

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować
Astra Muzeum - Sibiu
Po prostu przepisałem
Najważniejsza instytucja etnomuzealna w Rumunii. Największy skansen w Europie. Położony w urzekającym krajobrazie, na chronionym obszarze leśnym "Dumbrava Sibiului", skansen zaskakuje na każdym kroku, w każdym momencie, poprzez sposób, w jaki natura i kultura harmonijnie łączą się w prawdziwej rumuńskiej wsi.
Kilka fot ze skansenu sprzed chyba 3 dni, przestałem liczyć
#podroze #mojezdjecie #rumunia





Zaloguj się aby komentować
To chyba moje ulubione zdjęcie jakie kiedykolwiek zrobiłem w Norwegii. Zrobiłem je w czasie wyjścia na Brenndalsbreen, jedno z kilkudziesięciu ramion największego lodowca w Europie, czyli Jostedalsbreen.
Tego dnia nocowaliśmy w Olden, pięknej dolinie polodowcowej (zdj. nr 3), po czym mieliśmy przejechać ponad 400km w inne miejsce. Jednakże po wcześniejszym dniu i oglądaniu m.in blisko położonego Briksdalsbreen mieliśmy spory niedosyt lodowców. Wstaliśmy więc przed 5 rano, zostawiliśmy nasze różowe i skoczyliśmy na szybki hike pod lodowiec.
Podjechaliśmy na parking gospodarza, zapłaciliśmy mu zostawiając w kopercie banknot wraz z numerem rejestracyjnym i ruszyliśmy w trasę. Trasa fajna i przyjemna. Jak to w Norwegii często bywa, teren doliny jest terytorium owiec, pokonaliśmy więc ogrodzenie po drabince, którą gospodarz postawił nad elektrycznym pastuchem bo szlak choć rzadko uczęszczany to i tak turyści zwykli zostawiać bramę otwartą wypuszczając wełniane demony na wolność. Owce jak to owce, cieszyły się porannym słoneczkiem i od czasu do czasu ciekawsko na nas łypały.
W akompaniamencie dzwonków dotarliśmy pod lodowiec (zdj. nr 2), zaskoczyła nas jednak długość wędrówki. Od czasu wytyczenia szlaku lodowiec cofnął się o dobre kilkaset metrów, szlak w pewnym momencie się urwał i trzeba było improwizować meandrując między wielkimi głazami i często przeskakując niewielkie, choć rwące potoki. Ogólnie bardzo przyjemna wędrówka, ale czas nas niestety gonił. Wpatrzeni w lodowiec wypiliśmy więc kawę, obmyliśmy twarze w zimnej, wysysającej ciepło i dusze lodowcowej wodzie, po czym wróciliśmy. W całej drodze, poza owcami, nie spotkaliśmy żywej duszy...
Z ciekawostek odnogi lodowca Jostedal często nazywane były zwyczajnie od nazwiska gospodarza z doliny poniżej. Coś jakby w Polsce mieć "Lodowiec Nowaka" albo "Lodowiec Kowalskiego" ( ͡° ͜ʖ ͡°) Do znacznej części lodowców prowadzi też polna droga, która zazwyczaj urywa się w połowie dystansu. Dlaczego? Otóż do czasu powszechnej elektryfikacji i pojawienia się zamrażarek gospodarze "właściciele" lodowca, poza produkcją rolną zajmowali się również wycinaniemi sprzedażą lodowych bloków. Owe bloki służyły m.in jako "chłodziwo" w piwnicach czy surowiec do produkcji lodów w miejskich lodziarniach. Kiedy nie było już potrzeby wydobycia lodu zaprzestano też budowy dróg dojazdowych a same lodowce w ciągu tych kilkudziesięciu lat cofnęły się o kilometry. Zdjęcia pochodzą z 2020r. lodowca ze zdjęcia już prawdopodobnie nie ma, a przynajmniej jego dolnej części, wracam do niektórych co kilka lat i choć majestatyczne to nieustannie nikną.
#norwegia #fotografia #mojezdjecie #gory #podroze



Zaloguj się aby komentować
Ok, tym razem serio będą nudy na pudy (ktoś jeszcze w ogóle kojarzy takie sformułowanie?).
Chciałem się udać na kolejne dwa punkty widokowe w okolicy Bariloche, czyli Cerro Otto i Cerro Campanario. Do obu dało się dojechać autobusami i na oba wiodły kolejki linowe, choć nie zamierzałem z nich korzystać, bo w jednym przypadku dojście na górę miało zająć 1,5 godziny a w drugim ledwie pół. Zawsze to też ileś peso w kieszeni.
Zacząłem od Cerro Otto. Słyszałem w hostelu, że wejście na szczyt jest bardzo, bardzo trudne, gdy jednak dopytałem o szczegóły, okazało się, że po prostu podejście jest dość strome - na przestrzeni 2 km pokonywało się 500 metrów w pionie. Trasa wiodła wzdłuż słupów kolejki linowej i praktycznie niczym się nie wyróżniała. Była dość nudna, gdzieniegdzie z luźnym piachem i kamieniami, trochę też zarośnięta (jednak niewiele osób tamtędy chodziło, zwłaszcza że na szczyt można było też chyba dojechać samochodem). Faktycznie podejście było strome, bez żadnych zakosów, więc można się było trochę zmachać. Zwłaszcza, że w dolnej części trasy było dość gorąco, a słońce grzało jak głupie. Na szczycie pojawiłem się niemiłosiernie zgrzany i spocony, więc ucieszyłem się, że zalegał tam jeszcze zeszłotygodniowy śnieg, który nie zdążył całkowicie stopnieć i posłużył mi do lekkiego schłodzenia się.
Nie spędziłem na szczycie wiele czasu, bo akurat trwał remont tej kolejki (więc i tak bym tam nie wjechał), co pociągało za sobą wyjątkowo nieprzyjemne wrażenia słuchowe - odgłosy walenia młotami, spawania i cięcia metalu wygoniły mnie stamtąd po 10 minutach. Widoki zresztą też nie były jakieś spektakularne. Schodząc znów spociłem się jak świnia, a na dolnym odcinku trasy szedłem już z lekko opuszczonymi porami dla lepszej wentylacji. Nie prosiliście o takie szczegóły, ale trudno - piszę jak było.
Zanim złapałem autobus wiodący dalej na zachód, w stronę Cerro Campanario, zdążyłem już trochę przeschnąć. Kolejka na drugi szczyt była czynna i widziałem sznurek ludzi stojących do kas, ale wejście na tę górkę zajmowało zaledwie pół godziny, więc tym bardziej nie miałem ochoty ułatwiać sobie wycieczki. Jedyne co, to słyszałem gdzieś wcześniej, że zdarzały się na tym szlaku napady rabunkowe, choć raczej w jakichś godzinach wieczornych i raczej dawno temu. Jako że opcję pieszą wybrało co najmniej kilka osób, a wszystkie wyglądały raczej na normalnych ludzi niż zbirów, bez większych obaw szedłem w górę. W porównaniu do wejścia na Cerro Otto, ta trasa była niczym spacer po parku. Niby 230 metrów przewyższenia przy nieco ponad kilometrze drogi, ale szło się przyjemnie (może dlatego, że praktycznie cały czas w cieniu). Na szczycie znajdowała się jakaś mała restauracja, w której wypiłem piwo i po zrobieniu kilku fotek zawijałem się na dół. Widoki znów raczej bez szału, a dodatkowo trochę tłoczno przez wycieczki wjeżdżające kolejką.
Gdy wróciłem do hostelu, było względnie wczesne popołudnie, więc polazłem sobie do miejscowej boulderowni, aby się powspinać. Wieczorem natomiast poszedłem na kolację z grupą chyba 15 Argentyńczyków. Wyciągnęła mnie na nią Argentynka z mojego pokoju, która ni w ząb nie znała angielskiego, ale jej gadatliwość i upór sprawiły, że coś tam pogadaliśmy i zgodziłem się dołączyć do jej ekipy, której specjalnie nie znałem. Właściwie to ona też ich chyba wcześniej nie znała, ale zgadali się w hostelu i tak to jakoś poszło.
Nie czułem się ultra komfortowo będąc jedynym gringo w towarzystwie, choć parę osób wysilało się i zagadywali mnie po angielsku. Właściwie to cała grupa była cholernie miła i roześmiana, ale niestety przez barierę językową czułem się trochę wyobcowany. Wspominali, że kolejnego dnia planują udać się na jakieś wzgórze i zrobić tradycyjnego argentyńskiego grilla i zapraszali bym do nich dołączył, ale nie byłem co do tego przekonany. Jednocześnie bowiem dostałem kontrpropozycję od dziewczyn z poprzedniego hostelu (tych, z którymi łaziłem przez ponad godzinę w poszukiwaniu noclegu po 4 nad ranem w dniu przyjazdu do Bariloche) - ich ekipa szukała chętnych do zapisania się na rejs żaglówką po jednym z okolicznych jezior. To brzmiało dość ciekawie, a na pewno ciekawiej niż jedzenie grillowanej wołowiny.
Część z was pewnie rozdziawia teraz usta - co może być lepszego niż jedzenie grillowanej wołowiny w Argentynie w otoczeniu lokalsów? Ja jednak byłem już trochę przeżarty tym mięsem. Nie wspominałem o tym wcześniej, ale mięsa je się w Argentynie dużo. Bardzo dużo. Te wszystkie milanesy, wielkie kawały wołowiny, które wcześniej pokazywałem - to był jeden z najczęstszych posiłków które jadłem. Z ciekawostek - wołowina jest tak popularna w Argentynie, że jeśli ktoś używał słowa carne (według słownika: mięso), to miał na myśli wołowinę. Gdy więc chodziło o inny typ mięsa, trzeba to było wyraźnie zaznaczyć. Można więc założyć, że nie ma w Argentynie słowa na mięso, jako grupy określającej wołowinę, wieprzowinę, jagnięcinę, drób itd. Wołowina to wołowina, a próba pakowania jej do jednej szuflady z innym, podrzędnym mięsem, to rzecz niemieszcząca się w głowie. Ok, zapędziłem się z interpretacjami - po prostu zapamiętajcie, że nie trzeba dopytywać Argentyńczyków, o jakie mięso im chodzi, jeśli użyli słowa carne.
Jeszcze dokończę temat kuchni argentyńskiej i domykam wpis - jej pewnym problemem jest brak warzyw. Nigdy nie uważałem się za jakiegoś wielkiego fana warzyw i spokojnie mogę zjeść 6 schabowych nie dopychając się niczym innym, ale jednak po blisko miesiącu braku jedzenia jakichkolwiek warzyw do obiadu (na śniadania czasem sobie upolowałem pomidora czy awokado), zaczęło mi ich trochę brakować. Jedynym warzywem występującym w daniach obiadowych były frytki (lub inna forma smażonych ziemniaków). A i tak dawali ich niewiele. Zamawiałeś mięso, to dostawałeś mięso. Kropka.
To wszystko sprawiało, że wizja rejsu żaglówką połączona z degustacją win, wędlin i serów brzmiała znacznie atrakcyjniej. Ale o tym w kolejnym wpisie.
#polacorojo #podroze #argentyna #gory #mojezdjecie





Zaloguj się aby komentować
Trasa Transfogaraska
Dzisiejszy odcinek drogi z północy na południe ze spacerem po górach w kierunku jeziora Capra. Niestety cala droga powrotna ze spaceru to jedna wielka burza. Przemoknięty do suchej nitki i zmęczony postanowiłem przenocować na trasie w aucie. Lekkie postpro na kolanie.
#rumunia #mojezdjecie #podroze





Zaloguj się aby komentować
Sybin
Spacer po starym mieście.
#mojezdjecie #rumunia #podroze





Sybin
Wczoraj był ostatni dzień Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego w Sybiu.
Zdążyłem na ostatni spektakl - Mo and the red ribbon.
Gigantyczna kukiełka dziecka, maszerująca ulicami rynku. Z netu dowiedziałem się ze jest to historia opowiadała historię dziecka, które próbuje odnaleźć swoich rodziców po tym, jak zostało rozdzielone z rodziną podczas ich podróży.
#rumunia #mojezdjecie #podroze





Zaloguj się aby komentować
Ale gość pojawił mi się na balkonie, co za kolory!
#fotografia #mojezdjecie #zwierzaczki #makrofotografia


Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Wystarczyło trochę ponarzekać, że poprzednio dostałem mało grzmotów i nagle jak nie obrodziło w pioruny pod moim ostatnim wpisem
-----
Dzień po tym, jak odwiedziłem park Llao Llao byłem umówiony na wyprawę samochodem, wiodącą przez Camino de los Siete Lagos, czyli innymi słowy drogę siedmiu jezior. Wszyscy dookoła mówili, że jest to taki must see w okolicy, bo w ciągu ponad 100 km trasy w jedną stronę można podziwiać super widoki jezior i natury w ogóle. Brzmiało dobrze. Na dodatek ta jedna wycieczka sprawiała, że wyrobienie przeze mnie międzynarodowego prawa jazdy tuż przed wyjazdem nie okazało się bezcelowe.
Na wycieczkę umówiłem się z dwiema dziewczynami poznanymi jeszcze w poprzednim hostelu. Wynajęcie samochodu solo było stanowczo za dużym wydatkiem. Jedna z dziewczyn też miała prawo jazdy, ale wolała nie prowadzić, gdyby nie było to naprawdę niezbędne. Bycie kierowcą przez cały czas nie przeszkadzało mi nic a nic. W sumie bardzo lubię prowadzić samochód w malowniczych sceneriach i wręcz uwielbiam górskie serpentyny. Mam też wrażenie, że mimo konieczności skupiania się na drodze i tak oglądam oraz widzę więcej, niż będąc pasażerem, gdy wzrok mimowolnie ląduje w telefonie.
Po zrobieniu krótkiego rekonesansu dzień wcześniej zdecydowaliśmy się wypożyczyć Nissana Micrę z Hertza. Różnic cenowych pomiędzy globalnymi i lokalnymi wypożyczalniami nie było zbyt dużych, więc postanowiliśmy postawić na znaną firmę. Marka i moc samochodu była dla nas bez znaczenia - ani nie potrzebowaliśmy osiągów ani dużej przestrzeni w samochodzie - po prostu miał nas przewieźć z miejsca A do B i z powrotem.
Wyruszyliśmy chyba około 10, więc nieco później niż zakładaliśmy, ale wydanie samochodu i dopięcie formalności się nam nieco przedłużyło. Cała wycieczka była planowana na ok. 10 godzin, więc wiedzieliśmy, że będziemy wracać po zmroku. Szkoda, że nie pamiętałem o tym mniej więcej po 60 minutach jazdy, gdy kątem oka widziałem świetny krajobraz, ale nie chciałem się zatrzymywać, "bo przecież tyle pięknych widoków przed nami, a zresztą będziemy wracać tą samą trasą, więc najwyżej wtedy zrobimy mały przystanek".
Cóż mogę powiedzieć o samej trasie. No było ładnie, ale d⁎⁎y nie urywało. Znalazło się kilka naprawdę uroczych widoków, ale oczekiwałem jakiejś totalnej petardy. Znów padłem ofiarą własnych oczekiwań, wyniesionych na wyżyny po spędzeniu ponad tygodnia w El Chalten.
Z historii, które pamiętam - po kilku godzinach jazdy zatrzymaliśmy się już konkretnie głodni w jakiejś klimatycznej knajpce w stylu starej wiejskej gospody (może nie było to aż tak super wystylizowane miejsce, ale pierwsze, gdzie dało się coś zjeść, więc z automatu dawałem więcej punktów wszystkiemu czego tam doznawałem). Zamówiliśmy sobie żarcie, ja oraz jedna z dziewczyn wzięliśmy sobie coś do picia, ale ta druga stała krucho z kasą i wzięła jedynie coś małego do jedzenia, nie decydując się na żaden napój. Warto jeszcze w tym miejscu wspomnieć, że z twarzy wyglądała baaardzo młodo. Gdy skończyliśmy składać zamówienie, właściciel z troską w głosie spytał mnie coś w stylu:
- Nada de beber para la niña?
W wolnym tłumaczeniu oznaczało to: czy dziewczynka nie chce niczego do picia? Gość najwyraźniej założył, że jesteśmy rodziną, a laska jest moją córką
Jako wzorowy ojciec nie mogłem nie zapewnić mojemu dziecku napoju, więc leciutko krztusząc się ze śmiechu domówiłem Fantę, puszczając do dziewczyny oko, że ja stawiam.
Dziewczyna nie była zachwycona faktem, że facet wziął ją za dziecko, bo najpierw zaczęła wściekle tupać, a potem rzuciła się z płaczem na podłogę. No dobra, żartowałem - raczej wzięła to na spokojnie, trochę ze śmiechem, ale chyba też trochę ją to zasmuciło, bo najwyraźniej nie był to pierwszy raz.
Właściwie to chyba tyle opowieści z tego dnia. A nie! Jeszcze jedna historia! Gdy już wracaliśmy po ciemku, będąc jakieś 15 minut od celu, na rogatkach miasta zatrzymała nas policja. Był to taki punkt kontrolny, przy którym wszystkie samochody musiały zwolnić i policjanci ruchem ręki pokazywali, czy można jechać dalej czy trzeba zjechać na bok. Nam kazali się zatrzymać.
Pierwsze co mi przyszło do głowy, to że zobaczyli turystów i chętnie się do byle czego dopierdolą, żeby przyjąć łapówkę. Policja w Argentynie ma bardzo słabą reputację i byłem ostrzegany przez wcześniej poznanych lokalsów, że takie wymuszanie pieniędzy to norma. Stwierdziłem jednak, niczym Pudzian, że tanio skóry nie sprzedam.
Po skrupulatnym sprawdzeniu dokumentów policjant zaczął gadać coś, czego za cholerę nie rozumiałem. Mój hiszpański wystarczał do zrozumienia wcześniejszego faux pas właściciela restauracji, ale nie doszedłem jeszcze do lekcji z zakresu prawa ruchu drogowego czy korupcji. Patrzyłem więc tępo lecz życzliwie na policjanta, wierząc że moja aparycja niegroźnego przygłupa przekona go do puszczenia nas wolno. Gdy zorientował się, że naprawdę nic nie rozumiemy, zaprosił mnie na zewnątrz samochodu. Wyglądało na to, że mamy kłopoty.
Szczęśliwie obyło się bez rzucenia na maskę i skucia kajdankami, ani też zderzaka samochodu nie pokrywała ludzka krew czy szczątki, ale zrozumiałem, że mieli realny powód by nas zatrzymać - nie działało jedno z przednich świateł. Niby takich samochodów-cyklopów mijaliśmy całe dziesiątki i wyglądało to na normę, ale my byliśmy turystami - zdecydowanie łatwiej było nas wydoić.
Zamiast pultać się, że oto właśnie przepuścili kilka innych samochodów z przepalonymi żarówkami, przyjąłem strategię bycia zaskoczonym (co w sumie było zgodne z prawdą) i tłumaczyłem po angielsku i ultra łamanym hiszpańskim, że rano gdy braliśmy samochód z wypożyczalni, wszystkie światła działały (co prawdą raczej nie było, ale tego nie weryfikowaliśmy w żaden sposób).
Policjant wydawał się rozumieć co do niego mówię, ale miał wyraźnie wyczekującą postawę. Ja natomiast prowadziłem narrację naiwnego, ale przyjaznego głupola, dziękując za ostrzeżenie i mówiąc, że za 10 minut oddajemy samochód do wypożyczalni i przypilnujemy, by żarówka została wymieniona. Powtórzyłem to kilkukrotnie, żeby zaszczepić w jego umyśle przekonanie, że dokładnie tak powinny potoczyć się dalsze wydarzenia. Brakowało jedynie, żebym przemówił do niego niczym Obi-Wan Kenobi, kreśląc tajemne znaki Jedi swoim palcem mocy w powietrzu:
- Nie wlepisz nam mandatu, ani nie weźmiesz łapówki. Puścisz nas dalej i będziesz życzył udanego wieczoru.
O dziwo zadziałało. Najwyraźniej uwierzył w to, że postrzegamy policję jako tych, co chronią i służą, a nasza znikoma znajomość hiszpańskiego nie pozwoliłaby mu zbyt szybko wyprowadzić nas z błędu. W końcu skrzywił się, przewrócił oczyma i kazał nam jechać.
Trzeba przyznać, że przyfuksiliśmy. Cieszyliśmy się, że się nam udało, ale z drugiej strony byliśmy trochę źli na Hertza, że dali nam samochód bez sprawnych świateł. Nie chciało mi się wierzyć, by żarówka przepaliła się właśnie dziś. Gdy grzecznie zwróciłem na to uwagę podczas oddawania samochodu i napomknąłem, że zatrzymała nas policja co było dość stresujące, kierownik oddziału odpowiedział beznamiętnie, że powinniśmy byli sami sprawdzić samochód przed ruszeniem w podróż. Zamurowało mnie. Spodziewałem się przeprosin i zapewnień, że zaraz wymienią tę żarówkę, może nawet jakiegoś rabatu ze względu na niedogodności, a tymczasem typ twierdził, że to nasz problem, a nie jego. Lekko już wkurwiony odpowiedziałem, że płacąc za wypożyczenie auta, zwłaszcza w tak znanej firmie, oczekuję że z samochodem będzie wszystko w porządku i to oni powinni być za to odpowiedzialni. Miałem może jeszcze sprawdzać poziom oleju i stan klocków hamulcowych? Kierownik w końcu odburknął bylejakie przeprosiny, bardziej po to, by już mógł iść do domu (właśnie wybiła godzina zamknięcia placówki), niż dlatego, że miałem rację. Mi też już nie chciało się z nim kłócić, więc po prostu wyszliśmy.
Gdy po kilkuset metrach dziewczyny skręciły w stronę swojego hostelu, pomyślałem "żegnaj córeczko, już nigdy cię nie zobaczę"
#polacorojo #podroze #argentyna #gory #mojezdjecie





Zaloguj się aby komentować
Rumunia.
@Adonix " W Rumunii jeżdżą gorzej jak w Polsce i Albani." - dostałem taki komentarz
Jeździłem autem w wielu krajach, europie i na świecie, co mnie tutaj może zaskoczyć? Bo co gorzej jak w Gruzji, gorzej jak Pakistanie?
Rumunia to inny świat dla kierowców spoza tego rejonu, tutaj zasady nie... jakie zasady? Spędziłem na drogach jedynie 2 dni a czuje się jakbym miał tyle przypałów jak po 6 miesiącach jeżdżenia po polskich drogach. Jakkolwiek szybko zaadaptowałem się do sytuacji i zacząłem w pewnych aspektach powielać schemat, bo inaczej się tu po prostu nie da. Zasady ruchu drogowego są takie same jak w PL, tzn tylko na papierze.
- 50 km w terenie zabudowanym, to chyba tylko w dużych miastach ze względu na ilość aut, na wioskach jedziesz 70, najlepiej 80 albo 90, zwolnisz do 60, osoba siedząca na twoim zderzaku już cię namierzyła i zostałeś wyprzedzony, oczywiście wyprzedzanie na pasach no bo pasy dla pieszych są nieistotne,
- zakaz wyprzedzania, znaków takich tutaj są setki, jak i zakrętów zresztą, jednak te znaki mają inne znaczenie, znak ten u rumuńskiego kierowcy oznacza nakaz wyprzedzania, byle by wyprzedzić, na drugiego, trzeciego , na czwartego, Tutaj się wyprzedza dla zasady, aby zaraz skręcić, aby za 1km zjechać, a bo rejestracja może się twoja nie podoba. Gdy przed tobą jest sznurek aut, wyprzedzają się jak pionki w szachach. Kto kogo zaszachuje?
- wyprzedzający ciebie tir na zakręcie gdy masz przed sobą inne pojazdy? Looz da radę, albo i nie da, bo akurat z naprzeciwka ktoś się pojawił. Więc miałeś chwile strachu... a teraz masz 3 auta przed sobą, niestety jadące tylko 90 km/h po drodze krajowej, i tir siedzący jakieś 2 metry tobie na zderzaku....
- autostrada i 130km/h - 80km/h w deszczu - dobre
- mniejsze, większe ciężarówki, małe z naczepami, auta z lawetami z autem, tu nie jeżdżą 80-90 to sa prędkości dla ślimaków... tu się zapierdala,
- oczywiście sytuacje ze ktoś z naprzeciwka wyprzedza, i ten kontakt wzrokowy, bo w zasadzie prawie się już widzicie, te lubię najbardziej
-ilość furmanek na drogach krajowych - przez 2 dni widziałem już hmm 7, a jeden to tak zapierdalał jak na zawodach
-oczywiście oznakowania na drodze nie oznaczając nic, ktoś namalował tylko jakieś wyspy, linie, inne, to dla samolotów z góry widoczne oznaczenia
Nie dam rady wszystkiego opisać. Materiału wideo z rejestratora mam na kilka odcinków yt. Tutaj sie poprostu tak jeździ i nikogo to nie zaskakuje
Poza tym ze już się przyzwyczaiłem do sposobu jeżdżenia, to miasta i wsie są piękne...ale to innym razem
Starczy na taki tam wieczorny wysryw.
Sighisoara, Viscri, Biertan - zaliczone
Na dwa dni robi sie pochmurno według windy.com, wiec trasy górskie odpuszczam i jadę do Sibiu, Największe do tej pory miasto, a miałem zwiedzać tylko miasteczka, wiochy i gory, plany nigdy sie mnie nie trzymały.
Bez obróbki jakiejś... w zasadzie, bo jakoś nie mam weny, random photos. Wioski pachną Resident Evil Village, nawet spotkałem ekipę szukająca ocalałych..
#mojezdjecie #fotografia #podroze #rumunia





@ReheatedCutlet nie zauważyłem, żeby coś się wyróżniało w jeździe w Rumunii, a byłem tam zimą i było nawalone białego. Drogi prawie zawsze odśnieżone na bieżąco.
Co innego Bułgaria, ale też brakowało mi tam polskiego standardu, czyli jadę sobie 140 autostradą, a obok mija mnie wężyk samochodów jadacych tak ze 180-200. Przekraczanie prędkości jest sporadyczne, bo i mnóstwo policji suszy.
@globalbus w Rumunii póki co zrobiłem ponad 500 km a policję widziałem jedynie na rynku i podczas gdy mnie wyprzedzali. To są tylko moje subiektywne odczucia po zaledwie 2 dniach pobytu w Rumunii. Raczej nie mam halucynacji
W rejonie Sibiu jeżdżą już inaczej, bardziej orzepisowo. Może to tylko wczoraj wszyscy się tak spieszyli. Obiektywnie będę mógł powiedzieć za tydzień.
@ReheatedCutlet objechałem motocyklem Rumunię przez tydzień podczas jednej z dwóch wypraw i tyłu dachowań i sytuacji na czołówkę nie miałem nigdzie indziej
Ok w albanii miałem golfa na czołówkę na csntrymetry na ich pseudo autostradzie. A koniec końców to wypadek spowodowany przez dziadka 84 letniego nie za granicą, a w Polsce i już podróże mi się skończyły.
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Zaczynam robić krótsze wpisy. I to nie dlatego, że ten ostatni, będący chyba najdłuższym ze wszystkich, zebrał ledwie nieco ponad 20 grzmotów, ginąc w tłumie memesów i wiadomości dotyczących buntu Pirożygina. Po prostu nie pamiętam zbyt wielu szczegółów z moich kolejnych dni, bo odbyte (he he) wycieczki nie były jakieś spektakularne.
Co prawda w okolicy Bariloche znajdowały się wysokie szczyty i wymagające trasy trekkingowe, ale na tych naprawdę konkretnych panowały już mocno zimowe warunki, dlatego bez stosownego wyposażenia nie było sensu się tam wybierać. Zostały mi więc mało wymagające spacery po okolicznych punktach widokowych. Na pierwszy ogień wziąłem park Llao Llao znajdujący się 25 km od Bariloche.
Zanim jednak wsiadłem do autobusu jadącego w tamtą stronę, postanowiłem zmienić hostel. Selina, w której spędziłem dwie poprzednie noce była spoko, jednak jej problemem była odległość od centrum. 15 minut spaceru to może nie jest dużo dla kogoś, kto uwielbia chodzić po górach, ale jednak łażenie nudną trasą po kilka razy dziennie nie jest tym samym, co wejście na jakiś punkt widokowy. A skoro o punktach widokowych mowa, to mój nowy hostel właśnie takowy posiadał - z 10 piętra obiektu o wdzięcznej nazwie Penthouse 1004 rozpościerał się niesamowity widok na miasto, jezioro i odległe góry. Mimo, że nocleg tam kosztował więcej niż w Selinie, stojącej przecież na bardzo dobrym poziomie, ten widok był zdecydowanie wart dodatkowych pieniędzy. Co więcej, obsługa była bardzo miła - gdy pojawiłem się tam wcześnie rano, by spytać czy mogę już zostawić mój bagaż, stwierdzili że mogę nawet zjeść sobie bufetowe śniadanie, mimo że technicznie należało mi się ono dopiero od kolejnego dnia.
Wróćmy do wypadu do parku Llao Llao. Wystarczyło wsiąść w autobus jadący tuż pod moim hostelem i gdzieś po godzinie docierał on na obrzeża parku. Zanim doszło się na szlak trzeba było jeszcze podejść kawałek poboczem drogi, ale nie stanowiło to problemu, bo ruch był niewielki.
Sam szlak wiodący naokoło parku był niestety dość rozczarowujący. Albo inaczej - był rozczarowujący dla kogoś kto właśnie przyjechał z El Chalten, gdzie zrobił ponad 100 km piechotą po jednych z najpiękniejszych zakątków tej części globu. Choć z drugiej strony po prostu trasa szału nie robiła. Ot spacer po lesie z 2 czy 3 zejściami nad jezioro z przyjemnym widokiem. No ok, jeszcze niektóre drzewa wyglądały ładnie.
Gdy już prawie kończyłem pętlę i miałem kierować się ku wyjściu, dostrzegłem jeszcze na mapie, że można podejść ze 150 w pionie na kolejny punkt widokowy, czyli gór(k)ę Llao Llao. Z jednej strony mi się nie chciało, bo poprzednie miejsca oznaczone jako punkty widokowe były takie sobie, ale z drugiej miałem jeszcze sporo czasu do autobusu powrotnego. Ruszyłem więc pod górę. Już po chwili uznałem to za dobrą decyzję, bo przynajmniej czułem przyjemne zmęczenie.
Na samym "szczycie" były ze dwa miejsca niezarośnięte krzakami, z których rozpościerał się w sumie bardzo ładny widok. Ostatecznie stwierdziłem, że warto było tu przyjechać choćby i dla niego. Klapnąłem sobie na tyłku, pogapiłem się w dal, włączyłem sobie nawet ze dwa utwory na słuchawkach i tak sobie chillowałem z pół godziny. Koniec końców trzeba było jednak wracać, żeby złapać kolejny autobus powrotny.
Gdy tak sobie szedłem bardzo szybkim tempem ku wyjściu z parku, dostrzegłem jakąś dziewczynę idącą dokładnie w tym samym kierunku. Gdy tylko mnie zauważyła, wyraźnie przyspieszyła kroku - wciąż jednak nie na tyle, żeby dystans między nami się nie zmniejszał. Gdy byłem z 10 metrów za nią, nagle zaczęła biec. Nie jakoś super szybko i w panice, ale ewidentnie się mnie obawiała, bidulka
Na autobus zdążyłem prawie w ostatniej chwili, ale ani razu nie przeszedłem w trucht, ślepo ufając, że nie odjedzie przed czasem. Może i było to lekko ryzykowne (a kolejny miał jechać jakieś 1.5h później), ale co tam. Pogoda była spoko, najwyżej bym sobie posiedział na trawie.
Niejako w ramach rekompensaty za szlak, który d⁎⁎y nie urywał, wieczór zaserwował mi piękny zachód słońca, który podziwiałem sącząc lokalne craftowe na hostelowym tarasie. Co by nie mówić, to był przyjemny dzień.
#polacorojo #podroze #patagonia #argentyna #mojezdjecie





Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
#fotografia #mojezdjecie #ptaki #bociany

Zaloguj się aby komentować
Zimno na dworze ale swoje trzeba wylatać.
Nie ma to tamto.
#drony #dronowanie #mojezdjecie #fotografia #warszawa




Zaloguj się aby komentować
Czy jest tutaj ktoś z Przemyśla lub okolic?
#fotografia #mojezdjecie #podkarpackie

Zaloguj się aby komentować
To je żyćko. Dalej mi się to coraz bardziej podoba, próbuje coś kamerować w trybie fpv. No i robię inne zdjęcia i ujęcia.
#drony #mojezdjecie #fotografia



Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować