Zakończenie trylogii Becoming Sherlock, retellingu przygód Sherlocka Holmesa i doktora Watsona, ale umiejscowionej w mocno futurystycznym Londynie, a już na pewno w jego Orwellowskiej, dystopijnej wersji. Futurystycznym wziąłbym może w cudzysłów, bo jednak jak zaczniemy czytać, że karetką jest dorożka zaprzęgnięta w konie, to się to trochę kłóci, ale jest to jedna ze skrajności tej trylogii.
Fabularnie jest to mniej więcej odpowiednik Doliny Strachu z pewnymi naleciałościami innych opowiadań. W Magiku, bossowie lokalnych mafii w poszczególnych dzielnicach zaczynają ginąc, a nasz protagonista musi rozwikłać zagadkę kto stoi za tymi zbrodniami, bo choć pomaga pozbyć się policji najgorszego elementu z ulic, to jednak zagadka zbrodni jest zagadką i trzeba ją rozwikłać. Trochę na siłę są tu umieszczeni niemal wszyscy bohaterowie, jakby autorka pomyślała - dajmy się im pożegnać z czytelnikami.
Nie przekonała mnie ta trylogia, może jestem już starym dziadem i wyrosłem z Sherlocka, a może Sherlock w tym wydaniu przestał być tym bohaterem, którym się zaczytywałem 20 lat temu. A może po prostu autorka nie udźwignęła tego ciężaru i choż w trylogii pomagał jej Horowitz, mój ulubiony pisarz-reteller, którego dzieła do mnie nie trafiają, ale inspirowane historie już zdecydowanie tak. Tu trochę mam mieszane uczucia, bo Horowitz popełnił już dzieło o Moriartym, o właśnie takim tytule i do dziś pamiętam jakie napięcie mi towarzyszyło przy czytaniu, gdy rozwikłałem zagadkę, a to dla mnie była książka 8/10, więc Magik nie zbliży się nawet do tej oceny.
Druga część przygód Jamesa Bonda to opowieść, w której Fleming zabiera czytelnika w podróż z Londynu przez Nowy Jork aż po egzotyczne Karaiby. Żyj i pozwól umrzeć to mieszanka kryminału, przygody i szpiegowskiej intrygi, w której nie brakuje brawurowych akcji i charakterystycznego dla Bonda cynicznego uroku.
Tym razem agent 007 musi zmierzyć się z tajemniczym panem Dużym (w oryginale Mr. Big) – bezwzględnym gangsterem powiązanym z sowieckim wywiadem, który handluje złotem i terroryzuje podziemie Nowego Jorku. Historia trzyma w napięciu, choć fabularnie nie jest szczególnie złożona. Najmocniejszym punktem książki jest jednak klimat – duszne zadymione jazzowe kluby Harlemu, niebezpieczne bagna Florydy i karaibska sceneria nadają opowieści egzotycznego charakteru.
Postać Bonda nadal pozostaje twarda i charyzmatyczna, choć w tym tomie pokazuje się również od bardziej wrażliwej uczuciowej strony. Dużą rolę odgrywa Solitaire – tajemnicza kobieta z darem jasnowidzenia, która staje się zarówno sojuszniczką, jak i obiektem fascynacji głównego bohatera. Fleming dobrze balansuje między szpiegowską akcją a romantycznymi wątkami, choć nie brakuje w książce charakterystycznej dla epoki mizoginii i stereotypów rasowych, które dziś mogą razić, a z których seria o Bondzie (przynajmniej na przestrzeni kilkunastu początkowych tomów) słynie.
Choć powieść nie jest tak porywająca jak Casino Royale, to nadal stanowi solidny kawałek literatury szpiegowskiej. Fleming umiejętnie buduje napięcie, a opisy miejsc i akcji sprawiają, że książkę czyta się szybko i z przyjemnością. To klasyczna przygoda Bonda, która – mimo pewnych archaicznych elementów – nadal potrafi wciągnąć i dostarczyć rozrywki. Bardzo się cieszę, że Skarpa Warszawska wzięła się za wznowienie przygód, bo może w końcu uda mi się zebrać całą kolekcję przygód jednego z najbardziej kultowych bohaterów popkultury.
\
Sprawa ma charakter rozwojowy. Dopóki się nie rozwinie, traktujemy Dużego zgodnie z zasadą „żyj i pozwól żyć”.
Bond rzucił Dexterowi lekko zdziwione spojrzenie.
– Jeśli o mnie chodzi – zauważył – to gdy trafię na człowieka takiego jak on, kieruję się inną dewizą. Brzmi ona: „żyj i pozwól umrzeć”.
W przypadku Dziewczyny z pokoju 12 wiele rzeczy poszło nie tak. Choć książka obiecuje wciągający thriller psychologiczny, fabularnie średnio się broni, a niektóre wątki są na tyle niedopracowane, że nawet grafik projektujący okładkę musiał poprawiać błąd autorki.
Historia kręci się wokół tajemniczego morderstwa i małżeństwa, które skrywa własne sekrety. Niestety nie zaskakuje niczym nowym. W miasteczku ginie młoda dziewczyna zamordowana w pokoju hotelowym nr 12. A nasza bohaterka przeszukując kieszenie w rzeczach męża do prania, znajduje kartę otwierającą drzwi jednego z pokoi w tym właśnie hotelu. Nie wie, czy to karta do drzwi tego pokoju, ale wyobraża sobie w głowie mnóstwo scenariuszy. Tu ukłony dla grafika, który projektując okładkę, użył zwykłego klucza z brelokiem i numerem pokoju, co dużo łatwiej i sugestywniej wpływa na potencjalne rozwoje fabuły, niż anonimowa karta z logiem hotelu.
Główna bohaterka ma swoje demony, jej mąż też, a fabuła początkowo wydaje się intrygująca, lecz szybko zaczyna wpadać w schematy. Croft stara się mylić tropy, ale zamiast budować zaskoczenie, momentami sprawia wrażenie, że pogubiła się w narracji.
Największym problemem jest brak konsekwencji – elementy historii nie zawsze do siebie pasują, a postacie nie mają odpowiedniej głębi. Kiedy już wydaje się, że fabuła nabiera tempa, pojawiają się nielogiczności, które psują wrażenie. Nawet finał nie przynosi satysfakcji, pozostawiając uczucie niedosytu. To książka, która mogła być solidnym thrillerem, ale ostatecznie jest przeciętna. Nie jest tragiczna, można ją przeczytać, jeśli ktoś lubi lekkie, niezobowiązujące zagadki, ale brakuje jej spójności i dobrze skonstruowanej intrygi. Niestety, Croft nie wykorzystała w pełni potencjału tej historii.
W dużym skrócie, cytująć autora i non-stop powtarzane stwierdzenie - "Na c⁎⁎j?"
Książka balansuje na granicy powieści science fiction, literatury psychologicznej/filozoficznej i literatury pięknej, oferując czytelnikowi niejednoznaczną, wymagającą lekturę.
Głównym bohaterem jest mężczyzna (o pseudonimie Koń), który – jak sugeruje sam tytuł – stopniowo zostaje sprowadzony do roli „zera”, pustki, człowieka pozbawionego tożsamości w świecie, który sam coraz bardziej przypomina bezduszną maszynę. Narracja prowadzona jest w typowym dla Twardocha stylu – surowym, precyzyjnym, nasyconym mrocznymi refleksjami o kondycji człowieka. Autor bada psychologiczne aspekty samotności, alienacji i poszukiwania sensu w świecie śmierci i końca, gdzie jednostka wydaje się bezradna wobec mechanizmów władzy i technologii.
Najmocniejszą stroną książki jest właśnie psychologiczna warstwa postaci. Bohater, choć niełatwy w odbiorze, fascynuje swoją introspekcją i próbą zdefiniowania siebie w rzeczywistości, która go przytłacza. Twardoch potrafi oddać emocjonalne napięcie, jakie towarzyszy bohaterowi w jego wewnętrznej walce, co sprawia, że książka mimo swojej chłodnej atmosfery angażuje czytelnika. Książka jest też bardzo spójna w wizji, jaką przed nami roztacza.
Z drugiej strony, Null jest lekturą męczącą – nie tylko ze względu na ciężką tematykę, ale również na fragmentaryczną, momentami hermetyczną narrację. Niektóre wątki wydają się urwane, a całość pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi, co budzi frustrację. Do tego autor nie przedstawia ukraińców w krystalicznym świetle, stając na przekór panującej narracji w Europie, gdzie o naszych sąsiadach można pisać tylko dobrze, albo wcale. Jest sporo nawiązań do nazimu, upa, czy innych czarnych kart historii Ukraniny. Kilka przykładów zwierzęcego zachowania i to nie tylko pod płaszczykiem odpowiadania agresją na agresję. A określenie, od którego zacząłem ten opis przewija się dziesiątki razy, jak nie 100+ na kartach książki, może trochę niepotrzebne. Nie trzeba czytelnikowi co chwilę przypominać, że wojna jest bez sensu, że towarzyszymy żołnierzom skazanym na śmierć, że nad głowami latają im drony i nigdy nie wiedzą, czy wyjście z kryjówki lub zdradzenie miejsca ukrycia, nie będzie ich ostatnią chwilą w życiu.
@moll Może źle się wyraziłem, ja tego nie oczekiwałem, ale mam wrażenie, że przez pewien czas nie można było pisac źle o naszych sąsiadach, bo ich źli panowie napadli i oni się przecież bronią na swoim terenie, więc są super.
Król w żółci Roberta W. Chambersa to zbiór opowiadań grozy, który przez lata zdobył status kultowy, głównie dzięki swojemu wpływowi na literaturę weird fiction i twórczość H.P. Lovecrafta. Książka jest pełna tajemnic i wszechobecnego motywu tytułowej zakazanej sztuki – fikcyjnej sztuki teatralnej Król w żółci, która doprowadza swoich czytelników do szaleństwa.
Pierwsze opowiadania, które eksplorują tematykę bluźnierczego tekstu i jego wpływu na ludzi, rzeczywiście mają w sobie coś hipnotyzującego. Atmosfera niepokoju, sugerowanie, że za rzeczywistością kryje się coś mroczniejszego i niepojętego, to zdecydowanie najmocniejsze elementy książki. Jednak wraz z kolejnymi historiami zbiór stopniowo traci swój pierwotny, mroczny urok. Po mocnym początku fabuła oddala się od grozy na rzecz historii obyczajowych, momentami wręcz romansowych, co może być rozczarowujące dla czytelnika, który spodziewa się konsekwentnej, niepokojącej opowieści grozy.
Choć Król w żółci niewątpliwie odegrał ważną rolę w kanonie literatury grozy, to jako całość jest książką mocno nierówną. Początkowe opowiadania intrygują, budują napięcie i mają ogromny potencjał, ale później następuje wyraźny spadek poziomu. Brak spójności oraz rozczarowujące zakończenie sprawiają, że ostatecznie książka pozostawia spory niedosyt.
Tytuł: When They Win, You Win: Being a Great Manager Is Simpler Than You Think
Autor: Russ Laraway
Kategoria: Rozwój osobisty
Wydawnictwo: St. Martin's Press
Format: e-book
Liczba stron: 304
Ocena: 8/10
Russ Laraway w książce When They Win, You Win przedstawia praktyczne i przystępne podejście do zarządzania, które koncentruje się na rozwoju pracowników jako kluczowym elemencie sukcesu organizacji. Autor, opierając się na swoim bogatym doświadczeniu w pracy z zespołami na różnych szczeblach, przekonuje, że najlepszym sposobem na osiąganie wyników jest wspieranie ludzi w ich rozwoju i pomaganie im w osiąganiu własnych celów zawodowych.
Największym atutem książki jest jej pragmatyzm – Laraway nie skupia się na teoretycznych modelach, ale daje konkretne, łatwe do wdrożenia strategie, które pomagają menedżerom w codziennej pracy. Podejście, które prezentuje, opiera się na trzech filarach:
Precyzyjnym określeniu oczekiwań wobec pracowników
Konsekwentnym udzielaniu informacji zwrotnej
Wspieraniu rozwoju pracowników.
Dzięki temu zarządzanie nie jest chaotyczne ani przypadkowe, lecz oparte na jasnych zasadach, które przekładają się na realne efekty. To, co szczególnie przypadło mi do gustu, to sposób, w jaki Laraway podchodzi do tematu rozwoju pracowników. Nie traktuje go jako dodatku czy benefitu, ale jako fundament skutecznego przywództwa. Pokazuje, że kiedy pracownicy rosną, rośnie również cała organizacja – stąd tytuł książki. Podkreśla też, że chodzi mu o pomoc, ale zarządzanie swoim planem rozwoju należy do pracownika, lider może doradzać, podpowiadać, podpytywać, ale dalej jest to plan pracownika. Sam plan ma też wykraczać po za obecną pozycję lub nawet obecnego pracodawcę i skupiać się na osiągnięciu długofalowego celu.
Nie jest to jednak lektura przełomowa – wiele koncepcji można znaleźć w innych książkach o zarządzaniu. Niemniej jednak Laraway wyróżnia się jasnym przekazem i prostotą, która sprawia, że jego metody można wdrożyć od razu. To ciekawa pozycja dla menedżerów, którzy chcą prowadzić swoje zespoły w sposób skuteczny, ale też etyczny i motywujący.
Bookmeter, to chyba najlepsze co mnie na tym portalu spotkało. Z tego co opisujesz mój kierownik nie sosuje żadnej z tych rad, a książka zapisana na przyszłość
@Szarmi To był jeden z powodów, dla których sam 7 lat temu postanowiłem zostać kierownikiem. Miałem szefa gamonia, który był podręcznikowym przykładem, jak się nie zachowywać jako szef, łamał wszystkie reguły dobrego menedżera, więc w pewnym momencie uznałem, że skoro on może, to ja też spróbuję
Zbieracze borówek to opowieść o utracie, tożsamości i poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Amanda Peters snuje historię dwojga bohaterów – Joe i Normy – których losy naznaczone są tragedią, ale i iskierkami nadziei.
Joe jako dziecko traci siostrę, która znika bez śladu, a później także brata, który ginie w brutalnej szkolnej bójce. To doświadczenie kształtuje jego dorosłe życie, pozostawiając w nim pustkę i niezaleczone rany. Norma dorasta w rodzinie zastępczej, nieświadoma swojego prawdziwego pochodzenia. Jej tożsamość i przeszłość to dla niej zagadka, którą stopniowo odkrywa, a która będzie miała wpływ na jej ciążę i największy dramat dla rodzica - utratę dziecka.
Najmocniejszym punktem książki jest sposób, w jaki autorka buduje psychologiczne portrety bohaterów. Każde z nich zmaga się z utraconą rodziną i próbuje odnaleźć się w świecie, który nie daje łatwych odpowiedzi. Narracja jest pełna emocji, a Peters umiejętnie splata wątki, stopniowo odsłaniając tajemnice ich przeszłości.
Historia nie epatuje dramatem dla samego efektu – to bardziej refleksyjna opowieść o poszukiwaniu swoich korzeni i odnajdywaniu siebie na nowo. Jeśli książka ma pewne słabsze strony, to może miejscami tempo zwalnia, a niektóre rozwiązania fabularne są zbyt przewidywalne. Niemniej to solidna, dobrze napisana powieść, która pozostaje w pamięci.
W poszukiwaniu czegoś nieoczywistego i nieznanego, sięgnąłem po najnowszą pozycję od wydawnictwa ArtRage.
Przepis doskonały przedstawia historię, która łączy w sobie filozoficzne rozważania, subtelny humor i głęboką refleksję nad ludzką naturą. Książka opowiada o poszukiwaniach idealnej receptury na danie zwane pölsa, która staje się pretekstem do eksplorowania zarówno kulinarnych obsesji, jak i egzystencjalnych dylematów.
Główną siłą powieści jest jej atmosfera – pełna skandynawskiego spokoju, a jednocześnie napięcia wynikającego z obsesyjnego dążenia do perfekcji. Autor zręcznie balansuje między powagą a ironią, wciągając czytelnika w świat, w którym gotowanie i filozofia zdają się być nierozerwalnie połączone.
Mimo to książka nie do końca spełniła oczekiwania. Choć jej koncept jest intrygujący, momentami narracja wydaje się zbyt rozwlekła, a tempo nierówne. Trudno także oprzeć się wrażeniu, że niektóre wątki zostały potraktowane powierzchownie, co odbiera historii pełnię jej potencjału. Choć Lindgren zdaje się mieć dużo do powiedzenia o ludzkiej obsesji na punkcie doskonałości, nie do końca mnie to przekonuje.
Przepis doskonały to książka, która z pewnością znajdzie swoich miłośników wśród czytelników ceniących nietuzinkowe podejście do tematyki i oryginalny styl autora. Niemniej jednak, dla niektórych jej subtelność i powolne tempo mogą okazać się męczące i takie niestety były dla mnie.
Długa noc, szósty tom serii o Jakubie Mortce, niestety nie sprostał wysokim oczekiwaniom, jakie zbudowały wcześniejsze książki. Choć Chmielarz potrafił wciągać czytelnika w skomplikowane i pełne emocji historie kryminalne, tym razem fabuła wydaje się rozmyta i pozbawiona tej energii, która napędzała wcześniejsze tomy.
Fabuła opowiada o powrocie Mortki do pracy po przerwie, w której zmagał się z osobistymi problemami i zawodowym wypaleniem. Tym razem śledztwo dotyczy nocnych wydarzeń, które prowadzą do coraz bardziej skomplikowanych wątków. Niestety, to, co w poprzednich tomach było siłą serii – dynamiczna akcja, wielowątkowość oraz rozwój relacji bohaterów – tutaj wydaje się mniej wyraziste. Brakuje napięcia, a sam Mortka sprawia wrażenie postaci wypalonej, co odbiera książce dodatkową iskrę.
Największym zarzutem wobec Długiej nocy jest jej zbędność. Historia nie wnosi nic nowego ani do postaci Mortki, ani do ogólnego obrazu serii. Wygląda to tak, jakby autor chciał zamknąć pewne wątki, ale jednocześnie brakowało mu inspiracji na ich rozwinięcie w sposób, który by porwał czytelnika. W efekcie dostajemy książkę, która jest poprawna, ale nijaka, 100 stron krótsza niż poprzednie tomy, a momenty napięcia i intrygi nie są w stanie zrekompensować poczucia ogólnej stagnacji. Do tego Mortka wraca po latach (około 15), więc dostajemy również sporą dawkę emocji związanych z problemamy jego nastoletkich dzieci, dla których był nieobecnym ojcem. Jego dawni współpracownicy są w zupełnie innych miejscach swojej kariery, więc ich udział jest też inny niż ten, do którego przywykliśmy.
Na plus należy zaliczyć sprawny warsztat autora, który jak zawsze dostarcza solidnie napisanych dialogów i realistycznych opisów. Jednak to za mało, by uratować książkę. Długa noc sprawia wrażenie dodatku, który mógłby zostać pominięty w serii, nie wpływając na odbiór całości, a może nawet bez niej, odbiór serii byłby lepszy, bo jednak Długa noc obniży średnią ocenę serii.
Piąty tom serii o Jakubie Mortce, zatytułowany Cienie, to powrót Wojciecha Chmielarza do lepszej formy. Po nieco spokojniejszym Osiedlu Marzeń, tym razem autor dawkuje nam napięcie trochę sprawniej, jest zwrotów akcji i emocji.
Akcja Cieni zaczyna się od brutalnego napadu na dom jednego z warszawskich biznesmenów. W trakcie zdarzenia giną dwie osoby, a sprawa szybko nabiera rozgłosu medialnego i staje się priorytetem dla policji. Głównym smacznkiem jest to, że na miejscu zbrodni znaleziono służbową broń Kochana, byłego partnera Jakuba. Śledztwo Mortki i jego zespołu odkrywa złożoną sieć powiązań między przestępczością zorganizowaną, światem biznesu i polityki. Jak zwykle u Chmielarza, nic nie jest czarno-białe, a tropy prowadzą w różne, często zaskakujące strony.
W Cieniach szczególnie podobała mi się ewolucja Jakuba Mortki. To bohater, który w każdym tomie staje się coraz bardziej złożony – zmaga się z osobistymi demonami, trudnymi relacjami, a jednocześnie pozostaje wierny swoim zasadom i etyce zawodowej. Tym razem jednak nie tylko Mortka jest w centrum – ważną rolę odgrywa jego dawny współpracownik, Dariusz Kochan, który ponownie pojawia się na scenie. Jego obecność wprowadza dodatkowe napięcie i niejednoznaczność do fabuły, co zdecydowanie działa na korzyść książki.
Seria trzyma lekko nierówny poziom, ale nie jest też tak, że jest to rozbieżność między 4-9, a bardziej 7-8. Dalej uważam, że jest to jedna z lepszych polskich serii kryminalnych.
Czwarty tom serii o Jakubie Mortce to kolejna solidna pozycja od Wojciecha Chmielarza, choć nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia jak pierwszy Podpalacz. Tym razem fabuła przenosi nas na zamknięte, luksusowe osiedle – miejsce, które na pierwszy rzut oka wydaje się oazą spokoju i bezpieczeństwa, ale szybko okazuje się siedliskiem mrocznych tajemnic. Śledztwo Mortki rozpoczyna się od brutalnego morderstwa młodej kobiety, której ciało zostaje znalezione na terenie tytułowego osiedla. W miarę jak bohater zagłębia się w sprawę, wychodzą na jaw brudne sekrety mieszkańców – od toksycznych układów po kryminalne powiązania. W tle cały czas mamy też osobiste życie Mortki, które dalej nie wyszło na prostą.
Chmielarz po raz kolejny świetnie buduje klimat – zamknięta, niemal klaustrofobiczna społeczność bogaczy i politycznych elit okazuje się pełna hipokryzji, a kontrast między idealnym obrazem a rzeczywistością daje mocny efekt. Autor ma dobrą rękę do realistycznych, nieprzerysowanych postaci, a jego bohaterowie – zarówno główni, jak i poboczni – są wiarygodni i wielowymiarowi.
Fabuła jest dobrze skonstruowana, ale brakuje jej tego "czegoś" i nieprzewidywalności, które sprawiały, że Podpalacza czytało się niemogąc się doczekać kolejnej strony. Tu chyba najszybciej z całej serii wiedziałem kto zabił i domyślałem się dlaczego. Niemniej, to wciąż porządny kryminał z ciekawym tłem społecznym i bohaterem, którego losy chce się śledzić. Solidna kontynuacja, choć nie najlepsza książka w serii.
Po lekturze Iliady, która była dla mnie momentami męcząca przez swoją archaiczną formę i powtarzalność, Odyseja okazała się znacznie bardziej angażującą opowieścią. W najnowszym wydaniu (Dzięki @Wrzoo ) z tłumaczeniem Antoniego Libery nie mamy już do czynienia z formą rymowaną, więc i odbiór jest zgoła odmienny. Choć nadal mamy tu do czynienia z eposem o bogatej warstwie poetyckiej, fabuła jest bardziej dynamiczna niż w Iliadzie, a sama historia – znacznie ciekawsza.
To opowieść o podróży, tęsknocie i sprycie, ale także o sile przeznaczenia i kaprysach bogów. Odyseusz, wracający do domu po wojnie trojańskiej, napotyka na swojej drodze liczne przeszkody – od cyklopa Polifema, przez zwodnicze syreny, aż po gniew Posejdona, który robi wszystko, by nie pozwolić mu dotrzeć na Itakę.
Tym, co najbardziej przypadło mi do gustu, była pomysłowość głównego bohatera. Odyseusz to nie tylko waleczny wojownik, ale przede wszystkim człowiek inteligentny i przebiegły. Jego zdolność do manipulowania sytuacją i znajdowania wyjścia z pozornie beznadziejnych sytuacji sprawia, że książka jest pełna emocjonujących momentów. Jest tu więcej napięcia niż w Iliadzie, a historia płynie szybciej, nie grzęznąc tak bardzo w długich opisach.
Nie obyło się jednak bez elementów, które mnie irytowały. Struktura eposu jest dość powtarzalna – bohater często opowiada o wydarzeniach, które już znamy, a niektóre epizody wydają się napisane według tego samego schematu. Dodatkowo, podobnie jak w Iliadzie, postaci kobiece pełnią głównie rolę pasywnych obiektów westchnień lub przeszkód do pokonania – choć Penelopa imponuje swoją lojalnością i sprytem, to nadal jej los jest całkowicie uzależniony od działań męskich bohaterów.
Mimo tych drobnych zastrzeżeń Odyseja była dla mnie zdecydowanie przyjemniejsza w odbiorze niż Iliada. To klasyka, która przetrwała tysiąclecia nie bez powodu – pełna przygód, emocji i mitologicznej magii. Choć momentami wymaga cierpliwości, wciąż potrafi wciągnąć, a historia Odyseusza pozostaje jedną z najbardziej fascynujących opowieści literatury światowej. Może to i lepiej, że olałem czytanie lektur w szkole, bo teraz mogę się nimi cieszyć po raz pierwszy i wybrzydzać odnośnie tego, co przeczytam
Trzeci tom serii o komisarzu Jakubie Mortce to powrót do dynamicznej, wielowątkowej fabuły i angażującego śledztwa. Po nieco spokojniejszej Farmie lalek, Przejęcie odzyskuje intensywność Podpalacza, oferując czytelnikowi mroczny miejski kryminał.
Tym razem Mortka, pracujący już w wydziale do walki z terrorem kryminalnym, zajmuje się sprawą zabójstwa bogatego biznesmena. Sprawa szybko zaczyna się komplikować, prowadząc do świata narkotyków, przestępczych porachunków i ludzi, którzy zrobią wszystko, by utrzymać swoje tajemnice w ukryciu. Równolegle do śledztwa Mortki śledzimy losy Kochana – byłego partnera komisarza, który po degradacji trafia na policyjne "zesłanie". To właśnie jego wątek nadaje książce dodatkowej głębi, pokazując brudne mechanizmy funkcjonowania policji oraz cienką granicę między dobrem a złem. Ten zabieg też jest unikatowy, bo pierwsz raz w tej serii mamy 2 bohaterów i obaj mają sporo za uszami. Kochan zostałz degradowany za pobicie żony, które "uzasadniał" kłopotami w pracy, nomen omen spowodowanymi przez Mortkę grzebiącego przy jego "łatwym" śledztwie-podkładce pod awans.
Chmielarz po raz kolejny udowadnia, że potrafi budować realistycznych bohaterów i osadzać ich w brutalnej, wiarygodnej rzeczywistości. Mortka jest tutaj bardziej zmęczony, rozbity, ale wciąż uparty i konsekwentny w dążeniu do prawdy. Zmaga się z niepewnością co do swojego zdrowia, co też dość mocno drenuje jego zdrowie psychiczne i nadaje dodatkowy wymiar książce. Relacje między postaciami są świetnie napisane, a napięcie budowane stopniowo, bez zbędnych fajerwerków, ale z dużą precyzją.
Co wyróżnia Przejęcie na tle poprzednich części, to lepiej poprowadzona intryga – bardziej wielowarstwowa, mniej przewidywalna i zaskakująca w rozwiązaniu. Dwóch bohaterów, którzy prowadzą nas za rękę. Mamy tu powrót do klimatu społecznych nierówności, warszawskiego półświatka i policyjnych układów, co nadaje książce dużej autentyczności.
Póki co, seria mi się bardzo podoba i jestem już w połowie kolejnego tomu, pewnie nie uda się jej skończyć w tydzień, jak Millennium, ale będzie blisko.
Drugi tom serii o komisarzu Jakubie Mortce przenosi nas z warszawskich realiów do małej, zapomnianej przez świat miejscowości w Sudetach. To zmiana, która odświeża dynamikę serii, ale jednocześnie sprawia, że Farma lalek nie ma już tej samej atmosfery co Podpalacz. To wciąż solidny kryminał, w którym brudna, brutalna rzeczywistość miesza się z dobrze skonstruowaną intrygą.
Tym razem Mortka zostaje wysłany (może trochę zesłany) do Krotowic, by pomóc w szkoleniu miejscowych funkcjonariuszy. Szybko jednak okazuje się, że ta wycieczka na prowincję wcale nie będzie spokojna – gdy odnalezione zostają zwłoki brutalnie zamordowanej dziewczyny. Im bardziej Mortka zagłębia się w śledztwo, tym więcej brudnych tajemnic miasteczka wychodzi na jaw.
Największą siłą książki jest ponownie jej realizm – zarówno w przedstawieniu pracy policji, jak i społeczności małego miasteczka, gdzie każdy coś ukrywa, a lokalne układy i zmowa milczenia utrudniają odkrycie prawdy. Chmielarz świetnie oddaje duszną atmosferę zamkniętej społeczności, w której strach i bezsilność są równie groźne, co sam morderca. Choć każdy każdego zna, nie dzieli się z policją swoją wiedzą.
Jednak Farma lalek nie wciągnęła mnie tak bardzo jak Podpalacz. Może to kwestia mniej dynamicznej fabuły, może innego klimatu – brakowało mi tego gęstego napięcia, które były tak wyczuwalne w pierwszym tomie. Mimo to, historia wciąż jest dobrze poprowadzona, a rozwiązanie zagadki satysfakcjonujące na tyle, że warto po nią sięgnąć i dać szansę całej serii.
Podpalacz to początek serii z komisarzem Jakubem Mortką, który od razu daje czytelnikom jasny obraz tego, z jakim bohaterem i światem będziemy mieli do czynienia w kolejnych tomach. Chmielarz tworzy gęsty, realistyczny kryminał osadzony w ponurej, niemal namacalnie rzeczywistej Warszawie, gdzie policyjna praca to nie tylko ściganie przestępców, ale także mierzenie się z biurokracją, błędami przełożonych, parciem na wyniki, przeciekami do prasy i własnymi demonami.
Mortka to postać, którą łatwo polubić, ale trudno jednoznacznie ocenić – jest daleki od bycia kryształowym gliną, popełnia błędy, a jego życie prywatne pozostawia wiele do życzenia. To właśnie sposób, w jaki Chmielarz go przedstawia – bez zbędnego heroizmu, ale z autentycznością – sprawia, że ten bohater tak dobrze sprawdza się jako protagonista. Sam wątek kryminalny, czyli seria brutalnych podpaleń, jest świetnie skonstruowany. Autor buduje napięcie stopniowo, pozwalając czytelnikowi zanurzyć się w śledztwie i podążać śladami Mortki. Fabuła jest logiczna, spójna i nie daje się łatwo przewidzieć, co czyni lekturę jeszcze bardziej wciągającą. Autor podrzuca nam drobne wskazówki, za pomocą których możemy się domyślać kto stoi za podpaleniami i zbrodniami, ale nie są one oczywiste i łatwo je przeoczyć, co nadaje książce wizji autentycznego śledztwa, gdzie nie zawsze łączenie kropek przychodzi z łatwością, a w której presja na szybkie rozwiązanie, potrafi sprawić, że niektóre wątki zostaną przeoczone.
Jednym z największych atutów Podpalacza jest styl Chmielarza – surowy, pozbawiony zbędnych ozdobników, ale niezwykle sugestywny. Warszawa, którą kreśli, to miasto mroczne, pełne skomplikowanych postaci i nieoczywistych moralnych dylematów. To nie tylko kryminał, ale także świetny portret współczesnej policji i realiów, w których funkcjonuje. Jako seria też nie wymaga przechodzenia przez wszystkie tomy, bo z tego co pamiętam, to już wcześniej czytałem kolejne tomy, bez zabrania się za serię od początku i czytając przykładowo Osiedle marzeń (tom 4) nie czułem, że brakuje mi istotnych informacji z pierwszego tomu. Natomiast Podpalacz to bardzo dobry początek serii i książka, która skutecznie wciąga w świat Jakuba Mortki jako bohatera. Chmielarz pokazuje, że potrafi stworzyć angażującą intrygę, wyrazistego bohatera i realistyczne tło, co sprawia, że po zakończeniu tej powieści trudno nie sięgnąć po kolejny tom, co też zrobiłem.
Todo vuelve to solidna kontynuacja pierwszego tomu, która podtrzymuje dynamiczne tempo i charakterystyczny styl Juana Gómeza-Jurado. Autor ponownie dostarcza nam nieźle skonstruowanej rozrywki – pełnej akcji, napięcia i charakterystycznego humoru, który przewija się przez narrację książek z uniwersum Reina Roja.
Największym atutem książki jest konsekwentne rozwijanie bohaterów i relacji między nimi. Gómez-Jurado sprawnie buduje dalszy ciąg wydarzeń, jednocześnie pogłębiając psychologiczne aspekty postaci.
Dalej jest kilka efektownych zwrotów akcji, ale nie wybijają się one na pierwszy plan. Autor skupia się na pokazanu nam ewolucji bohaterów pod wpływem wydarzeń, w których uczestniczą.
Fabuła, choć nadal intensywna, nie jest już tak świeża jak w pierwszym tomie. Niektóre schematy się powtarzają, przez co momentami można odnieść wrażenie, że autor podąża utartym szlakiem, po linii najmniejszego oporu, bo wie, co mu się dobrze sprzedaje.
Zaczynamy przygodę z tym tomem od informacji, że Aura znajduje się w więzieniu, za sprawą antagonisty z pierwszego tomu. Gdy do niej dołączamy, ma już plan jak się z niego wydostać, ale i wrogów, którzy nie spoczną, na obiciu jej twarzy. Na czas zamknięcia, jej dzieci zostały pod opieką koleżanek i nie ma z nimi kontaktu. Po (dość mało satysfakcjonującej) ucieczce z więzienia rusza w pogoń za swoim dawnym życiem i na spotkanie z dziećmi, co jak się pewnie domyślacie nie będzie łatwe. Nie udaje jej się ich odnaleźć, ale tajemniczy głos przez telefon mówi, że jeśli wykonają dla niego zadanie, wszystko zakończy się dla naszej wesołej gromadki (trzech przyjaciółek i dwójki dzieci) dobrze.
Todo vuelve to udana druga część, która chyba nawet przebija poziom swojego poprzednika. Choć nie wnosi rewolucyjnych zmian, dostarcza tego, czego oczekuje się od dobrej kontynuacji – solidnej dawki napięcia, dobrze skonstruowanych postaci i emocjonującej akcji.
Natomiast ta odnoga uniwersum średnio mi się podoba, jest schematyczna, do bólu przerysowana, a jej prawdziwe powiązania w ramach uniwersum odnajdujemy dopiero w 2 tomie, no chyba, że za element uniwersum przyjmiemy grupę (trzymającą władzę) hiszpańskich niewyobrażalnie bogatych reprezentantów nocnego przestępczego półświadka, którzy za dnia rządzą największymi firmami, są politykami i twarzami mediów. A których jedyną rozrywką jest pastwienie się nad biednymi owieczkami- ofiarami kapitalistycznego systemu. Obawiam się też, że Jurado, którego szanowałem za świetne pierwsze tomy Reina Roja, staje się Mrozem hiszpańskiej sceny sesnacyjno-kryminalnej i wypuszcza co raz więcej, co raz mniej jakościowych książek.
Tym razem wybór padł na książkę, na której reedycję trochę czekałem, choć dostałem nie do końca to, czego poszukuję w dystopii/postapo, ale nie jestem zawiedziony.
Przypowieść o siewcy to powieść, która wyróżnia się nie tylko wizją upadłego świata, ale przede wszystkim psychologiczną głębią bohaterki – Lauren Olaminy. Butler nie buduje jedynie kolejnej ponurej przyszłości, lecz skupia się na wewnętrznej przemianie młodej dziewczyny, której życie w jednej chwili zostaje wywrócone do góry nogami i z dnia na dzień, a może nawet z godziny na godzinę, wkracza w dorosłość z pełnym dobrodziejstwem inwentarza.
Lauren to bohaterka inna niż większość protagonistek w literaturze dystopijnej. Jest młoda, ale wyjątkowo dojrzała, a jej przypadłość – hiperempatia, czyli zdolność odczuwania bólu i przyjemności innych – czyni ją niezwykle wrażliwą i narażoną na cierpienie. W świecie, gdzie przemoc i brutalność są codziennością, empatia wydaje się raczej przekleństwem niż darem. To właśnie jej sposób radzenia sobie z tą przypadłością i budowanie własnej filozofii życia stanowią największą siłę tej książki.
Po utracie rodziny (najpierw ojca, a później macochy i braci) Lauren, zostaje sama, a jej podróż przez zrujnowaną Amerykę to nie tylko walka o przetrwanie, ale także próba stworzenia czegoś nowego. To nie jest klasyczna historia bohatera, który po prostu przystosowuje się do świata – Lauren buduje społeczność, wprowadza własne zasady i tworzy coś na kształt nowej religii - Nasion Ziemii, która ma pomóc ludziom odnaleźć sens w chaosie. Jej zdolność do przewodzenia innym i odnajdywania sprzymierzeńców sprawia, że książka ma wyjątkowy psychologiczny wymiar – to opowieść o przywództwie, samotności i potrzebie wiary w większy sens istnienia na planiecie, gdzie piekło jest codziennością.
Jednak sama fabuła, choć angażująca, momentami nieco się dłuży. Świat przedstawiony przez Butler jest brutalny, ale nie zaskakuje – wiele jego elementów można znaleźć w innych dystopiach. Nie jest też przesadnie opisany, a tym bardziej wybirtnie wykreowany. Ot nagle trafiamy do końcówki 2024 roku, nie wiedząc czemu, owładniętego chaosem, przemocą, śmiercią i tylko wątłą wolą przetrwania.
Przypowieść o siewcy to nie tylko dystopijna powieść o przetrwaniu, ale przede wszystkim studium psychologiczne młodej dziewczyny, która pomimo przeciwności losu buduje wokół siebie nowy porządek. Choć nie jest to arcydzieło gatunku, zdecydowanie warto ją przeczytać dla głębi postaci i unikalnej perspektywy.
Trzeci tom serii o Zoe Bentley kontynuuje ścieżkę, którą autor obrał od początku – znów mamy tu mieszankę mrocznej psychologii, policyjnego śledztwa i osobistych demonów bohaterki. Tym razem jednak historia wydaje się bardziej rozciągnięta niż rzeczywiście potrzeba, a powracający antagonista sprawia, że napięcie nie jest tak mocne, jak mogłoby być, gdyby śledztwo skupiło się na czymś nowym.
Tym razem Zoe i Tatum zostają wezwani do makabrycznej zbrodni – młoda kobieta zostaje znaleziona martwa, a na jej ciele widać ślady upuszczenia krwi. Kiedy kolejna ofiara zostaje znaleziona w podobnym stanie, śledztwo prowadzi ich do niepokojącej prawdy. Trafimy na fora w darknecie i ludzi pasjonujących się śmiercią, wampiryzmem i płatnościami za związane z nimi fetysze. Równocześnie Zoe nieustannie zmaga się z cieniem Roda Glovera – seryjnego mordercy, który od lat ją prześladuje. I to jest główny problem tej książki – Glover był obecny od pierwszego tomu i zamiast zaskakującej, nowej zagadki, znów wracamy do ścigania tego samego przestępcy. Po raz kolejny ma wpływ na śledztwo i jego przbieg i po raz kolejny wspomnienia Zoe z dzieciństwa, ale i z poprzedniego tomu powracają. Dwóch antagonistów da nam też jeszcze lepsze wejście w umysły i psychozę bohaterów, których Zoe będzie próbowała rozgryźć.
Narracja, jak to u Omera, jest sprawnie poprowadzona, a śledztwo ma swoje momenty – jednak większość książki balansuje na granicy przewidywalności. Największym zaskoczeniem jest jednak końcówka. Ostatnie rozdziały to intensywny rollercoaster, który podkręca napięcie i dostarcza mocnego finału. To właśnie ta część książki sprawiła, że moja ocena wzrosła – gdyby całość była tak dynamiczna i dobrze skonstruowana, jak końcówka, ocena byłaby wyższa.
Gęstsza od krwi to solidne zakończenie trylogii, ale zbyt mocno opierające się na powracających schematach. Jeśli ktoś polubił wcześniejsze tomy, nie będzie rozczarowany, ale trudno nie odczuwać zmęczenia tym samym motywem. Szkoda, że Omer nie postawił na nową zagadkę, zamiast wciąż roztrząsać przeszłość Zoe. To było dość męczące i dla mnie przynajmniej mocno obniżyło ocenę. Nie do końca podobał mi się też motyw Darknetu i brak wykorzystania tego medium na poważnie w historii. Mamy tylko krótki wątek i próbę wrzucenia antagoniście trojana przez plik PDF, ale nie chcę spoilerować jak się skończył.
Trzeci tom sagi Millennium - Zamek z piasku, który runął, to rewelacyjne zakończenie trylogii, które skutecznie łączy najlepsze elementy dwóch poprzednich części. Larsson serwuje nam dynamiczną akcję, wyrafinowane intrygi, spiski mogące zachwiać posadami całego kraju i wciągającą fabułę, która trzyma w napięciu od pierwszej aż do ostatniej strony.
Główne wątki książki koncentrują się wokół Lisbeth Salander, która tym razem znajduje się w niezwykle trudnej sytuacji — zarówno fizycznie, jak i prawnie. Po wydarzeniach z drugiego tomu Lisbeth leży w szpitalu, poważnie ranna, a jednocześnie grozi jej oskarżenie o poważne przestępstwa. To właśnie tutaj zaczyna się jej walka nie tylko o oczyszczenie swojego imienia, ale także o ujawnienie głęboko ukrytej korupcji i tajemnic w strukturach państwa. Fabuła zaczyna się dokładnie zaraz po zakończeniu drugiego tomu, co też świetnie nastraja czytelnika, który zabrał się za trzeci tom, zaraz po ukończeniu drugiego. Lisbeth leżąc w szpitalu powoli dochodzi do siebie fizycznie, ale ciąży na niej podejrzenie o popełnienie 3 morderstw z drugiego tomu. Jej rekonwalescencja ma jeden cel, podleczyć ją na tyle, żeby ze szpitala mogła trafić do aresztu na następnie na salę sądową.
Mikael Blomkvist, pełni kluczową rolę w jej obronie. Jego zaangażowanie w rozwiązanie zagadki sięga jeszcze głębiej niż w poprzednich tomach, prowadząc do ujawnienia przerażających tajemnic na najwyższych szczeblach władzy i służb specjalnych. Mikael angażuje swoją siostrę prawniczkę w proces Lisbeth, dzięki czemu ma odrobinę więcej pola manewru przy jej obronie i planowaniu zaangażowania gazety w proces przez destabilizację pomówień pod jej adresem.
Na szczególną uwagę zasługuje sposób, w jaki Larsson rozwija fabułę. Z jednej strony mamy rozbudowaną warstwę prawną, ukazującą proces sądowy, w którym Lisbeth musi udowodnić swoją niewinność. Z drugiej strony autor tworzy pełen napięcia thriller, w którym odkrywane są kolejne karty tajemniczego spisku. Autor z mistrzowską precyzją łączy te elementy, oferując czytelnikowi zarówno emocjonalne zaangażowanie, jak i intelektualne wyzwanie. Co wyróżnia ten tom na tle poprzednich, to harmonijne połączenie cech pierwszej i drugiej części. Z jednej strony mamy tu dziennikarskie śledztwo i złożoną intrygę kryminalną, które dominowały w Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet. Z drugiej strony dostajemy intensywną, osobistą historię Lisbeth, która była sercem Dziewczyny, która igrała z ogniem. To połączenie sprawia, że trzeci tom jest wyjątkowo satysfakcjonującym doświadczeniem, łączącym to, co najlepsze w obu poprzednich książkach.
Jedynym drobnym mankamentem, który można zauważyć, jest momentami nadmiar informacji związanych z politycznym tłem spisku. Niektóre fragmenty mogą wydawać się lekko przeciążone detalami, ale jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę skalę intrygi, jaką Larsson buduje. Ale do tego nas już autor przyzwyczaił, że czasami lubi się zatracić w drobnych detaiach, jak wywód na temat ekspresu do kawy, laptopa, palmtopa czy akcji w stylu Robin Hooda w wykonazniu Lisbeth.
Podsumowując całą serię:
Totalnie nie tego się spodziewałem, gdy po nią sięgałem. Grubo ponad 2000 stron książek, od których nie sposób się oderwać, świetnie stworzone uniwersum, rewelacyjni bohaterowie, o których dowiadujemy się znacznie więcej niż potrzebujemy, żeby chłonąć ich historię. Lisbeth, która jest dużo bardziej złożona niż początkowo sądzimy, a która w nienawiści do mężczyzn, którzy zgotowali jej piekło, staje w szranki przeciw całemu światu imponując swoim opanowaniem. Mikael, który z początkowego podstarzałego casanovy, staje się człowiekiem, na którym zawsze można polegać, a jego pióro i zmysł dziennikarski potrafią rozwiązać każde zadanie, jakie na niego spadnie. I w końcu masa pobocznych bohaterów, z których żaden nie jest nijaki, a każdy ma swoją misję to odegrania w tym spektaklu. Jeśli ktoś jeszcze nie sięgnął po trylogię Millennium, zdecydowanie warto nadrobić tę zaległość — zwłaszcza dla takiego finału.
Trudno mi powiedzieć, czy sięgnę po kolejne książki z uniwersum, bo bardzo nie chcę sobie zepsuć historii Larssona, ale czas pokaże.
@WujekAlien Od lat miałem te książki na liście do przeczytania i Twoje wpisy sprawiły że sobie o nich przypomniałem. Mimo że to trochę nie mój gatunek, właśnie zdarłem pierwszy tom trylogii i będzie czytane
Iliada to niekwestionowane arcydzieło literatury starożytnej. Epopeja opowiada o jednym z kluczowych momentów wojny trojańskiej, skupiając się na gniewie Achillesa i jego dalekosiężnych konsekwencjach. Jednak dla współczesnego czytelnika, szczególnie w polskim tłumaczeniu, odbiór tego dzieła może być niemałym wyzwaniem. Największym problemem, jaki napotkałem podczas lektury, było tłumaczenie, które w swojej archaicznej formie tworzyło barierę między tekstem a jego odbiorcą. Choć starania tłumacza - Franciszka Ksawerygo Dmochowskiego, są godne podziwu, to ostateczny styl bywa ciężki i wymaga od czytelnika sporego wysiłku. Mimo niezwykłej treści, niekiedy trudno przebić się przez długie, kwieciste opisy, podniosłe dialogi czy powtarzalne epitety, które w oryginale pewnie miały swoje miejsce, ale w tłumaczeniu wydają się nieco nienaturalne i monotonne.
Fabuła Iliady skupia się na wydarzeniach z ostatnich tygodni dziesięcioletniej wojny trojańskiej, ale co ciekawe, sam początek konfliktu (porwanie Heleny) czy jego zakończenie (upadek Troi) nie są tutaj bezpośrednio opisane. To też mnie trochę denerwowało, bo jednak uniknięcie ukazania najważniejszych wydarzeń początku i końca konfliktu, odbiera im delikatnie znaczenie. Epopeja zaczyna się od gniewu Achillesa, jednego z najpotężniejszych greckich wojowników, który odmawia walki po tym, jak Agamemnon, wódz Greków, odbiera mu ukochaną brankę, Bryzeidę. Gniew Achillesa jest osią napędową fabuły. Bez jego udziału Grecy zaczynają przegrywać w starciach z Trojanami, a ich sytuacja staje się coraz bardziej rozpaczliwa. Na czele Trojan stoi Hektor, szlachetny i honorowy wojownik, który broni swojego miasta i rodziny przed najeźdźcami. Wojna nabiera tempa, gdy Achilles, w wyniku śmierci swojego przyjaciela Patroklosa (który walczył w jego zbroi), w końcu postanawia wrócić na pole bitwy, tym razem napędzany żądzą zemsty. Kiedy dochodzi do pojedynku między Achillem a Hektorem, mamy do czynienia z jednym z najbardziej dramatycznych momentów literatury. Hektor, choć wie, że jest skazany na porażkę, staje do walki z Achillesem, a jego śmierć jest przejmującą sceną, pełną ludzkiej godności, męstwa i tragizmu.
Zaraz po śmierci Hektora dostajemy kolejną scenę budzącą emocje, gdy Priam udaje się do obozu greckiego, by błagać Achillesa o wydanie ciała syna. Ich spotkanie jest pełne ludzkiego bólu i wzajemnego zrozumienia, co ukazuje, że nawet w obliczu wojny bohaterowie potrafią odnaleźć w sobie człowieczeństwo.
Epickie opisy bitew, pojedynków czy boskich interwencji są tym, co stanowi o sile Iliady. To, jak Homer łączy codzienność żołnierzy z nieuchronnym wpływem bogów, czyni tę epopeję czymś więcej niż tylko opowieścią o wojnie. Podsumowując, Iliada to dzieło, które warto znać, choć niełatwo się je czyta, szczególnie w polskim przekładzie. Wymaga cierpliwości i otwartości na specyficzny, antyczny styl, który może wydać się toporny w dzisiejszych czasach. Dla tych, którzy przebrną przez tłumaczeniowe trudności, Homer wciąż ma do zaoferowania nie tylko opowieść o bohaterach, ale także refleksję nad ludzką naturą i nieuchronnością przeznaczenia.
Nie ukrywam, że zmęczyłą mnie ta książka, choć zdecydowanie doceniam historyczną wartość dzieła i uniwersalność przesłania, które niesie, mimo blisko 3000 lat na koncie.
@WujekAlien ja się boję ruszać klasyki właśnie przez te przedpotopowe tłumaczenia, które cebulackie wydawnictwa masowo drukują, bo nie trzeba do nich kupować praw...
@Hilalum akurat teraz wiele klasyków ma nowe tłumaczenia, używające współczesnej polszczyzny, nawet bez żadnych specjalnych archaizacji. W zeszłym miesiącu też przeczytałem "Iliadę" i oceniłem ją znacznie wyżej (9/10), może właśnie ze względu na odmienne tłumaczenie (Roberta R. Chodkowskiego). Niektóre wierszowane fragmenty w przekładzie Dmochowskiego rzeczywiście brzmią dobrze, ale na dłuższą metę wydawało mi się to męczące.
@WujekAlien : swoją drogą, czy wydawnictwo MG nie robi przypadkiem po raz kolejny czytelnika w bambuko i nie serwuje wydania skróconego i okrojonego? Akurat miałem w Legimi dostęp do ebooka tego wydania i kiedy chciałem porównywać niektóre fragmenty ze swoim egzemplarzem (tym KUL-owskim), to okazywało się, że długość większości pieśni jest znacznie krótsza (i mają po kilkaset wersów mniej). Jeśli tak jest w rzeczywistości (możesz porównać końcówki kilku pieśni z oryginałem dostępnym na WIkiźródłach - https://pl.wikisource.org/wiki/Iliada_(Dmochowski) ), to nie dziwię się całkiem innego odbioru dzieła, a wydawnictwo MG po raz kolejny postępuje nieuczciwie.