybko pozbawiają sił.
Jeśli spodziewamy się iść nie przetartą trasą, gdzie może być głęboki, sypki śnieg, warto zaopatrzyć się w rakiety śnieżne (można je wypożyczyć).
3. Wpis: Babia Góra
Wnioski:
Warunki prognozowane mogą różnić się od faktycznych - można liczyć na lepsze, a być przygotowanym na gorsze.
Czas buforowy przy wschodzie słońca w zimie należy sobie dobrze przemyśleć - czekanie na słońce w mrozie i wietrze, stojąc lub siedząc bez ruchu, mogą dać ostro w kość i nawet doprowadzić do nieszczęścia. Herbata, pianka do siedzenia, koc termiczny, dodatkowe ciepłe okrycie to podstawa.
4. Wpis: Lubomir
Wnioski:
Idąc w góry z dziećmi trasa zawsze zajmie dużo dłużej, niż wskazuje na to mapa. Dla dzieci poniżej 4 lat dobrze pomnożyć przewidywany czas przez 2.
Wycieczka z dziećmi zawsze wymaga dużo cierpliwości, częste przystanki to norma. Dobrze jest zrozumieć dziecko, poszukać czegoś małego, czym można je zainteresować, wprowadzić system nagród (nie tylko słodycze, ale np. pieczątki).
Warto wcześniej zorientować się, czy na trasie akurat nie ma jakichś ciekawych wydarzeń regionalnych - zawsze można wtedy lekko zmodyfikować wyprawę tak, żeby w nich uczestniczyć.
W górach dobrze iść swoim tempem, przeforsowanie się na początku będzie mścić się w kolejnych etapach, zwłaszcza przy dłuższych trasach.
Do długich wypraw należy zadbać o odpowiednie naładowanie organizmu zapasem energii - zarówno przed, jak i podczas drogi.
Dobrze prześledzić wcześniej planowaną trasę i zobaczyć, czy w jej pobliżu nie ma jakichś ciekawych rzeczy - można odwiedzić na prawdę ciekawe miejsca.
Jeśli na trasie planuje się odwiedzanie jaskiń, latarki czołowe są obowiązkowe i lepiej ich nie zapomnieć.
6. Wpis: Klapa w drodze na Rysy
Podobnie jak wcześniej - warto iść swoim tempem i się nie przeforsować, oraz zadbać o odpowiedni zapas energetyczny na długą drogę.
Nigdy nie powinno się bagatelizować pogody, zwłaszcza w wysokich górach. Wielu ludzi otarło się o śmierć myśląc, że dadzą radę, a część z nich miała nieszczęście przekonać się, że była to zła decyzja. Szkoda życia, góry nie uciekną.
---------
Na dzisiaj to wszystko - mam nadzieję, że pasuje Wam takie podsumowanie i ktoś wyciągnie z niego coś wartościowego dla siebie. A już jutro zapraszam na wspominki z wieczornego wypadu na Skrzyczne. Pozdrawiam!
Kominiara, czapka i rękawiczki na zapas w zimie potrafią sporo zmienić
Od siebie dorzucam jeszcze powerbank bo zimą, tak jak pisałeś, sprzęty potrafią się szybciej rozładować, a szukanie trasy bez gps jest czasem szalenie męczące.
@ciszej O, bardzo dobre spostrzeżenie, nie wiem czemu nie pomyślałem, żeby dodać - powerbank to konieczność, zwykle noszę 5k mAh + dwa kabelki (tak na wszelki wypadek)
Dzisiaj o moich tatrzańskich początkach, przecenianiu własnych możliwości oraz niedocenianiu gór i zmienności pogody. Zapraszam do czytania i obserwowania #piechurwedruje
---------
Szczyt: żaden (Tatry)
Data: 15 sierpień 2015 (sobota)
Staty: 25.5km, 9h, 1.280m przewyższeń
Wyjazd był spontaniczny - w przeddzień zadzwonili do mnie koledzy z pytaniem, czy chcę wejść z nimi na Rysy. Pogoda ponoć miała być ok, także chętnie się zgodziłem. Do tamtej pory w Tatrach byłem tylko dwa razy na jakichś krótkich wycieczkach, ale regularnie biegałem, więc pomyślałem, że kondycyjnie powinienem dać radę.
Na parking przy Łysej Polanie dojechaliśmy z samego rana, ale mimo to samochodów było mnóstwo. W tamtym okresie miejsca nie rezerwowało się internetowo jak teraz, więc cieszyliśmy się, że w ogóle udało się zaparkować.
Ruszyliśmy w stronę Morskiego Oka. Jest to dość nużący i irytujący etap, ponieważ przez około 9km trzeba iść po asfalcie. Ten mało przyjemny kawałek pokonaliśmy w miarę szybko. Po drodze minęliśmy Wodogrzmoty Mickiewicza, a część trasy udało się przejść lasem. Były to odcinki, które już pokazywały zasadniczą różnicę między szlakami beskidzkimi, a tymi w Tatrach - wyłożone dużymi głazami zmuszały do podnoszenia nóg wyżej, angażując inne partie mięśni.
Dotarliśmy do schroniska na Morskim Oku i zrobiliśmy regeneracyjną i przygotowawczą przerwę. W międzyczasie niebo powoli zaczęło zachodzić chmurami. Stwierdziliśmy, że nie ma co czekać i ruszyliśmy dalej na Czarny Staw.
Często słyszy się, że pogoda w górach, zwłaszcza wysokich, może się zmienić w krótkim czasie. Wydaje mi się, że mimo świadomości tego faktu często się go jednak bagatelizuje. Niektórzy mają nieszczęście odczuć na własnej skórze, dlaczego nie powinno się tego robić.
Byliśmy w połowie Morskiego Oka, gdy zaczęło padać i grzmieć. Zatrzymaliśmy się, zastanawiając się co robić dalej. Stwierdziliśmy, że jeśli burza skończy się po 10 minutach, to można iść dalej. Niebo zaczęło się rozpogadzać, deszcz ustał, więc ruszyliśmy ponownie.
Właściwe podejście na Czarny Staw daje dobry obraz tego, co czeka przy zdobywaniu Rys. Mimo, że odcinek jest krótki, potrafi nieźle dać w kość. Jest stromo, kroki stawia się wysokie, co czuć w udach. Żeby się zanadto nie zmęczyć wystarczy iść swoim tempem, czego oczywiście nie zrobiłem, starając się hardo dorównać tempa moim kolegom sportowcom.
Przy Czarnym Stawie zrobiliśmy krótką przerwę. Warto się tam zatrzymać, ponieważ widoki są fantastyczne. Sam staw ma piękną barwę, podobnie zresztą jak Morskie Oko. Widać też stamtąd dobrze resztę drogi, jaka czeka na Rysy, i łatwo się zdemotywować obserwując na ścianie po przeciwległej stronie te wszystkie mróweczki wspinające się z mozołem pod ogromną, stromą górę.
Przerwa dobiegła końca, więc ruszyliśmy dalej. Droga brzegiem stawu jest bardzo przyjemna, można poczuć się jak w bajce. Dochodząc do jego końca zaczyna się podejście, które jest długie i męczące.
Pomimo tego, że był już sierpień, dużo topniejącego śniegu zalegało jeszcze na stoku, tworząc sezonowy wodospad. Stwierdziliśmy, że musimy zobaczyć go z bliska, więc zeszliśmy na chwilę ze szlaku. Wtedy uważałem, że było warto, ale nie robiłbym już tego ponownie - przepisy jasno tego zabraniają.
Wróciliśmy na trasę. Pamiętacie, co pisałem wcześniej o pogodzie i ludziach, którzy ją zbagatelizowali? Miałem okazję spotkać wtedy takiego człowieka.
Schodził w towarzystwie ratownika, który niósł na sobie jego przemoczoną kurtkę. Zwrócił moją uwagę, ponieważ podawał rękę każdemu kogo mijał. Przechodząc obok nas również wyciągnął do mnie dłoń - uścisnął moją mocno, bez słowa, patrząc mi w oczy. Chyba nigdy nie zapomnę jego wzroku: intensywny, pełen przerażenia, lekko wręcz obłąkańczy. Burza musiała zastać go niedaleko szczytu, prawdopodobnie już na łańcuchach. Jego oczy były oczami człowieka, który w swoim przekonaniu otarł się o śmierć, a ściskając dłonie innych osób witał życie, z którym z pewnością kilka chwil wcześniej się żegnał.
To spotkanie, jeśli tak można to nazwać, trwało dosłownie chwilę, ale z całej wyprawy zapadło mi najbardziej w pamięć i dosłownie wryło mi się w mózg.
Mimo wszystko, w tamtej chwili, nie rozmyślałem o tym tak bardzo. Nie było na co czekać, także kontynuowaliśmy wspinaczkę. Z każdym krokiem zdobywaliśmy wysokość, ale narzucone wcześniej szybsze tempo zaczynało się na mnie mścić. Nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa, a każdy krok odbierał mi siły. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś podobnego, ale zwyczajnie nie mogłem dalej iść - nogi miałem jak z waty, drżały jak galareta. Szedł ze mną mój dobry przyjaciel, który starał się mnie motywować, ale w końcu musiałem powiedzieć: pas. Nie doszedłem nawet do Buli i wyprawę zakończyłem przy wielkim głazie, który leży na trasie.
Mój przyjaciel, mimo moich nalegań żeby szedł dalej, postanowił ze mną zostać i zrezygnował z wejścia na Rysy. Dwójka naszych kolegów poszła dalej. Poza mną nikt nie wyglądał na zmęczonego, także schodziłem z wielkim rozczarowaniem, a nawet trochę ze wstydem. Powoli doszliśmy do schroniska nad Morskim Okiem, gdzie zamówiliśmy piwo w oczekiwaniu na kolegów. Po jakimś czasie, dużo krótszym niż się spodziewaliśmy, dołączyli do nas. Okazało się, że całą drogę powrotną... biegli, podczas gdy ja ledwo stałem na nogach. Na szczycie ponoć było pochmurno i nie widać było niczego dalej niż na 5-10 metrów.
Przeklętą asfaltową drogą zeszliśmy do Łysej Polany, wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do domów. Zarówno wieczorem tego dnia jak i przez kolejne lata z niesmakiem wracałem do tej wycieczki będąc bardzo niezadowolonym z tego, jak mi poszło. Postanowiłem, że kiedyś znowu spróbuję, tym razem już lepiej przygotowany, a okazja trafiła się 7 lat później - ale o tym w kolejnym wpisie.
Tę wyprawę planowałem już od dłuższego czasu, niestety były problemy z jej realizacją - na przeszkodzie stały na zmianę warunki atmosferyczne i sytuacja chorobowa w domu. W końcu udało się znaleźć odpowiedni termin i wspólnie z bratem podjęliśmy decyzję o wyjeździe (po błogosławieństwie udzielonym przez nasze różowe).
Wyjechaliśmy o godzinie 3:00 i o 4:30 byliśmy już w Kirach, skąd wyruszyliśmy w stronę Hali Ornak. Początkowa senność szybko ustąpiła dzięki rześkiemu powietrzu, a żwawy marsz pozwolił rozruszać i rozgrzać organizm.
Dolina Kościeliska prowadzi szeroką drogą położoną między wierzchołkami gór, jest płasko i bezstresowo. Po drodze można odbić ze szlaku i zwiedzić jaskinie położone nieco wyżej (jeśli akurat są otwarte). Tak też uczyniliśmy.
Droga do jaskiń jest stroma, a skały mogą być śliskie, na szczęście zamontowane są łańcuchy mające ułatwić wspinaczkę. Pierwszą jaskinią, jaką odwiedziliśmy, była jaskinia Raptawicka. Trzeba się do niej wspiąć po ostrzej nachylonej ścianie, osoby z lękiem wysokości mogą mieć w tym miejscu problem. Przy wejściu znajduje się drabina, którą schodzi się do groty - w środku jest dużo miejsca, jest klimatycznie, warto ją odwiedzić.
Kolejną dostępną zaraz obok jaskinią jest jaskinia Mylna. Nie polecam jej osobom cierpiącym na klaustrofobię, ponieważ przez ok. 15-20 minut idzie się w ciemności, praktycznie cały czas w pozycji przykucniętej. W środku jest wilgotno i na podłożu może być sporo wody. Dodatkowo trasa jest jednokierunkowa. Konieczne są też latarki czołowe. Rzecz jasna z bratem o czołówkach zapomnieliśmy (zostały w samochodzie) i jaskinię musieliśmy oświetlać sobie telefonami - nie polecam takiego rozwiązania. Klimat w każdym razie był niesamowity i namawiam każdego, aby przynajmniej raz spróbował tamtędy przejść.
Po wyjściu z jaskini powróciliśmy na zielony szlak i kontynuowaliśmy drogę. Kawałek przed Halą Ornak, przy Tomanowej Dolinie, odbiliśmy jeszcze na czarny szlak, aby zobaczyć Smreczyński staw. Droga nie jest wymagająca i warto poświęcić dodatkowe kilkadziesiąt minut na odwiedzenie jednego z tych kilku stawów znajdujących się w Tatrach.
Poboczne questy zostały wykonane i w końcu dotarliśmy z bratem do Hali Ornak, gdzie znajduje się duże, całkiem ładne schronisko. Przybiłem pieczątki do #gotpttk, nasmarowaliśmy się kremem do opalania i zaczęliśmy właściwą część wyprawy, a więc atak na pobliskie szczyty.
Pierwszy w kolejności był Ornak. Rozpoczęliśmy wspinaczkę na znajdującą się przed nim Iwanicką przełęcz i muszę przyznać, że ta część trochę mnie zmasakrowała - narzuciłem sobie zbyt duże tempo próbując bezskutecznie dogonić brata. Uważam, że mam nie najgorszą kondycję, ale ten gość praktycznie biega po górach, jest nie do zdarcia. Odbijało mi się to czkawką przez długi czas.
Zasapany wczołgałem się na przełęcz, odpocząłem chwilę i zacząłem podejście na Ornak. Krok za krokiem wchodziłem coraz wyżej, sapiąc i pocąc się niemiłosiernie. W końcu dotarłem na szczyt, gdzie droga złagodniała. Wraz z czekającym na mnie bratem ruszyliśmy dalej grzbietem w stronę Siwej Przełęczy.
Widoki z grani były obłędne. Po niebieskim niebie płynęły leniwie puchate obłoki, rzucając cienie na okoliczne stoki, na których gdzieniegdzie widać było jeszcze zalegający śnieg. Słońce zaczęło mocniej przygrzewać, a ja poczułem, że opadam z sił. Docierając do Siwej Przełęczy usiadłem ciężko na ziemi, wyciągnąłem batony energetyczne, bułę i izotonik, i starałem się pozbierać. Coś ewidentnie zrobiłem źle i na moje kiepskie samopoczucie mogło skumulować się kilka czynników: za mało zjadłem przed wyprawą, nie szedłem swoim tempem, przegrzałem się. No cóż, błędy się popełnia, ważne, żeby wyciągnąć z nich wnioski.
Z Siwej Przełęczy na Starorobociański Wierch idzie się przez Siwy Zwornik, cała trasa to jakaś godzina, pokonuje się 400m przewyższeń w 1,5km - nachylenie jest spore. Wstałem i zacząłem mozolną drogę na szczyt. Na Siwym Zworniku czekał na mnie brat, który nawet się nie zmęczył, i do szczytu Starorobociańskiego motywował mnie do stawiania kolejnych kroków.
Z takim coachem nie mogło się nie udać i w końcu o godzinie 11:30 dotarliśmy na miejsce. Było na prawdę baśniowo, widoki były warte każdej kropli potu. Po chwili przerwy udaliśmy się na Kończysty, a później Trzydniowiański Wierch. Od tego momentu praktycznie już tylko schodziliśmy, co niestety nie jest zbyt komfortowe dla kolan. Z Trzydniowiańskiego poszliśmy czerwonym szlakiem do schroniska na Polanie Chochołowskiej.
W schronisku była masa ludzi i postanowiliśmy nie zostawać tam zbyt długo. Szybko ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę Siwej Polany. I tak na prawdę tu zaczęła się najgorsza część trasy - Dolina Chochołowska jest wyłożona asfaltem, a do Siwej jest ok. 6km. Fajnie, jeśli ma się rower. Zupełnie niefajnie, jeśli idzie się pieszo w słońcu po kilku godzinach intensywnego chodzenia. Tę część trasy wyrzuciłem z pamięci. W Kirach byliśmy o 16:30 i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.
Podsumowując, wyprawa skończyła się sukcesem i wykonaliśmy plan maksimum, odwiedzając wiele ciekawych i nietuzinkowych miejsc. Czy mogło być lepiej? Owszem, gdybym zadbał o lepszy zapas energetyczny i nie próbował ścigać się z He-Manem. Trasa była wymagająca ale na pewno nie aż tak, żebym przy zdobywaniu szczytu ledwo włóczyć nogami. Traktuję to jako wypadek przy pracy, ale też cenną lekcję do zapamiętania.
@Marchew Ładna trasa Z jaskiniami akurat fajnie Ci się ułoży, bo Mroźna, która też jest w dolinie Kościeliska, nareszcie jest otwarta po kilku latach remontów, także możesz zaliczyć wszystkie 3 za jednym zamachem
W dzisiejszym #piechurwedruje opis mojego ostatniego, rodzinnego wypadu w góry. Zapraszam do czytania i oglądania zdjęć
---------
Szczyt: Lubomir (Beskid Makowski)
Data: 16 wrzesień 2023 (sobota)
Staty: 11.5km, 6h30, 450m przewyższeń
Decyzja o wyjściu wyszła bardzo spontanicznie - próbowałem namówić rodzinkę na piknik, a okazało się, że brat wcześniej zorganizował już ekipę na wypad w góry. Kleszczowym zwyczajem doczepiliśmy się z córą do większej grupy, na którą składali się brat ze szwagierką, mama i babcia.
Wyruszyliśmy z miejscowości Lipnik, z parkingu na Majdówce. Nazwanie tego "parkingiem" może być tu sporym nadużyciem, mimo że tak jest oznaczony na mapach. Jest to raczej miejsce, w którym na własną odpowiedzialność można zostawić samochód - nie jest nawet wysypane żwirem, dookoła hałdy ziemi, kto wie jak długo jeszcze będzie służyć zanim ktoś się tam wybuduje.
Ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę szczytu. Cała grupa, z babcią na czele, wypruła do przodu, zostawiając mnie i Myszora z tyłu. Zabieg był celowy, ponieważ jak zwykle na początku każdej wycieczki młoda (3 lata) zaczęła się dąsać. To była dopiero jej trzecia wyprawa w góry na własnych nóżkach, więc nie naciskałem na tempo i starałem się ją zainteresować rzeczami w odpowiedniej dla niej skali.
Tutaj ważna uwaga: w przypadku wychodzenia na szlak z małym dzieckiem dobrze jest oficjalny czas przejścia, jaki pokazuje mapa, pomnożyć przez 2. Do tej pory taki przelicznik zawsze mi się sprawdzał.
Zielony szlak na Lubomir nie jest skomplikowany. Przez około połowę trasy idzie się nieco stromiej pod górę zdobywając wysokość, później droga łagodnieje. Trasa prowadzi przez wysoki las i nie powinna sprawić nikomu problemów. Dość powiedzieć, że bez większego trudu weszła nią zarówno moja mama (lat 62), jak i babcia (lat 89).
Na Lubomirze znajduje się obserwatorium astronomiczne, które jako jedyne w Polsce organizuje pokazy obiektów na niebie. Ciężko mi coś na ten temat powiedzieć, w momencie naszego przybycia było ono zamknięte. Może jakiś Tomek albo Tosia byli i mogą podzielić się wrażeniami.
Oprócz tego można usiąść sobie na ławeczkach i odpocząć, co też uczyniliśmy. Dostępna jest także pieczątka, gdyby ktoś zbierał do #koronagorpolski. Po chwili przerwy i napełnieniu żołądków udaliśmy się w dalszą drogę czerwonym szlakiem do schroniska Na Kudłaczach.
Ta część trasy jest już zwykłym spacerkiem w miłych okolicznościach przyrody. Jakieś 10 minut od szczytu można zatrzymać się także na polance z dwoma ławami, z której rozpościera się widok na Pogórze Wiśnickie.
Po dojściu do Łysiny namówiłem towarzystwo, abyśmy do schroniska udali się szlakiem czarnym (czerwonym już szedłem kilka razy). Drugi raz raczej nie będzie mi się chciało nim iść - mimo, że jest krótki, początkowo dość stromo opada w dół, a ścieżka jest wąska.
Dotarliśmy w końcu na miejsce i zrobiliśmy ponownie chwilę przerwy. Schronisko Na Kudłaczach jest raczej małe, kameralne, ale jako jedno z nielicznych, które odwiedziłem, posiada mini placyk zabaw, co dla Myszy było miłą niespodzianką. Mi w końcu udało się przybić pieczątkę - poprzednimi razami budynek był zamknięty (nocne wyprawy). Ludzi jest całe mnóstwo, praktycznie same rodziny z dziećmi, co niespecjalnie zaskakuje, bo pogoda jest wyśmienita, w sam raz na takie wypady.
Wyruszyliśmy dalej, kierując się zielonym szlakiem do przełęczy Suchej, na której znajduje się duża polana. W trakcie drogi słychać było strzały i wybuchy nie brzmiące raczej jak traktor. W głowie przemknęła mi myśl: "Zaczęło się". Ale się nie zaczęło. Na miejscu okazało się, że odtwarzano walki powstańcze, także polana pełna była SS-manów, partyzantów i oglądających widowisko ludzi. Ciekawy miks.
Z przełęczy Suchej do Majdówki poprowadził nas już czarny szlak, ponownie czysto spacerowy. Przez większość czasu prowadził szeroką, szutrową drogą, pod koniec skręcając w las. Na miejscu na szczęście auto czekało na nas w stanie nienaruszonym.
Cała wyprawa była bardzo miła. Jak to przy wypadach z dziećmi bywa, musiałem się czasami gimnastykować, aby zachęcić córę do stawiania kolejnych kroków, momentami sięgając po rezerwy cierpliwości, o których nie miałem pojęcia. Jednak ostatecznie całą trasę przeszła sama, bez większego narzekania, i brakuje mi słów aby opisać, jak byłem i jestem z niej dumny. Brawo Mysz!
Kawa zaparzona, Outlook odpalony, więc można zabrać się do roboty i napisać coś nowego w #piechurwedruje
---------
Szczyt: Babia Góra (Beskid Żywiecki)
Data: 13 luty 2022 (niedziela)
Staty: 15.5km, 6h, 760m przewyższeń
Wschód na Babiej marzył mi się już od dłuższego czasu i w końcu trafił się odpowiedni moment - prognozy pokazywały bezchmurne niebo, wiatr miał być w okolicach 30km/h, a ja dostałem w domu przepustkę. Szybki telefon w sobotę: "Tato, jest temat...". "No pewnie, że tak!", słyszę w odpowiedzi zanim dokończę mówić.
Na parking w przełęczy Krowiarki dojeżdżamy o 3:30. Mimo wczesnej godziny aut jest już bardzo dużo - Babia to dość popularna góra. Ubieramy kominiarki, czołówki, stuptuty i ruszamy w drogę.
Wschód ma być o 6:50, także czasu jest sporo - oczywiście doliczyłem 1h buforu bezpieczeństwa w razie trudności na szlaku, tym bardziej, że idziemy zimą, a tydzień temu Gorc nauczył nas już pokory.
Na Sokolicę wchodzi się w kolejce, ludzi jest bardzo dużo. Niektórych wyprzedzamy my, inni wyprzedzają nas, ale ogólnie jest raczej mało miejsca na takie manewry. Zaczynam się obawiać, że cała trasa będzie wyglądać w ten sposób, co było by średnio przyjemne.
Na szczęście od Sokolicy zaczyna się przerzedzać - ludzie idą w grupach, miejsca na wyprzedzanie jest więcej, także dość szybko idziemy już w ciemności sami. Próbuję robić jakieś zdjęcia, ale ręce tak szybko przemarzają, że szybko ubieram grubsze rękawice i nie tracę czasu na zatrzymywanie się.
Wiatr, który miał być delikatny, wieje jednak z prędkością ok. 50km/h i smaga po twarzy drobinkami lodu. Próbujemy z tatą porozmawiać, ale nic nie słychać, więc po prostu idziemy dalej.
Trasa jest bardzo dobrze ubita i wydeptana, raczki, które zawsze biorę zimą, leżą w plecaku, ale nie ma momentu, w którym by się przydały. Na szczyt docieramy szybko - za szybko. Do wschodu została godzina, wiatr zacina, a my stoimy w miejscu. Czas się gdzieś skitrać.
Na szczęście osłonę przed wiatrem łatwo znaleźć. Chowamy się za oblodzoną ścianą, na ziemi rozkładamy piankę, okrywamy się folią termiczną, przykrywamy z wierzchu śpiworem i raczymy herbatą. Mogłoby być wygodniej, ale nie jest źle. Obok nas ciekawy widok - kilkanaście osób było chyba na zachodzie i postanowiło przenocować na szczycie do rana.
Nadchodzi wschód, więc wychodzimy z ukrycia i przebieramy nogami w miejscu, desperacko próbując wykrzesać z siebie trochę ciepła. Widoki są obłędne, jak z innego świata. Promienie nagle wylewają się zza horyzontu i malują świat ciepłymi barwami. Jest pięknie, ale nie kameralnie, chętnych do oglądania widoków przyszła cała masa i brakuje chyba tylko budki z kebsem.
Szybko schodzimy ze szczytu i kierujemy się do schroniska Markowe Szczawiny. Idzie się świetnie, śnieg fajnie amortyzuje kroki. Z przełęczy Brona kawałek trasy udaje mi się pokonać dupoślizgiem - to chyba najlepsze miejsce do jego robienia.
W schronisku przybijam pieczątkę do #koronagorpolski, jemy szarlotkę (obowiązkowo), pijemy kawę i ruszamy dalej. Reszta trasy mija bez niespodzianek i niebieskim szlakiem wracamy spokojnie do przełęczy Krowiarki. Odjeżdżając żegnam się z kapryśnym Babskiem - jak się później okazuje nie na długo, bo odwiedzam ją ponownie już po miesiącu.
Dzieciaki poszły spać, więc zapraszam na kolejną porcję #piechurwedruje Sorry za jakość zdjęć, ale w tamtym okresie robiłem je kartoflem.
----------
Szczyt: Gorc (Gorce)
Data: 1/2 luty 2022 (wtorek/środa)
Staty: 10km, 5h, 660m przewyższeń
Miała być prosta i przyjemna trasa, a skończyło się śnieżnym armageddonie i jednej z cięższych przepraw, jaką zaliczyliśmy z tatą - ale od początku.
Wyprawę rozpoczęliśmy już po zmroku z miejscowości Zasadne. Ubraliśmy czołówki, rękawiczki, buty, stuptuty i ruszyliśmy w kierunku Wierchu Młynne. Pogoda była fantastyczna - niebo skrzyło się od gwiazd, wiatru praktycznie zero i pomimo tego, że prognoza jasno pokazywała opady, zaczęliśmy się łudzić, że może wszystko przejdzie bokiem. Nie przeszło.
Od Wierchu Młynne niebo się zachmurzyło i zaczął sypać puchaty śnieg. Złożyło się również tak, że byliśmy pierwszymi, którzy od jakiegoś czasu szli tą trasą, także przypadł nam zaszczyt przecierania szlaku. W śniegu, którego w wielu momentach było po kolana, brodziliśmy do samego szczytu. W międzyczasie wzmogły również się opady i siła wiatru. Każda otwarta przestrzeń utwierdzała nas w przekonaniu, że trzeba było wziąć kominiarki.
Ostatnie kilkaset metrów praktycznie czołgaliśmy się pod górę. Powolnie, krok za krokiem, już nieco opadnięci z sił. W końcu w zamieci ujrzeliśmy zarys wieży. Ostrożnie weszliśmy na górę po oblodzonych stopniach. Z góry oczywiście nic nie było widać, ale też co najlepsze słychać - piździło okrutnie i mimo, że wrzeszczeliśmy do siebie z tatą, żaden z nas nic nie rozumiał, także zostało porozumiewanie się na migi. Z przybicia pieczątki nic nie wyszło, bo tusz zamarzł.
Szybko uciekliśmy ze szczytu, ponieważ zimno mocno dawało się we znaki, a każdy moment bez ruchu sprawiał, że organizm wytracał ciepło. Palców u rąk praktycznie nie czułem. Skierowaliśmy się w stronę polany pod Gorcem Kamienickim i tam cudem odnaleźliśmy szlak (błogosławiony GPS). Śniegu było po pas, wiatr dął nieubłaganie smagając nas bezlitośnie po twarzach poderwanymi z ziemi drobinkami lodu.
Okazało się, że schodzić nie było o wiele łatwiej niż wchodzić. Zmęczenie dawało się we znaki i w jednym miejscu (Palace) zboczyliśmy ze szlaku, o czym łaskawie poinformował nas wyskakujący z zamieci i ciemności owczarek podhalański. Całe szczęście był na łańcuchu, ale przysięgam, że niewiele brakowało, żebym wytyczył nowy odcinek brązowego szlaku.
W tym momencie zdecydowaliśmy wrócić na skróty na trasę, co było pewnie jednym z głupszych pomysłów i przejście dosłownie 150m kosztowało nas jakieś 20 minut. Z zimna rozładował mi się także telefon, więc byliśmy zmuszeni iść trochę na czuja.
Na szczęście sytuacja zaczęła się w końcu uspokajać i reszta drogi minęła względnie w porządku. Udało nam się dostać do auta, które na szczęście odpaliło. Ostatecznie trasę, która w normalnych warunkach zajęłaby może 3 godziny, przeszliśmy w 5.
To wyjście nauczyła nas wiele i często wracamy do niego pamięcią, zwłaszcza, gdy podczas jakiejś wyprawy wydaje nam się, że gorzej być nie może. Wówczas w naszej głowie pojawia się jedno słowo - "Gorc" - i przestajemy narzekać.
Chciałbym rozpocząć tym wpisem serię wspominek z moich górskich wędrówek - mam nadzieję, że format Wam się spodoba
--------
Tag do śledzenia/blokowania: #piechurwedruje
--------
Szczyty: Kudłoń, Kiczora, Gorc (Gorce)
Data: 7/8 lipca 2023 (czwartek/piątek)
Staty: 34km, 9h30, 1.370m przewyższeń
Pomysł na wyprawę zrodził się rankiem - nosiło mnie już dłuższy czas, pogoda zapowiadała się fajna, córa zdrowa, ciężko było nie skorzystać. Zwykle proponuję taki wyjazd kilku moim znajomym i rodzinie, ale przeważnie na zew odpowiada tylko mój niezawodny tata, który we wpisach będzie przewijać się nie jeden raz.
Wystartowaliśmy z Rzek o 20:30 z planem, aby o 4:30 podziwiać wschód słońca na Gorcu. Czasu i dużo, i mało - nigdy nie wiadomo co się zdarzy po drodze, także przy wschodach zwykle uwzględniam ok. 1h buforu bezpieczeństwa.
Od około 21:30 zapanował mrok, więc musieliśmy odpalić czołówki i rozpoczęliśmy wspinaczkę na Kudłoń (szlak żółty). Trasa niewymagająca, miejscami nieco ostrzejsze podejścia, ale po drodze mija się kilka polan oferujących ładne widoki, także jest różnorodnie.
Z Kudłonia udaliśmy się do schroniska pod Turbaczem - zejście do przełęczy Borek i ponowne zdobywanie wysokości do samego schroniska, cały czas żółtym szlakiem. Tempo mieliśmy bardzo dobre i na miejscu byliśmy już o północy (od startu minęło 3h30, a przebyty dystans wynosił 13km).
Postanowiliśmy tym razem nie zdobywać samego Turbacza, zwłaszcza że w tym roku byliśmy już dwukrotnie, zamiast tego udaliśmy się na pobliską Kiczorę (szlak czerwony), opuszczając tym samym największą imprezownię w górach.
Z Kiczory na Gorc prowadzi szlak zielony, przebiegający przez polanę przy Jaworzynie Kamienickiej. Jest tam ładna kapliczka bielona wapnem w starym górskim stylu; świetnie komponuje się z dostępną za nią panoramą. Dodatkowo, można stamtąd zejść do Zbójeckiej Jamy - małej jaskini szczelinowej. My zeszliśmy, szału nie było.
Dalsza część trasy do Gorca była niewymagająca I w sumie niewiele z niej pamiętam, oprócz ostatniego odcinka jakiś czas za Średniakiem - w pewnym momencie szlak odbija w lewo i opuszcza szeroką leśną drogę, łatwo przeoczyć ten skręt i zamiast na szczyt trafić do bazy namiotowej.
O 3:40 dotarliśmy pod Gorc, więc do wschodu została prawie godzina. Pozostały czas wykorzystaliśmy na regenerację i podziwianie powoli rozjaśniającego się nieba. Wędrując nocą łatwo zapomnieć o tym, że istnieje coś takiego jak światło, tym bardziej docenia się eksplozję barw, którą dostarcza poranek.
Wieża na Gorcu oferuje przepiękny widok na Beskidy, Gorce, Pieniny i Tatry. Słońce przywitaliśmy z tatą w towarzystwie dwóch innych wędrowców, których gorąco pozdrawiam jeśli jakimś cudem czytają ten wpis.
No cóż, słońce wzeszło, czas wracać. Do Rzek poprowadził nas szlak niebieski, którego najładniejszą częścią jest zdecydowanie polana na Gorcu Kamienickim - wykąpana w ciepłych promieniach wyglądała baśniowo.
Trasę polecam wszystkim, dla których Gorce kojarzą się tylko z Turbaczem i uważają, że góry te nie mają za wiele do zaoferowania. Po kilku latach chodzenia zostały jednym z moich ulubionych pasm